„ Urodzić się Grekiem to klątwa. Większość ludzi uważa, że jako Grek własnymi rękami budowałeś Akropol, wyrocznię w Delfach i starożytne ...

Grecja. Gorzkie pomarańcze.


Urodzić się Grekiem to klątwa. Większość ludzi uważa, że jako Grek własnymi rękami budowałeś Akropol, wyrocznię w Delfach i starożytne teatry, że to ty pomagałeś wymyślić demokrację. Doprowadza mnie do szału, jak mało ludzi na  świecie wiadomo o naszej nowożytnej historii. Ludziom wydaje się, że Perykles umarł zaledwie wczoraj i że Ajschylos nadal pisze swoje sztuki. Bardzo rzadko spotykam kogoś, kto wie, że przez czterysta lat byliśmy pod turecką okupacją i że w końcu postanowiliśmy z nią walczyć.” 

Niestety również dla mnie Grecja to przede wszystkim piękne krajobrazy, białe domy z szafirowymi dachami, wyspy skąpane w lazurze, oliwkowe spa, feta i baklawa. Miejsce, gdzie każdy dzień toczy się wolno, beztrosko i nieskrępowanie. Do tego wspaniała historia i kultura, kolebka cywilizacji, zabytki. I muzyka - rytmiczne i porywające sirtaki. Jakież to powierzchowne! A przecież dobrze wiem, że piękne pocztówki mają drugą stronę. Grecka, zapisana jest chaotycznym pismem pełnym skarg, żalu, bólu, pretensji i niepokoju i to nie tylko z powodu kryzysu ostatnich lat. Otwieram gazetę i czytam „Fatalne wyniki kontroli greckich przedsiębiorców. Połowa złapana na oszustwach podatkowych”, „Grecja walczy z kryzysem”, „Kościół chce wspomóc budżet Grecji”. Mało romantycznie prawda? Gdzie podziała się beztroska? Zastąpiło ją co – zapaść? zamieszki? Protesty w raju? Dlaczego? Niebieskie dachy domków o białych ścianach, które widzę tak wyraźnie w mojej wyobraźni, zaczynają pękać, z każdą stroną książki Dionisiosa Sturisa, coraz bardziej. Moje wyobrażenie raju spowija mgła.

Autor, dziennikarz radia TOK FM, w swoim debiucie łączy kilka perspektyw. Dominuje ta reporterska związana z obecnym kryzysem, z pakietami pomocowymi, z coraz bardziej drastycznym zaciskaniem pasa, z próbą znalezienia przyczyn takiej sytuacji. Tą relację dopełniają historie o fali emigrantów szaleńczo, za wszelką cenę chcących znaleźć się w lepszym świecie i ich często tragicznym losie. Bez paszportów, bez dobytku całego życia, samotnie próbują pokonać zdradliwą rzekę Ewros. Kiedy trafiają do Europy czeka na nich wielkie nic, życie w slumsach, marne zarobki, żadnych praw. A jednak ryzykują wszytko. To niesamowite jak historia lubi się powtarzać. Współcześni emigranci powielają ścieżki przebyte około stu lat temu w czasie wymiany ludności po wojnie grecko-tureckiej. Tu pojawia się druga perspektywa historyczna. Grecja, choć słaba w owym okresie przyjęła miliony wysiedleńców z Turcji, a koszty tego przedsięwzięcia na długie lata obciążyły jej gospodarkę. Dodatkowo po drugiej wojnie światowej w naród uderza wojna domowa. Część ludzi ucieka do „demoludów”. Wygnanie i tułaczka milionów dotyka również rodzinę autora. Perspektywa osobista. Przez Bałkany do Polski i Czechosłowacji. Rozdzielani. Głodni. Poniewierani. Sturis przywołuje wzruszające i traumatyczne wspomnienia krewnych, czasy kiedy znaleźli się w Polsce, by powrócić do ojczyzny kilkadziesiąt lat później. Jak wspominają Polskę? Jak na nowo odnajdywali się w Grecji? Matka autora pochodziła z Chojnowa, a do tego rodzina jego ojca przebyła długą drogę do Polski. Ale co on z tej Grecji pamięta? Prawie nic, uciekł stamtąd wraz z matką jako dwulatek przed ojcem. Dopiero po latach odkrywa tajemnice stojące za lambdą, thetą, sigma i ipsylonem. Oswają greckość.

Ta książka pokazuje jak kształtowała się tożsamości wspaniałego narodu i samego autora. Jest tu melanż tematów, ale wszystkie splatają się w piękny warkocz ujmujących, ciekawych opowieści. Od problemów społecznych, politycznych po kulturalne. Wywiad z Nicholasem Papandreou i opowieść o życiu Zygmunta Mineyki, postać wspaniałej Meliny Mercouri, ratującej za ogromna cenę kraj w okresie rządów czarnych pułkowników. Czas jak pryzmat pokazuje różne wymiary jednego narodu. Czy inaczej będę patrzyła na Grecję po tej lekturze? Tak, zdecydowanie. To dumni ludzie o gorącej krwi, którzy po latach okropności wojny i dyktatury, poczuli przez chwile spokój i dobrobyt i zatracił się w nim. Są tam ludzie leniwi (główny zarzut wobec Greków), którzy nie poznali trudów pracy. Wyobraźcie sobie, że dwudziestolatkowie nie pamiętaj swoich rodziców pracujących! Że studia są całkowicie darmowe i przeciąga się je latami, że o wyborze przyszłego zawodu decyduje wizmaktoś, kto ma kontakty i możliwości, dojścia i układy. W pierwszej kolejności dba o swoich najbliższych, o to by jego własne dzieci nie zostały na lodzie, dopiero później zajmuje się obietnicami sprzed lat. Im ważniejszy wizma tym więcej może obiecać.”  Ale są tacy, którzy ciężko pracują. Załamanie greckiej gospodarki przyszło w momencie łapania oddechu, upragnionej stabilizacji. Znowu nastał strach. Mimo, że interpretacji kryzysu jest wiele: spisek Unii Europejskiej, zemsta Merkel, ale także uznanie winy Greków: zbytni klientelizm i konsumpcjonizm, to nie podlega dyskusji fakt konieczności zmian. Grecja, tak jak wiele krajów Europy potrzebuje powiewu świeżości i odwagi w polityce. To wyjątkowa opowieść. Pełna żaru, oczekiwań, marzeń, greckiego temperamentu, ale pozbawiona złudzeń. Gorzka jak pomarańcze rosnące na drzewkach w centrum Aten.
 

 
Dionisios Sturis, „Grecja. Gorzkie pomarańcze”, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2013.
 
 
 
 
 
"Sorrow"(tłumaczenie ”O Kaimós” znalezione w sieci)
The sea-shore is long, the waves are high
The sorrow is great and bitter the sin


Within me a river, bitter blood of my wound
and your kiss on the mouth more bitter than blood

You do not know the frost of a moonless night
To know not at which moment the pain will take you

Within me a river, bitter blood of your wound
and your kiss on the mouth more bitter than blood

2 komentarze:

Siedzę sobie na plaży . Czy jest spokojnie? Leniwie? Czy przewracam się z brzucha na plecy, a słońce maluje mnie na mahoń? Nic z tych r...

Widokówki znad morza...


Siedzę sobie na plaży. Czy jest spokojnie? Leniwie? Czy przewracam się z brzucha na plecy, a słońce maluje mnie na mahoń? Nic z tych rzeczy. To se ne vrati pane Havranek, bo dzieci postanowiły przeskoczyć k-a-ż-d-ą falę (nie przyjmują do wiadomości, że jest to n-i-e-m-o-ż-l-i-w-e), chcą zdeptać cudze babki z piasku, starsze uciekają przed młodszymi, jedni budują zamki, a drudzy właśnie symulują tsunami. Krzyki, piski, harmider i łzy. Fikołki z materaca do wody, pod nią, z niej. Morze dudni falami i próbuje przekrzyczeć wesołą gromadę, ale i jemu się nie udaje.

A ja, ja chcę stopić się z leżakiem. Przesiąknąć przez malutkie otworki brezentu i spaść cichutko tysiącem komórek między miliony ziarenek żółto-białego piasku. Jest wilgotny, a jednak przesuwa się z wiatrem. Lekko. Delikatnie. Zasysa mnie drobinka po drobince. Bezwład. Mogłabym zaczepiać się jak on na kolorowych parawanach, zawisnąć na nich na moment. Suspens. Pauza. Ale już za chwilę muszę ponownie poddać się grawitacji. Wirować. Kręcić się. Wpaść w oko mewie. Przefrunąć między palikami falochronów. Zderzyć się z ziarenkiem soli. Pchnięta mocnym powiewem, ławicą innych ziaren, kłuć plażowiczów, niczym małe, ostre igiełki. Akupunktura á la plage.  Na koniec spadam na fotel. Cisza. Ania czyta o Jurku, drapie się w dłonie, a jedna jej noga zakopana jest w piachu. Spogląda, co jakiś czas, przez czarne szkła okularów, na szalejące w oddali dzieci. Burza opanowana. Siedzę więc z Anią na plaży. Jest błogo. Moje myśli nadal szybują, ale wysoko, w mezosferze. Nieuchwytne. Niezakłócane. Zen. Później idziemy biegać.


Na przekór wszystkiemu lubię polskie morze i zapomniałam już jakie jest czarujące. Nie jest to wprawdzie Adriatyk, nie ma krystalicznej wody z tym pięknym, szafirowym odcieniem, tu rozmawiamy raczej o grafitowo- szarym, metalicznym, sinym. Pogoda w kratkę, słońce przychodzi i odchodzi kiedy chce, ma w nosie fakt, że człowiek pędzi sześćset kilometrów na wymarzony tydzień wakacji i śni o słońcu od rana do wieczora. Piasek białawy, żółtawy, szary, a jego stopień czystości czasami dyskusyjny. Wczasowicze siedzą sobie na głowach, większość buduje twierdze z parawanów, szczelnie okopując się przed wiatrem i sąsiadem. Tłum, a plaża wąska. I czasem rzucam w eter: „Powinniśmy byli jechać do Grecji...”. A jednak jest tu coś, co mnie mieszczucha uspokaja i coś co wzbudza sentyment. I nie mówię o szumie, który otula jak szal, bardziej rozczula mnie słony zapach powietrza, rześkość o poranku, piękne zachody słońca, uczucie zapadających się w piasku stóp, muskanie łydek przez zimne jęzory fal. Lubię patrzeć jak wydmy prężą się wzdłuż wybrzeża, porośnięte kocankami i jasieńcami, lnicą wonną, czy nadmorskim groszkiem. I mimo, że pięćdziesiąt metrów dalej stoją plastikowe, obskurne budy z tonami tandetnych zabawek, gadżetów, ręczników, lodów i obciekających cukrem deserów, quasi-wesołe miasteczka, to lubię tu wracać. Lubię iść plażą, przeskoczyć kilka falochronów wyrastających z piachu, widzieć krążące mewy niczym szybowce, lubię jak fala za falą toczy spokój do mojego umysłu. Lubię tu po prostu iść przed siebie, ku horyzontowi, który załamuje się mnogością odcieni błekitu. Na przekór wszystkiemu. Lubię. Wieczorem puszczamy lampiony.



 
Fotografie: autorka

0 komentarze:

„ Dzienniki Bridget Jones ”, „ Miłość nad rozlewiskiem ”, czy inne Grochole i Weisberger, są mi tak obce jak fizyka kwantowa, z tą subtel...

Letnie czytanie w kawiarni …


Dzienniki Bridget Jones”, „Miłość nad rozlewiskiem”, czy inne Grochole i Weisberger, są mi tak obce jak fizyka kwantowa, z tą subtelną różnicą, że te pierwsze mnie odrzucają, zaś tą ostatnią szczerze chciałbym zrozumieć. W mojej bibliotece są DWIE pozycje chick-lit, kupione w chwili słabości, jakiegoś znudzenia, a nawet śmiem twierdzić momentalnej niepoczytalności. Mimo kilku marnych prób nie mogę znaleźć więzi z tym rodzajem literatury, jest ona dla mnie przewidywalna do bólu, sztampowa i, co tu dużo mówić, nudna. Ale jest lato więc, szukałam czytadła, czegoś lekkiego - kto by przypuszczał, że tak się zmęczę.

Spotkajmy się w kawiarni” Jenny Colgan to historia Isabel, młodej kobiety, wplątanej w skomplikowany związek ze swoim szefem Graeme’em, no może nie aż tak skomplikowany z jego punktu widzenia. Co tu skomplikowanego w fakcie, że Issy jest jego kochanką, kucharką, pocieszycielką kiedy ON ma na to ochotę. A ONA? Ona wpada po uszy. Jest trochę roztrzepana, naiwna, dobroduszna, co ma prawdopodobnie dodawać uroku. Ma dobrze płatną pracę w korporacji i właśnie kupiła mieszkanie. I jak to bywa w bajkach oraz tanich romansach przychodzi katastrofa, w jednej chwili wali się wszystko. Romans wychodzi na jaw, choć nie do końca, bo od miesięcy już żyło nim biuro, wbrew staraniom zainteresowanych. Zaraz potem Issy traci pracę, Graeme ją zostawia. Jest źle. Wizja przyszłości –nijaka. Ale momencik, czyż taka beznadzieja nie jest właśnie przyczółkiem dla czegoś nowego? Przecież główna bohaterka albo ma jakiś cudowny talent (w tym wypadku pieczenie ciast i babeczek), albo podda się metamorfozie i samodoskonaleniu,  albo zdarzy się cud w postaci spadku, wygranej w Lotto, albo objawienie, albo inne równie „zaskakujące” wydarzenie. Nawet bank, który zwykle rygorystycznie podchodzi to udzielania kredytów i pożyczek, tu bez większych oporów, wszak Issy ma to „coś”, przyznaje potrzebne pieniądze. I wydaje się, że tragedia zażegnana. Nic bardziej mylnego, kolejny zwrot akcji, bo wymarzona kawiarenka nie przynosi kokosów, nie jest nawet zauważana przez mieszkańców okolicy. Dobrze, że zdarzają się wypadki i darmowa reklama w gazecie – myślicie co ma piernik do wiatraka, w tej książce ma. Potem idzie z górki. Interes się kręci, trzeba zadbać o uczucia. Niby rozwiązanie jest oczywiste, od sto trzydziestej drugiej strony wiadomo, kto będzie tym trzecim w trójkącie namiętności i zawirowań emocjonalnych, ale Issy waha się: łajdak i maminsynek czy zwykły, uczciwy facet i stąd kolejne punkty zwrotne. Na litość boską! Nic nie ma tu prawa czytelnika zaskoczyć. Nic. Bohaterowie są kalką tych opisanych w podobnych książkach, te same typy. Jedyne przymiotniki, które w przypadku tej pozycji cisną mi się na papier to: sympatycznie, słodko (są wszakże przepisy na ciasta i babeczki), miło i ... jak zwykle. Nuda. Nuda i nuda, nawet na letnie, leniwe dni. Okładka też jest jak zwykle, o rany - pastelowa… . Za dużo cukru w cukrze.
 
 

Jenny Colgan, „Spotkajmy się w kawiarni”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

0 komentarze:

Mamy Jana Brzechwę, mamy Danutę Wawiłow, mamy Juliana Tuwima, Dorotę Gellner i wielu, wielu innych. Klasyka polskiej  literatury dla  dzi...

Odwiedziny Kota Prota


Mamy Jana Brzechwę, mamy Danutę Wawiłow, mamy Juliana Tuwima, Dorotę Gellner i wielu, wielu innych. Klasyka polskiej literatury dla dzieci. Któż nie zna „Koziołka Matołka”, „Pchły Szachrajki” ? Tym czym dla nas są ci wielcy autorzy, tym dla Amerykanów jest Dr. Seuss, w Polsce znany przede wszystkim z adaptacji filmowych - „Grinch- świąt nie będzie”, „Lorax”, czy „Horton słyszy Ktosia”. Tymczasem zachęcam do poczytania, w oryginale lub w polskim przekładzie Stanisława Barańczaka. Absolutna gratka i czysta przyjemność dla dzieci i rodziców.
Theodora Seuss Geiselt urodził się w 1904 roku w Springfield w Massachusetts. Był pisarzem, poetą i rysownikiem. Zadebiutował w 1937 roku utworem „Sam to wszystko widziałem na ulicy Morwowej”. Zanim jednak książka ujrzała światło dzienne odrzuciło ją dwudziestu ośmiu wydawców i dopiero Vanguard Press zdecydowało się zaryzykować. Pomyślcie – świat mógłby nigdy o nim nie usłyszeć!!! Sam nie miał dzieci, ale jak mawiał ”Wy je robicie, ja je bawię”. Do pisania dla najmłodszych zmusiła go konieczność, bowiem kontrakt jaki zawarł ze swoim wydawcą zabraniał mu jakiejkolwiek innej formy pisania, tylko nie tej dla dzieci. I tak przypadkiem wpisał się na wieki do kanonu literatury dziecięcej. Uwielbiam takie przypadki! Jego utwory pełne są humoru, a historie opowiadane fantastycznym językiem, w którym króluje rym. Rym wykorzystujący anapest – trzy krótkie sylaby, jedną długą.  Jest też czterowiersz, momentami zdekonstruowany, a do tego przerzutnie, czyli przeniesienie końca zdania do następnego wersu:

„Co nam z Hanią zostało?
Siedzieć,
Siedzieć
I siedzieć…
Czy nas to zachwycało?
Nie, nie mogę powiedzieć.”

„Więc siedzieliśmy w domu
Cały dzień, ja i Hania.
I nudziły nas strasznie

Cztery ściany mieszkania”


Czyta się cudownie, bo dzięki stylowi pisania ważne słowa są akcentowane, inne wykrzyknięte, niektóre wybrzmiewają echem - głos sam układa się za tekstem. Tylko cztery, z czterdziestu czterech jego książek Dr. Seuss'a, napisane były prozą. Nie liczę tych, które współtworzył, czy napisał pod innym pseudonimem. Seria z Kotem Protem (alter ego autora) powstała z myślą o uczących się czytać i zrewolucjonizowała sposób nauki czytania w tamtych czasach, kładąc nacisk na dźwięk, wprowadzając rysunki i odchodząc od zwykłych, szarych czytanek. Aby ją napisać autor otrzymał listę trzystu czterdziestu ośmiu słów, z których miał wybrać dwieście dwadzieścia pięć (jest ich dwieście trzydzieści sześć). „Kto zje zielone jajka sadzone?” ma pięćdziesiąt pięć słów.
Książki Dr. Seuss’a nie tylko pomagają w nauce czytania, ale uczą myśleć, przybliżają idee ekologii, tolerancji. Tu nie ma miejsca na nudę! W niezwykły wprost sposób pobudzają wyobraźnię prowadząc tam, gdzie słowa się kończą.  Czytając je można zanurzać się w otchłaniach absurdu, bo typ książki przesiąknięty czystym nonsensem. Ileż tu wymyślonych nazw zwierząt, roślin, a do tego chaos zdarzeń, który prowadzi do mądrych konkluzji i przemyca w ciekawym opakowaniu ważne przesłanie. Co robić w dzień dżdżysty, gdy pada i grzmi? Czemu lubić coś lub nie bez spróbowania? Ile pożytków daje czytanie? Jak sprawić, by pokonywana codziennie nudna droga do szkoły zmieniła się w prawdziwa przygodę?
Autorzy dziecięcy mają tą niezwykłą umiejętność traktowania dzieci z szacunkiem. „Nie pisze dla dzieci, pisze dla ludzi” mówił Dr. Seuss. Wiedział o tym, że dzieci rozumieją wiele, a nawet więcej niż nam dorosłym się wydaje. W jego książkach świat jest nieograniczony, wyciąga rękę do młodego czytelnika i zachęca: „chodź i poznaj mnie”. Nie ma tu rutyny, indywidualny styl oraz oryginalność fabuły czynią jego książki niezapomnianymi.


Dr. Seuss, „Kot Prot”, Wydawnictwo Media Rodzina, Warszawa 2003.


0 komentarze:

Nowy Jork, jesień 1982 9.00 Rano "wygląda oknem" po nocy w hoteliku zakonnic na 23. Ulicy. "Z ulicy, dość mrocznej, ...

Dzień z życia sławnego pisarza … Miron Białoszewski


Nowy Jork, jesień 1982

9.00
Rano "wygląda oknem" po nocy w hoteliku zakonnic na 23. Ulicy. "Z ulicy, dość mrocznej, pustawej wejście w hall ze świętym Józefem z gipsu. Jak w Sieradzu. Winda - 7 piętro. Pokoik z tradycyjnym wyrkiem. Serce Jezusa. Wychodeczek. Krany. Roleta w oknie. Wrażenia jak w Sieradzu. Właściwie dobre, żadnych pułapek".

11.00

Pierwszy spacer po nowojorskich ulicach, odszukanie siedziby Fundacji Jurzykowskiego, której nagrodę otrzymał ("Fundacja odszukana z trudem. A pani umówiona. Dała czek").

12.00

"Konsulat. Konsulowie uprzejmi. Stary dom secesyjny. Obie polskie strony chętnie ustalają mój wieczór w Polskim Instytucie Nauk".

14.00

"Powrót. Łóżko. Dzwonią do mnie. Gadam. Buch leżeć".

18.00

"Poniosło mnie na 42 ulicę z rozrywkami. Światła, takie graniastosłupy świateł jak na filmie, ale na krótkim odcinku. Nie można było znaleźć po sklepach portfela (mój za ciasny na paszport) ani lemoniadek do rozpuszczania"
„Poleciałem do niedalekich sklepów porno i tam na oglądaniu pism spędziłem ciekawe popołudnie w Nowym Jorku. W każdym porno-sklepie jest z jednej strony miłość damsko-męska, a z drugiej - męsko-męska, obfita niezwykle. Tam tyle mężczyzn, co i tu. Każdy sobie ogląda, co chce. Jak długo chce. Wczoraj też tu byłem, kupiłem dużo przepięknych aktów. Ciepło, deszczyk. Powrót (...) z 42 Poprzecznej na moją 23 Poprzeczną przez Podłużną Ósmą, z Murzynami, czyścibutami, pijakami, Murzynkami-kurwami. W połowie drogi wielki okrąglak, cyrk na górze, dworzec na dole, jednocześnie poczta główna naprzeciw, z wielkimi schodami i kolumnami. Tu lubią Grecję. Już zrobiły się znane mi, powszednie te miejsca. Dokupiłem sobie dziś bardzo przez siebie poszukiwany cymes, tylko za 6 dolarów. Świetny Murzyn z olbrzymim »interesem « sam sobie robi minetę. Olbrzymi »interes « podobny do owego miałem dwa razy”.

21.00

Powrót do hoteliku. Dziennik, wiersze, cieszenie się sprawionymi sobie prezentami.

2.00
Sen?


Marcin Sendecki "Dzień z życia sławnego pisarza", "Książki", NR 1 (4) marzec 2012

0 komentarze:

Wisława Szymborska słynęła z poczucia humoru i opisywania rzeczy ważnych prosto, a błahych z przymrużeniem oka. Czy zatem „ Błysk rewolwr...

powaga – nie-powaga


Wisława Szymborska słynęła z poczucia humoru i opisywania rzeczy ważnych prosto, a błahych z przymrużeniem oka. Czy zatem „Błysk rewolwru” to jakiś żart? Może zabawa? Tytuł sugeruje jakiegoś figla. Nic z tych rzeczy, na pewno nie do końca. To eklektyczny zbiór niepublikowanych wcześniej utworów (i obrazków!) poetki z serii Biblioteki Gazety Wyborczej, pod redakcją Michała Rusinka. Prawdziwie zaskakujący. Przezabawny. Prywatny, bardzo. 

Aperitif. Wstęp Bronisława Maja. Ileż się w nim dzieje. Konia z rzedem temu kto rozszyfruje choć część iluzji literackich. Tak pisać można tylko o przyjacielu, z dowcipem, z uwielbieniem, sypiąc wspomnieniami i anegdotami jak z rękawa. Ale zastrzeżenie: te inedita są inne niż większość, ich publikacja nie ma „przyczynić się (…) do pogłębienie i utrwalenia – coraz bezczelniej dzisiaj panoszącego, a z gruntu fałszywego i szkodliwego- wizerunku Poetki jako rozchichotanej (…) „celebrytki”, facecjonistki wesołej, która niejako na marginesie twórczości par excellence rozrywkowej czasami pisywała ”też” [sic!] jakieś, zdaje się, wiersze (…).” Wisława Szymborska. Ichna. Dyr.O.M.N.R. Wspaniała polska poetka i „(…) przedstawicielka niezwykłej czystości i siły poetyckiego spojrzenia”. Któż nie zna jej twórczości? „Cebuli”, "Nic dwa razy się nie zdarzy” czy „Rozmowy z kamieniem”?

Le plat principal. To tu kryją się perełki, co ja pisze perły. Pierwsze kroki w … prozie i tytułowy „rewolwr”. Krwawa opowieść, romans (kryminalny) między Eljanną, Ramonem i Ewelem Rossem, gdzie pada trup i bucha uwielbienie. Dalej limeryki, bajki, ballada, rajzerfiberki, moskaliki, adoralia, altruitki, przysłowia, to wszystko z dodatkiem lepiejów, poematów, laurek, map, karykatur, epitafiów, metzyji, słownika wyrazów obelżywych, ankiety. Na końcu fantastyczne listy parkingowego.

 
Szanowna Pani Ciniu!!

Nie zgadnie Pani kto ten mój list pisze. To ja. Oddawna mam Panio na oku i w ciąż o Pani myślę. ale jestem mężczyzną i samo myślenie mi nie wystarcza. Chciałbym się z Panią spotkać w jakimś cichym miejscu a dalej to już Pani wie bo nie jesteśmy dziećmi. Bratowa mojej Szfagierki ma Lumpeks w Mszanie ja sobie tam dorobiłem klucze i będzie tam wieczorową Porą dla nas słodkie gniazdko w Przymieżalni. Listu mojego niech Pani mężowi nie pokazuje bo my się przyjaźnimy(…).

Z poważaniem Parkingowy

Na imię mam Heniu"

 Ratatouille, albo groch z kapustą, ale w najlepszym wydaniu. Cztery części jak rozdziały życia, mniej więcej chronologiczne. Juwenilia, „szuflada” na Krupniczej, varia, Lubomierz. Zaglądamy do szuflady poetki. A tam… zdjęcia popupychane w kopertach, szkice, zapiski, artystyczny nieład. Słychać jej głos i czuć jej obecność. Cała ona z jej cudownym darem obserwacji, przekorą i sarkazmem, już od najmłodszych lat. I ta gramatyka! I ta ortografia!       

Może jakich panów mają
Ale bardzo przebierają,
Co może się już nie zdarzyć
Ocze[m] nie ma mowy marzyć
Może ich tam nik[t]nie swata?
I tak płyną długie lata…
Nie pozwolę na to przecie
Że mam stare panny -ciocie
Musze choć ze 2 wyswatać
By potem z wujkami latać,
Po cukierniach i kawiarniach
Dziwna słodkość mnie ogarnia
Koniec”

Od małej Ichny do końca. Zbiór zamyka przejmująca fraszka, napisana w szpitalu po operacji.

„Holendrzy to mądra nacja,
bo wiedzą, co trzeba zrobić,
kiedy znika naturalna oddychacja!”

Ta książka to „wersja reżyserska”, rozszerzona i specjalna. Każdy utwór jest jak bonus, jak nagroda, jak rozkoszna niespodzianka. Czy poetka nie chciała upubliczniać tych tekstów? Zawsze twierdziła, że zaginęły, zgubiły się … . Niektóre z utworów zawarte w tym zbiorku zostały spisane przez kolegów i przetrwały w kopiach sześćdziesiąt lat. I dobrze się stało. To jednak książka podstępna, gdzie króluje zamknięta w historiach powaga – nie-powaga. To książka, która mnie osobiście utwierdziła w przekonaniu, że Szymborska uwielbiała prozę, snuła piękne opowieści, „które dla niepoznaki rozpisywała (...) na wersy i pozwalała je nazywać wierszami. (...) Czarowała pełnokrwistymi, choć zawartymi w kilku słowach opisami albo dawała gęste mikrowykłady o świecie. Jej teksty są zawsze procesem, podobnie jak opowiadanie, powieść lub esej. To doskonale skonstruowane filigrany literackie, nanoksiążki, które mieszczą się całe w czasie jednej-dwóch minut czytania.” Olga Tokarczuk „Chichot nad prozą” Tygodnik Powszechny, 10.10.2012.

 

 Wisława Szymborska, „Błysk rewolwru”, Wydawnictwo Agora S.A, Warszawa 2013.


Wykorzystano fragment Laudacji Noblowskiej.

0 komentarze: