„ To tylko w książkach można zmienić życie. Wymazać wszystko jednym słowem. Uwolnić się od ciężaru rzeczywistości. Zetrzeć wszystko, co p...

„Lista moich zachcianek”


To tylko w książkach można zmienić życie. Wymazać wszystko jednym słowem. Uwolnić się od ciężaru rzeczywistości. Zetrzeć wszystko, co podłe, i na końcu zdania wylądować nagle na końcu świata.” [29]

Jocelyne Guerbette, mieszkanka małego miasteczka Arras, ma czterdzieści siedem lat. Jest matką i żoną. Osobą wrażliwą, pokorną i skromną. Właścicielka pasmanterii. Autorka popularnego bloga dar2dloni.fr: o guzikach, tasiemkach i mulinie. Robi cudeńka na drutach i szydełkuje. Kiedyś chciała zostać projektantką, ale … ułożyło się inaczej. Twierdzi, że ma przeciętną urodę, czy na pewno? – to w sumie subiektywna opinia, którą potwierdza jedynie mąż, swoją obojętnością na jej wdzięki. Ich wspólnym życiem zawładnęła rutyna. Dzieci dorosły i wyniosły się z domu. Ta pustka, brak słów i ciężar rzeczywistości. „Więc kiedy dyskutujemy (…), to zazwyczaj ja mówię. On słucha mnie, popijając swoje piwo bez procentów” [26].  Rodzinne tragedie, które mogą scalać związki albo je rujnować. Taka życiowa loteria. Wszystko jest subiektywne, ulotne i przemija. Jo wydaje się być szczęśliwa, choć mam nieodparte wrażenie, że czasami inaczej jej nie wypada. Ma przecież to o czym marzy każda kobieta (?) męża, dzieci, spokój, dom, poczucie bezpieczeństwa. A czego chce po kilkudziesięciu latach? Co zostało z młodzieńczych pragnień, które trzeba było boleśnie skonfrontować z tym co przyniósł los? Nasze życie z czasem wypełnia się ludźmi, rzeczami, sprawami, obowiązkami. Czujemy zaduch i zmęczenie. Korci nas, żeby uciec, albo być tam gdzie nas właśnie nie ma. Zacząć od nowa. Poczuć tą nieskrepowaną wolność i motyle w brzuchu. Każda decyzja niesie za sobą konsekwencje – małżeństwo, rozstanie, skreślony numer na kuponie, wygrana. Wartości i zasady, które nosimy w sobie potrafią zblednąć w mgnieniu oka w zestawianiu z cyfrą 18,547,301.28 EURO. Świat nabiera nagle innych barw. Marzenia przestają być marzeniami, stają się przerażająco realne.  Ile jest w człowieku pragnień? Jak nie zwariować i nie dać się ponieść? Co takiego jest w pieniądzu, że potrafi omamić człowieka i pchnąć do szaleństwa?

Styl Delacourt’a jest niezwykły. Zdania rozpływają się płynnie, interpunkcja momentami znika, dialogi wmieszane są w opowieść. Ta książka to zapis marzeń. Tych całkowicie namacalnych: Porsche Cayenne, plazma i zegarek ze stoperem, ale przede wszystkim tych duchowych. Emocje są tu szczere i prawdziwe. To właśnie jest siła tej niepozornej książki.


Gregoire Delacourt  Lista moich zachcianek” Drzewo Babel, Warszawa 2013

1 komentarze:

„ Nie trzeba palić książek, żeby zniszczyć kulturę. Wystarczy, by ludzie przestali je czytać ” Ray Bradbury Co znajduje się w kobiece...

„Torebka mojej mamy”


Nie trzeba palić książek, żeby zniszczyć kulturę. Wystarczy, by ludzie przestali je czytać
Ray Bradbury

Co znajduje się w kobiecej torebce? Pierwsza odpowiedź jaka przychodzi mi do głowy – wszystko. Wielki portfel, kosmetyczka, notesy, klucze, lusterka, podpaski, antyperspirant, krem do rąk, leki (na gardło, na ból, antykoncepcyjne, na alergie), pilniczek, grzebień lub szczotka do włosów, nić do zębów. Taki przeciętny skład. W torbie mojej mamy mają swoje miejsce również „osobliwości” – słownik ortograficzny i ostatnio, ponownie, Konwicki. Mama jest pod tym względem niezwykła  - słowniki ma zawsze pod ręką. W podróżnych obowiązkowo książka lub gazeta. Czyta i czyta. Dlatego czytanie jest i dla mnie czymś naturalnym. Jak jedzenie. Jak oddychanie. W domu było zawsze i bez względu na wszystko, na książki zawsze znajdowały się fundusze. Socjologowie mówią, że czytanie to zachowanie dziedziczne. Mój gen „czytacza” jest bardzo silny, a do tego chciłabym, żeby wszyscy czytali, żeby można było wymieniać opinie, dyskutować, żeby każdy w torbie, plecaku, teczce miał książkę.
Tymczasem według badań przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową za rok 2012, Polacy nie czytają. Oto kilka liczb. Z góry zaznaczam – jedne z najgorszych w Europie:

·         jednokrotny kontakt z jakąkolwiek książką w ciągu roku zadeklarowało nieco ponad 39% osób. I tutaj uwaga: książka to także słownik, album, encyklopedia, poradnik i e-booki, czyli wystarczy sprawdzić jak piszemy „gżegżółka” i już książka przeczytana.

·         nie czyta 60,8% !

·        więcej niż 7 książek przeczytało zaledwie 11,1%, to tzw. męczennicy (!)

·      zatrważająca liczba: 34% to Polacy z wyższym wykształceniem, którzy w ciągu ostatniego roku nie przeczytali żadnej książki;

·         20% badanych w ciągu ostatniego miesiąca nie przeczytało tekstu o objętości trzech stron lub dłuższego artykułu w prasie;

·      17% nie przypomina sobie, żeby w ciągu ostatniego roku czytało jakąkolwiek prasę.

Dlaczego nie czytamy ? Powodem może być brak tradycji w domu, sposoby nauczania języka polskiego w szkołach. Może czytanie nie jest po prostu w modzie. XXI wiek to zdecydowanie czas „człowieka multimedialnego”. Bo jeśli dobrze się zastanowić, to faktycznie codziennie bombardują nas różne formy tekstowe, najczęściej krótkie. Widomości na portalach internetowych, pop-up’y, smsy wszystko to z dość dużą dawką efektów audio-video. Nasz mózg zostaje w ten sposób „wyprany”, bo długotrwałe oddziaływanie elektronicznych form komunikacji sprawia, że trudniej jest się skupić na lekturze stosunkowo długiego linearnego tekstu, a ta umiejętność jest jak mięsień, który należy ćwiczyć. Nie czytamy, bo nie widzimy potrzeby. To jak z bezdomnością czy bezrobociem: na początku bardzo nas to boli, potem się przyzwyczajamy, aż w końcu staje się to naszym życiem i trudno nam z tego wyjść. Podobnie jest z nieczytaniem, przyzwyczajamy się do tego.” Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej
 

1 komentarze:

W tym roku wolniej niż zwykle budzę się ze snu zimowego, a już koniec maja. Nadmiar pracy i najrozmaitszych obowiązków, całkiem drobnych,...

„Biblioteka”


W tym roku wolniej niż zwykle budzę się ze snu zimowego, a już koniec maja. Nadmiar pracy i najrozmaitszych obowiązków, całkiem drobnych, jak się wydawało na początku, zupełnie przysłonił mi to, co dzieje się za oknem. Patrzę na rosnący na moim biurku i stole stos książek, które przeczytane lub zakupione, czekają, aby przypisać je jakiejś konkretnej półce. Właściwie teraz przeniosły się także na taras. I tak sobie myślę, że już za chwilę będzie mi potrzebny kolejny regał. Duży. A gdyby tak przestać kupować książki na jakiś czas? (...). Nie wierzę, że to napisałam. Jak każdy uzależniony zaczęłam odczuwać natychmiastowy, przeszywający lęk. Pierwsza myśl: jest kilka pozycji, które leżą nietknięte, na krótki czas wystarczą. Druga: na jak długo robię takie postanowienie? Zaraz później z prędkością światła trzecia: po co?

Literatura jest jak biblioteka, z której zbiorów każdy może przeczytać tylko kilka kartek. Ale być może na tych kilku stronach będzie zawarte to, co istotne; być może literatura powtarza zawsze to samo, tyle że z nieco innym rozłożeniem akcentów i z inną intonacją.” Jorge Luis Borges

Po pierwsze, odkąd pracuje w domu większość zakupów robię przez internet. Łatwo się zatracić. Gdy tylko dowiem się o nowości albo zapowiedzi - klik, klik  i … w koszyku lub schowku lądują nowe pozycje. Książek przybywa w postępie geometrycznym. Po drugie, jestem bałaganiarą … w życiu codziennym. Tam gdzie siadam, tam zostawiam. Książki też. Po trzecie prowadzę skrupulatny budżet domowy (to w związku z zawodem): wpływy i wydatki starannie zaplanowane każdego miesiąca. Pozycji KSIĄŻKI, przyznaję, nie kontroluję … . Po czwarte: po prostu lubię mieć niektóre dzieła literackie - różne wydania, różne tłumaczenia, różne języki. Prawda jest taka, że marzy mi się dom pełen książek. Pamiętam, że mój chrzestny miał pokój w starym mieszkaniu, wypełniony od podłogi po sufit książkami. Chociaż większość z nich była po węgiersku, uwielbiłam tam przesiadywać brać je do ręki i kartkować. Miałam może dwanaście lat. I to we mnie pozostało – kiedy kogoś odwiedzam instynktownie szukam książek i pytam jak dziecko „Mogę sobie popatrzeć?”. To ciekawe, ile można się dowiedzieć w czasie takiego oglądania - widać różne etapy życia, przypadkowe wybory, chwile słabości, fascynacje. Każda książka coś reprezentuje. Jedni układają je alfabetycznie, inni autorami, tematami, chronologicznie, seriami i … kolorami. Fascynujące.

Mogłabym zamieszkać w bibliotece. Wyobrażacie sobie budzić się wśród milionów zadrukowanych stron? Wybieramy dowolną pozycję z, powiedzmy, szesnastomilionowego księgozbioru (tyle mniej więcej ma kilkadziesiąt bibliotek Uniwersytetu Harvarda), potem wracamy do swojego kącika albo siadamy na schodach Biblioteki Widenera i … czytamy. Tak … . Biblioteka Widenera, piękny, majestatyczny budynek na dziedzińcu uniwersyteckim, zbudowany w stylu Beaux Artes. Cisza i panujące wszędzie skupienie. Studenci tu i ówdzie rozkładaja się, żeby poczytać. Harry Widener był bibliofilem i kolekcjonerem, zginął w katastrofie Titanica. Aby uczcić pamięć syna, jego matka ufundowała ten właśnie budynek. Jak głosi legenda, datek przekazany przez rodzinę obłożny był pewnym warunkiem, a mianowicie: gmach miał nigdy nie być zmieniany, a jeśli już tak by się stało, jego właścicielem stałoby się automatycznie miasto Cambridge. Dlatego, jeśli ktoś dopatrzy się małego połącznia z biblioteką Houghtona, zauważy, że zbudowano je na miejscu dawnego okna, aby zachować wszelkie warunki umowy. Inne mityczne klauzule - to wymóg, aby każdy student uczelni przeszedł test pływacki i aby na kampusie serwowano lody śmietankowe (ulubiony smak Harry’ego).  Zbiory samego Widenera zwierają między innymi pierwsze wydania powieści: Charlesa Dickensa, Roberta Lewisa Stevensona i Charlotte Brontë. Biblioteka ma w posiadaniu Biblię Gutenberga, publikacje Henry’ego Wadsworth, Margaret Fuller, manuskrypty Teodora Roosevelta. Jest kolekcja unikatowych książek drugiego obiegu zza żelaznej kurtyny, publikacje Josifa Brodskiego, pierwodruki „Pana Tadeusza”, „Sonetów Kryskich” i inne… wiele innych.

Pisząc o księgozbiorach Harvardu, mój własny powiększył się właśnie o trzy nowe tytuły, to kolejny krok, żeby spełnić marzenie i zamieszkać w bibliotece. Mojej własnej. Unikalnej.

Kiedy w 1955 Borges obejmowała stanowisko dyrektora Biblioteki narodowej, miał za sobą osiem operacji zaćmy i przyklejania siatkówki(…). Stracił całkowicie wzrok w lewym oku, a prawym widział jakiś zamglony punkt (…). Oczywiście okuliści stanowczo zabronili mu jakichkolwiek prób czytania i pisania. Pisarz zawsze wiedział, co go czeka, ponieważ wzrok stracili również jego ojciec i babka. On sam słabo widział już od dzieciństwa. Ale tę dziedziczną wadę akceptował ze stoicyzmem i z humorem: ”Doskonale widzę w snach. I bardzo często się mylę. Czytam sobie we snie i myślę: caramba, odzyskałem wzrok” [44] Arturo Marcelo Pascual ”Człowiek i twórca – Jorge Luis Borges”, Muza , Warszawa 2006

Foto: własne i z http://hcl.harvard.edu

0 komentarze:

„ Wielkiego Gatsby’ego ” Francisa Scotta Fitzgeralda czytałam ostatni raz w liceum, jakieś osiemnaście lat temu. Była to pożółkła książka...

„Wielki Gatsby”


Wielkiego Gatsby’ego” Francisa Scotta Fitzgeralda czytałam ostatni raz w liceum, jakieś osiemnaście lat temu. Była to pożółkła książka z biblioteczki rodziców, w tłumaczeniu Ariadny Demkowskiej. Tej wiosny postanowiłam do niej wrócić, nie ze względu na ekranizację  Baz’a Luhrmann’a, ale gównie po to, żeby przeczytać nowy przekład Jacka Dehnela.

Książka weszła już do kanonu klasyki literatury. Lata 20te XX wieku. Letni Nowy Jork - „jest w nim coś niebywale zmysłowego” [151]. W tle saksofon i jazz. Kobiece sukienki stały się krótsze i zdjęto gorsety. Prohibicja. Gangsterskie i mafijne porachunki. Jay Gatsby, uosobienie „amerykańskiego snu”. Zdeterminowany, konsekwentny i uparty. Weteran wojenny. Postać od pierwszych stron książki bardzo tajemnicza. Mieszkaniec West Egg, mniej nobliwej części Long Island, organizuje powszechnie znane, bajeczne przyjęcia, które wspomina się cały tydzień, aby w kolejny weekend znowu w nich uczestniczyć. „Jestem przekonany, że kiedy po raz pierwszy wybrałem się do Gatsb’yego, byłem jednym z nielicznych gości, którzy zostali faktycznie zaproszeni”. Tam nie zapraszano - po prostu się przychodziło”. [52] Krążą o nim najrozmaitsze historie, głównie o tym, jak zdobył pokaźną fortunę, ale grubość jego portfela rekompensuje wszystkie niewiadome. Tymczasem sam Gatsby, próbuje odzyskać dawną miłość. Piękną, Daisy... niestety mężatkę. Cały ten blichtr i splendor ma zwrócić jej uwagę. Idealizm i marzycielskość Gatsby’ego, sprawiają, że dla ukochanej gotowy jest na każdy, nawet najzuchwalszy krok. I tak też się stanie ... poświęci dosłownie wszystko. Jest coś tkliwego i romantycznego w tej miłości, szczególnie, że poznajemy ją z pespektywy mężczyzny. Mężczyzny prawdziwie zakochanego, ale samotnego. Człowieka, który zdaje się mieć wszystko, a tak naprawdę nie ma nic.

Fabuła nie jest tu najważniejsza - kolejna historia potwierdzająca, że pieniądze szczęścia nie dają, opowiedziana nieco inaczej. Niezwykły styl Fitzgeralda i jego „leniwe” pisanie kapitalnie oddaje atmosferę tamtego lata. Dekadencja, rozpusta ludzi epoki, wręcz emanują z kart powieści. Historię Gastby’ego opowiada narrator Nick Corrnay. Robi to inteligentnie i dowcipnie. W chwili tragedii zachowanie ludzi budzi w nim obrzydzenie, a zarazem współczucie. Oburza go hipokryzja, zakłamanie, egoizm oraz płytkie przywiązanie do wystawnego trybu życia. Wszędzie wkrada się kłamstwo i małostkowość. Fitzgerald wprowadza niezwykłe szczegóły tamtej epoki, przybliżając tym samym czytelnikowi owe czasy, społeczeństwo i miejsca. To wyciągnie ręki w geście zaproszenia. Możemy stać się uczestnikami tamtych wydarzeń, zaangażować się emocjonalnie, opowiedzieć się po czyjejś stronie. Patrząc z perspektywy czasu, tekst kieruje nas na poszukiwanie odpowiedzi na odwieczne pytania: jak żyję? kim jestem? dokąd właściwie idę?

Tłumaczenie Dehnela nadaje tekstowi świeżość i przybliża go współczesnemu czytelnikowi. Jest bardziej śmiałe i wierniejsze oryginałowi. Możemy delektować się tym, co jest namocniejszą stroną tego utworu - warstwą językową - śmiałymi metaforami, odważnym prowadzeniem narracji, nowatorskim sposobem budowania postaci. Wprowadzenie przypisów wyjaśniających wiele gier słownych, czy też skojarzeń, pozwala zanurzyć się w tekście „dzikszym, trudniejszym do przyswojenia”[219]. Majstersztyk!
 
 
F. Scott Fitzgerald, “Wielki Gatsby”, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2013

8 komentarze:

„- A czym się zajmujecie? - Jesteśmy Eli i Charlie Sisters -Aha. O rety.”   Ciąg dalszy majowych niespodzianek czytelniczych. ...

„Braterskie więzi”


„- A czym się zajmujecie?

- Jesteśmy Eli i Charlie Sisters

-Aha. O rety.”

 Ciąg dalszy majowych niespodzianek czytelniczych. Tym razem pozytywne zaskoczenie w klimatach dzikiego zachodu. Kto mnie dobrze zna, uśmiecha się teraz pod nosem. Moja niechęć do westernów (może z wyjątkiem „Siedmiu wspaniałych” z Yulem Brynnerem i Braci Coen) jest powszechnie znana. A jednak, powieść Patricka deWitta okazuje się prawdziwą przyjemnością i ucztą czytelniczą. Porywa od pierwszych stron i nie dziwi fakt, że nominowano ją między innymi do Nagrody Bookera w 2011.
Gorączka złota, rok 1851. Oto mamy dwóch braci, notabene, Sisters! Charlie i Eli. Są brutalnymi płatnymi mordercami. Poznajemy ich kiedy wyruszają z Oregon City do Kalifornii, aby wykonać kolejne zlecenie dla Komandora. Tym razem wyrok pada na niejakiego Hermanna Kermita Warma. Po drodze spotykają róże osoby: czarownicę z koralikami, dentystę- samouka, Mayfield’a lokalnego watażkę próbującego upolować niedźwiedzicę, zagubionego chłopca, który dostaje ciągle po głowie, poszukiwacza złota parzącego kawę z ... piasku. Dziki Zachód deWitta obnaża brutalność okresu, kiedy ludzkie nadzieje konfrontowała brutalna rzeczywistość. Żądza pieniądza skąpana w krwi. Obaj bracia piją brandy, mordują, bawią się i rabują. Nie jest to ich pierwsza robota. Zresztą są profesjonalni - zlecenie to zlecenie. Brak skrupułów i zbędnych wyrzutów sumienia. Na pewno? Eli zaczyna powoli kwestionować zasadność ich działań.
Osobista historia braci jest dość ponura. Ich ojciec był damskim bokserem i pijakiem, znęcał się nad rodziną dopóki nie trafiły go skutecznie dwie kule ze strzelby Charliego. Matka wyklęła synów dowiedziawszy się czym się trudnią. Bracia, a jakże różni. Oryginalny duet. Piegowaty Eli, narrator, spokojniejszy, momentami rozczulający się, wrażliwy. Trochę romantyk. Sceptyk do bólu. Chciałby spotkać tą jedyną i zakochać się, bo tęskni za stabilizacją. Dba o swoje zęby i próbuje zrzucić zbędne kilogramy. To on potrafi, o ile tylko jest to możliwe, wyciszyć brata i skierować jego myślenie na inne tory, bardziej ludzkie. Charlie, jest surowy, wybuchowy jak ojciec, nie stroni od alkoholu, używek i kobiet lekkich obyczajów. Cyniczny introwertyk. Bezpośredni i okrutny. Chce dominować i przewodzić braterskiemu duetowi. Ta sama krew ale o innej konsystencji.
Świetny styl i wartka akcja, choć brak typowego starcia dobra i zła: nie ma podziału na szeryfów i szlachetnych jeźdźców znikąd.  Każdy bohater ma tutaj coś do ukrycia. Specyficzny i urzekający sposób narracji czyni tą pozycję wyjątkową. Krótkie rozdziały, jak kadry z filmu wciągają totalnie. Awanturniczo – łotrzykowski klimat, western w odcieniu noir. Elementy groteski i absurdu w tej historii prowadzą czytelnika na inny poziom, poza fabułę. Odpowiedź na pytanie „o czym w zasadzie jest ta powieść?”, nie jest taka jednoznaczna. Zaśmiewamy się czytając ją, i owszem, ale ... za chwilę pogrążamy się w zadumie - nad ludzkim losem, życiem w ogóle. Lektura skłania nas do rozmyślań o wolności i jej granicach, o wyborach i realizacji własnych planów, o złożoności ludzkich losów, o przyjaźni i próbie komunikacji z drugim człowiekiem. Jest tu o rodzinnych więzach i brzemieniu jakie one niosą, o samotności i potrzebie bliskości. Skrajne emocje, tak jak skrajnie różni są główni bohaterowie.
Patrick deWitt, “Bracia Sisters”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

2 komentarze:

Sięgając po tę książkę, przyznaję uległam reklamie, a dodatkowo tytuł wydawał się smakowity. Mój niepokój budziły jednak zachęty celebr...

Białe trufle


Sięgając po tę książkę, przyznaję uległam reklamie, a dodatkowo tytuł wydawał się smakowity. Mój niepokój budziły jednak zachęty celebrytów TVNu a do tego dość zmysłowa okładka, wywołująca konotacje z romansidłem. Kilka razy i bez przekonania podchodziłam do lektury. Czy zawiodła mnie intuicja?

Nicole Mary Kelby to amerykańska dziennikarka i pisarka, która bohaterem swojej książki „Białe trufle” uczyniła Aguste’a Escoffiera, wielkiego twórcę haute cuisine. To on uprościł kartę dań wprowadzając tzw. menu a la carte. Rozpropagował service à la russe tj. kolejne serwowanie dań w miarę jedzenia, zamiast service à la française – jednoczesne podawanie wszystkiego od przystawki po deser. Artysta w swoim fachu. Gotował dla największych – Nelly Melby, Adeliny Patti, Jules Henri Poincaré i w najbardziej prestiżowych restauracjach na świecie w Ritzu i Savoyu. Autor ”Le guide culinaire”. Osobę Escoffier’a otaczała aura tajemniczości związana z jego licznymi romansami (?), w tym najgłośniejszym z Sarą Bernhardt (?) - ile w nich prawdy, trudno ocenić i przyznała to w posłowiu sama autorka .

Rok 1935. Europa jeszcze nie wiedziała, że stoi u progu wojny, ale przyglądała się z niepokojem temu, co się działo w Niemczech. W Monte Carlo, w La Vila Fernand państwo Escoffier mieszkali z cała gromadą wnuków, dzieci, prawnuków. Bez pieniędzy. Zdawali się egzystować tylko dzięki pomocy znajomych. Auguste krzątał się po kuchni w swoim znoszonym fraku i prążkowanych spodniach lub pochłonięty był spisywaniem wspomnień. Jego żona, Delphine, ciężko chora, marzyła o tym, aby mąż stworzył danie nazwane jej imieniem (przecież dedykował je tylu obcym osobom!). To jedna płaszczyzna narracji. Drugą stanowi pamiętnik Escoffiera. Są tu rozważania o gotowaniu, tło społeczno-polityczne z wieloma ciekawostkami i szczegółami dotyczącymi belle époque, jest o gustach kulinarnych m.in. Sary Bernhardt, Zoli, są przepisy z historią w tle. To najciekawsza część książki. Autentyczny opis pasji jaką dla Escoffier’a było gotowanie. Kuchnia ponad wszystko, prawdziwa miłość życia. Dopracowanie wszystkich detali smakowych i wizualnych posiłków. I dopiero gdzieś w tle rodzina. Jego małżeństwo z Delphine, jakże dziwne- żyli przecież całe lata osobno, a jednak „jej dłoń pasowała do jego dłoni, tak jak zawsze. (…) Chciała, żeby odszedł, a jednak nie wyobrażała sobie życia bez niego”. Mimo wszystkich (domniemanych ?) romansów, miłostek, ich uczucie zdawało się trwać, choć niezupełnie je rozumiałam.

Książkę charakteryzuje przedziwna niespójność – poplątanie płaszczyzn czasowych, poucinane historie. Mniej więcej w połowie zaczyna się czytelnicza męczarnia. Kolejne wątki pojawiają się i nagle znikają, ale … nie czekamy wcale na ich dalszy rozwój . I te dialogi ! Kto tak rozmawia? Kuchenna antropologia.
"- Musisz więc zjeść razem ze mną - powiedziała.
- Zjem.
- Ze mną?
- Zjem. (...)
- Jesli nie zjesz ze mną, nie będę jadła.
- Usiądę więc z tobą.
- I zjesz?
- I zjem.
"
Jest smacznie to prawda. Opisy potraw i ich składników przyjemnie łechcą podniebienie, tylko jest tego za dużo i momentami zupełnie giną w nich bohaterowie. Właśnie, konstrukcja postaci: płaska, bez polotu, chciałoby się więcej. Chaos. Intuicja mnie nie zawiodła. Pani Kelby przydałaby się lektura powieści Irvinga Stone’a – takie korepetycje dla piszących fabularyzowane biografie, bo ta trufla jest zdecydowanie zepsuta.


N.M.Kelby, “Białe trufle”, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2013

1 komentarze: