Nadszedł 25 października. Wreszcie upragnione targi książki. Wprawdzie zaczęły się dzień wcześniej, ale to właśnie w piątek biorę dzień w...

Krakowskie targi…


Nadszedł 25 października. Wreszcie upragnione targi książki. Wprawdzie zaczęły się dzień wcześniej, ale to właśnie w piątek biorę dzień wolny od pracy i cieszę się perspektywą wielu godzin z  papierem i drukiem. Tramwaj nr 22 jechał po woli, ale jego pustka napawała mnie radością, że zwiedzających będzie niewielu. Mieć te wszystkie książki na wyłączność! Chociaż przez godzinę! Było jednak grubo przed 10.00 i czar szybko prysł: ludzie wytaczali się falami z środków komunikacji miejskiej, autobusy z wycieczkami i uczniami przybywały jeden za drugim. To targi kobieto, a nie prywatny pokaz w show roomie! Z drugiej strony liczba zwiedzających napawała optymizmem, ludzie czytają, interesują się książkami, przyprowadzają dzieci, które faktycznie wynosiły w torbach książki, przeglądały je i czytały, zamiata klikać w klawiaturę smartfona.

W tym roku tylko jeden dzień. Niestety.

Wchodzimy. Wejście F. Mijamy pachnące stoisko Pożegnania z Afryką. Kawa później. Rzucam się w wir. W tym roku zaproponowano cztery salony: Salon Wydawców Szkół Wyższych, Salon Wydawców Katolickich, Salon Nowych Mediów, Salon Małe Ojczyzny - Kaszuby i Gdańsk, ten ostatni zainagurowana dziś.  Był więc hymn kaszubski do słów Hieronima Jarosza Derdowski „Tam gdze Wisła...”. W Salonie przywitali nas Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, Prezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego Łukasz Grzędzicki oraz Prezes Instytutu Kaszubskiego prof. Józef Borzyszkowski. Tłum porywa i przesuwa nas między stoiskami. Stróżka potu płynie po plecach. Ale warto. Kiedy wreszcie znajdujemy stoisko Wydawnictwa Czarne, łapię nową książkę Stasiuka i trzymam kurczowo. Panie, bardzo miłe, mówią, że mogą natychmiast dać mi egzemplarz bez ceny, a ja na to „Chcę przez chwilę potrzymać”. Kupuję bez wytchnienia. Jak cudownie, że przyjmują kartę kredytową. I tak wszędzie. Ceny cudownie … niższe. Ale najważniejsze jest to, że można porozmawiać o książkach z wydawcami, pisarzami oraz z innymi książkowymi molami, można upolować prawdziwe perełki z autografem. Książki podpisywali m.in: Jonathan Carroll,  prof. Władysław Bartoszewski, Hanna Bakuła, Adam Bujak, Wojciech Cejrowski, Katarzyna Kłosińska, O. Leon Knabit, Andrzej Maleszka, Dariusz Rekosz, Ewa Stadtmüller, Janusz Głowacki, Julia Hartwig, Michał Heller, Tomasz Jastrun, Marek Krajewski, Adam Michnik, Åsa Larsson, Dorota Masłowska, Beata Pawlikowska, Andrzej Pilipiuk, Szczepan Twardoch.

Było też wiele akcji promujących czytelnictwo. Jedna z nich, uświetniająca obchody roku Tuwima, przyciągnęła kilkaset osób m.in.: Jolantę Kwaśniewską, prof. Grzegorza Kołodko, Ryszarda Kalisza, Tymona Tymańskiego, Rafała Bryndala, Jerzego Stuhra czy Magdalenę Różczkę.

Wyróżniono także osoby promujące czytelnictwo, przyznając im tytuł ambasadorów Targów Książki. W tym roku otrzymali je ks. Adam Boniecki, Michał Rusinek, Henryk Podolski oraz Ryszard Krynicki.  

Według wstępnych danych w krakowskich targach wzięło udział ponad 40 tysięcy osób, co jest rekordem frekwencji. W przyszłym roku być może będzie więcej miejsca i powietrza. 13 tys. metrów kwadratowych powierzchni użytkowej będzie mieć budowana przez Targi w Krakowie nowoczesna hala targowo-kongresowa. Obiekt EXPO Kraków ma być gotowy wiosną 2014 r. Nie moge się doczekać!

 

 

Za wejściówki na Targi dziękuję Wydawnictwu „Bajki-Grajki" Omedia Sp. z o.o.

2 komentarze:

Sięgając po książki autorów, którym przyznano literackie wyróżnienia, mamy określone wymagania. Ja niezmiennie oczekuję zaskoczenia, wstr...

Pani Munro o życiu


Sięgając po książki autorów, którym przyznano literackie wyróżnienia, mamy określone wymagania. Ja niezmiennie oczekuję zaskoczenia, wstrząsu, chcę być bulwersowana, wzruszana, poruszana, gorszona i czuć, że czytam coś absolutnie wyjątkowego. Czy tak będzie z Alice Munro? Dostała wszakże Bookera, a w tym roku Nobla. I choć do literackich nagród staram się mieć pewien dystans, to wciąż się łudzę, że mają one sens. Zobaczmy.

Munro nazywana jest Czechowem w spódnicy i sam fakt, że wybrała krótką formę, zamiast opasłych tomów i cykli powieściowych, uważam za sporą odwagę, szczególnie w obecnych czasach. Na pierwsze spotkanie z autorką wybrałam „The bear came over the mountain”. Wybieram tekst w oryginale. Chcę go poczuć na skórze bez filtra tłumaczenia. Opowiadanie wydrukowano po raz pierwszy w 1999 roku w magazynie The New Yorker, a później w zbiorze „Hateship, Friendship, Courtship, Loveship, Marriage” (wyd. pol. Kocha, lubi, szanuje…).

Akcja toczy się w Kanadzie, gdzieś nad Georgian Bay w prowincji Ontario,  gdzie mieszka starzejące się małżeństwo - Grant i Fiona. On był profesorem literatury, ona prowadziła dom. Spędzili już wspólnie czterdzieści pięć lat. Pewnego dnia w ich posiadłości pojawiają się niezliczone ilości żółtych karteczek poprzylepianych na meblach, frontach szafek, szufladach. Potem przychodzą pytania o sprawy, ludzi, postacie, które dawno już odeszły, umarły. To zwiastuny choroby, nienazwanej - może Alzheimer, może demencja, może SM … . Grant postanawia umieścić Fionę w placówce opiekuńczej Meadowlake i zgodnie z regułami nie może się z nią kontaktować przez pierwszy miesiąc. Takie środki profilaktyczne, mające pomóc Fionie przywyknąć do nowego otoczenia, zapobiec ciągłym łzom i wzruszeniom. Kiedy Grant wraca po tym czasie, znajduje swoją żonę zaprzyjaźnioną z mężczyzną imieniem Aubrey, którego Fiona bierze za dawnego znajomego. To wygląda na coś więcej niż przyjaźń, takie nagłe, silne przywiązanie, które zaskakuje Granta. Jak to możliwe? Budzą się w nim wspomnienia o własnych romansach, skokach w bok. Czy to odwet? Fiona wydaje się taka szczęśliwa. Niestety okazuje się, że Aubrey przebywa w domu opieki tymczasowo i po pewnym czasie zabiera go stamtąd żona, Marian. Fiona jest załamana, traci na wadze, przestaje chodzić, siedzi w fotelu zapatrzona w dal. Po woli znika. Grant postanawia odnaleźć Marian i namówić ją, aby na stałe zostawiła męża w Meadowlake. Niestety finanse nie pozwolą jej na to, musiałaby sprzedać dom. A jednak, coś sprawia, że Grant przywozi Aubery’a z powrotem, ale Fiona zdaje się go już nie kojarzyć, za to pamięta znowu Granta. Historia jakich wiele. Już Nicholas Spark pisał o tym w „Pamiętniku”. Gdybym teraz skończyła recenzję wyrządziłabym ogromną krzywdę prozie Munro. Dlaczego? Bo to cudowny utwór. Pod każdym względem zaskakujący. Przede wszystkim tempo czytania. Niespieszne. Po drugie, sposób pisania, jest jak obieranie jakiegoś warzywa – warstwa po warstwie obnażone zostają różne ludzkie zachowania, tajemnice, myśli. Wszystko przedstawione bez zbędnej empatii i komentarza, podane czytelnikowi tak, aby musiał myśleć, prowokując w nim lawinę wewnętrznych pytań. Prosta historia, kryje w sobie kolejne warstwy znaczeń. Z takiego jednego opowiadania, można by rozpisać kilka powieści. I to jest właśnie cudowne, że po skończeniu czytania, myśli wciąż powracają do tej pozycji. Czy to historia związku? Czy to analiza psychiki mężczyzny, a może właściwie kobiety? Dlaczego Grant oddał żonę do placówki? Czy zdradzi ponownie? Czemu tak postępuje? Co stanie się z Marian? To, co mnie również … uwiodło, to fakt, że zupełnie jak w życiu nie ma tu jednoznaczności. Nic nie jest po prostu czarne lub białe. I to jest naprawdę niezwykłe, bo Munro udowadnia, że najprostsze rozwiązania są najlepsze. Próżno szukać u niej wyszukanych metafor, plastycznego języka i postmodernistycznych zabiegów. Jej proza jest zwykła, ale niebanalna, a przez to naprawdę bliska czytajacemu. Prostota, klarowność, precyzja słowa to jedyny zabieg jaki stosuje. Oto mamy typową codzienność i chwile ważne dla samych bohaterów. Zdaje się, że małżeństwo prowadzi przeciętne, szczęśliwe życie, a tymczasem pełno w nim wstydliwych sekretów. Cieszę sie, że literatura realistyczna żyje i to w takim wydaniu.

Tytuł w języku angielskim to pierwsze słowa piosenki dla dzieci o niedźwiedziu, któremu udało się przejść na drugą stronę góry, aby odkryć …, że jest tam po prostu druga strona góry. Czy tak prosta piosenka w zestawieniu z tematem o starzeniu się nie nabiera lekko opresyjnego charakteru? Być może. Ale być może tytuł nadaje tej historii kolejny wymiar.  Jestem bardzo zaskoczona. Brawo!

 
Alice Munro,  The Bear Came Over the Mountain,” The New Yorker, 21 października 2013, str. 110

2 komentarze:

Pisać o Thomasie Bernhardt’cie i jego twórczości nie jest łatwo, tak jak nie jest łatwo ją czytać i rozumieć. Żeby znaleźć klucz do tej p...

Kalkwerk


Pisać o Thomasie Bernhardt’cie i jego twórczości nie jest łatwo, tak jak nie jest łatwo ją czytać i rozumieć. Żeby znaleźć klucz do tej prozy, trzeba najpierw spojrzeć na życie autora, naznaczone ponad wszystko ciężką chorobą, pobytami w szpitalu i kontemplowaniem życia z pozycji wiecznego pacjenta. A z drugiej strony trzeba zrozumieć jego stosunek do własnej ojczyzny, o której mówił, że nigdy nie odpokutowała swojej roli w czasie II wojny światowej oraz narodowosocjalistycznej przeszłości. W testamencie zabronił publikacji i wystawiania swych dzieł w Austrii do 2059 roku, czyli do wygaśnięcia praw autorskich. I po trzecie trzeba znać jego postawę jako artysty. „(…) nienawidzi wszystkiego, co układne, dziesiątki lat życia nauczyło go nienawidzić wszystkiego, co układne, wszystkiego, co jest formą, nienawidzić również wszystkiego, co uważa się za uprzedzającą układność między ludźmi (…)”. Thomas Bernhardt to taki pisarz z gatunku enfent terrible, a może bardziej Nestbeschmutzer. Przekorny i zbuntowany. Jego wypowiedzi zawsze były sprzeciwem wobec ogółu, były wyjściem z mroku konformizmu i wykrzyczeniem tego, co publicznie było (jest) piętnowane, co niewygodne i niedopuszczalne. Dobrze wiemy, że nie jest to łatwe, szczególnie jeśli w podświadomości majaczy wizja odrzucenia, wykluczenia z grupy, wszakże człowiek to istota społeczna. W Polsce Bernhardt jest stosunkowo mało znany. Jego głównym propagatorem oraz znawcą jest Krystian Lupa, którego „Kalkwerk”, wystawiony w 1992 roku, został okrzyknięty reżyserskim arcydziełem, traktatem metafizycznym, stawiającym podstawowe pytania dotyczące człowieka, doświadczania życia, kwestii związanych ze sztuką i rolą artysty.

Tytułowy Kalkwerk to przestronny dom w starym nieczynnym wapienniku, położony  na uboczu, z dala od cywilizacji, otoczony krzakami, drzewami. „W przypadku zbrodni krzyczenie jest bez sensu, bo i tak nie zostanie się usłyszanym. Tartak nie leży w zasięgu głosu, gospoda również nie leży w zasięgu głosu, żaden człowiek nie znajduje się w zasięgu głosu.” Ta cisza ma sprzyjać tworzeniu, koncentracji, spisywaniu pewnego studium naukowego poświęconego słuchowi, nad którym pracuje główny bohater, Konrad. Jest on indywidualistą, którego nadwrażliwość wpędza stopniowo w obłędne koło, do tego, ta jego skumulowana agresja i niemoc twórcza, przecież latami próbuje przelać na papier ukształtowane w głowie studium, bez skutku. Razem z nim do rezydencji przenosi się niepełnosprawna żona, siedząca na wózku inwalidzkim, niema obserwatorka poczynań męża, który zupełnie się z nią nie liczy, a w wigilijną noc … zabija strzałem w głowę. Dlaczego? To nie będzie takie proste do wyjaśnienia, bo chociaż podejrzany natychmiast się przyznaje do winy i pokornie rusza do więzienia, to o tym, co stało się w noc morderstwa, a raczej o tym co działo się przed nią, czytelnik dowiaduje się z wielu sprzecznych źródeł. To właśnie charakterystyczny styl Bernharda: monolog bohatera, który przedstawia pewien pogląd na świat. Niby nic nadzwyczajnego, ale ten monolog skąpany jest w morzu dialogów, relacji, tyrad, jakby nagle rozśpiewał się chór z antycznej tragedii, ale każdy jego członek na własną nutę. Prawdziwy potok słów. W Kalkwerk narrator pojawia się tylko kilka razy, po to, aby zrelacjonować wypowiedzi kilku bohaterów, bez oceny i bez komentarza. Czytelnik dostaje więc warianty, różne perspektywy… jest prowokowany i zaczepiany, aż do bólu. Dosłownie. Bernhardt dodatkowo stosuje technikę multiplikacji, powtarza słowa, zdania, konkluzje. Nic nie jest pewne, prawda o drugim człowieku jest względna. Przyglądamy się małżeństwu Konradów – dominującemu, owładniętemu obsesją mężowi i kalekiej żonie, podmiotowi jego szalonych, okrutnych, sadystycznych eksperymentów. Czy aby na pewno? Czy Konradowi należy przykleić etykietę mordercy? A może raczej geniusza? Czy faktycznie pastwi się na żoną, przecież niektóre źródła mówią o tym jaki był opiekuńczy? Może ona wykorzystuje swoje kalectwo? Momentami czujemy zażenowanie przyglądając się temu związkowi, na wskroś tragicznemu. Atmosfera Kalkwerk w połączeniu z takim stylem pisarskim, osacza czytelnika. Zostajemy zamknięci w hermetycznym pudełku. Mimo przestronności budynku, pustych pokoi wiejących pustką, czujemy ścisk, duszność i wydajemy, co chwila klaustrofobiczny krzyk. „Wybrać się do Kalkwerk, znaczy wpaść po prostu w pułapkę.” Do tego brak chronologii i zamienienie miejscami przyczyny i skutku. Zabiegi iście genialne, ale męczące.
 
Miejcie się na baczności, to nie jest kryminał. Proza Bernharda wymyka się jednoznacznym interpretacjom. To trudna, wymagająca i ambitna pozycja. Zapamiętajcie słowo „względność” sięgając po tą książkę. Bernhard uświadamia nam również, jak duża jest przepaść między intencjami artysty, skomplikowanym procesem twórczym , a tym jak odbierze go społeczeństwo. Widzi swoja niemoc. Swoją? Może raczej całego procesu twórczego. Signum temporis. Czy nie miał racji mówiąc „ (…) człowiekiem już nie można wstrząsnąć, to oczywiście znak naszych czasów, że nie można nim i w ogóle już niczym wstrząsnąć.”.  



 




 
Thomas BernhardtKalkwerk”, Wydawnictwo Officyna, Łódź 2010

1 komentarze:

W tym miesiącu kolejna książka dla dzieci. To znak, że zaczęłam poszukiwania prezentów urodzinowych (i bożonarodzeniowych też), choć ciek...

Miejsce na miotle


W tym miesiącu kolejna książka dla dzieci. To znak, że zaczęłam poszukiwania prezentów urodzinowych (i bożonarodzeniowych też), choć ciekawa jestem ile z nich faktycznie urodzin Lilki doczeka? Już wiem, że „Miejsce na miotle” długo w schowku nie poleży. Nie wytrzymam.

Jestem absolutnie zachwycona tą pozycją. To kolejna po „Gruffalo”, wydana przez EneDueRabe, książka duetu Julii Donaldson i ilustratora Axela Schefflera, w tłumaczeniu Michała Rusinka. Historia czarownicy, z długim rudym warkoczem lubiącej podróżować na miotle wraz ze swoim kotem. Miotły jak wiemy, są prawie jak kabriolety, pędzą przestronną, podniebną autostradą, bez żadnych ograniczeń i ... bez dachu. A co jeśli wiatr zdmuchnie kapelusz? Albo kokardę? Katastrofa? Skądże znowu, to może być dobra okazja do spotkania nowych przyjaciół. Ot, taki postój na poszukiwanie zgub. I tak już po chwili w kabriolecie siedzi nie dwoje, ale pięcioro ekscentrycznych stworzeń. Tak, tak pięcioro. Nawet Mercedes  nie wytrzymałby tego i na nic tu niemiecka jakość! Sprzęt się psuje, „miota się w pół rozpękła”. Czarownica spada na ziemię, a tam czekał na nią smok. Bordowy! „Jestem bardzo groźny smok! Mam ochotę na smażoną czarownice oraz sok”. I co z tego będzie? Dzięki Bogu są przyjaciele, a do tego czarownica ma super moce i zna zaklęcia, które potrafią (jak to zaklęcia) działać cuda. Efekt jest taki, że Nimbus 2001 Harry'ego Pottera może się schować.

Urocza i ciepła historia, a rysunki po prostu zachwycające! Czarownica ma wspaniałe, dobre serce. W końcu na tej miotle, to znaczy świecie, jest miejsce dla każdego, bo najważniejsze w życiu jest umieć się dzielić. Mieć przyjaciół i kochane osoby zawsze blisko i spędzać z nimi czas.  
Na podstawie tej pozycji powstał półgodzinny film animowany, w rezyserii Maxa Langa  i Jana Lachauera, prezentowany w czasie tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Trailer

Web



Julia Donaldson „Miejsce na miotle, Wydawnictwo EneDueRabe, Gdańsk 2013


 

1 komentarze:

Czy nie cieszy was fakt, że wydawnictwa, co jakiś czas postanawiają wznawiać historie znane nam z dzieciństwa i to w różnych formach? T...

Proszę słonia


Czy nie cieszy was fakt, że wydawnictwa, co jakiś czas postanawiają wznawiać historie znane nam z dzieciństwa i to w różnych formach? Tak, w różnych, bo oprócz książek, mnie w głowie dźwięczą też bajki słuchane na płytach winylowych, które teraz można kupić na CD i jako mp3. Przyznaję się jestem poszukiwaczem i namiętnie przekopuję portale, aby zakupić dla Lilianki, wszystko to, co przywodzi na myśl moje dzieciństwo i beztroskę. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się, że Wydawnictwo Literówka postawiło wskrzesić „Proszę słonia” Ludwika Jerzego Kerna jako audiobook. W samochodzie, … w korkach jak znalazł. Całość trwa pięć i pół godziny, ale każdy rozdział zaledwie piętnaście minut, więc idealnie, aby dziecku wystarczyło cierpliwości. Czyta Anna Seniuk – wspaniała interpretacja!

Kultowa bajka. Mały chłopiec, Pinio, czyli Piotuś, jest bardzo ciekawy świata i ma zadarty, piegowaty nosek. Niestety słabo rośnie, jest, powiedzmy sobie, małego wzrostu. Koledzy dokuczają mu z tego powodu, a mama daje specjalne witaminy. Pewnego dnia chłopiec aplikuje te witaminy znalezionemu, małemu, porcelanowemu słonikowi wprost do trąby, tak, że zwierzę szybko osiąga gigantyczne rozmiary. Dominik, bo tak ma na imię słoń, został znaleziony na strychu, gdzie trafił po tym jak apteka, w której mieszkał zmieniła nazwę z "Pod słoniem" na "Pod lwem". Dominik mówi ludzkim głosem i jest przesympatyczny, choć niestety specjalna Wysoka Komisja nakazuje usunąć zwierzę z ogródka, który zajmuje „bez nakazu kwaterunkowego”. Słoń tym czasem prowadzi ożywione dysputy z mrówką, zawozi rodzinę na grzbiecie za miasto na wycieczkę, a jego widok na ulicy sprawia, że policjant połyka z wrażenia gwizdek. Praktyczny taki słoń, może służyć jako parawan na plaży. I choć sprawy się komplikują, głównie ze względu na rozmiary słonia,  to przyjaciół czeka wiele, wiele zabawnych przygód. Domink jest koleżeński, uczynny i cierpliwy. Prawdziwy członek rodziny i przyjaciel.

W 1968 roku „Proszę słonia” zostało wyprodukowane w Studio Miniatur Filmowych w Warszawie, jako zbiór siedmiu odcinków.  W 1978 roku postanowiono połączyć wszystkie odcinki i stworzyć wersję kinową, w reżyserii Witolda Giersza. Warto obejrzeć względu na genialną obsadę. W filmie tym można usłyszeć takich aktorów jak: Ludwik Benoit (Dominik), Danuta Przesmycka (Pinio), Irena Kwiatkowska (mama), Wiesław Michnikowski (tata), Krystyna Sienkiewicz, Jerzy Bielenia, Mieczysław Czechowicz, Edward Dziewoński, Bronisław Pawlik, Kazimierz Wichniarz.



Ludwik Jerzy Kern “Proszę słonia”, Wydawnictwo Literówka, 2013
 

0 komentarze:

Jest poniedziałek, 7 października 2013 roku, godzina, nie wiem, około 22.00. Czy to zbieg okoliczności, może szyderczy chichot losu, a ...

Pani Joanno…


Jest poniedziałek, 7 października 2013 roku, godzina, nie wiem, około 22.00. Czy to zbieg okoliczności, może szyderczy chichot losu, a może ironia? Typowe. Zupełnie w Pani stylu. Od jakiegoś czasu, zaczytuję się ponownie Pani książkami. Po latach. Myślę sobie: Pani będzie zawsze. Lubię jak Pani wrzeszczy, wyrywa się z rąk łobuzów, wydostaje się z kazamat dzięki porcelanowemu półmiskowi, albo gimnastykuje w toalecie, żeby przybrać pozycję dobrą do podsłuchiwania. Gdzie ja z Panią nie bywałam … . Pamięta Pani ucieczkę z Brazylii jachtem przez ocean? A wyprawę do Kopenhagi na tory wyścigowe? A  jak raz przesiedziałyśmy w biurze architektonicznym cały dzień, bo ktoś postanowił akurat zabić Stolarka? Jakbyśmy grali w CLUEDO, wszyscy tropiliśmy mordercę, Pani szczególnie. Co ja piszę, Pani to przewidziała!

Te wszystkie książki od „Lesia”, „Krokodyla z kraju Karoliny”, po „Zbrodnie w efekcie”, wszystkie te opowieści, to jak cudowny lek na depresję. Mówi Pani poza głębokim przekonaniem, że powinnam dostać Nagrodę Nobla za rozweselanie społeczeństwa, innych ambicji nie mam”. Tak i jeszcze raz tak!! Rosjanie znaleźli nawet kategorię dla Pani kryminałów „ironiczne”.  Pani poczucie humoru i satyra są nieocenione, dlatego ciągle powracam.

„Nieboszczyk po kilku ekshumacjach byłby przy mnie okazem zdrowia i urody.” Całe zdanie nieboszczyka

„Szósta rano to jest godzina do niczego. Zbyt późna do udoju krów, a zbyt wczesna do udoju architektów.” Boczne drogi

„Buty i nogawki trwały spokojnie i nie robiły wrażenia pijanych, ale wiedziałam, że w tym wypadku pozory mają wszelkie prawo mylić.” Wszystko czerwone

Najbardziej porywa Pani zmysł obserwacji, błyskotliwość i poczucie humoru. Moja mama opowiadała, że kiedy czytano w „Lecie z radiem” „Boczne drogi” praca zamierała, wszyscy słuchali. Nie dziwię się wcale! Napisała Pani ponad 70 kryminałów i powieści dla młodzieży i to jakiej jakości. Tyle roczników wychowały te książki, a kolejnym przekazano ową cudowną atmosferę minionego czasu, „uroki” PRLu. Teraz Pani odchodzi, a ja dziś wieczorem odkładam „Wszyscy jesteśmy podejrzani” na półkę, spotkam się z Panią jutro… Pani Joanno. Pani Ireno. Pani Barbaro. Jest poniedziałek, 7 października 2013 roku. Dobrych snów Pani Joanno.

0 komentarze:

Mam takie wspomnienie. Zima 1989 roku. Pojechaliśmy spędzić święta na Węgrzech u mojego chrzestnego. Miałam jedenaście lat, a w Europie p...

Bukareszt. Kurz i krew.


Mam takie wspomnienie. Zima 1989 roku. Pojechaliśmy spędzić święta na Węgrzech u mojego chrzestnego. Miałam jedenaście lat, a w Europie pękały mury, padały reżimy. Nic z tego nie rozumiałam, łykałam tylko jakieś pojedyncze słowa – Timişora, ciągle powtarzali, Timişora, Securitate i Ceauşescu. Ciocia bała się, że wybuchnie wojna, ale przecież było Boże Narodzenie, czas radości i nadziei. Kto myślałby o wojnie kiedy tak pięknie pada śnieg? W telewizji obrazy czarnego tłumu, zmęczonych twarzy i flag niebiesko-żółto-czerwonych, z której wycięto godło. Później poszliśmy zapalić świeczki po ambasadę Rumunii. Było zimno. Para buchała, bo tłum był ogromny. I ta cisza w oczekiwaniu na wiadomości. Ludzie płakali. Zaczęłam się bać. To taka moja pocztówka z Rumunią w tle. Dla mnie wciąż odległa, egzotyczna rzeczywistość, dla Małgorzaty Rejmer uzależnienie, fascynacja, bo Bukareszt ją uwiódł i rozkochał w sobie. Miłość ze słodko-gorzką nutą. Tak powstał niezwykły reportaż, a może raczej zbiór esejów. Kawałek dobrej literatury.

Bukareszt to miasto kontrastów. To Rumunia w pigułce. Potomkowie dzielnych Daków i Rzymian, wspaniały naród, dumy i silny, po latach dyktatur, wojen, fanatyzmu sprowadzony na kolana, upodlony w okrutny sposób. Czytając zamierałam. Sztywniałam z niedowierzania, niemocy, rozpaczy. Człowiek człowiekowi zgotował taki horror, ból, cierpienie. Od Karola II do czasów współczesnych. Historia przechadza się ulicami miasta, szokuje i straszy hordami bezpańskich psów. Wielu maczało palce w planowaniu przestrzennym tej stolicy. Zbyt wielu i zbyt egoistycznie. Zaczęli Turcy burząc mury obronne, żeby miasto mogło rosnąć swobodnie. Ale rumuńscy królowie z dynastii Hohenzollernów mieli inną wizję, chcieli szyku i budowy „Paryża Bałkanów”. A potem nadciągnął kataklizm. Nacjonalizm triumfalnie rozepchnął się w umysłach i duszach. „Wielka Rumunia, tylko dla Rumunów” głosił Corneliu Codreanu. W czasie drugiej wojny światowej Rumunia wpada w ramiona Niemców, a później Rosji, która sprytnie zainstalowała w Bukareszcie komunistyczny rząd. To zapowiedź następnego dramatu, który wtargnie brutalnie buciorami szewca z Scorniceşti, Nikolae Cauşescu. „Wieś to zło” głosił i zagonił chłopów do miasta, do bloków z wielkiej płyty, małych mieszkanek. Cuda komunizmu: praca od ręki, mieszkanie, woda bieżąca, ogrzewanie, zapomniał wspomnieć o pluskwach w ścianach i ograniczonym metrażu. A na deser Dom Ludu, marzenie dyktatorskiej pary i prezent dla narodu. Tony betonu rozlane w centrum, na gruzach zabytkowych kamienic, na ciałach robotników, bo terminy goniły i nie było czasu na pogrzeb. Na wzór zaprzyjaźnionego Pjongjangu. Ku chwale partii! Ku chwale Geniusza Karpat, Ojca Narodu, Słońca Nadziei i Żony Jutrzenki! Grobowiec chciwości, ku chwale nieśmiertelności! Rok 1966, Dekret nr 770: ustawa antyaborcyjna ma posłużyć szczytnemu celowi - dwadzieścia pięć milionów Rumunów w 2000 roku. Wraz z rozporządzeniem zakazuje się stosowanie środków antykoncepcyjnych, edukacja seksualna praktycznie nie istnieje. Rozpoczyna się dramat wielu kobiet, rodzin, tysięce porzucanych dzieci, „wyskrobków”, których twarze ujrzały światło dzienne po 89 roku i na długo wyryły się we wspomnieniach ludzi, jako żywy dowód dramatu i terroru.

          I mimo, że mija już tyle lat, dyktator został zabity, to Bukareszt pozostał, a w nim ludzie – zabiedzeni, z rysami traumy na twarzach i z mentalnością pełną  rezygnacji. „Asta e” tak już jest, mawiają i żyją dalej, spolegliwie. Nauczeni przez lata przetrwania, skupiają się właśnie na tym. Po dziś dzień otaczają ich dowody pychy i bezczelności Cauşescu. „Co zrobić? Tak jest”. Rejmer, choć rysuje dość smutny i przerażający momentami, jak na XXI wiek, obraz europejskiego miasta- państwa to czuć tu nostalgię kogoś, kto miejsce doskonale zna, kto się go nauczył i oswaja. Autorka nie serwuje nam bukolika, odkrywa Bukareszt i opisuje go ze wszystkimi ranami, obiektywnie, śmiało nazywając głośno to, o czym Rumuni chcą zapomnieć i czego się wstydzą. Funduje nam skrajne i bardzo bolesne doznania. Obraz miasta-skazy wydaje mi się tylko przyczółkiem do rozważań o narodzie, o jego światopoglądzie, zasadach, sposobie myślenia, języku, kulturze, wierzeniach, poczuciu humoru. Ta książka to relacja, która długo nie pozwala o sobie zapomnieć, to spis historii zasłyszanych, opowiedzianych, przeczytanych, wygrzebanych z wnętrza ludzkich serc, z otchłani (nie)pamięci. Bardzo intymny spacer. Dla mnie zaskakująca, rewelacyjna pozycja i prawdziwe wydarzenie literackie tego roku.

  

Małgorzat Rejmer “Bukareszt. Kurz i krew”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

0 komentarze: