W zestawieniach na najtrudniejszą do przeczytania książkę na świecie "Ulisses" Jamesa Joyce’a zdecydowanie przoduje. Rzecz jasn...

Ja tu tylko sprawdzam. Jak przeczytać "Ulissesa"?


W zestawieniach na najtrudniejszą do przeczytania książkę na świecie "Ulisses" Jamesa Joyce’a zdecydowanie przoduje. Rzecz jasna jest arcydziełem. To wszyscy już wiedzą, niemniej arcydziełem, przez które przebrnąć trudno, a jak twierdzi wielu, graniczy to z nieprawdopodobieństwem. A gdyby spróbować?
Przeciętny Polak nie przeczytał ani w tym, ani w zeszłym roku żadnej książki, co trzeci przynajmniej jakiejś dotknął, z tym że mogła to być też książka gwarancyjna. W porównaniu z przeciętnym Francuzem, który przeczytał w zeszłym roku 15 książek, niestety leżymy. Starajmy się jednak zachować pozory. Na przykład mój tekst ma trzy strony maszynopisu, więc zalicza się prawie do książek, a przynajmniej tak możecie wyznać ankieterowi, gdyby kiedyś się zjawił i był ciekaw.
Wracając do prawdziwych książek: nie będzie łatwo. Na brytyjskich forach o literaturze czytelnicy, studenci i pracownicy naukowi dodają sobie otuchy przed atakiem na szczyt. To jest przed przystąpieniem do czytania "Ulissesa".
Źródło

Wygląda na to, że przed czytaniem trzeba się przygotować równie starannie jak przed próbą zimowego wejścia na Mount Everest. Lądujesz w Katmandu, rozpakowujesz te swoje czekany, liny, butle z tlenem i niby wiesz, że przed tobą udało się to ponad tysiącowi wspinaczy oraz Martynie Wojciechowskiej, a nawet Szerpie Tembie, który miał 15 lat, kiedy wspiął się na szczyt w 2001 roku. Z drugiej strony pamiętasz, że ponad 160 osób zginęło, próbując, więc szybko liczysz, że szansa, iż wrócisz żywy, jest całkiem spora. Bądź jednak nie tak duża - jeśli jesteś pesymistą.
Tymczasem czytanie "Ulissesa" nie grozi niczym strasznym. Najwyżej nie dokończysz. Nikt go nigdy tak naprawdę nie przeczytał. Napisano o nim mnóstwo szkiców i prac krytycznych, ale to nadal nie oznacza, że ktokolwiek go w całości przeczytał. Wielu twierdzi, że ten, kto przeczytał całego "Ulissesa", po prostu łże.
Joseph Collins już 90 lat temu stwierdził, że zwykły inteligentny czytelnik nie pojmie z książki nic, a do jej czytania powinny przygotowywać kursy.

Ale dość tego gdybania. Czas założyć pierwszy obóz u stóp "Ulissesa" i obejrzeć go z oddali.

Wygląda solidnie. 650 stron drobnego druku. Dwóch głównych bohaterów. Stefan Dedalus i Leopold Bloom oraz Molly, żona tego ostatniego. Rzecz dzieje się w Dublinie 16 czerwca 1904 roku. Stefan i Leopold chodzą, jedzą, rozmawiają i myślą. Dzień jak co dzień na 650 stronach, które James Joyce pisał przez siedem lat między 1914 a 1921 rokiem. W wersji angielskiej liczy 264 834 słowa, a więc całkiem sporo. Muszę się liczyć z odniesieniami i aluzjami kulturalnymi. Przede wszystkim do "Odysei" Homera, ale w sumie do wszystkiego. Leopold Bloom ma być wersją Odyseusza, podczas gdy Stefan Dedalus zagra Telemacha. Co jeszcze? Ci, którzy czytali (ci, którzy twierdzą, że czytali), ostrzegają, że to książka komiczna i trudno się powstrzymać od ustawicznego chichotania. Zresztą sam James Joyce wciąż chichotał diabolicznie, kiedy ją pisał, a pamiętajmy, że pisał lat siedem. Tak przynajmniej zapamiętała te lata jego żona, wspominając, że każdej nocy wybudzał ją diaboliczny chichot męża. Zaś sam Joyce zdziwił się, kiedy Carl Gustav Jung, ojciec psychoanalizy, przeczytał "Ulissesa" bez choćby cienia uśmiechu.
Zapamiętam to. Chyba mogę przenieść bazę wyżej.

W bazie pod Everestem sprawdzałbym te linki i takie tam, a tu muszę sprawdzić książkę - czy jest właściwa. Przez lata kolejnych wydań w "Ulissesie" nagromadziło się 5000 błędów i nie pomyliła mi się liczba zer. Znawca Joyce'a John Moody twierdzi, że jedyna edycja wolna od tych błędów to wydanie Random House z 1986 roku, cóż, nie będę przecież czytał go po angielsku. Maciej Słomczyński przetłumaczył "Hamleta" Williama Szekspira w 20 dni. Przetłumaczenie "Ulissesa" zajęło mu natomiast 12 lat. Z tego, co pamiętam z liceum, to przeczytanie "Hamleta" zajęło mi cztery dni - byłem jednak młodszy. Wynika z tego, że na przeczytanie "Ulissesa" potrzebowałbym prawie trzech lat.
Słomczyński miał inne wydanie, więc przetłumaczył te 5000 błędów.

Od Johna Moody'ego wiem, że muszę się przygotować na kilkunastu narratorów, w tym tak osobliwych jak "liryczny technik".

Jutro podejmę atak.

Weźmy takiego Johna Moody'ego. Nie tylko napisał książkę o "Ulissesie", ale twierdzi, że przeczytał go 11 razy. I wziąłby go na bezludną wyspę. Twierdzi, że trzy z tych 11 razy były to czytania na głosy razem z żoną i pokładali się wówczas ze śmiechu. No dobrze, nie będę niepokoił żony. Sam spróbuję.
Pamiętam, jak próbowałem po raz pierwszy. Byłem wówczas w klasie maturalnej i sądziłem, że zaimponuję pewnej dziewczynie z biologiczno-chemicznej. Niestety, z powodów, których nie pamiętam, utknąłem beznadziejnie na stronie 30. Dziewczynę spotkałem po latach i w sumie dobrze, że nie skończyłem tego Joyce'a. Druga próba nastąpiła na studiach, kiedy chciałem pozować na intelektualistę, usłyszałem też, że są w nim momenty. Doszedłem jednak zaledwie do 18. strony. Właściwie czemu tak kiepsko? W końcu czytam książki. W tym miesiącu przeczytałem już siedem, co znaczy, że kolejnych siedmiu Polaków nie przeczyta w tym roku ani jednej. Po trzech dniach doszedłem zaledwie do strony czwartej, kończąc na zdaniu: "ten facet z którym byłem zeszłej nocy w Okręcie, powiedział Buck Mulligan, mówi że masz o.p.s. jest tam razem z Connoły Normanem, w Bzikogrodzie. Ogólne porażenie szaleństwem. Zatoczył lusterkiem półkole w powietrzu by przesłać tę wieść ku słońcu które lśniło teraz na powierzchni morza. Łuki jego warg uśmiechały się wraz z krawędziami białych, połyskujących zębów. Śmiech ogarnął całą jego mocną, masywną sylwetkę".
Muszę zmierzyć się z rzeczywistością. Nie mam pojęcia, kim jest Buck, a przecież uważnie przeczytałem te cztery strony przez trzy dni. Nie wiem, kto to Connoły, co to Bzikogród ani o.p.s. Zacznę jutro od początku.

Najgorsze w tym czytaniu wcale nie jest to, że nadal nie mam pojęcia, co z tym Mulliganem. "Ulisses" jest naładowany znaczeniami, podtekstami i aluzjami, do których dochodzi się podobno po latach i dekadach. Może więc przeżyję jakieś olśnienie w 2024 roku. Najgorsze jest to, że nie mam jak tego opowiedzieć. Czytam od tygodnia te siedem stron, choć dziś doszedłem do ósmej, i nie wiem, o czym czytam. Spotkam, dajmy na to, na mieście znajomego intelektualistę, który zagadnie mnie, co porabiam. Odpowiem mu, że czytam "Ulissesa", a on na to będzie chciał przedyskutować rozdział ósmy, w którym - co wiem z książki Moody'ego - prócz Blooma wspominającego miłosne sesje z Molly i poszukującego czegoś do jedzenia mamy debatę o państwie i Kościele. Odpowiem, że niestety, jestem na stronie ósmej, na której ktoś rozmyśla, ale nie wiem kto i o czym właściwie? Natomiast jeśli spotkam znajomego nieczytającego, a takich coraz więcej (czasu brakuje, może w wakacje nadrobię - zawsze powtarzają i nigdy nie nadrabiają) - pomyśli, że oszalałem.

Źródło
Czytam od początku. Strona piąta. Zaczynam chichotać. Ciekawy stan. To moje czytanie jest wielostopniową aluzją do rzeczywistości, w której żyję, i wyborów do Parlamentu Europejskiego. Ma też liczne nawiązania do klasyki. Skąd Joyce wiedział o tych wyborach? To bardzo śmieszne. Szósta strona. Śmiech ogarnia całą moją sylwetkę. Sądzę, że liryczny technik określiłby go nawet jako diabelski chichot. Nie mogę przestać. Naprawdę nie mogę.

Leszek Talko „Ja tu tylko sprawdzam. Jak przeczytać "Ulissesa"?” Gazeta Wyborcza Duży Format, 22 maja 2014 r.

4 komentarze:

  1. Pytanie czemu książka, której się nie da czytać, jest uznawana za arcydzieło

    OdpowiedzUsuń
  2. A moja przygoda z Ulissesem wyglądała tak, że jak go przeczytałem, to odechciało mi się czytać - uznałem, że wszystko już zostało napisane. Trwało to ze trzy miesiące. Potem mija... (Teraz czytam tylko siebie, taki ze mnie egocentryk)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety mam tak, że kończę każdą książkę, którą zaczynam czytać, choćby nie wiem co. "Ulisses" jest jedyną, którą zaczęłam i po jakichś pięćdziesięciu stronach zakończyłam naszą wspólną przygodę... Naprawdę to jedyna książka w moim "literackim życiu", której nie ścierpiałam....

    OdpowiedzUsuń
  4. a się z powyższym nie zgodzę - na IV roku studiów przeczytała ją moja super koleżanka, zrobiła dla mnie notatki, które pobiły wszelkie akademickie opracowania i z jej wiedzą poszłam na zdany egzamin z 20lecia międzywojennego:) I mi do dziś wstyd, że tej książki nie przeczytałam:( 

    OdpowiedzUsuń