Lubię ten przedświąteczny gwar na blogach. Listy do Świętego, propozycje pod choinkę, co warto, co mniej, gdzie, za ile. Gwar, gwar. Pospi...

Jak dopomóc Świętemu?

Lubię ten przedświąteczny gwar na blogach. Listy do Świętego, propozycje pod choinkę, co warto, co mniej, gdzie, za ile. Gwar, gwar. Pospiech. Znajdziecie wszystko: gadżety dla podróżników, czytelników, kucharzy, wegan, modniś. Czego dusza zapragnie, ale czy zdążymy? Ja oczywiście, co rok obiecuję sobie, że prezenty będą już gotowe w październiku, ale to tylko czcze gadanie. Wszystko rozłazi się w sferze planowania i gdybania. Potem narzekam, że już przebrane, że tłum, że nie mam pomysłu, że mało czasu. Najchętniej kupiłabym wszystkim książki. Uważam je za genialny prezent, ale tak dobrze nie ma. Nie każdego to ucieszy. Będzie głośne westchnienie, a potem odstawienie na półkę, obok dwóch innych, kurzących się egzemplarzy. Mama na pewno się ucieszy. To mój pewniak, mimo, iż większość członków deklaruje, że oczywiście „uwielbia” – ja na to „Terefere!”. Mama będzie podskakiwać i cieszyć się jak dziecko, a później jeszcze pozwoli przeczytać. Wydawać się może, że nabycie prezentu dla mola książkowego jest banalnie proste. Nic bardziej mylnego. Ileż mam książek, których prawdopodobnie nie przeczytam, albo które już mam! Ale nie ma tego złego, książki przekazuję dalej. To co będzie się działo u nas? Co wynajduję buszując po sklepach i sieci?
Źródło
KSIĄŻKI

Dziennik i zapiski. 1951” Agnieszki Osieckiej, akurat w tym roku sprezentuje tom drugi. Agnieszka ma zaledwie 15 lat. Okres głębokiego stalinizmu oraz ważnych wydarzeń w życiu młodej dziewczyny. 










Kompleks Portnoya” Phlipa Rotha. To prawdziwe cudo. Wydawnictwo Literackie zostało wyłącznym wydawcą dzieł Philipa Rotha w Polsce. Serię otworzy „Kompleks…”, „Amerykańska sielanka” i „Wyszłam za komunistę”. Jak tylko dziś o tym przeczytałam, zamówiłam sobie piękne czerwone wydanie!


„Kurczę blade” Wandy Chotomskiej to historia zabawnego pisklaka wymalowana przez Edwarda Lutczyna. Dla maluchów idealne! Wydanie Babaryby jest dwujęzyczne.

IDOLE NA KOSZULKI!
Dlaczego w zasadzie mól książkowy nie nosi koszulki ze swoim ukochanym bohaterem książkowym, ulubionym cytatem, pisarzem? Nie twarzowo? O modzie nic nie wiem, ale chyba printy nie są jeszcze passé?
http://sklepzcytatami.pl/sklep/product.php?id_product=28
http://pantuniestal.com/sklep/schulz-dla-panow/

ZAKŁADKI
Tych nigdy u mnie za mało. Kiedyś pamiętam w przedszkolu, robiliśmy je namiętnie na dzień babci czy dziadka. Teraz często widzę, że ludzie sięgają po cokolwiek: post-ity, bilety, paragony sklepowe i takie tam. Tymczasem zakładki mogą być naprawdę przepiękne. Jak książkowa biżuteria. Szczególnie te robione ręcznie. Szukajcie w Pakamerze lub Decobazaarze
 projektant Marisella

OKŁADKI
Już mi przeszło wprawdzie szaleństwo okładania czytanych książek w gazetę lub szary papier, ale akurat w czasie Targów Książek w Krakowie, na małym stoisku wypatrzyłam takie cudeńka. Okładki ozdobne Design Factory. Jedyny producent w Polsce. Produkt opatentowany. Czyż nie wspaniałe?


GRY
Taki inny prezent, ale bardzo u nas w domu popularny. Lilka uwielbia planszówki, zgadywanki, pomyślałam, że czas na karciane gry inne niż wojna. Gramy w Czarnego Piotrusia, który w nasze wersji jest dziewczynką oraz w UNO. Ta ostatnia jest moim zdaniem odmiana znanego MAKAO. Zasady w obu przypadkach proste. To, co podoba mi się w przypadku tych gier to fakt, że można dać pole do popisu własnej kreatywności i z Piotrusia zrobić memorki albo domino. A potem przerzucamy się na „Szalone czoło”! 


BON UPOMINKOWY
Jeśli macie problem z empatycznym odgadywaniem gustów czytelniczych zachęcam do sięgnięcia po bon prezentowy. Tak, tak słyszałam opinie, że to pójście na łatwiznę, uwierzcie mi mola książkowego ucieszy to bardziej niż dziesiąty egzemplarz „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”, „bo podobno Losa (zapis nazwiska oddaje fonetyczną, oryginalną wymowę w momencie wręczania prezentu) jest fajny”. Znajdziecie je nie tylko w sieciówkach, ale i w mniejszych sklepach. Nie trzeba być nieśmiałym! Każdy ma jakiś limit pomysłów w pewnym momencie.

BILETY
To moim zdaniem niedoceniany prezent. Można kogoś wysłać na koncert, do teatru, kina, opery, na benefis, monodram, że tez nie wspomnę o bilecie dookoła świata, na jakaś wyspę, na Marsa podobno te sprzedają. Na przykład na „Fredro dla dorosłych” w NCK 14 stycznia, „Przedstawienie świąteczne” Och Teatru w Operze Krakowskiej 25-26 stycznia, a może lutowy koncert Ennio Morricone? 

2 komentarze:

Źródło Są takie historie świąteczne, które nie potrzebują krzykliwej okładki, świętego Mikołaja, czy reniferów i hałaśliwych elfów, ab...

Wigilia niebanalna

Źródło
Są takie historie świąteczne, które nie potrzebują krzykliwej okładki, świętego Mikołaja, czy reniferów i hałaśliwych elfów, aby oddać magiczny klimat Bożego Narodzenia. W tych historiach śnieg zasypuje drogi i skrzypi pod butami, a cisza ogarnia świat. Pachnie sosną. Czekamy. Delikatnie migocą światełka. Opowieści, które, dzięki ekonomii słów i obrazów, budują historię genialną. Natychmiast przychodzi mi na myśl „Opowieść wigilijna” Dickensa. Książka idealna w swojej prostocie. Moralizująca w stylu wiktoriańskim, ale dla mnie wieczna. Ebenezer Scrooge, człowiek zamożny, bezwzględny, schowany za parawanem samotności, cyniczny i skupiony na sobie. Na początku nikt nie wnika, dlaczego takim się stał, ale on jest jak cebula. Delikatnie obierany poruszy nasze … kanaliki łzowe. Wigilijne duchy odmieniają jego los, przywołując obrazy tego, co było, jest i będzie. Taka ślizgawka po płaszczyznach czasu. Dobro, zablokowane dramatycznymi przeżyciami, wypłynie z odmętu egocentryzmu. W tej historii nie ma żadnych prezentów, przedświątecznych zakupów i reszty blichtru, ta otoczka po prostu nie ma znaczenia. Dickens to wiedział. India Desjardins też to wie. India pochodzi z Quebecu, jest współczesną autorką i stworzyła, a może raczej namalowała słowami historię Małgorzaty Golden, kobiety po osiemdziesiątce, która pochowała męża, przyjaciół, rodzeństwo. Ma dwoje dzieci, ma wnuki. Święta mogłyby być totalnie rodzinne, zakręcone i z pewnością pełne życia. A jednak Małgorzata woli spędzać je w ciszy. Nie, nie ma nic ze Scrooge’a. Wydaje się ciepłą i przemiłą osobą. Tak po prostu woli. Nagotowała się już w życiu i napiekła. Dom jest jej twierdzą, daje poczucie bezpieczeństwa. Starość daje się we znaki. Ręce drżą, pamięć zawodzi. Można stracić równowagę i poślizgnąć się. Dom to rutyna i spokój, trochę jak w śniegowej kuli, znanym ornamencie świątecznym, życie za szkłem. Nie dotykać, nie potrząsać. Taka będzie też Wigilia: zaplanowana, co do minuty, z odtłuszczonym jedzeniem i kilkoma programami w telewizji. Tak jest dobrze. Tak wybiera.
http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/prod-wigilia_malgorzaty.html

Tekstu jest niewiele. Tyle ile potrzeba, można rzecz: narracja skrojona na miarę. Czasem duże strony pokrywają jedynie ilustracje. Zachwycające. Uwiodą Was. Zatrzymają Wasze myśli. Pachnie art déco, vintage, rysunkami z The New Yorkera, które uwielbiam i Mirosławem Pokorą. Zdecydowane linie, płaszczyznowość. Pascal Blanchet, bo to on je popełnił, to młody rysownik-samouk rodem z Quebecu. W wywiadzie dla visialnews.com mówił, że inspiruje go sztuka polowy XX wieku, okładki ówczesnych płyt jazzowych, architektura, kino, amerykańska reklama. Jego rysunki podbiją wasze serca wyrazistością kształtów, spokojem kolorów, niemal monochromatyczną skalą barw: brązów, granatów, szarości, zgaszonych żółci. Elegancja. Ta paleta sprawia, że atmosfera wydaje się być namacalna, rezonuje w przedmiotach codziennego użytku i pustych, przepastnych wnętrzach. Perspektywa wędruje. Raz usadawia się na podłodze, albo za plecami, albo za oknem i na suficie, potęgując wrażenie przestronności i pustki domu. Prowadzone światłem gry wwiercają się w nasze głowy z cichą prośbą: Chcę być sama. A w tle pada śnieg, słyszę towarzyszącą mu ciszę. Słyszę … rozbrzmiewający dzwonek „Ding-dong!”. Sami będziecie musieli otworzyć drzwi. Nie zdradzę, co się wydarzy. Ciiii… .
Historia piękna, niesentymentalna, ani przez moment tkliwa. Lekko zabawna, momentami ironizująca. Prosta. Pyta o istotę samotności, starzenia się, o ludzkie wybory. Dla dzieci? Jak najbardziej, duże pole do rozmów z maluchem. Można ją będzie długo czytać. Książka dopieszczona i dystyngowana w każdym calu. Przynosi, bowiem wiadomość bagatelizowaną w czasie świąt, prostą i oczywistą, wiadomość o celebracji istnienia. Pięknie.


India Desjardins „Wigilia Małgorzaty”, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2014

0 komentarze:

Węgry, ach Węgry. Piękna nizina, bajeczny Budapeszt, aromatyczny Tokaj. Państwo bliskie każdemu Polakowi, a ile o nim wiemy? Braterski kra...

Węgierski spleen

Węgry, ach Węgry. Piękna nizina, bajeczny Budapeszt, aromatyczny Tokaj. Państwo bliskie każdemu Polakowi, a ile o nim wiemy? Braterski kraj w socjalizmie, był jak powiew zachodu, z kulkowymi gumami do żucia farbującymi ręce, z obłędnie słodkimi „túró rudi”, z wakacjami nad Balatonem, z paprykowym posmakiem rosołu, z obfitością towaru w sklepach. Tak było. Pamiętam bardzo dobrze. Podróż pociągiem z długimi przystankami. Kuszetka. Granice. „Pass kontrol Ceskoslovenská!”, a potem już tylko język magicznie niezrozumiały. Ja jakoś świetnie dogadywałam się w piaskownicy oraz z teściową mego stryja. Mam ogromny sentyment, pozwala mi on widzieć ciągle Węgry oczami dziecka. Mimo, że tego kraju już nie ma. Minęło ponad dwadzieścia pięć lat. U Krzysztofa Vargi dusza jest pomieszana? podzielona? To już poważne obciążenie. Polak i Węgier w jednym. Słowiańskie rozrzewnienie i ugrofińska melancholia pokrywają każde wspomnienie. Są zapachy niedzielnych obiadów, smażonych langoszy w budce na osiedlowym ryneczku, wina i palinki lokalnej knajpie. Varga spaceruje po budapesztańskich ulicach, gubi się specjalnie, jeździ trolejbusami lub tramwajami ściągając wspomnienia, pragnąc uchronić każde z nich przed wymazaniem. Można by zwiedzać jego śladami. Rusza też na prowincję: do dolin winem pachnących, do zrujnowanych fabryk, upadłych i wyludnionych wiosek. Ciągnie ze sobą tę tęsknotę, rozczulenie i nostalgię.
Źródło

Kuba L. mówi, że seria SULINA Wydawnictwa Czarne jest najnudniejszą, jaką zna. Nie zgodzę się, bo nie lubię generalizować. Choć tym razem mam problem z książką Vargi. Przynosi wiele informacji na temat Węgier, których nie znałam, albo spogląda na to, co wiem z zupełnie innej strony, ciekawiej. To ten pierwiastek ugrofiński. Nic dziwnego, facet tam żył, wychował się. Ma zupełnie obcą mi perspektywę. To właśnie lubię. Takie wtapianie historii w osobiste wspominki, odczucia jest bardzo sugestywne i wciąga czytelnika. Ale to uczucie zaciekawienia pryska gdzieś w połowie. Doczołgałam się do końca. Czułam się jak żołnierz, tarzający się na poligonie pod ostrzałem depresji, melancholii i smutku. Dobre zarysowanie szczególnie ostatnich stu pięćdziesięciu lat historii. Ale Varga nuży i powtarza się. Minorowa tonacja dominuje, podkreśla się ją na każdej stronie. Cóż taki naród. Wciąż marzy o dawnej świetności, wspomina czasy cesarstwa, tęskni za Karpatami, za morzem, za Siedmiogrodem. Żyje traumą po traktacie z Trianon. Uwierzcie mi zapamiętacie tę nazwę. Pojawia się z taka sama częstotliwością jak melancholia, słowo klucz. Trianon to początek końca, taka skaza, hańba. Nurzamy się w tej rozpaczy, w tym przygnębionym światku, wśród potencjalnych samobójców, wśród Węgrów przygaszonych, rozpaczających, ale nie łzawych. Czuję się zmuszona myśleć tak depresyjnie! Czuję, że autor jest nachalny.
Piszę tę recenzję i zerkam na tytuł. „Gulasz z turula”. Jak zapowiedź książki kucharskiej. Rozdziały zresztą też. Wiecie, co to za jeden ten turul? To mit. To taki uskrzydlony symbol chwały siły i potęgi. I tak sobie myślę, że ten tytuł może usprawiedliwiać to całe rozrzewnienie, tęsknotę. Kiedyś było lepiej, a teraz qua vadis? Co jest dobre dla Węgier dziś? Tradycja, szczególnie ta okresu wojny, nie bardzo. Droga z Unią Europejską? Jakoś tak się rozjeżdża.  Ktoś znowu poszukuje trzeciej opcji, a może lawiruje? Varga też nie może się zdecydować. Odpowiedzi na to pytanie unika, choć wyraźnie krytykuje oba rozwiązania. Tkwi sobie w tym micie. Uff, ile można? Czy tacy są Węgrzy jego pokolenia? A może Polacy? Odkładam książkę i czuję lekką schizofrenię. Nie wiem, co myśleć. Przebrnęłam.


KrzysztofVarga „Gulasz z turula” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008

2 komentarze:

Pani Jadzia z warzywniaka zna się na wielkich tego świata, gwiazdach i celebrytach. Głównie tych ostatnich. Kiedy ruch maleje rozkłada „ T...

Co czytają sławni ludzie?

Pani Jadzia z warzywniaka zna się na wielkich tego świata, gwiazdach i celebrytach. Głównie tych ostatnich. Kiedy ruch maleje rozkłada „Twoje Imperium” i wszystko jasne. Potem przegląda jeszcze inne pisemka i sypie informacjami jak z rękawa. Chcąc nie chcąc człowiek dowiaduje się, a to, że Edyta Górniak wydłużyła zęby, żeby pasowały do wielkości ust, że wróżbita Maciej poleciał do Barcelony, a Kim Kardashian zapomniała córki z hotelu. Dzieje się naprawdę. 
rudzki.blog.onet.pl
A co czyta, ta Kardashian?”. Warzywniak zamilkł. Głupia jestem, Kardashian czytać nie musi, ale Pani Jadzia sprawdzi. O! Widziała ją kiedyś z książką … Jennifer Lopez. Nie znam. Ale ja też, pogrzebię i zobaczę, czy znani w ogóle kiedykolwiek mówią o tym w wywiadach, a może wspominają na ostatniej stronie InStyle. Tak, tak w magazynie shoppingowym znajdziecie ikony mody i urody wymieniające tytuł ulubionej książki, tuż obok kosmetycznych odkryć, ulubionych butowi i biżuterii. Pozycje całkiem ambitne. Taki news słabiej się sprzedaje, mniemam, że pozostaje niezauważony: zegarek od Michale Korsa tak, ale jakiś tam Kundera?  Oto flesz opinii z portalu plejada.pl:
Książki uwielbiam, jestem uzależniona, teraz czytam nową Rowling Beata Sadowska.
Uwielbiam czytać, gdy jestem na wakacjach, na plaży, albo w pociągu, bo to jest taki moment, gdy mogę się wyciszyć” Robert Kupisz.
„Staram się czytać, książki głównie. Mam teraz taki sentyment i właściwie taką melancholię i czytam książki, które czytałam w młodości, czyli w szkole średniej, a właściwie dużo lektur z tamtego okresu, które gdzieś tam wtedy czytałam kiedyś na siłę i one mi tak przeleciały. Ostatnio jestem po „Mistrzu i Małgorzacie”, wtedy do mnie nie dotarła, natomiast teraz z przyjemnością ją przeczytałam Aneta Kręglicka.
Znajduję czas na czytanie, dlatego, że to jest część mojej pracy. Traktuję to jako element mojego życia zawodowego” Agata Młynarska
Po tej porcji złotych myśli, długo mieliłam jak Bułhakow mógł „przelecieć niezauważony”? No jak? Potem zaczęłam wizualizować dochodzenie i sprawdzanie, co czyta Edyta Herbuś, czy wyżej wymieniona, Kim, i … uznałam, że szkoda mojego czasu. Co mnie to w sumie. Po co pisać paszkwile i złośliwości. Celebrytów zostawiam zatem pani Jadzi. Poniżej przegląd „nie-celebrycki”.
www.amazon.com

STEVE JOBS:

W biografii Waltera Isaacsona wśród ulubionych pozycji wymienia:

Króla Leara” Wiliama Shakespeare'a,

Moby Dicka” Hermana Melville'a,

Innvator’s dilemma” Claytona Christensena (świetna!),

Biografię Jogina” Paramahansa Yogananda,

Umysł Zen, umysł poczatkującegoShunryu Suzuki:

zbiór wierszy Dylana Thomasa.

Co ciekawe, Jobs powiedział kiedyś, że jego zdaniem światowi liderzy i politycy, zbyt mało czytają, a on sam widział w czytaniu element swojej pracy zawodowej i nie miał na myśli tylko literatury przedmiotu. Autor "The Innovator’s Dillema" przytacza pewną anegdotę, kiedy to na wspólnej konferencji Jobsa i Gatesa, szef Apple’a miał złośliwie powiedzieć swemu rywalowi: "(…)Bill, ty nigdy nie będziesz wybitnym prezesem, ponieważ nie czytasz regularnie książek".

BILL CLINTON
Były prezydent to wszystkożerny bibliofil, na listę swoich ulubionych książek wpisuje:
Wiem, dlaczego ptak w klatce śpiewa” Maya Angelou,
Medytacje” Marka Aureliusza,
Odrzucenie śmierci” Ernesta Beckera,
Lincoln” Davida H. Donalda oraz proszę, proszę
Tworząc historię. Wspomnienia”, Hilary Rodham Clinton,
Sto lat samotności” Gabriel Garcii Marqueza,
Niewidzialnego człowieka” Ralpha Ellisona,
„Cztery kwartety” T.S. Eliota.
W czasie jednej z kampanii padało pytanie o ilość książek czytanych rocznie i okazało się, że do roku 1982, do kiedy, jak sam mówi, nie miał wiele do robienia, czytał około trzystu tytułów rocznie. Prywatna biblioteka państwa Clintonów składa się z ponad czterech i pól tysiąca woluminów.
OPRAH WINFREY
Oprah nauczyła się czytać w wieku lat trzech i bez wątpienia książki były jej ucieczką od biedy, „drogą to wolności”, edukacji, zmiany. Ojciec był bardzo wymagający w tej kwestii i kazał przygotowywać raporty z przeczytanych pozycji. Wybór ulubionych pozycji królowej medialnego imperium nie będzie was dziwił. Na pierwszym miejscu jest „Zabić drozda” Herper Lee. Dalej wymienia ulubioną historię miłosną „Ich oczy oglądały BogaZory Neale Hurston, Wiem, dlaczego ptak w klatce śpiewa” Maya Angelou oraz „Najbardziej niebieskie oko” Toni Morrison.
Oprah ma swój dyskusyjny klub książki. Początkowo był to comiesięczny dodatek do jej popularnego show. Po piętnastu latach na antenie wypromował ponad siedemdziesiąt tytułów. Teraz działa w wersji 2.0 i nadal jest bardzo opiniotwórczym przedsięwzięciem. Połączono go z siecią bibliotek w taki sposób, że wydawca polecanych tytułów ma obowiązek wysłania około dziesięciu tysięcy kopi do ponad trzech tysięcy bibliotek, szkół wyższych i innych instytucji.
STEPHEN KING:
Mistrz horroru na liście przygotowanej dla amerykańskiego dziennikarza Johna Zanea, znanego z tworzenia kompilacji w stylu ”Dziesięć książek wszechczasów”, czy „Cudowne pozycje: 34 pisarzy i ich czytelnicze przygody” umieścił:
antologię „The Golden Argosy” pod redakcją Vana H. Cartmella i Charlesa Graysona,
 Przygody Hucka” Marka Twaina,
Szatańskie wersety” Salmana Rushdiego,
McTeague” Franka Norrisa,
Władcę much” Williama Goldinga,
Samotnię” Charlesa Dickensa,
Rok 1984” George’a Orwella,
cykl „The Raj Quartet” Paula Scotta,
Światłość w sierpniu” Williama Faulknera,
Krwawy południk” Cormac’a McCarthy’ego.
Wydawałoby się, że król horroru i suspensu, sięga na co dzień po coś lekkiego, coś, co wyrywa go z gęstniejącej tematyki mroczności. A tu proszę książki zgłębiające mroczną, zagmatwaną ludzką naturę.  

MAGDALENA CIELECKA

W wywiadzie udzielonym Rafałowi Bryndalowi na łamach „Chimery” przyznała, że książki ma wszędzie i zwykle czyta kilka na raz. Ciągle leczy się z  Murakami’ego, (dlaczego?), i J. M. Coetzee’ego. Tego ostatniego stawia przed Rothem, jako najwspanialszego z żyjących. (Mruczę sobie „no, nie wiem…”.) Za kogo da się pokroić? Za Janusza Rudnickiego. Często wraca do przeczytanych niegdyś pozycji, żeby sprawdzić jak czas zmienia perspektywę, interpretację, weryfikuje przemyślenia. Ciekawie byłoby porozmawiać z Cielecką, niby zbieżnie, ale jednak…


Źródło:
www.nytimes.com/

2 komentarze:

Wydawnictwo Krytyki Politycznej przysłało mi do recenzji nową książkę Michała Zygmunta o wdzięcznym tytule „ Nienawiść ”. Autora kojarzę ...

Futurystyczne pigułki

Wydawnictwo Krytyki Politycznej przysłało mi do recenzji nową książkę Michała Zygmunta o wdzięcznym tytule „Nienawiść”. Autora kojarzę głównie z „New romatic” i opowiadań, które zrobiły na mnie wrażenie pomysłowością, z jaką potraktowano nielekką tematykę i siłą wyrażającą głos mojego pokolenia. To, co takiego przynosi nowa powieść? Zaczyna się ostro, bo zaserwuje nam się science fiction. Potem następna niespodzianka: trup-starzec, w nomenklaturze roku 2084 - starik. Krystian Polak znaleziony w jednym z bloków warszawskiego osiedla. Rozpoczyna się śledztwo: przeszukano miejsce zbrodni w poszukiwaniu emocji i odnaleziono pamiętnik. Dochodzenie prowadzą Kronos i Przester. Pierwszy ma niezwykły dar „widzenia” uczuć, wspomagany chemia, drugi pogardza wszystkim wokoło, czeka na żonę z przydziału, bo taka należy się wszystkim zgodnie z zasada Biologizmu. Najbardziej jarają go stany po pigułach, wiec z zapartym tchem słucha opowieści, tych którzy dostąpili zaszczytu.
Źródło

Dwa światy rozdzielone fosą siedemdziesięciu lat. Rok 2013 pachnie nienawiścią, pogardą, brutalnością, bluzgiem, frustracją. Spiętrzone żale, chybione związki, skrywane pragnienia. Czytając o tym z perspektywy autora, przyszły mi na myśl współczesne obrazki telewizyjne, fora internetowe, ścianki fejsbukowe czy twitter’owe. Wszystkie dają pole do grafomańskiego popisu i upuszczenia nieco frustracji. Nietolerancja. Pornografia. Pedofilia. Fanatyzm. Hejt na hejcie. To jak wyprawa na drugą stronę lustra, obejrzyjmy nasze odbicie. Przerażające. Serio. Obecnie uczestniczymy w tym całym informacyjnym nalocie, a nasz mózg poddaje się, bombardowany ze wszech stron. Prawda, nie jest ważna. Główny bohater pamiętnika, współczesny nam Marek, w zasadzie nienawidzi wszystkich, wszystkiego, mniemam, że do siebie też nie pała miłością. Aż huczy od emocji. Przyszłość nie niesie niczego lepszego, bo ta z kolei będzie wyjałowiona z wszelkich sentymentów. Mroczna wizja. W jej opisach czuć pewne zamazanie, jakby na haju. Obrazy są plastyczne, język chłodny, punktuje w opisach, wszytko brutalnie szare, albo przybierające wyzywające barwy. Skrajnie. Z podziałem generacyjnym. Świat poszedł tak mocno do przodu, że mechanizacji uległa każda sfera życia. Nawet sex, to nic innego jak obcowanie z „obcą tkanką”. Przyszłość żyje na pigułkach. „Powab”, utrwalacz, „Miłość” są jak polepszacze smaku, zapewniają doznania. Najbogatszym państwami świata są Mali i Algieria. Miasta zamieszkują emigranci z Bliskiego Wschodu i starikowie, którzy głównie żyją przeszłością, pętają się niechciani. Wieje Orwellem, oj wieje. Totalna beznadzieja. Ani rok 2013 ani to, co później, nie napawają optymizmem. Książka jest klasycznym przykładem dystopii. Cyberpunkowa, momentami, wizji świata, z dość naturalnie kreślonym tłem społecznym. Ciekawie, choć gorzko. I pomimo, że stykamy się teraz wszędzie z brutalnością, to jej kumulacja na dwustu stronach i obraz tego, do czego może prowadzić nonszalancja, wywołuje przestrach.
Cały czas jednak zastanawiałam się nad kilkoma kwestiami. Co wspólnego ma pamiętnika z rokiem 2084? Jego wprowadzenie pozwalało nam wprawdzie przenosić się w czasie, ale co je łączy poza tytułową nienawiścią? Trochę mnie to męczyło, szukałam tego ogniwa. Niespójność? Celowa? Kim jest Sasza i po co wprowadzono go do fabuły? Właściwie sprawa morderstwa znika w morzu emocji. Taki antykryminał, a jego zakończenie pozostaje pod jakimś względem otwarte. Jak mówi Kronos: „Jako Żywy przekonałem się, ze prawda nie istnieje jako stały byt ujawnia się chwilami, w trudno zapisywalnej sinusoidzie.” Niepokój spotęgowany.
  
Michał Zygmunt „Nienawiść”Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014






















Za książkę dziękuję Wydawnictwu Krytyki Politycznej

1 komentarze:

Jest lekko po godzinie szesnastej, dziewiętnasty dzień listopada, a za oknem noc. Choć właściwie dzień. Szaro, stalowo. Światła pogaszon...

Przebywam w ciemności


Jest lekko po godzinie szesnastej, dziewiętnasty dzień listopada, a za oknem noc. Choć właściwie dzień. Szaro, stalowo. Światła pogaszone w całym domu. Lila postanowiła usnąć po południu, pierwszy raz od … dwóch lat. Ciemność. Coś drapie w parapet, miarowo. Deszcz albo mrok. Chce wejść do środka. Marznie? Raczej nie, ciężko jesieni pozbyć się stylizacji wrześniowej, więc o chłodzie nie ma mowy. Ale mówią, że płaszcz i kalosze też mogą być stylowe. Jesień nie czyta Vogue. Cisza. Przytulamy się do siebie z Lilką. Ciepło. Wokoło pachnie płynem do płukania i chrupkami kukurydzianymi. Deski na podłodze trzeszczą. Przeciągają się leniwie. Rzęzi w rurach. Ściany mają uszy i długie języki. Nasłuchują, przekazują. Dom w mroku ożywa. Ciemność podpowiada i przywołuje mroczne historie. Wzbudza przerażenie, lęk, poczucie zagubienia, niepewność. A ja właśnie czuję się bezpiecznie i spokojnie.


Źródło

Wcale nie jestem taka jednoznaczna i jednowymiarowa. W zasadzie mnie nie ma, to tylko brak światła. Niejasność.”
Ale ładnie wybrzmiewasz - granatowo, czarno, hebanowo, grafitowo, antracytowo, atramentowo, kobaltowo. A twoje błękity od Turnbulla po Prusy i Paryż. Miałaś analizę kolorystyczną? Ja też. Kiedyś. Zapomniałam. Chowam się dalej. Nie, to była lekcja makijażu. Wszystko mi jedno. A ty, jak dama jakaś. No, dobrze, dobrze nie kokietuj i ciii, Lila śpi. Po dwóch latach.
Ciemność to także szaleństwo, magia, potęga. Weźmy takiego Saurona i jego Mordor. Strach, ale ta władza. Pociągająca. Złudna? Nieobecność, wyzwanie, zło. Egoizm, zwodniczość, niewyrażalność, enigmatyczność. Prawdziwa potęga nicości, która nie trwa wiecznie, ma swój kres: światło, jasność. Dusza się zatraca i czeka na zbawianie. Biblia to księga wiedzy o świetle i mroku i walce tych dwóch. Dobro i zło. W życiu jest wybór. Mroczny? Nieustanny. Można się zmęczyć, można też zbłądzić. No, mamy parę opcji i szans. Dzięki Bogu, że są! Nawet między światłem, a cieniem. Są. Mam swoje ulubione ciemności. Pierwsza to ta u Dylana Thomasa. Czerń tarniny, czerń wron, morza, uliczek małego miasteczka, Llareggub. W jego słuchowisku, na siedemdziesiąt głosów(!), „Pod mlecznym lasem”, cisza przebija wśród dźwięków. Wyostrzam "czucie". Silne głosy, zmysłowe. W tle tylko flet. Totalna ciemność otulająca walijską osadę. Jeden dzień. Rytmicznie w zgodzie z naturą. Mrok pokrywa marzenia, aspiracje i fantazje mieszkańców. Niewidomy Kapitan Cat pragnie długich podroży i dawno zmarłych kochanek. Pani Ogmore-Pritchard rozmyśla o swoim mężu. Był odszedł. Zakopali go na cmentarzu. Polly Garter o dzieciach. Pan Pugh o zabiciu małżonki. Siekiera czy wałek? Szalone miasto miało być. Ciemna strona myśli. Na którą padnie dziś? Tymczasem mrok przynosi ludziom wytchnienie, zrozumienie, przenosi w sferę wyobrażeń. Uff, sama na sam z tym, co tylko moje. Cisza? Nie jest to Poe, nie mam gęsiej skórki, ale za to metafory Thomasa są jak szok. W ustach Richard’a Burton’a pulsują. Pierwszy głos. Surrealizm i frapujący teatr wyobraźni. Freud czytający Biblię. Czerwień krzykliwie rozdziera kir. Język performatywny. Metafory wkręcają się głęboko w mój mózg. Przesiadują tam przez lato i domagają się odświeżania jesienią. Najlepiej w półcieniu, w listopadzie. Wtedy dźwięczą. Tak mi się przypomniał Thomas. Jakoś tak w ciemności … .  Gra cieni. Gra głosów. Szmery. Słuchaj.
Źródło
"It is spring, moonless night in the small town, starless
and bible-black, the cobblestreets silent and the hunched,
courters'-and-rabbits' wood limping invisible down to the
sloeblack, slow, black, crowblack, fishingboatbobbing sea.
The houses are blind as moles (though moles see fine to-night
in the snouting, velvet dingles) or blind as Captain Cat
there in the muffled middle by the pump and the town clock,
the shops in mourning, the Welfare Hall in widows' weeds.
And all the people of the lulled and dumbfound town are
sleeping now." 

Dylan Thomas, Under Milk Wood: A Play for Voices (1954)

1 komentarze:

Jaki jest przepis na dobry kryminał? Trup, tudzież porwanie, gwałt, inna zbrodnia. Do tego bystry detektyw, lub taki, który ma dużą dozę s...

W Londynie rządzą nimfy

Jaki jest przepis na dobry kryminał? Trup, tudzież porwanie, gwałt, inna zbrodnia. Do tego bystry detektyw, lub taki, który ma dużą dozę szczęścia. Niebanalna fabuła pełna zwrotów akcji, ślepych uliczek, śladów, których nie widać na pierwszy rzut oka i zadziwiających zbiegów okoliczności. A na deser: zaskakujące, nieprzewidywalne zakończenie. Na ile sposobów można te składniki odmieniać i mieszać? Jak pokazuje historia literatury na wiele. Konwencja od lat jest ustalona i przestrzegana, a pisarze dorzucają do niej różne elementy burzące rutynę: a to zabawy tłem, a to prowadzącym śledztwo (inteligentny, super bohater; łajdak i oprych, za to nieprzeciętnie inteligentny; policjant alkoholik na skraju; elegancki prokurator z pasją do zagadek; niedoszła gwiazda NBA). Tymczasem Zygmunt Miłoszewski, na przykład, z kryminałem kończy, bo gatunek wkroczył na ścieżkę wyścigu szczurów w klasie „brutalność”. Czy to faktycznie koniec? Czy kryminał może nas jeszcze zaskoczyć? A może rynek bliski jest nasyceniu i czas opuścić tonący statek?
"Mystery Solved" by Patrick Ballesteros, "The Mind of Sherlock Holmes" by Joshua Werner
Są jednak tacy, którzy wciąż potrafią namieszać w kryminalnej estetyce i Benowi Aaronovitchowi, moim zdaniem, idealnie udało się wpasować w grono ciekawszych twórców tego gatunku. Niby rozpoczyna „Rzeki Londynu” klasycznie: ciało bez głowy znalezione obok katedry świętego Pawła. Głowa kilka metrów dalej. Jest policja, technicy zabezpieczają ślady. Jest i główny bohater, posterunkowy Peter Grant. Zupełnie przeciętny policjant, zaręczam. Jego dotychczasowe wyniki na okresie próbnym w Metropolitan Police, raczej wskazują na to, że swoją przyszłość zwiąże z biurkiem i wklepywaniem danych do komputera. Roztrzepany, choć dość bystry, o sarkastycznym, kąśliwym poczuciu humoru, ale momentami ignorant. Jego przemyślenia są dość proste i przyziemne, brak w nich głębszej refleksji. I oto on właśnie, owej zimnej nocy zabezpiecza miejsce i nie wiedzieć, czemu to jemu udaje się porozmawiać z naocznym świadkiem. Tyle, że ten świadek jest … duchem.
Equipment for ghost hunters: thermal underwear, very important; warm coat, thermos flask; patience; ghost
Tak, pośród całej swej zwyczajności, Peter ma dar: widzi duchy i potrafi wyczuwać vestignum, czyli powidok zapachowy pozostawiony przez działania magiczne, a wkrótce nauczy się kontrolować formę i czarować. Ale poza tym to zupełnie przeciętny główny bohater, śmiem twierdzić, że ameba ma znacznie głębsze i bogatsze życie. Tymczasem to właśnie on stanie się pierwszym od kilkudziesięciu lat stażystą w dziale zajmującym się zbrodniami popełnionymi z użyciem magii. Dziale, do tej pory, jednoosobowym, którym dowodzi porucznik Nightingale. To nie koniec, bo oprócz rozwikłania zagadki, Peter będzie musiał wypracować konsensus w narastającym sporze miedzy Boginią i Bogiem Tamizy.
Źródło
Całkiem jak u Dickensa – na pierwszym planie ktoś przeciętny, za to w tle, tak w tle dzieje się zasadnicza akcja, działają wspaniali drugoplanowi. I to jest właśnie ogromna siła tej książki. Tło. Tam żyje miasto, Londyn eklektyczny. Tygiel kultur. Patchwork narodowości. Miejsce spotkań przeszłości i przyszłości. Istny palimpsest. Podróżujemy ulicami, placami, mostami i rzekami. Tamiza i jej dopływy Effra, Ash, Brent, Crane, Lea ulegną personifikacji, całkiem realistycznej. Stają się jednymi z nas, żadnych tam potworów o siedmiu głowach i rozmiarach Godzili i cholernie napsocą. Tajemnica towarzyszy nam cały czas. Samo spotkanie genii locorum to tylko wstęp otwierający drzwi do prawdziwej miejskiej mitologii wampirów, duchów, nimf wodnych. Aaronovitch nawiązuje do legend, wierzeń i bogatej historii miasta, do tradycji Puncha i Judy, a także brytyjskiej popkultury – Harry’ego Pottera (nieźle mu się obrywa), Doktora Who, powieści Neila Gaimana i innych. Życie miasta odbywa się na dwóch płaszczyznach współczesności – nowoczesne miasto, jakie znamy z przewodników i jego alternatywna wersja mroczna, makabryczna i magiczna. Aaronovitch połączył klasyczny kryminał, z horrorem i urban fantasy. Wyszło wspaniale i lekko, a przy tym obłędnie zabawnie.
Książka została przetłumaczona na język polski i wydana przez Wydawnictwo Mag. Ciekawa jestem jak tłumaczenie, oby lepsze niż okładka. Serio, w naszym rodzimym wydaniu jest nijaka i kompletnie nie zachęca. Amerykańska też mnie nie przekonała, za to oryginalna angielska bardzo. Prosta kreska Stephana Walter’a i fragment jego „Wyspy” delikatnie podrasowane, natychmiast przyciągają oko. Rzucam się na część drugą - „Moon over Soho”. Kim naprawdę jest Molly?!


Ben Aaronovitch „The rivers of London” The Gollancz, Londyn 2011

1 komentarze: