Źródło Czy­ta­nie jest przede wszyst­kim od­naj­dy­wa­niem swo­je­go miej­sca wśród tego, co z po­cząt­ku nie­przy­ja­zne, a co na­...

O czytaniu



Źródło
Czy­ta­nie jest przede wszyst­kim od­naj­dy­wa­niem swo­je­go miej­sca wśród tego, co z po­cząt­ku nie­przy­ja­zne, a co na­le­ży w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku oswo­ić. Czy­ta­nie nie po­win­no nas wy­rzu­cać ze świa­ta, lecz uczyć jego ro­zu­mie­nia.



W moim domu nie było ksią­żek. Kilka przy­pad­ko­wych bro­szu­ro­wych wydań, żad­nych kla­sy­ków, pol­skich czy za­gra­nicz­nych ("Wio­sen­ne wody" Tur­gie­nie­wa, ale co dziec­ku po Tur­gie­nie­wie), żad­nych en­cy­klo­pe­dii. Nic. Naj­le­piej pa­mię­tam dwa al­bu­my przy­wie­zio­ne przez ojca z Mo­skwy, w tym wiel­ki płó­cien­ny bor­do­wy z Er­mi­ta­żu. Do dziś pa­mię­tam wszyst­kie za­war­te tam ob­ra­zy, od Duc­cia, Cra­na­cha po Pi­cas­sa, łącz­nie z de­ta­la­mi, wśród któ­rych jeden zwłasz­cza utkwił mi w pa­mię­ci, z ob­ra­zu Jana Stena: po­rzu­co­ny na środ­ku po­ko­ju pan­to­fel śpią­cej ko­bie­ty. Ni przy­piął, ni przy­ła­tał. Nie wiem za bar­dzo dla­cze­go, ale ten ode­rwa­ny detal, po­rzu­co­na rzecz, es­te­tycz­ny wy­bryk, nie­eko­no­micz­ne punc­tum, utkwił w mojej gło­wie i od­zy­wa się za­wsze, gdy oglą­dam ob­ra­zy i fo­to­gra­fie i szu­kam tego, co nie pa­su­je do zgrab­nie skro­jo­nej kom­po­zy­cji. Poza tym pa­mię­tam za­pach re­pro­duk­cji i wiel­kie gra­we­ro­wa­ne na okład­ce ro­syj­skie "?" (już wtedy umia­łem od­cy­fro­wy­wać ru­skie bukwy). I jesz­cze dwa świa­dec­twa okru­cień­stwa: Ju­dy­ta dep­czą­ca od­rą­ba­ną głowę i św. Se­ba­stian na­szpi­ko­wa­ny strza­ła­mi. Długo nie wie­dzia­łem, skąd moja fa­scy­na­cja tym ostat­nim. Teraz wiem.
Moi rodzice książek nie czytali, nie pamiętam też żadnej z moich sióstr z książką w rękach. Wszystko spowite mgłą, nieobecne, żadnej spójnej wizji. Nauczyłem się czytać bardzo wcześnie, ale z tych najdawniejszych czasów pamiętam tylko, jak na żądanie rodziców udowadniałem niedowiarkom, że taki szczyl umie czytać. Czytałem na pokaz gazety, bo co innego. Ale co czytałem dla siebie, na Boga, co ja wtedy czytałem?


Kiedy za­czą­łem wczo­raj oglą­dać ofer­tę pol­skich an­ty­kwa­ria­tów, za­czą­łem roz­po­zna­wać okład­ki i coś się za­czę­ło w mojej pa­mię­ci po­ja­wiać, "Nie­sa­mo­wi­te przy­go­dy Olka i Wa­ler­ki", "Ma­laj­skie czół­no", okład­ki z Dok­to­rem Do­lit­tle, "Zwią­zek spra­wie­dli­wych", ale wcze­śniej, gdy chcia­łem sobie przy­po­mnieć moje lek­tu­ry, wpa­da­łem w czar­ną ot­chłań. Nie pa­mię­ta­łem, bo nie chcia­łem pa­mię­tać tam­tych cza­sów i tam­tych miejsc. Nawet nie pa­mię­tam, co ja wtedy ro­bi­łem, nie cho­dzi­łem do przed­szko­la, bo matka nie pra­co­wa­ła, w te­le­wi­zji nie było co oglą­dać, pa­mię­tam tylko, słabo zresz­tą, "Konia, który mówi" i "Dr. Kil­da­re’a". Poza tym wy­ma­za­ne wszyst­ko, od­rzu­co­ne, z winy świa­ta, któ­re­go nie lu­bi­łem: nie chcia­łem go pa­mię­tać, więc i czy­ta­nie po­szło na marne.
Wszyst­ko


Choć oczy­wi­ście nie­zu­peł­nie. Z póź­niej­sze­go już życia, mło­dzień­cze­go, pa­mię­tam dwa mo­men­ty, szcze­gól­nie zna­czą­ce.

Żródło
Pierw­szy po­tra­fię nawet spre­cy­zo­wać. Jest rok 1972 i matka pyta, co chcę do­stać na Gwiazd­kę. Od­po­wia­dam bez wa­ha­nia, żeby znów nie do­stać swe­ter­ka lub pi­ża­my: Lek­sy­kon PWN. Złote cacko, w któ­rym jest wszyst­ko, od "Aachen" po "ży­ro­skop", skarb­ni­ca wie­dzy, skom­pry­mo­wa­ny wszech­świat. W domu do tej pory nie było żad­nej en­cy­klo­pe­dii, wiel­ką gra­na­to­wą en­cy­klo­pe­dię po­dzi­wia­łem u są­sia­dów, łap­czy­wie oglą­da­łem gdzieś wiel­ką en­cy­klo­pe­dię so­wiec­ką, ist­nie­nia ta­kie­go cuda jak Broc­khaus czy Bri­tan­ni­ca nawet nie po­dej­rze­wa­łem, zresz­tą, co by mi po nich było, skoro nie zna­łem żad­ne­go ję­zy­ka. Teraz mia­łem wła­sną wy­rocz­nię, któ­rej kie­szon­ko­wy w grun­cie rze­czy for­mat mi w ogóle nie prze­szka­dzał: nie roz­miar się li­czył, lecz za­sa­da. A za­sa­da była pro­sta, Blake’owska: zmie­ścić świat w zia­ren­ku pia­sku, objąć nie­ob­ję­te, sca­lić po­ka­wał­ko­wa­ne. Wtedy wła­ści­wie na­ro­dzi­ła się moja bi­blio­te­ka: w pra­gnie­niu ładu, który po­tra­fię na­rzu­cić świa­tu, w złu­dze­niu, że świat można za­mknąć mię­dzy okład­ka­mi, że bi­blio­te­ka może imi­to­wać wszech­świat.

Oczy­wi­ście, lek­sy­kon to nie li­te­ra­tu­ra, ale fakt, że kilka lat póź­niej z tą samą łap­czy­wo­ścią czy­ta­łem "Ulis­se­sa", że leżąc w cho­ro­bie, po­sta­no­wi­łem prze­czy­tać całą "Ko­me­dię ludz­ką" Bal­za­ka, że jesz­cze póź­niej za­chły­sty­wa­łem się Pro­ustem - wszyst­ko to za­wdzię­czam zło­te­mu wo­lu­mi­no­wi o cien­kich kart­kach, który jak ko­me­ta zja­wił się w moim dzie­ciń­stwie i nigdy nie znik­nął z mo­je­go nieba, na któ­rym cały czas lśni idea ca­ło­ści.

I drugi mo­ment, z tego sa­me­go okre­su.

Mam dzie­sięć lat, oczy­wi­ście spę­dzam czas na grze w piłkę, pre­nu­me­ru­ję "Spor­tow­ca", sam wy­kle­jam al­bu­my wy­cin­ka­mi ze świa­ta lek­kiej atle­ty­ki, ale jed­nak cały ty­dzień cze­kam na so­bo­tę, żeby po lek­cjach szyb­ko wró­cić do domu, za­mknąć się z książ­ką w po­ko­ju, gdzie aku­rat ni­ko­go nie było (do cza­sów li­ce­al­nych nie mia­łem swo­je­go po­ko­ju), i mieć świa­do­mość, że nikt nie bę­dzie ode mnie ni­cze­go chciał przez naj­bliż­szych parę go­dzin.Co czy­ta­łem? Róż­no­ści: "Przy­go­dy Robin Hooda", "Mity grec­kie" mojej imien­nicz­ki, stare rocz­ni­ki "Prze­kro­ju" po­ży­czo­ne od są­sia­dów z góry, je­dy­nych in­te­li­gen­tów w oko­li­cy, we­ster­ny Wer­ni­ca, książ­ki o wy­pra­wie Nan­se­na na bie­gun.

Nie chcia­łem mieć nic wspól­ne­go ze świa­tem do­oko­ła, za­my­ka­łem się na klucz i czy­ta­łem, bu­du­jąc swoją for­te­cę, drugi dom, ba­ry­ka­dę, wznie­sio­ną prze­ciw­ko świa­tu, nie w jego imię. Ład i sa­mot­nia: jak­kol­wiek bym się bro­nił, nie od­pę­dzę tych fan­ta­zji.


Język i psy­cho­za

U Pro­usta czy­ta­my: Chcia­łem odło­żyć książ­kę, którą - jak mi się zda­wa­ło - wciąż jesz­cze trzy­mam w dło­niach, i zga­sić świa­tło; już we śnie, nie­ustan­nie prze­wi­ja­ły mi się przez głowę myśli zwią­za­ne z tym, co przed chwi­lą prze­czy­ta­łem, przy­bie­ra­ły one jed­nak cha­rak­ter dość oso­bli­wy; zda­wa­ło mi się, że to ja sam byłem tym, o czym trak­to­wa­ła książ­ka: ko­ścio­łem, kwar­te­tem, ry­wa­li­za­cją mię­dzy Fran­cisz­kiem I a Ka­ro­lem V.

Żródło
Dziec­ko jest tym, co prze­czy­ta­ło, do­kład­nie tak, jak z tru­dem sta­wia gra­ni­ce mię­dzy sobą i świa­tem. By odłą­czyć się od świa­ta i na­brać po­czu­cia wła­snej od­ręb­no­ści, dziec­ko musi na­uczyć się mówić. Do­pó­ki nie przej­dzie progu abs­trak­cji, bez któ­rej żaden język nie mógł­by nigdy po­wstać, dziec­ko nie umie od­na­leźć sie­bie poza świa­tem i jest w nim po uszy, jak zwie­rząt­ko, za­nu­rzo­ne. Zdol­ność abs­tra­ho­wa­nia, a więc także umie­jęt­ność mó­wie­nia, po­zwa­la mu odłą­czyć się od świa­ta i zna­leźć inny świat, nie tylko po­chło­nię­ty przez "tu" i "teraz". Tu jed­nak za­czy­na się nie­bez­piecz­na gra ze świa­tem, któ­rej staw­ka jest nie­zwy­kle wy­so­ka. Dzie­ci au­ty­stycz­ne nie chcą wró­cić do świa­ta i kryją się w po­za­ję­zy­ko­wej (naj­chęt­niej ma­te­ma­tycz­nej lub mu­zycz­nej) abs­trak­cji, jed­no­cze­śnie stro­niąc od wszel­kie­go kon­tak­tu ze świa­tem. Au­tyzm z jed­nej stro­ny wy­rzu­ca dziec­ko poza świat, z dru­giej jed­nak do­tkli­wie je w nim za­nu­rza, tyle że nie po­przez język, lecz po­przez nagie zmy­sły. Do­tkli­wo­ści tej nie ła­go­dzi w ich przy­pad­ku to, co po­win­no, zatem język, któ­re­go ge­nial­ność po­le­ga na tym, że z jed­nej stro­ny po­zwa­la nam prze­kra­czać ogra­ni­cze­nia em­pi­rii, z dru­giej jed­nak ści­śle po­dą­żać za na­szym do­świad­cze­niem. Czło­wiek może żyć w świe­cie tylko dzię­ki umie­jęt­no­ści sym­bo­li­za­cji, czyli tylko dzię­ki ję­zy­ko­wi. Ze­rwa­nie wię­zów ze świa­tem, a więc dys­funk­cja ję­zy­ka, pro­wa­dzi do psy­cho­zy.

Po­wrót

Co ma wspól­ne­go au­tyzm z czy­ta­niem? Kiedy dziec­ko za­czy­na czy­tać samo, robi drugi krok na dro­dze abs­trak­cji, znacz­nie po­waż­niej­szy niż pierw­szy, mia­no­wi­cie od­kry­wa nie tylko moż­li­wość in­ne­go świa­ta niż ten do­oko­ła niego, ale od­kry­wa cał­kiem inne świa­ty, różne od tego, do któ­re­go przy­wy­kło. Gdy matka siada przy łóżku Mar­ce­le­go, cud ję­zy­ka nie od­dzie­la go od świa­ta, gdyż sprze­ci­wia się temu obec­ność matki. Dziec­ko czuje się bez­piecz­nie u jej boku, bo kiedy skoń­czy się opo­wieść, nie zo­sta­nie po­rzu­co­ne na nie­zna­nych pust­ko­wiach, lecz wróci bez­piecz­nie, jak Ody­se­usz po la­tach błą­ka­nia, do swo­je­go łóżka. Dziec­ko musi na­uczyć się wra­cać do świa­ta, ale by to na­stą­pi­ło, musi wie­dzieć, musi czuć, musi ufać, że dom jest świa­tem, w któ­rym chce żyć i który ochro­ni go przed naj­dzik­szy­mi rze­cza­mi, ludź­mi i zda­rze­nia­mi. Gdy dziec­ko tego nie od­kry­je, zo­sta­nie na za­wsze w tam­tym świe­cie, świe­cie prze­czy­ta­nym, i nie­chęt­nie bę­dzie chcia­ło wra­cać do swo­je­go świa­ta, świa­ta prze­ży­wa­ne­go.

Ist­nie­je au­tyzm lek­tu­ry: świat jest zbyt do­tkli­wy, zbyt nie­do­bry, zbyt prze­ra­ża­ją­cy, by można się w nim od­na­leźć. Trze­ba w za­mian po­zo­stać jak naj­dłu­żej w tym innym, wy­obra­żo­nym uni­wer­sum, które cał­kiem pod­da­ne jest na­szej woli. Nikt nie może nam po­wie­dzieć, jak mamy czy­tać, choć tak wiele osób mówi nam, jak mamy żyć. Prze­rost za­sa­dy przy­jem­no­ści nad za­sa­dą rze­czy­wi­sto­ści pro­wa­dzi do wy­ko­rze­nie­nia. Lek­tu­ra może także nas zo­sta­wiać na skra­ju psy­cho­zy.

Źródło
Ale nie musi. Jak po­wia­da Pro­ust w eseju, który żar­li­wie tłu­ma­czy­łem na progu mo­je­go pi­sar­skie­go życia, lek­tu­ra "znaj­du­je się na progu życia du­cho­we­go; może nas tam za­pro­wa­dzić: nie może nim być". Czy­ta­nie nie może za­stą­pić nam życia du­cho­we­go, nie może także za­stą­pić nam świa­ta. Tak jak język nie jest za­miast świa­ta, lecz nas z nim łączy, tak i czy­ta­nie "jest dla nas bramą otwar­tą na wszyst­kie drogi pro­wa­dzą­ce na skraj świa­ta!". Jeśli młody Mar­ce­li ucie­kał od świa­ta, by zna­leźć schro­nie­nie w uko­cha­nej książ­ce, to do­ro­sły Mar­cel zro­zu­mie, że nie w książ­kach, ale w świe­cie trze­ba do­sko­na­lić trud­ną sztu­kę lek­tu­ry. Droga głów­ne­go bo­ha­te­ra "Po­szu­ki­wa­nia" usła­na jest zna­ka­mi, które na­le­ży wła­ści­wie zin­ter­pre­to­wać, któ­rych lek­tu­ry na­le­ży się wciąż na nowo uczyć. Ozna­cza to, że czy­ta­nie jest przede wszyst­kim od­naj­dy­wa­niem swo­je­go miej­sca wśród tego, co z po­cząt­ku nie­przy­ja­zne, a co na­le­ży w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku oswo­ić. Czy­ta­nie nie po­win­no nas wy­rzu­cać ze świa­ta, lecz uczyć jego ro­zu­mie­nia. Bo­ha­ter po­wie­ści Pro­usta mo­zol­nie od­czy­tu­je tekst świa­ta i czy­ta­jąc, czuje się zdra­dza­ny przez znaki pro­du­ko­wa­ne przez pa­ry­skie sa­lo­ny, przez uko­cha­ne osoby, przez dzie­ła sztu­ki. Nauka od­cy­fro­wy­wa­nia nie­ja­snych zna­ków świa­ta jest ko­niecz­nym wa­run­kiem umie­jęt­ne­go czy­ta­nia ksią­żek i od­wrot­nie: nie zro­zu­mie­my ludzi wokół nas, jeśli nie roz­wi­nie­my wy­obraź­ni dzię­ki książ­kom. Mar­cel do­pie­ro pod ko­niec swo­je­go ter­mi­no­wa­nia może usiąść do pi­sa­nia, gdyż do­pie­ro teraz, po­śród doj­mu­ją­cej ob­co­ści (od­kry­wa swoje po­wo­ła­nie na balu u księż­nej de Gu­er­man­tes) od­naj­du­je sa­me­go sie­bie. Od­naj­du­je tam, gdzie po­wi­nien szu­kać, w sobie samym; gdyby jed­nak od­krył to na samym po­cząt­ku, gdyby od razu za­mknął się w swo­jej sko­ru­pie, nie po­wsta­ło­by jego ogrom­ne dzie­ło, które - co łatwo wy­ka­zać - nie zo­sta­ło wy­snu­te z jego wnę­trza, ni­czym lepka sieć pa­ję­cza, lecz sple­cio­ne zo­sta­ło z róż­nych gło­sów: z tego, co na­pi­sa­li Sa­int-Si­mon, Bal­zac, Ru­skin, Ana­to­le Fran­ce, Sa­in­te-Beu­ve, Cha­te­au­briand i wielu, wielu in­nych. Jeśli lek­tu­ra to "im­puls po­cho­dzą­cy od in­ne­go ducha, ode­bra­ny jed­nak w łonie sa­mot­no­ści", to jest to także de­fi­ni­cja pi­sa­nia. Mar­cel siada do pi­sa­nia nie na po­cząt­ku swej nauki lek­tu­ry, lecz na końcu. I za­my­ka się przed świa­tem, otwie­ra­jąc wsze­la­ko na świat sa­me­go sie­bie.

Piłka nożna. Tre­ning

Tak, czy­ta­łem dużo, ale nie pa­mię­tam szcze­gól­nie swo­ich dzie­cię­cych lek­tur, bo - jak mówię - nie chcia­łem się za­do­ma­wiać w świe­cie, któ­re­go były cząst­ką. Przed au­ty­zmem, a jed­no­cze­śnie tym nie­chcia­nym świa­tem, ochro­nił mnie sport i "la­ta­nie po dwo­rzu". Nie mo­głem się nigdy do­cze­kać wio­sny. Gdy tylko śnieg znikł z trawy, wy­bie­ga­li­śmy tam, gdzie się dało, na różne bo­iska, traw­ni­ki, as­fal­ty, przy­do­mo­we skraw­ki i przez 7 mie­się­cy "rżnę­li­śmy w piłę". Na­zwi­sko Edson Ar­ran­tes do Na­sci­men­to bu­dzi­ło we mnie oży­wie­nie nie­po­mier­nie więk­sze niż Mi­gu­el de Ce­rvan­tes Sa­ave­dra, a mecze od rana do wie­czo­ra uczy­ły mnie zgrab­nych prze­rzu­tów na skrzy­dło do szyb­szych ko­le­gów. Tak mi­nę­ła moja mło­dość w małym po­wia­to­wym mia­stecz­ku, w któ­rym naj­więk­szą atrak­cją było bo­isko przy­le­ga­ją­ce do po­nie­miec­kie­go cmen­ta­rza. Cień śmier­ci przy­kry­wał roz­ko­sze cie­le­sne­go wy­czer­pa­nia i gdy tylko komuś nie udało się tra­fić w bram­kę (w któ­rej stra­szył swoim ogrom­nym ciel­skiem star­szy ko­le­ga zwany "Pa­cjen­tem"), mu­siał bro­dzić mię­dzy gro­ba­mi w po­szu­ki­wa­niu piłki.

Źródło
Sport za­wład­nął moją wy­obraź­nią do tego stop­nia, że kiedy oj­ciec w przy­pły­wie nie­zna­nej mi do tej pory do­bro­ci (praw­do­po­dob­nie jed­nak pod wpły­wem cze­goś cał­kiem in­ne­go) po­sta­no­wił kupić mi książ­kę, wy­pa­trzy­łem na wy­sta­wie je­dy­nej księ­gar­ni w mie­ście rzecz pod­sta­wo­wą - jak my­śla­łem wów­czas - dla mo­je­go wy­kształ­ce­nia, mia­no­wi­cie pod­ręcz­nik Je­rze­go Ta­la­gi pod wstrzą­sa­ją­co czy­tel­nym ty­tu­łem "Piłka nożna. Tre­ning", za równe zło­tych dwa­dzie­ścia. Oczy­wi­ście ry­chło się oka­za­ło, że książ­ka ta nie nada­wa­ła się do ni­cze­go, ale tak czy owak otwo­rzy­ła ona przede mną nowy świat, któ­re­go ledwo do­strze­gal­ne kon­tu­ry wi­dzial­ne już były znacz­nie wcze­śniej, kiedy jako kil­ku­la­tek, ledwo na­uczo­ny czy­ta­nia, śmia­ło z są­sied­niej bi­blio­te­ki wy­bra­łem "Pa­mięt­ni­ki" Papy Stam­ma. I tak szli­śmy do domu: oj­ciec z kanką pie­nią­ce­go się piwa, ja z opo­wie­ścia­mi o tym, jak Pol­skie chło­pa­ki biły Ru­skich na Mi­strzo­stwach Eu­ro­py w War­sza­wie. W wieku dzie­cię­cym i nie­le­d­wie póź­niej­szym nie zna­łem Lon­do­na, Car­rol­la Le­wi­sa i Cur­wo­oda, ale prze­czy­ta­łem chyba wszyst­ko, co na temat spor­tu wy­da­no po woj­nie po pol­sku, od re­la­cji z olim­piad po po­cząt­ki pol­skie­go fut­bo­lu na Bło­niach, od le­gend na temat bomby Er­ne­sta Pola, która wstrzą­snę­ła Szko­cją, po hi­sto­rię życia po­tom­ka pol­skich emi­gran­tów, Kopy Ko­pa­czew­skie­go, króla strzel­ców na pił­kar­skich mi­strzo­stwach w Szwe­cji. Czy­ta­łem z wy­pie­ka­mi na twa­rzy o wszyst­kich spor­tach, jed­nak naj­więk­sze po­żą­da­nie bu­dzi­ła we mnie książ­ka, która zda­wa­ła się za­wie­rać w sobie wszyst­ko i była wów­czas cał­kiem dla mnie nie­osią­gal­na: "Świa­to­wa piłka nożna" Ja­nu­sza Ku­kul­skie­go z roku 1974.

Po­wia­to­wy Bo­uvard

Jakże ja ma­rzy­łem o tym, żeby ją mieć! Dla­cze­go? Bo zna­leźć w niej można było hi­sto­rię ar­gen­tyń­skich i bra­zy­lij­skich klu­bów, kiedy po­wsta­ły, ile ty­tu­łów mi­strzow­skich wy­wal­czy­ły, kto ile bra­mek strze­lił i tak dalej. Gdy ją wer­to­wa­łem, czu­łem się jak bo­ha­ter "Wio­sny" Schul­za oglą­da­ją­cy kla­ser swo­je­go ko­le­gi, w któ­rym wy­bu­cha­ły ko­lo­ro­wym bla­skiem znacz­ki z od­le­głych kra­jów, któ­rych nigdy nie wi­dzia­łem, lecz o któ­rych na­mięt­nie czy­ta­łem. Po­sta­no­wi­łem mieć tę książ­kę, ale że nie mo­głem jej ni­g­dzie do­stać, chwy­ci­łem się in­ne­go, bar­dziej fa­na­tycz­ne­go spo­so­bu. Zo­sta­łem ko­pi­stą.

Co­dzien­nie po szko­le cho­dzi­łem do Bi­blio­te­ki Miej­skiej w mie­ście wo­je­wódz­kim i tam stro­na po stro­nie prze­pi­sy­wa­łem w czy­tel­ni wie­ko­pom­ne dzie­ło dok­to­ra Ku­kul­skie­go do spo­re­go ka­je­tu. Nie wiem, ile udało mi się prze­pi­sać, ale mu­sia­ło być tego sporo. Nie wiem, kim byłem, Bo­uvar­dem czy Pécu­che­tem, za­pew­ne oby­dwo­ma naraz, ale wiem, że tak jak pra­gnie­nie przy­bli­że­nia od­le­głe­go świa­ta wy­bu­chło z ogrom­ną siłą i na­pę­dza­ło mnie przez wiele ty­go­dni, tak z rów­nie ogrom­ną siłą, cał­kiem nagle, jakby tylko cze­ka­jąc na do­god­ny mo­ment, zmie­ni­ło swą po­stać. Pew­ne­go dnia bi­blio­te­kar­ka wo­je­wódz­ka za­miast za­mó­wio­ne­go tomu pił­kar­skie­go przy­nio­sła mi z ma­ga­zy­nu przez po­mył­kę cał­kiem inną książ­kę. Był to "Ka­mień fi­lo­zo­ficz­ny" Mar­gu­eri­te de Your­ce­nar. Wsty­dzi­łem się po­wie­dzieć, że to nie moja książ­ka, więc za­czą­łem uda­wać, że ją czy­tam. Ileż jed­nak można uda­wać? Ry­chło wcią­gną­łem się w świat, który urzekł mnie swoją nie­tu­tej­szo­ścią, swoim kom­plet­nym ode­rwa­niem od tego, co wi­dzia­łem po wyj­ściu z Bi­blio­te­ki Miej­skiej w mie­ście wo­je­wódz­kim. Tak po raz ko­lej­ny na­ro­dzi­łem się jako czy­tel­nik, tyle że teraz wie­dzia­łem już na pewno: mam w ręku praw­dzi­wy ka­mień fi­lo­zo­ficz­ny. Rzu­ci­łem hi­sto­rię klu­bów pił­kar­skich w dia­bły na za­wsze. Wkrót­ce za­czą­łem pisać.

Po­bud­ka

Nie mam wąt­pli­wo­ści, że sport na nowo za­ko­rze­nił mnie w świe­cie, od któ­re­go sta­ra­łem się z róż­nych po­wo­dów uciec, mię­dzy in­ny­mi dzię­ki czy­ta­niu. I także sport, pa­ra­dok­sal­nie, do­pro­wa­dził mnie do pi­sa­nia, choć by to na­stą­pi­ło, mu­sia­łem przejść przez żmud­ną drogę ko­pi­sty. We­dług Pro­usta, lek­tu­ra "staje się (...) za­gro­że­niem, gdy za­miast po­bu­dzać nas do życia du­cho­we­go, stara się je za­stą­pić, gdy praw­da nie ob­ja­wia się nam już jako ideał, do któ­re­go mo­że­my do­trzeć je­dy­nie dzię­ki we­wnętrz­ne­mu po­stę­po­wi na­szej myśli i wy­sił­ko­wi na­sze­go serca, lecz jako rzecz ma­te­rial­na, zło­żo­na mię­dzy kart­ki książ­ki ni­czym miód do­stęp­ny dla wszyst­kich i cze­ka­ją­cy tylko mię­dzy pół­ka­mi bi­blio­te­ki, by go ze­brać i sma­ko­wać w do­sko­na­łym spo­czyn­ku ciała i umy­słu". I wcze­śniej, w tym samym eseju "O czy­ta­niu", Pro­ust po­wia­da, że to, co dla au­to­ra jest wnio­skiem, dla nas jest je­dy­nie wpro­wa­dze­niem do dal­szej pracy. "Bar­dzo traf­nie czu­je­my, że nasza mą­drość za­czy­na się tam, gdzie koń­czy się mą­drość au­to­ra, my zaś chcie­li­by­śmy otrzy­mać od­po­wie­dzi na nur­tu­ją­ce nas py­ta­nia, pod­czas gdy on może nas tylko ob­da­ro­wać pra­gnie­nia­mi". Wła­śnie tak to widzę, nie ina­czej. Gdy­bym miał po­wie­dzieć, dla­cze­go tyle czasu spę­dzam na czy­ta­niu, dla­cze­go za­my­kam się z książ­ką w domu, dla­cze­go czy­tam ją w parku, w me­trze, w sa­mo­lo­cie, w ho­te­lu, to nie widzę in­ne­go po­wo­du niż ten pod­kre­ślo­ny przez Pro­usta. Nie cho­dzi mi o wie­dzę, nie cho­dzi mi o pa­mięć, nie cho­dzi mi o prze­trwa­nie, nie cho­dzi mi o uciecz­kę. Czy­tam, by pod­trzy­my­wać swoje pra­gnie­nia, dla któ­rych naj­lep­szym uj­ściem jest pi­sa­nie. Ucie­kam ze świa­ta, by się w nim po­now­nie zna­leźć, od­mie­nio­ny, ale wciąż pełen pra­gnień. Zo­sta­wiam da­le­ko za sobą po­wia­to­we mia­stecz­ko, w któ­rym za­my­ka­łem się z Robin Ho­odem i Małym Joh­nem, by nie mieć ze świa­tem nic wspól­ne­go, i otwie­ram sze­ro­ko okno, by znad książ­ki uno­sić głowę i wpa­try­wać się pil­nie w to, co się dzie­je do­oko­ła.
MI­CHAŁ PAWEŁ MAR­KOW­SKI jest pro­fe­so­rem na Wy­dzia­le Po­lo­ni­sty­ki UJ oraz Hejna Fa­mi­ly Chair in Po­lish Lan­gu­age and Li­te­ra­tu­re na Uni­ver­si­ty of Il­li­no­is w Chi­ca­go. Dy­rek­tor ar­ty­stycz­ny Mię­dzy­na­ro­do­we­go Fe­sti­wa­lu Li­te­ra­tu­ry im. Jo­se­pha Con­ra­da. Ostat­nio opu­bli­ko­wał pod­ręcz­nik "Pol­ska li­te­ra­tu­ra no­wo­cze­sna. Le­śmian, Schulz, Wit­ka­cy" oraz zbiór ese­jów "Życie na miarę li­te­ra­tu­ry".

 
Esej ukazał się w Tygodniku Powszechnym, dnia 11 maja 2010 roku (20/2010) z cyklu „Książki w Tygodniku”.

0 komentarze: