http://piorem-feniksa.blog.onet.pl/ Poszłyśmy do Opery, obejrzeć sztukę w wykonaniu aktorów Teatru 6 Piętro - „ Central Park West ” a...

Zdrady na Central Park West


http://piorem-feniksa.blog.onet.pl/
Poszłyśmy do Opery, obejrzeć sztukę w wykonaniu aktorów Teatru 6 Piętro - „Central Park West” autorstwa Woody’ego Allena, w reżyserii Eugeniusza Korina. „Formacja Rozwoju DELFINI” co jakiś czas zaprasza do Krakowa teatry z różnych regionów Polski na gościnne przedstawienia. Za mną już „Histerie miłosne” z Topą, Boczarską i Bobrowskim, w reżyserii Piotra Jędrzejasa. Byłam usatysfakcjonowana. Bardzo. Jak będzie tym razem? W tłumie wieczorowych kreacji słyszę, że podobno „sztuka przegadana”. W głowie roi mi się, że faktycznie, grać i reżyserować sztuki Allena nie jest łatwo, przekazać jego neurotyczny humor tym bardziej.


http://www.pro-nlp.pl/
Cztery osoby. Archetypiczni nowojorczycy. Phyllis Riggs i jej mąż Sam oraz Carol i Howard. Pierwsza z nich to pięćdziesięciokilkuletnia psychoanalityczka, kobieta silna i pewna swojej wartości, wspaniałości i nieomylności. W tej roli Joanna Żółkowska. „Absolutnie” fantastyczna, przyciąga widza. Charyzmatyczna, z ostrym językiem swobodnie rzucającym „wszechamerykańskimi kurwami”, „kryptodziwkami” i obwiniająca „sztywne pały bez sumienia” o całe zło świata. Kobieta tak bezwzględna, jak inteligentna. Jej mąż też nie grzeszy skromnością. Typowy kolekcjoner kobiet, czaruś o niezwykłej charyzmie, której ulegają wszystkie panie. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ten facet ma coś w sobie, przebiera, wybiera, porzuca. Wojciech Wysocki, wyszedł tutaj z ram, w których go osadziłam w mojej głowie, pantoflarza. Jest nadzwyczaj bezczelny. Państwo Riggs mieszkają w najbardziej pożądanym i prestiżowym miejscu w Nowym Jorku, na Central Park West, sąsiadując z Madonna, Woody’m Allen’em i innymi, których drugie imię to „sukces”. Dla Carol, snobki granej przez Małgorzatę Foremniak, dołączenie do tej grupy to spełnienie marzeń. Nie grzeszy ona inteligencją. Za wszelka cenę próbuje stać się taka jak inni, bezmyślnie naśladując i pozując, aż w końcu wpada w sidła … własnej próżności i naiwności. Wydawać by się mogło, że zagranie głupiutkiej osóbki to prosta sprawa, widocznie nie dla Pani Foremniak, bo była, to moim zdaniem najsłabsza kreacja tego wieczoru. Wymuszane reakcje, spieszenie się z tekstem i machanie rękami. I co się działo z jej głosem, słabym, rozmywającym sie gdzieś między sceną, a widzem. Ot co! I na końcu Howard, w interpretacji Piotra Gąsowskiego. Poczciwiec, niespełniony pisarz, o depresyjnym usposobieniu, szukający ukojenia w … gotowaniu. Mały chłopiec potrzebujący pomocnej dłoni, która poprowadziłaby go w jakimś kierunki i wyrwała ze zgryzoty. Popada z euforii i ekstazy w kompletny dół. Lepi ravioli i strzela. Genialny. Niespodziewanie pojawia się jeszcze jedna osóbka, nieśmiała Agnieszka Sienkiewicz jako Juliet. Zagubiona, potulna dwudziestojednoletnia kochanka Sama. Przepraszam za skojarzenie, ale wypisz wymaluj Kasia z „M jak miłość”. Po co? Dlaczego?

Ta sztuka to ciekawa analiza związków, zdrad, niewierności, emocji i zazdrości. To tak naprawdę opowieść o samotności we współczesnym świecie, odartym ze wszelkich moralnych zasad. Momentami śmiech przez łzy. Allen potrafi tak właśnie prowokować do myślenia, po chwili. Solidna reżyseria i dobre tłumaczenie Korina. Obsadowe wpadki można zawsze naprawić. Obejrzeć warto.

 


„central park west” 20 stycznia 2014, g. 20.00 Opera Krakowska

MAŁGORZATA FOREMNIAK

JOANNA ŻÓŁKOWSKA

AGNIESZKA SIENKIEWICZ

WOJCIECH WYSOCKI

PIOTR GĄSOWSKI

Inscenizacja i reżyseria: Eugeniusz Korin

Scenografia i kostiumy: Barbara Hanicka

Muzyka: Hanz Zimmer

0 komentarze:

Kolekcja “ Mistrzowie słowa ” ukazuje się w serii Biblioteka Gazety Wyborczej już po raz czwarty. Poprzednie edycje z 2007, 2008 i 2012...

“Mistrzowie słowa”


Kolekcja “Mistrzowie słowa” ukazuje się w serii Biblioteka Gazety Wyborczej już po raz czwarty. Poprzednie edycje z 2007, 2008 i 2012 roku cieszyły się ogromna popularnością. Dziś, 17 stycznia 2014, ma miejsce premiera pierwszego audiobook’a nowego zbioru, tym razem jest to „Stary człowiek i morze” Hemingway ’a, w interpretacji Jerzego Treli.
Tak jak w poprzednich edycjach, tak i teraz, każda z piętnastu zapowiadanych płyt, w formacie MP3, wydana będzie wraz z książeczką w bardzo efektowanej twardej oprawie. Zwiera ona bogaty opis sylwetki aktora czytającego książkę i listę jego ról teatralnych, filmowych. Znajdziemy tu także kilka słów na temat czytanej pozycji i jej autora. Szkoda, że tylko kilka, nieproporcjonalnie mniej niż o samym czytającym, ale to chyba jedyne „ale” jakie mam. Tym razem do współpracy Wydawnictwo Bellona SA i Agora SA zaprosiły m.in. Andrzeja Grabowskiego, Kingę Preis, Bartłomieja Topę. Sięgnięto po bardzo zróżnicowane teksty, tak pod względem gatunków, jak i treści – od „Awantury o Basię”, czy „Przygody Piotrusia Pana”, po „Rok 1984”, czy „Zdążyć przed panem Bogiem”. Cieszę się również, że pojawiają się perełki jak „Opowiadania odeskie” Izaaka Babla.
Był starym człowiekiem, który łowił ryby w Golfstromie pływając samotnie łodzią.”  - zaczyna Trela i od razu wiemy, że został idealnie dopasowany do tej książki, do postaci rybaka Santiago. Mądra i wspaniał opowieść o heroizmie, uporze i sile ludzkiej woli. Dla jednych nudna, dla mnie inspirująca. Trela proponuje niezwykle wyważoną i oszczędną interpretację klasycznego tekstu. Wspaniały, spokojny głos, a jednocześnie tak elektryzujący, natychmiast wypełnia obrazami moją wyobraźnię. Można usłyszeć szum fal, poczuć słoną, wszechobecną wodę morską, ale także ból, cierpnie, zmęczenie i samotność. I tak sobie patrzę na tą listę kolejnych płyt – Fraszyńska musi być genialna jako Ania z Zielonego Wzgórza, a Grabowski autentyczny w „Pod Mocnym Aniołem”. Chapeau bas, przed tą osoba, która decyduje: kto czyta co.
Mam bardzo osobisty stosunek do tej kolekcji, choć odkryłam ją dość późno, ale za to w wyjątkowym momencie mojego życia.  Obiektywnie przyznaję, że to wspaniała seria. Przybliża klasykę literatury i sprawia, że ta staje się bardziej przystępna. Mark Twain twierdził, że klasyka, to to, co wszyscy chcieliby przeczytać i czego nikt nie czyta.” Dlatego dla niektórych z nas będą tu pierwsze spotkania, dla innych wspaniała podróż w czasie, odświeżanie. Profesor Jan Tomkowski, wybitny polski historyk literatury napisał kiedyś w „Zamieszkać w Bibliotece”: „Czytaj to, co chcesz czytać, ale nie omijaj klasyków. Książki klasyków to bagaż, z którym warto wędrować po Bibliotece. Oczywiście – raz po raz na postojach rozpakowując nasze torby podróżne. Bo przy pierwszej lekturze bardzo niewiele dowiemy się o Homerze, Szekspirze, Goethem, Dostojewskim. Możemy zresztą ich odrzucić, wolno nam powiedzieć, że literaccy giganci nie są naszymi przyjaciółmi, ale w żadnym wypadku nie wolno ich zlekceważyć. Bo to oni, autorzy arcydzieł, kształtują od wieków nasz smak, uczą nas, czego mamy prawo wymagać od naprawdę wielkiej literatury.” Miłego słuchania.

2 komentarze:

Malabo www.ea5mb.com   Rodzina jest jak drzewo – silna mocą swoich korzeni, odważna witalnością nowych pędów i gałęzi. Tak jest rod...

„Palmy na śniegu”

Malabo www.ea5mb.com

 
Rodzina jest jak drzewo – silna mocą swoich korzeni, odważna witalnością nowych pędów i gałęzi. Tak jest rodzina Rabaltué, której losy poznajemy w powieści Luz Gabàs „Palmy na śniegu”. Rok 1953. Dwaj bracia Jacobo i Kilian wyruszają w podróż do pracy na odległej wyspie Fernando Poo, wulkanicznym, pokrytym lasem równikowym małym raju u wybrzeży Afryki. Zagłębie produkcji kakao, przekazane zostało przez Portugalczyków Hiszpanom, aby ostatecznie przekształcić się w zamorską prowincję - Gwineę Hiszpańską. Bracia opuszczają surowe Pireneje i maleńkie Pasolobino, gdzieś w prowincji Huesca, aby dołączyć do ojca, Antona. Jacobo już wielokrotnie przebywał na wyspie, zna rytm i ciężar pracy, zna zasady i dobrze włada pichi. Kilian to nowicjusz. Samo opuszczenie rodzinnej osady to dla niego przygoda, dlatego nowe miejsce traktuje z szacunkiem, chce je poznać od strony historii, ludzi, tradycji, wierzeń, polityki. Zachwyca go piękno, egzotyka, dzikość dżungli, soczystość bujnej zieleni i woń kakao. Dziwi i bulwersuje stosunek do rdzennych mieszkańców, traktowanie ich z góry, pomiatanie i bicie i nabywanie prawa do „szacunku” za pomocą bicza. Jest cudownym idealistą, bardzo wrażliwym. Z czasem zauroczenie miejscem ustępuje miejsca codzienności – komarom, swędzeniu, upałowi, wilgotności. Kilian od razu wzbudził moją sympatię, był może delikatnie zbyt idealny, ale cóż… . Jacobo jest bardziej surowy w traktowaniu miejscowej ludności i głośno demonstruje swoje rasistowskie poglądy, za to jest o wiele bardziej otwarty na … uroki miejscowych kobiet. Tu kolor skóry przestaje mieć znacznie.  Spędza każdą wolną chwilę w podrzędnych barach, upijając się, bawiąc i oddalając od siebie myśl o ślubie i ustatkowaniu się. Zachwyca go panująca na wyspie swoboda obyczajów. Obaj bracia powrócą ostatecznie do Pasolobino, ale zostawią za sobą wiele tajemnic i sekretów, te zostaną odkopane dopiero po pięćdziesięciu latach. Hiszpania, rok 2003. Ponownie maleńkie Pasolobino, ale teraz już jako kurort narciarski. W ręce Clarance, córki Jacobo i lingwistki, wpada tajemniczo brzmiący fragment listu napisanego do pewnej kobiety. To otwiera cały szereg wydarzeń, które sprawią, że przeszłość, znana do tej pory tylko z opowiadań, stanie się namacalna. Przeznaczenie jest nieuniknione. Duchy przeszłości nie zostały jednak odpowiednio potraktowane, dlatego nie zaznają spokoju, powrócą. Tak jak dawne winy i wyrzuty sumienia. Nadejdzie czas odkupienia, bo "ślady tych, co szli razem, nigdy się nie zacierają."

To piękna powieść, malownicza saga, tak pod względem prowadzenia narracji, plastycznego języka jak i treści. Obrazy malowane przez autorkę wypełniają przygody głównych bohaterów, ich dramaty, problemy, konflikty, ale przede wszystkim namiętności. W tle wspaniała i jakże dramatyczna historia kolonizacji wyspy -  od odkrycia w 1471, poprzez krwawą dyktaturę Macías’a, aż do odzyskania upragnionej niepodległości, z której ukonstytuowaniem mieszkańcy nie mogą sobie poradzić. Dwie kultury, które miały się za skrajnie różne, nigdy równorzędne, tak naprawdę więcej łączyło niż dzieliło. I romans, tak jest wielka miłość, absolutnie wyciskająca łzy, taka, która nie zna granic. Nie ma tu ckliwości, nadmiernego patosu, ani przewidywalnego zakończenia. I dzięki Bogu! Bohaterowie są wyraziści, mają silne charaktery i cudownie jest obserwować ich dojrzewanie i przeminę. Na tej maleńkiej wyspie poznają wagę tak ważnych słów jak przyjaźń i miłość. Uczą się podejmować decyzje oraz rezygnować z najbardziej pożądanych rzeczy. Autorka nie ocenia swoich bohaterów, ich historii i wyborów. Wszystko w rękach czytelnika. Książka to idealny materiał na scenariusz filmowy, który, notabene, już powstaje. Adaptacją zajmuje się Sergio G.Sànchez, zaś główną rolę ma zagrać Mario Cascas.


Fragmenty do posłuchania (PR)


Luz Gabàs „Palmy na śniegu” Wydawnictwo Muza, Warszawa 2013

0 komentarze:

 pozarozkladem.blogspot.com   W moje ręce trafiły dwie książki o babciach. Cóż za zbieg okoliczności, święto tuż, tuż! Babcia t...

„Dwa słowa o babciach”



pozarozkladem.blogspot.com 
W moje ręce trafiły dwie książki o babciach. Cóż za zbieg okoliczności, święto tuż, tuż! Babcia to przecież wyjątkowa osoba. Niezastąpiona w zabawach, w opiece, w opowiadaniu wspaniałych historii i bajek, wyjątkowy nauczyciel i przyjaciel. Człowiek orkiestra i instytucja. Wspaniały kucharz, piekarz i kreator przetworów na zimę. Ma ten cudowny, życiowy dystans, jest wyrozumiała, pobłażliwa i ciepła. Do tego jest prawdziwą skarbnicą wiedzy! Nie każdy jednak ma babcię. Andi’emu, z książki Miry Lobe „Babcia na jabłoni”, nie dane było poznać mamy swoich rodziców. Obie wcześnie zmarły. Andi to rozsądny kilkuletni chłopiec, najmłodszy z trójki rodzeństwa i trochę samotny. Jego mama pracuje w pralni. Brat Jurek uwielbia książki o korsarzach, o polowaniach na tygrysy, a piętnastoletnia siostra Krysia pasjonuje się jazdą konną. Pewnego dnia mama pokazuje Andi’emu starą fotografię babci. I zdarza się cud. Ogromna chęć posiadania babci wypełniła świat jego fantazji i marzeń. Oto babcia nagle pojawia się, tuż koło niego, na gałęzi jego ulubionej jabłonki i zaczyna jeść kwaśne jabłka. Nosi fantazyjny kapelusz, udekorowany całą masa piór i zabawne siwe loczki. Ubrana jest w staroświecką ciemną sukienkę i zabawne, koronkowe pantalony. Jest nieco ekscentryczna i … lekkomyślna. Ignoruje zasady ruchu drogowego, kieruje na niby autobusem piętrowym, chwyta dzikie konie na lasso. Ma absolutnie zwariowany samochód pełen tajemniczych dźwigni, guziczków, które kryją cały szereg udogodnień: automatyczny podawacz soków, łóżko, parasole od słońca lub deszczu z wbudowanymi wentylatorami lub nadmuchami ciepłego powietrza. Razem wybierają się do wesołego miasteczka, jedzą parówki pływające w musztardzie i tony waty cukrowej. Babcia pozwala na wszystko. ”A nie wydaje ci się wręcz niewiarygodne, ilu to rzeczy dzieciom nie wolno?” pyta podając słodycze. Można prowadzić auto bez prawa jazdy, mlaskać, siorbać, wylizać talerz. Tyle tylko, że w rzeczywistości babcia to coś więcej niż tylko dobry kumpel do zabaw, bo miłość, nawet ta między wnukiem i babcią, to nie tylko sama przyjemność, to także obowiązki, tak prozaiczne jak pomoc w zakupach, czy przy pracy w ogrodzie. Ale Andi i w obowiązkach znajdzie wiele przyjemności, kiedy będzie mógł je dzielić z kimś, o kim marzył.

Książka ukazała się w serii „Mistrzowie ilustracji” więc szata graficzna w wykonaniu Mirosława Pokory jest tutaj dodatkowym atutem - tej kreski się nie zapomina! Postaci wydają się od razu nabierać satyrycznego wymiaru. Autorka, Mira Lobe, zwana jest austriacką Astrid Lindgren i ma w swoim dorobku kilkadziesiąt książek, w większości dla młodszych dzieci. Po polsku ukazały się m.in. "Taps", "Mały słonik Kuba", "Mirek i Morka". Jej proza jest pełna humoru, dowcipu i ciepła. Wiele tu najprostszych mądrości życiowych o potrzebie bycia z drugim człowiekiem, o niesieniu pomocy o uzupełnianiu się i wspieraniu, o przyjaźni.

Druga babcia też jest niezwykła, bo to „Babcia rabuś” David’a Walliams’a, ale jedenastoletni Ben tego nie wie. ”Wszyscy starzy ludzie to nudziarze” stwierdza, mając w perspektywie kolejny piątkowy wieczór z babcią i jej kapuścianym zapachem. Tak, tak w oczach Bena, nastolatka, babcia nie prezentuje się korzystnie: siwa, pluje w używaną chusteczkę trzymaną zawsze w mankiecie, puszcza wiatry itd.. Ben kocha hydraulikę, schematy i rysunki. Nie interesują go książki, scrabble ani tańce. Babcia nie potrafi dotrzeć do wnuka, nic dziwnego dzielą ich pokolenia. Stąd w piątkowe wieczory panuje przerażająca cisza. Aż, pewno dnia Ben natyka się na pudełko pełne diamentów. „Starsi ludzie zawsze mają jakieś tajemnice…” usłyszał kiedyś i to zdanie się zmaterializowało. Wkrótce wnuczek przyłapie babcię w czarnym przebraniu, dwie sekundy od kradzieży. Starość nie jest taka szaro-bura i oczywista. Będzie tajemnica „Czarnego Kota” - kim on? ona? jest? Co słychać u królowej Elżbiety? Czy diamenty są prawdziwe?

Książka jest przezabawna, ale ma też momentami cierpki smak, dzięki pisarzowi w groteskowej polewie, bo w rodzinie Bena panuje wyjątkowy egoizm, każdy skupia się na własnych potrzebach, sprawach materialnych. Weźmy rodziców chłopca, którzy pasjonują się telewizyjnym programem „Taniec Najsławniejszych Gwiazd”. W każdy piątkowy wieczór podrzucają syna babci, żeby mieć spokój, a sami też nie przepadają za spędzaniem czasu ze staruszką. I ten ich język, to lekceważenie. Ta pozycja daje do myślenia, zawstydza i przypomina, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze.


TRAILER FILMU


Mira Lobe „Babcia na jabłoni”, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2009










David Walliams „Babcia rabuś” Dom Wydawniczy MAŁA KURKA, Piastów 2013









Rysunek 2 za www.qlturka.pl 

1 komentarze:

Karpowicz po raz pierwszy. Absolutnie CUD owinie! Dawno tak się nie uśmiałam czytając książkę, choć temat zdaje się nie być do śmiechu, b...

„Cud”


Karpowicz po raz pierwszy. Absolutnie CUDowinie! Dawno tak się nie uśmiałam czytając książkę, choć temat zdaje się nie być do śmiechu, bo jest trup. Mikołaj Tarasiewicz zginął rankiem idąc na zajęcia, z egzemplarzem „Gazety Wyborczej” w ręku. Gazetę odsprzedano. Zajęcia były na orientalistyce. Na skutek wiecznych reform w służbie zdrowia i nowych rozporządzeń, karetka nie mogła odwieść zwłok do prosektorium. Musiał to zrobić ktoś inny. Nikt się nie garnął. Dobrze, że zjawiła się Anna. Neurolog-wybawca i od zaraz jego … samozwańcza dziewczyna. Zakochana, niby-zapłodniona, zajmująca nielegalnie mieszkanie Mikołaja, zagarniająca pieniądze i zaprzyjaźniająca się z jego babcią. Dlaczego to wszystko? Z miłości. Nagłej i totalnej. Anna poddaje się uczuciu, tak silnemu, że przesłania ono jej osobistą tragedię, jaką jest śmierć mamy. Całkowicie wczuwa się w napisaną dla siebie rolę, perfekcyjna maskarada i autokreacja. Fabuła dość prosta. Pozornie. Mikołaj to CUD, to fenomen. Zmarł był, a jednak jego ciało pozostaje ciepłe i wspaniale … pachnące – „tak pachną święci albo dobre perfumy”. A na dodatek dzieją się CUDa: ludzie w szpitalu na Banacha zdrowieją. Temat na pierwszą stronę „Faktu”, a przecież w takich gazetach poszukuje się teraz opisów rzeczywistości, dobrego słowa. Do tego Annę kocha Artur, a jego z kolei Ala. Nowela brazylijska jak nic. Konwencja bardzo zabawna, pełna groteski i absurdu. Zaskakuje intertekstualnymi zabiegami i czarnym humorem. Nie powstydziłaby się tego sam Gombrowicz i … Vonnegut.

Książka kryje drugą płaszczyznę, zapisaną w quasi pamiętniku, spowiedzi, gawędzie ojca zmarłego Mikołaja. Te apokryficzne zapiski alkoholika, kobieciarza i, bądź co bądź, nawiedzonego babskiego boksera, dają tekstowi prawdziwego kopa. Nie będzie lekko, bo język jest mocno stylizowany na opowieść biblijną, a zarazem nasycony barokowym bogactwem form. Istny koncept poetycki. Trzeba zwolnic czytanie i wytężyć skupienie. Szyk przestawny, gry słowne, omówienia, rozbudowane porównania i oksymorony. To wszystko zabiera nas w przeszłość i rzuca światło na rodzinę Mikołaja. Ojciec skończył technikum leśne, głównie dzięki łapówkom dawanym nauczycielom przez rodziców. Cham, prostak, a otrzymał natchnienie, aby spisać historię Trzeciego Przymierza, bo Mikołaj miał być „chrząstką odnowionego Przymierza”. CUDa działy się już w ciąży, gdy w lecie pojawiał się śnieg czy mroźny oddech, gdy uratowano od śmierci dziewczynkę, która później stanie się sprawcą śmierci Mikołaja (!). Pod względem formy i narracji – rarytas. Czytelnik zaczyna doceniać potencjał tekstu ukrytego w nawiasach!

CUD” Karpowicza to karykatura nas samych i związków jakie tworzymy. Gorzka i przesycona pastiszem mieszanka różnych namiętności, przedziwnych relacji i mistycznych wydarzeń. Obraz tego, co tak naprawdę dzieje się wokół nas każdego dnia, przedstawiony z lekkością, a jednocześnie analitycznym potencjałem. Są tu ludzie wybrani, zwyczajni, zagubieni, prości, samotni, mizogini. Pełen katalog. Jak żyjemy? Gdzie szukamy autorytetów? Czy potrafimy współżyć z innymi? Kochać? Widzieć to co ważne? Powieść po raz pierwszy ukazała się w 2007 roku w Wydawnictwie Czarne, ale ta prezentacja skończyła się fiaskiem. Tym razem Wydawnictwo Literackie, zaproponowało wznowienie wszystkich tytułów Karpowicza w nowej, przyciągającej oko szacie graficznej. Przedsmak przed przeczytaniem „Ości


Ignacy Karpowicz „Cud” Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

5 komentarze:

pozarozkladem.blogspot.com   W tym roku, w sierpniu obchodzić będziemy setną rocznice urodzin Tove Jansson. Wspaniała okazja, żeby ...

„Co było potem? Książka o Mimbli, Muminku i Małej Mi”


pozarozkladem.blogspot.com 

W tym roku, w sierpniu obchodzić będziemy setną rocznice urodzin Tove Jansson. Wspaniała okazja, żeby polecić kolejną, po „Maciupku”, pozycję tej autorki: „Co było potem? Książka o Mimbli, Muminku i Małej Mi”, wydaną po raz pierwszy prawie 60 lat temu, w Polsce dopiero w 2011 roku przez EneDueRabe. Obie książki są do siebie podobne pod względem szaty graficznej i obie mają pięknie rymowany tekst w wersji oryginalnej wykaligrafowany przez Tove Jansson, w polskiej zaś - przez Ewę Kozyrę-Pawlak.

Muminek wraca do domu z bańką pełną mleka, ścigając się z mrokiem. Musi jak najszybciej wrócić do mamy. Nagle, na polanie w lesie zauważa coś, co przypomina kopę siana. To Mimbla, a właściwie jej kok. Mimbla płacze, bo „znów jej zginęła Mała Mi.” A jak wiadomo ta mała istotka jest złośliwą indywidualistką, chadza własnymi ścieżkami, robi to co chce. Zatem poszukiwania czas zacząć. To dopiero będzie przygoda! Spotkamy Gapsę, Paszczaka, damy się wciągnąć do odkurzacza, upadniemy Filifionce na głowę i uciekniemy przed szparagowym smrodem Hatifnatów. Akcja jak w dobrym thrillerze, ale możemy być pewni, że wszystko zakończy się dobrze, w domu Muminka, gdzie mama już czeka z herbatką i sokiem porzeczkowym.


Ewa Kozyra-Pawlak
Ta książka to zagadka, to poszukiwanie odpowiedzi na tytułowe pytanie „Co było potem?”. Czytelnik może sam dopowiadać ciąg dalszy, bo książka jest dziurawa, a dziury maja różne kształty i rozmiary. To dzięki nim możemy gdybać, wymyślać i gimnastykować naszą wyobraźnię. Wspaniały pomysł. Ilustracje Tove Jansson uważam za genialne, nasycone są cudownymi, lekko niepokojącymi barwami, które przydają aury tajemniczości. Cały cykl o Muminkach ma ten zawiązek mroczności. A kaligrafia? Mistrzostwo świata! Zapisane słowa też zdają się żyć – maja różne kształty, kolory, oblepia je kurz, tu kursywa, tam pogrubienie. Ewa Kozyra – Pawlak stanęła na wysokości zadania. Wcześniej projektowała ilustracje do książek Andersena, Collodiego, braci Grimm i innych: "Jedzie pociąg z daleka" (Muchomor, Warszawa 2004), "Księżniczka na ziarnku grochu" (Media Rodzina, Poznań 2008), „Rzepka” (Publicat, Poznań 2008) „Abecadlik” (Literatura, Łódż 2009), „Mój pierwszy atlas świata”- wspólnie z Pawłem Pawlakiem, (Lektor Klett, Poznań 2009).
 

Tove Jansson „Co było potem? Książka o Mimbli, Muminku i Małej Mi Wydawnictwo EneDueRabe, Gdańsk 2011

0 komentarze:

Nowy Rok, niezmiennie czas posumowań i postanowień. Będę biegać, schudnę, nauczę się gotować, tańczyć, polecę na Maderę i oczywiście bę...

„Obiecanki cacanki”


Nowy Rok, niezmiennie czas posumowań i postanowień. Będę biegać, schudnę, nauczę się gotować, tańczyć, polecę na Maderę i oczywiście będę więcej czytać, nadrobię wszelkie zaległości: filmowe, książkowe, teatralne, muzyczne. Znacie to? Co roku to samo. Noworoczny zapał jest cudowny, daje nadzieję, rozaniela. Jeszcze jedna carte blanche, zupełnie jakbyśmy rodzili się na nowo.

W internecie znalazłam ostatnio wyzwanie zorganizowane przez portal www.bookznami.pl: „Przeczytaj tyle ile masz wzrostu”. Trzeba do końca grudnia 2014 przeczytać tyle książek, aby utworzyły wieżę wyższą od nas samych. Od razu przeliczam. Mam 169 centymetrów, grubość, na przykład czytanego obecnie „Cudu” Karpowicza to jakieś 2,5 centymetra, czyli wychodzi 67 300-stronicowych książek. Hmm…. W 2013 udało mi się przeczytać około 60, nie liczę tych czytanych z Lilianką i „branżowych”. Nie wiem czy to dużo, skali czytelniczej brak, ale uważam, że to bardzo przyzwoicie, zważywszy, że średnio osiem godzin dziennie pracuję, mam czas dla rodziny, chadzam na kawki z przyjaciółmi, cos tam sprzątnę, wypiorę, gdzieś się przebiegnę, gdzieś pojadę. A jak porównam się do przeciętnego rodaka, 60,8% w ogóle nie czyta, tak wtedy czuje siłę mojego czytelniczego kalibru. Jestem niezła, ale po co porównywać się do słabszych, żadna przyjemność i satysfakcja. 60 książek rocznie to całkiem dobry wynik. Bawiąc się w statystyka, to jedna pozycja tygodniowo w ciągu roku.

Ale hola, hola, już pojawia się żółta kulka stukająca mnie w głowę, jak u pomysłowego Dobromira, o co chodzi? Gdzie ja zmierzam z tym myśleniem? Czy to wyścigi? Czy przygotowuję się zawodów w sprinterskim czytaniu? Idę na ilość? Czy to w ogóle ma znaczenie? Owszem lubię wyzwania czytelnicze, ale bardziej te w stylu: „Rosja w literaturze”, „Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę”, „Serie wydawnicze”, czyli JAKOŚĆ. Sięgam wtedy po książki o konkretnej tematyce, często  takie, których sama bym nie wybrała. To także szansa na poznanie innych moli książkowych, bloggerów, rozmowy o literaturze. Polecam! Dlatego nie dam się wciągnąć w spiralę dzikiej i rozpaczliwej mani czytania. Mam swój rytm. Czytanie jest ważne, ale nie najważniejsze. Czy chciałabym czytać więcej? Oczywiście. Chciałabym mieć ten luksus pochłaniania książek non stop, całymi dniami. W zasadzie to moja koncepcja raju. Podziwiam tych, którym udało się połknąć 100  czy 150 pozycji. Szacunek. Nie wnikam, czy to były książki o objętości „Ulissesa”, czy może raczej „Trzech kobiet” Lessing, choć ciekawi mnie jak oni to robią. Czy chciałbym przeczytać całą klasykę literatury? Tak! Ciągle ubolewam, że nie uporałam się jeszcze z „Biesami”, „Braciami Karamazow”, czy „W poszukiwaniu straconego czasu”. Dręczy mnie to i trochę mi wstyd, że wciąż jestem w polu. Ale w obecnym stanie rzeczy lubię też inne, rzeczywiste wyzwania: matkowanie, pracowanie, bieganie, kolegowanie i słodkie nicnierobienie.

I choć jedno z moich postanowień na 2014 brzmiało ”nadrobić zaległości książkowe (przynajmniej te z 2013)”, to pójdę za radą przyjaciółki Ani – „będę czytać, nie nadrabiać”. Tego wszystkim molom książkowym życzę.

3 komentarze:

Jeffrey Eugenides to dość osobliwy pisarz, bo jego powieści pojawiają się w tempie średnio jednej na dziewięć lat – w 1993, w 2002 i...

„Powieść wiktoriańska w XXI wieku, czyli „Intryga małżeńska” Eugenidesa”





Jeffrey Eugenides to dość osobliwy pisarz, bo jego powieści pojawiają się w tempie średnio jednej na dziewięć lat – w 1993, w 2002 i w 2011. Być może czas tworzenia wpływa na ich jakość, bo jak do tej pory wszystkie odniosły sukces: „Przekleństwa niewinności” - sfilmowane przez Sofię Coppolę, „Middlesex”, za którą dostał Pulitzera i obawiam się, że grad pochwał spadnie też na najmłodsze dziecko - „Intrygę małżeńską”. Ta ostatnia nasuwa natychmiast myśl o dziewiętnastowiecznych powieściach Jane Austen i sióstr Brontë, Eugenides jest wszakże najpoważniejszym przedstawicielem amerykańskiego neorealizmu. I faktycznie, będzie o miłości, a nawet o miłosnym trójkącie, bez współczesnych perwersji. Przenosimy się na początek lat osiemdziesiątych, do Providence, na Uniwersytet Browna. Rok, w którym trójka studentów – Madeleine, Mitchell i Leonard kończy studia. Wchodzą w dorosłość, pełni nadziei, pełni planów, marzeń. Wszystko wydaje się takie proste, jakby dyplom magicznie przychylał nieba. Maddy studiuje anglistykę, Mitchell religioznawstwo, zaś Leonard, najbardziej uzdolniony z całej trójki, biologię i filozofię. Ich troje. Panienka z dobrego domu, zawsze lubiana w szkole, trochę rozdarta, trochę niepewna. Kulturalny marzyciel, idealny wręcz materiał na męża (w oczach potencjalnych teściów oczywiście), poprawny aż do przesady oraz wybitny umysł, aczkolwiek nieco ekscentryczny i cierpiący na chorobę maniakalno-depresyjną. Po studiach ona próbuje dostać się na wydział literatury Yale, chce pisać i zostać „wiktorianistką”. Leo otrzymuje stypendium i rozpoczyna pracę w laboratorium biochemicznym, prowadząc badania nad drożdżami, zaś Mitchell podróżuje po Europie i mistycznych Indiach. Cała trójka krąży wokół siebie, zderza się, odpycha, a to wszytko w oparach okrutnej samotności. Realistyczny obraz głównych bohaterów momentami mnie przerażał. Są tacy namacalni, ale miłość jaka się między nimi zrodziła, uległa dekonstrukcji. Maddy wyznaje Leonardowi "Je t'aime. Kocham cię", ale riposta jest dość bolesna i cyniczna "Po pierwszym wyznaniu kolejne "kocham cię" nie znaczy już nic." Szybko okazuje się, że idee są tylko ideami i następuje brutalne zejście na ziemię, wręcz zderzenie z rzeczywistością. Tu, chcąc nie chcąc, nasuwa się pytanie: kto dostanie rękę Maddy? Tak, tak nie ma przed tym ucieczki. W tle majaczy bowiem początek ery Regana, amerykańskie przedmieścia, jakieś pozostałości idealizmu hipisów, purytanizm. Dobrze, że Eugenides podaje to z ironią i lekkim dowcipem.

Ta książka jest dla mnie przede wszystkim dialogiem Eugenidesa z postmodernistami, nie, nie dialogiem to zbyteczny eufemizm, jest wyraźnym sprzeciwem przeciwko koncepcji literatury według Derridy, przeciwko „francuskiej teorii”. Maddy także czuje się w tym wszystkim zagubiona i po kursie semiotyki biegnie poczytać Balzaka, „jakie to było cudowne, gdy jedno zdanie wynikało logicznie z poprzedniego!”. "Teoretycy semiotyki  chcieli, żeby książka, ta z trudem wywalczona, transcendentna rzecz, była tekstem, przypadkowym, nieokreślonym i otwartym na sugestie". Dekonstrukcjonizm w czystej formie, ze swoją idiomatycznością, kontekstualizmem i inwencją. Literatura może być odbierana na wiele sposobów, bowiem istnieje mnogość i wielość interpretacji tego co spisane i tego co poza tekstem. W tej powieści jest mnóstwo książek, multum, czytanie, czy bardziej pochłanianie, znajduje się na równi z oddychaniem. Książki są drogowskazami, są wyznacznikami i punktami odniesienia, aż do bólu. Są początkiem przeintelektualizowanych rozmów i szalonych przemyśleń. Maddy zaczytuje się w „Fragmentach dyskursu miłosnego” Barthesa, w Eco, Edith Wharton, Henry’m James’ie, Mitchell w Hemingwayu, świętej Teresie, "Wyznaniach" świętego Augustyna, Mertonie, Tołstoju.

Eugenides dość odważnie wraca do powieści wiktoriańskiej, czy uda mu się podbić serca czytelników? Mówi: "forma powieści osiągnęła apogeum wraz z rozwojem intrygi małżeńskiej i nigdy się nie podniosła po jej zaniku. W czasach kiedy życiowy sukces zależał od mariażu, a mariaż zależał od pieniędzy, powieściopisarze mieli o czym pisać. Wielkie dzieła epickie traktowały o wojnach, powieść zaś o małżeństwie. Równość płci, korzystna dla kobiet, dla powieści już tak korzystna nie była. A rozwód całkowicie ją zgubił". Czy wiktorianizm ma szansę w XXI wieku? Czy to tylko szaleńcza próba zdolnego pisarza?




Jeffrey Eugenides „Intryga małżeńska” Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2013

3 komentarze: