źródło: wyborcza.pl Pomyślałam, że książka pióra holenderskiego architekta Rem’a Koolhaas’a będzie dobra, żeby zapoczątkować na blo...

„Deliryczny Nowy Jork”



źródło: wyborcza.pl
Pomyślałam, że książka pióra holenderskiego architekta Rem’a Koolhaas’a będzie dobra, żeby zapoczątkować na blogu nowy cykl zatytułowany „Nowy J.”. Będzie on poświęcony wyłącznie utworom prezentującym to miasto i takim, w których jest ono jednym z głównych bohaterów. Koolhaas napisał „Deliryczny Nowy Jork” w 1977 roku. To nieformalny manifest, który w Polsce ukazał się niedawno nakładem Wydawnictwa Karakter. Nie jest to rys historyczny miasta per se. To raczej obraz metropolii, gdzie niemożliwe staje się namacalne, bo architektura i urbanistyka spełniają ludzkie marzenia i to te najbardziej szalone.
źródło: wyborcza.pl
Nowy Jork to miasto na wskroś wspaniałe. Wciągające. Uległam jego urokowi niemal natychmiast. Spędzałam całe dnie włócząc się różnymi drogami z Parku Battery do Central Parku, przez Most Brooklyński, metrem, gubiąc się w Harlemie. Manhattan, Brooklyn, Queens, Bronx i Staten Island. Prawie osiemset kilometrów kwadratowych i ponad 8 milionów ludzi. Moloch. Drapacze chmur. Kamienice z elewacjami z piaskowca. Art déco w budynku Chryslera. Eklektycznie. Nowocześnie i klasycznie. Tony stali i szkła, skąpane w zieleni parków. Pierwsze spotkanie może przyprawić o ból głowy. Ja, zwierzę miejskie, odżywam, ten puls miasta, te tętniące arterie, ci ludzie idący przed siebie w górę i w dół, niekończące się ciągi pieszych i za chwilę cisza w Central Parku. Im dłużej się tam przebywa, tym bardziej człowiek zastanawia się skąd wziął się pomysł na takie miasto? Jak to się stało, że ludzka wyobraźnia wygenerowała owe niezwykłe budynki - mix stylów, w teorii nie do pogodzenia, a w rzeczywistości stanowiących ciekawą całość? American dream architektury i urbanistyki. Więc jak powstawało to miasto? Jak je czytać i zrozumieć?

W 1632 roku były tu gęste lasy i niewielka holenderska kolonia Nowy Amsterdam, a już sto pięćdziesiąt lat później wytyczono na Manhattanie 2028 parceli tzw. „ruszt”, podstawę rozwoju miasta. Dość brutalny ruch, a jednak nadał metropolii pewne ramy. Trudno w to uwierzyć, ale koncepcje rozwoju urbanistycznego Nowego Jorku nigdy nie były realizowane na papierze i być może ten właśnie fakt pozwolił wdrażać najbardziej szalone pomysły, bo ani ekonomia, ani struktura, ani racjonalność nie miały znaczenia. Zanim Manhattan zaczął wznosić się do gwiazd, utworzono laboratorium i eksperymentowano na Coney Island. To właśnie tam powstawały parki rozrywki: królestwo karłów, elektryczna kąpiel, Beczka Miłości, kanały weneckie. Dziś krzykniemy „kicz”, ale wtedy fascynujący. Świat szedł na przód – elektryczność, maszyny, klimatyzacja, i winda, to ona wznosi myśl ludzką na wyższy poziom. Oto człowiek może podbijać przestrzeń, bo ile można zbudować na 2028 kwartałach? Zaczęto piąć się w górę. Rodzi się koncepcja Wieżowca i Kultura Zagęszczenia. „Kosmopolis przyszłości”. Nie tyle tworzono sam budynek, co próbowano powielić działkę, a później dokonywano na wieżowcach, uwaga: lobotomii, bo każdy wieżowiec miał niejako dwa życia: zewnętrzne i to wewnętrzne – mieszkania, biura, teatry, kościoły, parkingi, szpitale, ale i ogrody rzymskie, pola golfowe pod dachem, czy replikę sielskiej wsi z żywmy inwentarzem (!) i tak dalej i tak dalej … . Miasto w mieście. Obłędny hedonizm.  Niemożliwe nie istnieje. Flatiron, Empire State Building, Rockefeller Center. Sky is the limit.  Oszołomiło Gaudiego, Dalego. Te ostatni „(…) nie potrafi zaszokować Nowego Jorku, lecz Nowy Jork może zaszokować Dalego.”  Le Corbustiera skapitulował, choć na początku chciał równać Manhattan z ziemią, twierdząc, że ”wieżowce to (…) architektoniczne wypadki przy pracy.”
Książka przedstawia pewne założenia programowe i koncepcje jakie towarzyszyły twórcom i sprawcom takiej, a nie innej formy Nowego Jorku. To niezwykłe czytać, zwłaszcza architektonicznemu laikowi jak ja, ile pasji, wizji i determinacji potrzeba, żeby nadać miastu kształt. Oddając się lekturze Koolhaas miałam momentami wrażenie, że te wspaniałe wieżowce były składane z papieru i po prostu stawiane w wytyczonych punktach, a przecież za każdym z nich stały, oczywiście ogromne pieniądze, ale też trud, determinacja i filozofia. Ameryka ściga się z Europą. Nowy Jork to apoteoza amerykańskości. Pisząc manifest miasta Koolhaas używa dość ciekawego języka, poetycznego, usianego metaforami. Poświęca dużo czasu wyjaśnieniu przesłanek, toku myślenia jaki towarzyszył projektowaniu. Manhattanizm spisany.

Fotografia Flatiron: Page by Moey Hoque - The New York Project (Set)


 
Rem Koolhaas „Deliryczny Nowy Jork”, Wydawnictwa Karakter 2013







 
 
 

1 komentarze:

Malinowa okładka z cieniami twarzy męskiej i żeńskiej, a w nie wrysowana gałąź z odlatującym ptakiem. „ Rozstanie to żądanie przestrzeni,...

“Po. O małżeństwie i rozstaniu”


Malinowa okładka z cieniami twarzy męskiej i żeńskiej, a w nie wrysowana gałąź z odlatującym ptakiem. „Rozstanie to żądanie przestrzeni, wyraz potrzeby odzyskania poczucia całości jako jednostka.” mówi autorka. Ta książka jest zapisem jej drogi, odczuć i zmagań po rozwodzie, w nowej/starej rzeczywistości, w pustce i wyrwie, która powstała. Subiektywnie. Intymnie. Nie ma tu powodów i rozdrapywania ran, przypisywania winy. W założeniu, książka ma być przedstawieniem prawdy, znalezieniem odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” i „co dalej?”. Powstaje zatem dość ciekawy esej o kulturze, archetypach, kobiecości i naszych rolach życiowych determinowanych społecznie. Nie jest to poradnik. Nie jest to manifest feminizmu, o nie, feminizm jest tu wyśmiany. To raczej próba odzyskania siebie na nowo, zanalizowania tego, co było, żeby móc wstać z kolan i znowu po prostu … żyć. Bo, co ma życie teraz w ofercie? Czy człowiek ma siłę przyjąć cokolwiek będzie? Sam musi okiełznać chaos jaki wyłonił się PO. A do tego są dzieci, jest rodzina, są przyjaciele. Jak wytłumaczyć to córkom? Jak dzielić dom na pół? Gdzie pójść, żeby nie widzieć wszędzie okruchów wspomnień i skojarzeń? Paradoks, który mnie przeraża: mały świat się wali, ale ten sam świat w skali makro idzie dalej i nawet nie próbuje pochylić się na tą mikro porażką, w obliczu której, aż chce się ukryć, być niewidzialnym, chce się zgasić światło, odseparować. Z czasem przychodzą chłodne refleksje - o opresyjnym charakterze małżeństwa, instytucji, która w założeniu kultury chrześcijańskiej ma gwarantować stabilność, dawać poczucie bezpieczeństwa i spokoju „póki śmierć nas nie rozłączy.” Jaki model relacji sprawdza się najlepiej, wciąż patriarchalny? Małżeństwo to biologia: kobieta ma być w nim kobietą, a mężczyzna- mężczyzną. Inaczej to nie działa.” Chwała tym, którym się powiedzie. A jeśli się jednak nie uda? To co z naszą gwarancją? Składanie reklamacji to dość bolesny proces. Mimo wszystko rozwód to porażka.

Lubię książki, które nie uprawiają literackiej ściemy. Nie budują pomników i nie gloryfikują małżeństw, miłości, rodzicielstwa, rozwodów i nie mydlą nam oczu różowymi obrazkami. Lubię też takie, które grzebią w historii, dzieciństwie, rodzinie, aby wydobyć pewne paralele i przeanalizować nasze życiowe postawy. Szczerość, ból, bez zbytnich złudzeń i nadętego romantyzmu. Cusk robi to wspaniale. Na ile małżeństwo jest podporządkowaniem, na ile partnerstwem? Czy można faktycznie dokonać prostej syntezy tego co tak odrębne i skrajne: mężczyzny i kobiety? Jak wydobyć z tych dwóch cząstek to, co sprawi, że związek będzie funkcjonował do końca? Co wynika z zamiany klasycznie przypisanych ról? Pytań pada tu mnóstwo, a ilość odpowiedzi zależy od czytelnika. Autorka stopniowo zdejmuje maskę, wychodzi z ról: żony, matki, kochanki, córki i próbuje odnaleźć siebie, człowieka. Nie mogę odmówić autorce wnikliwości, jednak pod pewnym względem ta książka mnie rozczarowała. Choć porusza, tak interesujące problemy, to czytając ją czułam jakbym ślizgała się po lodzie i desperacko próbowała zobaczyć, co znajduje się pod taflą. Nie ma tu nic odkrywczego. Niestety.



Rachel Cusk “Po. O małżeństwie i rozstaniu” Wydawnictwo Czarne 2013

0 komentarze:

“ Czerwone gardło ” to pierwsza część trylogii z Oslo. Nie powiem, ale apetyt miałam ogromny. Spotkanie z Harrym Hole to murowana jazda b...

„Czerwone gardło”


Czerwone gardło” to pierwsza część trylogii z Oslo. Nie powiem, ale apetyt miałam ogromny. Spotkanie z Harrym Hole to murowana jazda bez trzymanki w oparach sarkazmu, alkoholu i szorstkości. Tym razem nie ma egzotycznych scenerii, a surowe, chłodne mury Oslo oraz dość ponure okoliczne miasteczka. Śnieg, błoto, wymiociny, krew i podrzędne bary. Wszystko zaczyna się od przyjazdu prezydenta Stanów Zjednoczonych, pomyłki, niezwykłego awansu i jeszcze bardziej zaskakującego tropu nielegalnej broni. Potem ściele się trup, dość gęsto, bo autor zabiera nas na historyczną wyprawę, przywołując niechlubną kartę norweskiej historii. „To moja najbardziej osobista powieść.” – mówi Nesbø - „Wykorzystałem historie rodzinne i bardzo dużo czytałem o żołnierzach z drugiej wojny światowej. Dziwnie było pisać Czerwone Gardło, bo od początku wiedziałem, że materiał jest świetny. Trzeba było tylko go nie zmarnować.” Próba rozliczenia. Oto mamy Nasjonal Samling, partię faszystowską założoną w 1933 roku przez Vidkuna Quislinga, której członkowie zasilali szeregi jednostek Waffen SS na froncie wschodnim. Rok 1944. Praktycznie klęska Hitlera wisi na włosku. Rosjanie nie licząc ofiar po swojej stronie, centymetr po centymetrze zdobywają kolejne ziemie. Bitwa pod Leningradem. Ponad dwuletnie oblężenie i ponad dwa miliony ofiar. Tam właśnie los łączy pięciu młodych mężczyzn: Daniela Gudesona, Gudbranda Johannesa, Edvarda Moskena, Sindre Fauke, i Hallgrima Dalego. Za nimi kolejna zima i ciągłe mierzenie się z wrogiem, głodem i strachem. Jedni umrą, inni zdezerterują, a jeszcze inni przeżyją i zostaną osądzeni. Nesbø maluje sugestywnie obraz okrucieństwa, walki o każdy dzień życia. Ból kapie z niektórych kartek tej książki. Historia ma swój ciąg dalszy pięćdziesiąt lat później, kiedy jeden z pięciu zostaje brutalnie zamordowany precyzyjnym poderżnięciem gardła. Chirurgiczna robota. Zaczyna się tropienie, choć tak naprawdę trup nie jest przyczyną śledztwa. Niezwykłe parawda?  Intryga ma wiele płaszczyzn, w tym psychologiczną, a do tego przeciwnik Harrego ma dość niejasne cele, ale i ocenić go na końcu nie będzie prosto. Myślę, że czujecie się zgubieni. Tak, wątków jest w tej książce bez liku, do tego dwa miłosne. Momentami zbyt wiele masła w maśle i do tego te zbiegi okoliczności. Ileż może ich być w życiu przeciętnego człowieka? Myślę, że nie kilkaset! Dodatkowo autor wystawia wszystkie wskazówki tuż pod nos czytelnika. Oj nieładnie! Ale książka trzyma poziom. Wartka akcja, dobre dialogi - widać staranność w konstruowaniu fabuły.  I Harry… on rekompensuje wszystko. Jest też inny, nowy, mówiąc modnym językiem, „energetyczny” sposób narracji. To mnie faktycznie zafascynowało. Dynamika, ekspresja i nagle „stop klatka”, następna scena. Film na papierze. Kolejne części już mam.

 

Jo Nesbø, Czerwone gardło, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013


 

1 komentarze:

Książkę Carle’a znam w wersji angielskiej. Napisał ją w 1969 roku. Historia gąsienicy, która ma wilczy apetyt. Po wykluciu się z jajeczka...

Bardzo głodna gąsienica


Książkę Carle’a znam w wersji angielskiej. Napisał ją w 1969 roku. Historia gąsienicy, która ma wilczy apetyt. Po wykluciu się z jajeczka zmierzy się z jabłkiem, gruszkami, śliwkami, truskawkami … aż do bólu brzucha. A potem zje jeszcze liść, aż przestanie być maleńka, stanie się duża i tłuściutka. Zbuduje kokon i zamieni się w motyla. Historia prosta, ale ile zabaw może zainspirować:

lekcja matematyki  - liczenie od jednego do sześciu,

lekcja dietetyki - zachęcanie niejadków do jedzenia i uczy nazw owoców,

lekcja biologii – jak przepoczwarza się gąsienica i co z tego wynika,

lekcja plastyki - kolory

lekcja ogólna – dni tygodnia.

Książeczka Erica Carle'a wydana przez Tatarak spokojnie mieści się w torebce. Jest wydrukowana na twardym papierze i wygada jakby gąsienica faktycznie się przez nią przegryzła. Prostota przekazu i kopalnia pomysłów dla rodziców. W blogosferze znalazłam cały szereg inspiracji tą książeczka, strony oferujące darmowe wersje kolorowanek do druku, przeplatanki z wełny, prace ręczne w stylu: zrób swoją własna gąsienicę z filcu, koralików, bibuły.

Eric Carle jest twórcą książek znanych na całym świecie, a "Bardzo głodna gąsienica" to najsłynniejsza z nich i przetłumaczona na 47 języków. Na stronie autora można podejrzeć jak powstają jego wyjątkowe kolażowe ilustracje, właściwie jedyne w swoim rodzaju, bo używa się do nich papieru ręcznie malowanego, składanego wielowarstwowo. Fundacja działająca przy The Eric Carle Museum of Picture Book Art w Amherst, Massachusetts, wspiera propagowanie sztuki i czytelnictwa wśród najmłodszych.  W Polsce dostępnych jest wiele innych pozycji autora, a także gadżetów, klocków i czego dusza zapragnie, z charakterystycznymi ilustracjami.

 
 

Eric Carle „Bardzo głodna gąsienica", Wydawnictwo Tatarak 2013

 

 

 

0 komentarze:

Tytuł „ Zdobywam zamek ” sugeruje powieść rycerską i nic bardziej mylnego, bo jest doprawdy fatalnie przetłumaczony i nijak ma się do ...

„Zdobywam zamek”


Tytuł „Zdobywam zamek” sugeruje powieść rycerską i nic bardziej mylnego, bo jest doprawdy fatalnie przetłumaczony i nijak ma się do tego oryginalnego: „I capture the castle”. Uwierzcie albo nie, ta pozycja, wydana po raz pierwszy w 1948 roku, była już oficjalnie wznawiana dwadzieścia osiem razy i po dziś dzień jest prawdziwym hitem na Wyspach i w Stanach Zjednoczonych. Autorką tej książki jest Dorothy Gladys „Dodie” Smith, znana głównie jako twórczyni „101 dalmatyńczyków”. W głosowaniu na „100 ulubionych powieści narodowych” w ankiecie czytelniczej The Big Read z 2003, zorganizowanej przez BBC książka zajęła 82 miejsce.
Akcja toczy się na początku lat 30 XX wieku. Główną bohaterką i narratorką jest siedemnastoletnia Cassandra Mortmain, mieszkająca, wraz z ojcem Jamesem, macochą Topaz, siostrą Rose i bratem Thomasem, w starym, rozpadającym się i zaniedbanym zamku z XVI wieku, w hrabstwie Sussex. Są biedni jak myszy kościelne, właściwie żyją dzięki dobroci pastora, łasce nielicznych sąsiadów i pomocy syna dawnej służącej, Stephen’a. To prawdziwa galeria charakterów: od geniusza, przez ekscentryczną ex-modelkę lubiącą nagie spacery, po pracowitego, dobrodusznego przyjaciela rodziny. Mortmainowie dzierżawią zamek, za czterdzieści funtów rocznie, od rodziny Cottonów z leżącego nieopodal Scoatney. Ojciec napisał dawno temu poczytną książkę „Boje Jakuba”, ale po pewnym dziwnym zdarzeniu zapadł w letarg pisarski i przesiaduje godzinami w wieży zamku czytając w kółko stare kryminały i praktycznie milcząc. Tymczasem córki żyją w krainie wyobraźni, próbując radzić sobie z codziennością snując marzenia. Podobnie jak siostry Bennet. Cassandra jest lekko naiwną, inteligentną, oczytaną siedemnastolatką i wspaniałym obserwatorem. To jej oczami widzimy świat i razem z nią przeżywamy radości i porażki. Jest bardzo naturalna (może nie aż tak, jak jej macocha), ma delikatny kobiecy wdzięk, potrafi być zmysłowa, a do tego bardzo rozsądna. Mimo młodego wieku nosi w sobie głęboką mądrość i intuicję. Zaniechawszy prób jako poetka postanawia prowadzić dziennik, który stenografuje. Jej losy ewoluują i ona także - z uroczego podlotka staje się kobietą. W ciągu kilku miesięcy życie Mortmainów staje na głowie. W sąsiedztwie zjawiają się dziedzice Scoatney. Dwóch młodych Amerykanów- Neil i Simon. Jakie ciekawe jest zderzenie tych dwóch kultur i to tamtych czasów!
Ogromny walor tej książki to cały wachlarz odwołań literackich: od sióstr Brontë, Jane Austen, „Targowiska próżności” Thackeraya, Edgar Allan Poe. Jawne i ukryte, nawiązania do muzyki klasycznej, malarstwa, a także – Biblii, powieści wiktoriańskich, aluzje do twórczości Shakespeare’a, cytaty z poezji Keatsa, Shelleya i Nashe’a. Druga zaleta to narracja – charyzmatyczna, inteligentna i zabawna. Wciąga natychmiast i stwarza taką cudowną aurę. Opisy pełnej romantyzmu scenerii angielskiej wsi, zmroku, mgły i gwiazd. Nie bójcie się to nie Orzeszkowa. Opowieść toczy się wartko. To taka klasyczna angielska powieść, która wydaje się być nowoczesna i innowacyjna, bo jak inaczej interpretować próby parodii wątków obyczajowych z zachowaniem ich uroku? Ten powiew dawnej Anglii. Coś dla wielbicieli powieści Jane Austen i anglofilów. Książka optymistyczna, momentami melancholijna, dobra na jesienny, listopadowy wieczór.
 
Dodie Smith „Zdobywam zamek” Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2013

 

0 komentarze:

Tam gdzie urodziła się Zahra-Ahmed bycie kobietą to hańba i wstyd. Pozostawanie w cieniu burki, zawsze na drugim planie, zajmowanie si...

„Dziecko piasku”


Tam gdzie urodziła się Zahra-Ahmed bycie kobietą to hańba i wstyd. Pozostawanie w cieniu burki, zawsze na drugim planie, zajmowanie się domem i pokorne wypełnianie poleceń, oto sens życia. Bez słowa sprzeciwu, w milczeniu. Aha i jeszcze rodzenie dzieci, najlepiej chłopców, bo córka to dopust Boży. Ojcu Zahry, marokańskiemu garncarzowi, urodziło się ich już siedem. To klątwa! Co będzie z majątkiem, „bo przecież nasza religia w bezlitosny sposób traktuje mężczyznę pozbawionego dziedzica; odbiera mu wszystko lub prawie na rzecz jego braci.” Dlatego postanawia: następny potomek urodzi się chłopcem, czy tego chce, czy nie. I tak przy ósmej próbie staje się pierworodny, wyczekany. Mężczyzna wbrew wszystkiemu. Ojciec posyła ją do szkoły koranicznej, uczy rzemiosła, jadania z mężczyznami, matka ściska płótnem rosnące piersi i goli zarost na twarzy. Tajemnica mieszka w kwadracie umysłów – ojciec, matka, akuszerka i Zahra, która, o ironio wypowiada te słowa: „Ja nie tylko zgadzam się z moja sytuacją, w pełni się w nią wczuwam, ale nawet to lubię. To mnie ciekawi. Daje mi przywileje, których inaczej nigdy bym nie posiadał. Otwiera przede mną drzwi i to mi się podoba, nawet jeśli potem zamyka mnie w szklanej klatce.” Córka żyje jak syn. To dla niej awans w hierarchii patriarchalnego społeczeństwa. Poślubia kaleką i chorą kuzynkę Fatimę, skrywa comiesięczne krwawienie. Ale to, co na początku wydaje się zabawą i ciekawostką, przeradza się w tragedię i życie w zawieszeniu. Drzwi do wolności, są tak naprawdę początkiem rozpaczy, zagubienia i goryczy. Kim jestem? Mimo, że zewnętrzny płaszczyk doskonale przykrywa kobiecość, wewnątrz budzą się silne namiętności i cielesność, Zahra zaczyna czuć dysonans między przypisaną jej rolą, a wewnętrznymi pragnieniami, potrzebami i nie potrafi sobie z tym poradzić. Jak „uwolnić ciało od kłamstw”? Ojciec, reżyser całego spektaklu umiera, a starannie budowana latami mistyfikacja zaczyna kruszeć, aby w końcu przygnieść Zahrę swym ciężarem. Dziewczyna ucieka w samotność, do pokoju na piętrze, gdzie tkwi całymi miesiącami. To jej jedyny pancerz i „skorupa chroniąca przed złośliwościami”. Podejmuje bezradne próby buntu, poszukuje samej siebie. Zaczyna mścić się na swoim otoczeniu i staje się bezwzględna. Ostatnim krzykiem rozpaczy jest praca w wędrownej trupie cyrkowej Abbasa, praca w klatce, jako kobieta z niedogolona brodą, gwałcona przez swego pracodawcę. Transgresja absolutnie fatalna. Oto los Ahmeda–Zahra utkany z kłamstwa, podporządkowany całkowicie i bezwzględnie decyzjom ojca, bo to on, a pośrednio także tradycja i religia, napisały dla niej te rolę i okrutnie rozprawiły się z jej własnymi potrzebami, marzeniami.  

Historię Zahry snuje fragmentarycznie kilku opowiadaczy, otwierając przed nami szkatułkę pełną listów i pamiętników odczytanych przy wielogłosie głównego bohatera i jego rodziny. Stopniowo tropy i wątki plączą się i rozrywają, a to otwiera drzwi wieloznaczności i daje czytelnikowi pole do poszukiwań i pytań. Wielu narratorów, inkrustowanie tekstu frazami z Koranu, cytatami z Borgesa, strumieniem świadomości potęguje poczucie szaleństwa i obłędu.
Powieść Thara Ben Jellouna to prawda o zniewoleniu i samotności. O walce między posłuszeństwem, a własnym ja. To lista pytań o skutki uwięzienia w cudzej tożsamości, o granice autokreacji i ingerencji kultury, społeczeństwa, tradycji i religii w nasze życie. To także tekst o złudnej potędze i wyższości mężczyzn, tekst kwestionujący ich siłę i władzę.


Thara Ben Jelloun Dziecko piasku”, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2013
 

0 komentarze:

„Stasiuk jakiego lubię” foto. Agata Olejnik Stasiuk jakiego znam lubi prowincję, lubi to, co ukrywa się za zasłoną zapomni...

„Stasiuk jakiego lubię”



„Stasiuk jakiego lubię”

foto. Agata Olejnik
Stasiuk jakiego znam lubi prowincję, lubi to, co ukrywa się za zasłoną zapomnienia, co się rozlatuje i rozpada, gdzieś na krańcach, na peryferiach. To baczny obserwator i komentator, wyławiający te cząstki rzeczy namacalnych i ulotnych, które krążą we wszechświecie, ale przez swoją zwyczajność i powszedniość, są prawie niezauważalne. To podróżnik, tramp, nomada. Wsiada w cokolwiek lub na cokolwiek – autobus, pociąg, naczepę ciężarówki, wóz z sianem, traktor, taksówkę, albo idzie. Podąża tam, gdzie radar przewodników nie sięga. Wchodzi pod skórę rdzennych mieszkańców. Poznaje ludzi, a przez nich dopiero miejsca. Momentami patrzy na świat przez szkła pokryte filtrem ludzkich opowieści, historii i wspomnień. Spotyka chuliganów, pijaków, żebraków, ikony popkultury, artystów i … duchy. Zachwyca się brzydotą i kiczem. Jedzie do Chin, Włoch, na daleki wschód Rosji, do Mongolii, Rumunii, Kirgistanu, na Bałkany. „Metropolie przestają się różnić. Niedługo będzie je można rozpoznać tylko na podstawie szacownych i martwych zabytków. Jeśli w ogóle te zabytki da się jeszcze dostrzec spod jaskrawej powłoki współczesności: te same nazwy hotelowych sieci, te same reklamy, te same banknoty, marki piwa, takie same parkometry, ten są układ półek w supermarketach oraz repertuar w kinach. Myślę, że już niebawem będziemy podróżować (…) na granice kontynentu, do krain, gdzie wysiadają stare kobiety w chustkach.


Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” to zbiór felietonów i esejów podróżniczych, publikowanych dotąd w „L’espresso”, „Neue Zürcher Zeitung”, „Wege durch das Land" oraz w Tygodniku Powszechnym i na portalu Dwutygodnik.com. To ciekawa antologia refleksji i obserwacji na temat Polski i Europy, kultury, przyrody i kościoła. Nie jest to może pozycja na miarę „Grochowa”, ale Stasiuk nie zawodzi. Teksty tworzą spójną całość, a autor fantastycznie opisuje to, co elementarne, ale widziane w nowych kontekstach i konfiguracjach. Ta książka ma trzy wymiary. Pierwszy, wytycza droga, przemieszczanie się, ruch w przestrzeni i czasie; drugi – przemijanie, zapomnienie, śmierć, a trzeci, jakby podświadomy, tęsknota. Jego pisanie jest jak malowanie pięknego, momentami ckliwego i  naiwnego obrazu. Próba zamknięcia chwili w słowie, ocalenia momentu i nadania prostocie metafizycznego wydźwięku. Asumptem do rozważań są tu między innymi: palenie papierosów, marcowe roztopy, Peerel, wróble, Nikifor i Warhol, ale także brzemię nazizmu naznaczające twórczość Herty Müller. Stasiuk pisze pięknie i chociaż wiele z tych historii już było i chociaż autor się powtarza, to uwielbiam jego niepoprawną nostalgię i nie potrafię być wobec jego twórczości obiektywna.

Andrzej Stasiuk “Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013






3 komentarze: