Wydaje się, że słowo wojna może nabrać zupełnie innego wymiaru we współczesnym świecie. Wciąż pozostanie tak samo bezsensowna, wciąż poch...

„CIA. Tajna wojna Ameryki”


Wydaje się, że słowo wojna może nabrać zupełnie innego wymiaru we współczesnym świecie. Wciąż pozostanie tak samo bezsensowna, wciąż pochłonie niewinne ofiary i wciąż będzie niosła strach i terror. Jaka będzie zatem różnica? A taka, że nie okopiemy się i nie będziemy barykadować, a wyciągniemy … pada albo joystick i zadamy, podobno, wyjątkowo precyzyjne ciosy przeciwnikowi. „Skalpel zamiast młota.” Podobno. Być może, teoretycznie, w świecie laboratoriów w Langley jest to możliwe i się sprawdza. To ogromne uproszczenie, wiem, ale taka wizja konfliktu sprowadzonego do poziomu strategicznej gry komputerowej rysuje się w mojej głowie po przeczytaniu książki Mark’a Mazzetti’ego. Autor jest dziennikarzem, zajmującym się tematyką bezpieczeństwa narodowego i korespondentem The New York Times. Jest zdobywcą wielu prestiżowych nagród, w tym Pulitzer’a, nagrody Livingston'a za ujawnienie niszczenia przez CIA taśm z drastycznych przesłuchań osób podejrzanych o współpracę z Al-Kajdą. Kilka dni temu nakładem Wydawnictwa Agora ukazała się „CIA. Tajna wojna Ameryki”. To właśnie obraz konfliktu toczącego się na zapleczu, z pomocą podsłuchów, agentów i wyspecjalizowanych elektronicznych cudeniek.
Kiedy prezydent Truman powołał do życia Centralna Agencję Wywiadowczą w 1947 roku, chciał, żeby prowadziła ona tajne operacje specjalne, ale nie miał ambicji żeby stała się armią. Chodziło raczej o uformowanie grupy profesjonalnych tajnych agentów przeprowadzających poufne misje pod przykrywką. CIA u swego zarania miała konkretny cel: zbieranie i analizowanie informacji, które pomogłyby oszacować i wyeliminować potencjalne zagrożenia czyhające na Stany Zjednoczone. Niestety nie udało się uniknąć błędów legislacyjnych i zostawiono otwarte małe, ale jakże niebezpieczne okienko. Dzięki niemu to, co w pierwotnym zarysie miało być akcjami sabotażowymi, propagandowymi przerodziło się w ustawianie wyborów, próby zamachów stanu, ingerowanie w politykę wewnętrzną innych państw, nielegalne podsłuchy, tajne więzienia. Działania agresywne i pełne determinacji. To jak zmieniało się znaczenie CIA od lat 70-tych XX wieku najlepiej opisuje sinusoida, bo wszystko zależało od tego kto akurat objął fotel prezydencki. Jedni prezydenci ograniczali kompetencje agencji, inny rozszerzali. Od szpiegów na miarę Bonda, aż do regularnej armii zabójców i Blackwater. Dzisiejszy jej kształt to przede wszystkim pokłosie wydarzeń 11 września 2001 roku. Zamachy na WTC zapoczątkowały nową, tajną wojnę USA, na wielu frontach. Zero pól minowych, zero napalmu, zero frontów. Piloci siedzący wygodnie w fotelach tajnych ośrodków gdzieś na Florydzie, sterują dronami – predator’ami i reaper’ami. Świetny rys historyczny.
Czytając tę książkę miałam nieodparte wrażenie, że dałam się nabrać. Mark Mazzetti nie pisze tylko o wojnie z terrorystami, ale o wojnie na różnych szczeblach władzy w Stanach Zjednoczonych: główną rolę odgrywają tutaj siły wywiadowcze, kontrolujące je agencje i komisje oraz Pentagon. Personalne przepychanki, partyjne interesy, brudna polityka, konflikty z innymi siatkami szpiegowskimi. Pomyśleć tylko, że uważa się USA za najpotężniejsze państwo świata, za potęgę, a tymczasem otrzymujemy obraz wewnętrznej rywalizacji, nieautoryzowanych, samowolnych akcji, zamachów i nielegalnego handlu bronią, narkotykami itd. Walkę o dominację i uwojskowienie między „niezależną agencją” a Departamentem Stanu.
Ciekawy reportaż, a właściwie „relacja z tajnej wojny”. Znajdziecie tu wiele interesujących historii o narodzinach więzienia w Guantanamo, o tym jak gospodyni domowa zostaje szefem somalijskich piratów, o programie tortur. Autorowi udało się dotrzeć do setek osób, które w bardziej lub mniej oficjalny sposób wypowiadały się na temat działań Stanów Zjednoczonych na polu walki z terroryzmem, wykorzystywał też oficjalne materiały rządowe, jak i te ujawnione przez WikiLeaks. Czy światowy policjant, za jakiego uchodzą USA, jest nam potrzebny? Czy ściganie „terrorystów” usprawiedliwia metody stosowane przez CIA? Czy wywiad Stanów Zjednoczonych jest wiarygodny, do tego stopnia, żeby na podstawie dostarczanych przezeń informacji wywoływać wojny?
Mark Mazzetti „CIA. Tajna wojna Ameryki”, Wydawnictwo Agora, 2014












Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Agora

1 komentarze:

Źródło Mrożek. Słowo zagadka. Wydaje nam się, że tyle o nim wiemy. Tyle. Tyle, to znaczy ile? Że prozaik, że satyryk, że dramatop...

Mrożek. Striptiz neurotyka.



Źródło
Mrożek. Słowo zagadka. Wydaje nam się, że tyle o nim wiemy. Tyle. Tyle, to znaczy ile? Że prozaik, że satyryk, że dramatopisarz. Tyle ile wyczytaliśmy w gazetach? Jakie tytuły książek Mrożka, oprócz „Tanga”, potrafimy wymienić? Skąd był? Jaką drogę odbył? Czego chciał? Jakie demony nim zawładnęły? Czym był dla niego komunizm? Dlaczego wyjechał z Polski i czy rozminął się z jej historią? Czy można go zrozumieć w oderwaniu od polskiego kontekstu? Kim był?

Mrożek równa się skrytość, introwertyzm. Ciężki w rozmowie, ciężki w obyciu, a jednak przyciągający, jednak genialny. (…) jest jak Chudy, bohater jego minipowieści „Ucieczka na południe": „Widuje się go zawsze po przeciwnej stronie ulicy, po drugiej stronie rzeki, za zakrętem, obok, nigdy tuż”. Jak się do niego zbliżyć? Samotnik. Być może właśnie dlatego tyle pisał, przepisywał, dostrzegał. Julia Hartwig napisała o Mrożku, że styl ”reprezentowany przez niego był niezwykle rzadki: był to wyrafinowany intelektualizm ujęty w formie wysokiego lotu żartu i swobody literackiej". Od pełnego gorliwości i komunistycznego zapału tekstu o Nowej Hucie, do „Emigrantów”. Książka Małgorzaty Niemczyńskiej jest pierwszą, wydaną po śmierci Mrożka, pozycją jemu właśnie poświęconą. Pokłosie poszukiwań, rozmów, badań i porządkowania prowadzonego przez sześć długich lat. To pierwsza, nie licząc autobiografii „Baltazar” czy „Dzienników”, próba opisania człowieka, którego moim zdaniem, nie sposób zamknąć w słowach. Mruk, milczek o ciętej ripoście, jakby lekko autystyczny. Nieprzystępny, niepewny swoich możliwości, zagubiony, ciągle na rozdrożu, ciągle wątpiący, poszukujący. Nie tak jak Gombrowicz, którego podziwiał, w którego cieniu był. Jak do niego dotrzeć? Wydaje się, że tylko przez ludzi i miejsca. Ta książka jest więc czymś więcej niż biografią Mrożka, jest obrazem pokolenia, świata, który go ulepił i, który on kształtował. To książka o związkach, różnych – rodzinnych, małżeńskich, epistolarnych, platonicznych, zagranicznych, damsko-męskich, toksycznych. Mrożka jest tu mało. Stoi z boku. Stoi w tłumie, obok Lema, Szymborskiej, Adama Włodka, Susany Osorio, Marii Oremby, Giedroycia, Dygata, Maja, Błońskiego i innych. Setki twarzy i tyle samo miejsc. Borzęcin, Dom Literatów, Krupnicza, Chiavari, Paryż, Meksyk. Obywatel świat, a może niepoprawny romantyk i patriota? Pisarz i … filmowiec, choć obejrzeć jego filmy to sztuka i wyzwanie. ”Amor” i „Powrót” są dziś zupełnie zapomniane, nic dziwnego dotrzeć do nich nie jest łatwo, bo trzeba wystąpić o specjalne kopie z archiwum Südwestrundfunk.

Książka ma bardzo ciekawą konstrukcję. Opowieść zaczyna się od afazji, bezdusznej, zamykającej milczka w przerażającej niemocy, w świecie układanek dla dzieci, nauki liczenia i powolnego odzyskiwania siebie na nowo. Kończy się ostatnim wywiadem autora, dwa miesiące przed śmiercią. Striptizem - stopniowane napięcie, niespieszność, pogodzenie ze sobą, już bez szarpania, bez podważania. I … teczka. Pozycje z Biblioteki Gazety Wyborczej zawsze mają bogate zaplecze fotografii, rysunków, kopii świadectw i memorabiliów. To podnosi jeszcze wartość wspomnień, faktów i anegdot. Czy to książka kompletna? Z pewnością nie. Czy to kolejny pomnik i peany na cześć mistrza? Byłabym daleka od takiego stwierdzenia, bo to rzetelny reportaż, bez nadmiernego upiększania. Po przeczytaniu czułam się nasycona, a jednak utwierdziłam się w przekonaniu, że Mrożek to tajemnica. Wieczna.
 
 
Małgorzata I. Niemczyńska „Mrożek. Striptiz neurotyka.” Wydawnictwo Agora SA, 2013

1 komentarze:

 Żródło   Emily Neale to zodiakalny bliźniak. Mieszka wraz z ojcem w mieście Meksyk, w dzielnicy Coyoacan. Wychowała się bez mamy, k...

„Trucizną mnie uwodzisz”


Żródło 
Emily Neale to zodiakalny bliźniak. Mieszka wraz z ojcem w mieście Meksyk, w dzielnicy Coyoacan. Wychowała się bez mamy, która pewnego dnia zniknęła. Porzuciła męża i córkę, uciekła, być może ją porwano, nie wiadomo. Pradziadkowie dziewczyny przybyli z Wielkiej Brytanii z nadzieją dorobienia się fortuny w kopalni srebra. Emily od małego spędzała czas samotnie szukając owadów, czytając stale tę samą książkę, a jej ulubioną lekturą były encyklopedie, almanachy, słowniki. Nic dziwnego, że wybrała studia historyczne. Jest kolekcjonerką faktów i informacji, szczególnie tych o … tajemnicach, detektywach i kobietach-zabójcach. Wydaje się być delikatna, zagubiona, wycofana, lekko naiwna i dziecinna. „(…) Robisz wszystko, czego świat od Ciebie oczekuje. Jesteś dobra i odpowiedzialna, tak dobrze wychowana. Niczym nie zaskakujesz.” Nie ma żadnych znajomych, oprócz Matki Agaty i dzieci z sierocińca pod wezwaniem Świętej Róży z Limy. A jednak Emily czuje się spełniona. Ten mikrokosmos jaki stworzyła sobie wraz z ojcem daje poczucie bezpieczeństwa, tak bardzo pożądaną przewidywalność i spokój. Dla półsieroty rutyna dnia codziennego jest na wagę złota. Ale ta cisza, ta, powiedzmy sobie szczerze, nuda wieszczą katastrofę. Atmosfera jest napięta. Ulice Mexico City, pozbawione wilgotności, toną w upale. Czuć przemykające cienie, przedmioty w domu zmieniają miejsce, pojawiają się nowe, intrygujące drobiazgi. Wokoło unosi się zapach melonów, kwiatów pomarańczy, róż i oregano. Ze starego gramofonu sączą się piosenki Agustína Lary. W poukładanym i monotonnym życiu jej i jej ojca zjawia się kuzyn Santiago, dokładniej mówiąc pojawia się zanim przybywa. Co to znaczy? To jedna z tajemnic książki. Mężczyzna niesie wszystko to, co Emily obce - niepewność, namiętność, dzikość, pokusę. Nęci ją, kusi, wciąga w niebezpieczną grę, bo to wybitny manipulant, arogancki egoista i spryciarz. Zło wkracza do poukładanego świata i jak to często bywa w takich sytuacjach, staje się ogromną podnietą. Jest jak powiew „świeżości” w tym zakurzonym, skąpanym w melancholii i tęsknocie domu i życiu. Między kuzynami rodzi się uczucie. Zakazane. Potępiane. Niebezpieczne. Mimo, że słowa Santi’ego brzmią romantycznie, cukierkowo, są tak naprawdę zwiastunem obsesji, obłędu i stopniowo zaciskają pętlę wokół Emily. „Ja kolekcjonuję Ciebie.” Dla niej będzie to początek poszukiwania własnej drogi w życiu i pewności siebie, odkrywanie mrocznej strony charakteru i zakurzonych tajemnic rodziny. „Wiesz mnóstwo o życiu innych ludzi, nawet o żywotach świętych. Ale co z twoim życiem (…)?”
Ta książka to taka trochę bajka, skąpana w symbolice, w mitach i w folklorze. Zabobony, święci na każdy dzień, święci od ołówków, od dreszczów i krwawiących ran. Święci i grzesznicy spleceni w jedno. Dualizm religijny od wieków opisuje walkę Dobra i Zła, ścieranie się Boga i Diabła, Prawdy i Fałszu i właśnie ten konflikt jest tutaj sednem. Nie jest to tani romans, ani kryminał. Głębsze zrozumienie tej książki wymaga znajomości mitu Quetzalcoatl’a, jego losu, winy i kar, wymaga także odniesienia się do tradycji chrześcijańskiej. Kłamstwo jest w tej powieści wyjątkowym bohaterem, ono żyje, niczym choroba zakaźna przyczepia się kolejnych pokoleń, a tym samym wpływa na ich losy. Proza Clemente zaskakuje, bo jest bardzo poetycka, autorka precyzyjnie dobiera słowa, a język absorbuje. Narracja prowadzona w trzeciej osobie czasu teraźniejszego, daje czytelnikowi możliwość spoglądania na akcję z dystansem. Wiemy wszystko, znamy myśli i uczucia bohaterów, a jednak ocena ich nie jest jednoznaczna. Jesteśmy zdani na własny osąd, znikąd pomocy.
Dom Wydawniczy Mała Kurka wydał kolejną powieść w serii „Mammillaria”, kolejną pozycję w pięknej, intrygującej szacie graficznej, ale kłującą tematyką niczym kaktus Mammillaria właśnie. Część właściwa książki poprzetykana jest zapiskami z gazet lub pamiętników kobiet-zabójczyń. Znajdziemy tu przypadki wielu causes célèbres, ot taki uproszczony pitawal. Lizzie Borden, ta która rzekomo zabiła siekierą ojca i macochę; Belle Gunness seryjna morderczyni rodem z Norwegii, kat około dwudziestu ośmiu mężczyzn; a może Myra Hindley zabójczyni dzieci. Delikatność i okrucieństwo. Ciemne strony kobiecości i pytanie o źródło zła. Jest nad czym rozmyślać.

 

Jennifer Clement „Trucizną mnie uwodzisz” Dom Wydawniczy MAŁA KURKA, Piastów 2012
   

 
 


 
Za egzemplarz dziękuję Domowi Wydawniczemu MAŁA KURKA

 

3 komentarze:

Via Penguin Books UK „Na początek zaproponuję dwa raczej okropne określenia dwóch rodzajów pisarzy: jeden to makroplanista, drugi ...

Pisania portret własny vol. II z Zadie Smith

Via Penguin Books UK
„Na początek zaproponuję dwa raczej okropne określenia dwóch rodzajów pisarzy: jeden to makroplanista, drugi – mikromenedżer. Pierwszego rozpoznacie po poprzyklejanych karteczkach z uwagami i obowiązkowym notesie Moleskin. Robi notatki, organizuje sobie materiał, układa fabułę i strukturę – a wszystko to, zanim jeszcze przystąpił do pisania. Zapewniwszy sobie bezpieczeństwo strukturalne, ma dużą swobodę działania. Zdarza się, że pisze od środka i posuwając się do przodu i do tyłu, dokonuje kolejnych wyborów, czym jednak pomnaża trudności. Znam makroplanistów, którzy obsesyjnie zmieniają zakończenia, usuwają i przywracają bohaterów, zmieniają kolejność rozdziałów (…) sama jestem mikromenedżerką. Zaczynam od pierwszego zdania i kończę ostatnim. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy wybierać między trzema różnymi zakończeniami, bo póki nie skończę, nie mam pojęcia, jaki będzie koniec (co nie powinno zaskakiwać nikogo, kto czytał moje powieści). (…) Mikromenedżer nie ma całościowego planu, więc jego książka istnieje tylko w teraźniejszości, w akcie percepcji, w wysokości tonu poszczególnych linijek. (…) Wiem, że muszę być bardzo ostrożna – wszystko się zmienia po zmianie paru słów. Jest to źródłem specyficznej patologii, na którą mam inne okropne określenie: OZP, Obsesyjne Zaburzenie Perspektywy. Pojawia się ono zwykle na pierwszych dwudziestu stronach.(…) Na pierwszych dwudziestu stronach można w 24 godziny przejść od narracji w pierwszej osobie i czasu teraźniejszego do trzeciej osoby w czasie przeszłym, trzeciej osoby w czasie teraźniejszym, pierwszej osoby w czasie przeszłym itd. Umiem zmieniać to wiele razy dziennie. (…) W powieściach innych umiem rozpoznać bratnie dusze. Ich pierwszych dwadzieścia stron jest jak u mnie: zagęszczenie wymuskanych, komponowanych z obsesyjną precyzja zdań, jakieś koturnowe słownictwo, napięcie, które mija po dwudziestej stronie. (…) Niedawno, siedząc przy kolacji obok młodego portugalskiego pisarza, powiedziałam mu, że chcę przeczytać jego pierwszą powieść. Schwycił mnie za rękę szczerze przerażony: „Błagam, nie! Czytałem wtedy samego Faulknera i byłem kompletnie wyprany z poczucia humoru. Boże, ja byłem zupełnie innym człowiekiem!”. Tak to jest. Cudze słowa są ważne. Aż bez ostrzeżenia przestają być ważne, razem z wszystkimi twoimi słowami, które ich słowa kazały ci napisać. Dla mnie niemal całe podniecenie nową powieścią bierze się z odrzucenia wcześniejszej. Inaczej nie miałabym serca do pisania. (…) Wiem, że nowa powieść, którą ledwie zaczęłam, stanie się dla mnie obca i żenująca. Po ukończeniu każdej czekam, aż zacznę jej nienawidzić (nigdy nie musiałam czekać długo) (…) Niektórzy autorzy, pisząc własną powieść, nie zaglądają do innych. Nawet nie zerkną na okładkę. Kiedy piszą, świat literatury zamiera – nikt nigdy nie pisał, nie pisze teraz i nie będzie pisał w przyszłości. (…) To kwestia temperamentu. Niektórzy autorzy są jak skrzypcowi soliści – stroją instrument w kompletnej ciszy. Ja musze słyszeć wszystkich członków orkiestry – wezmę ton od klarnetu, nawet od oboju. Biurko, przy którym piszę, zasłane jest otwartymi powieściami. Czytam, żeby zanurzyć się w pewnego typu wrażliwości, uderzyć w określony ton (…)Czytanie jest dla mnie jak zbilansowana dieta – jeśli wychodzą mi zdania rozlazłe, zbyt barokowe, odkładam, powiedzmy, tłustego Fostera Wallace’a i biorę obfitego w błonnik Kafkę. Kiedy przestaję widzieć siebie zza własnej przeestetyzowanej dupy, przestaję martwić się, co powie Nabokov, i przerzucam się na Dostojewskiego, świętego patrona przewagi treści nad formą, który upomina nas, że dobra proza to nie tylko piękne zdania. (…) Kiedy dochodzi się do połowy [powieści], zwycięża myślenie magiczne. Połowa powieści nie musi wypadać w geograficznym centrum. To którakolwiek strona, po której przestajesz myśleć o domu, rodzinie, partnerze, dzieciach, zakupach, nakarmieniu psa czy przeczytaniu poczty – kiedy nie istnieje nic oprócz twojej książki i nawet kiedy żona mówi ci, że sypia z twoim bratem, jej twarz staje się gigantycznym myślnikiem, ramiona nawiasami, a ty zastanawiasz się, czy „gmerać” brzmi lepiej niż” przeszukiwać”. Połowa powieści to stan umysłu. Dzieją się wtedy dziwne rzeczy. Czas kurczy się.

Siadam do pracy o 9 rano i ani się obejrzę, a tu wieczorne wiadomości, a ja mam cztery tysiące słów – więcej niż rok temu napisałam w trzy długie miesiące.(…) Pod koniec, kiedy jest już z górki, wracam do pierwszych dwudziestu stron. Są chore, upakowane ciaśniej niż tuńczyk w puszce. Spoko. Zdejmuję pokrywkę i wpuszczam trochę powietrza.(…) W tym odczycie możecie pominąć wszystko oprócz tego ósmego punktu. To jedyna rada z prawdziwego 24-karatowego złota, jaką mam. Sama nigdy jej nie posłuchałam, ale następnym razem zamierzam posłuchać. (…)Rada jest taka: Skończyłeś pisać? Nie potrzebujesz na gwałt pieniędzy? Nie musisz wydać swojej powieści w tej sekundzie? To odłóż ją do szuflady. Na tak długo jak możesz. Idealnie na rok lub dłużej, ale wystarczą trzy miesiące. Proszę odsunąć się od pojazdu. Sekret redagowania własnej powieści jest prosty. Trzeba stać się jej czytelnikiem a nie autorem. (…) Przykro powiedzieć, ale najlepszy stan do redagowania własnej powieści osiąga się dwa lata po jej wydaniu i dziesięć minut przed wyjściem na scenę. (…) Jak okrutna jest korekta! Hodowla bzu na ugorze, wspomnienia mylone z pragnieniami, wiosenny deszcz padający na martwe korzenie. Korekta to pustkowie, gdzie umierają marzenia pisarza, a rządzi chłodna rzeczywistość.(…)”

Fragment wykładu, jaki brytyjska pisarka, Zadie Smith wygłosiła dla studentów Uniwersytetu Columbia. Cały tekst wykładu, w tłumaczeniu S. Kowalskiego, dostępny jest w E-wydaniu Gazety Wyborczej

 

2 komentarze:

W Paradise Deep i Trzewiu jest tłoczno – Wdowa po Devine, Królówka Sellers, Mary Tryphena, Absalom, Łazarz, ojciec Phelan … . Nawał imi...

„Dostatek”


W Paradise Deep i Trzewiu jest tłoczno – Wdowa po Devine, Królówka Sellers, Mary Tryphena, Absalom, Łazarz, ojciec Phelan … . Nawał imion, postaci i dziwnych przydomków. Dzieci zdają się rodzić jedno za drugim. Między chatami snują się cienie ludzi, których już nie ma. Dwie rodziny o splątanych korzeniach. Dwa rody, złączone ze sobą uczuciami rozpiętymi na szerokiej skali od miłości do nienawiści. Pięć pokoleń. Nowa Funlandia, gdzieś pod koniec XIX wieku i życie całkowicie podporządkowane łasce oceanu. Ta wielka woda karmi, łączy ze światem, zabija, rodzi, pochłania. Kapelany, dorsze i foczy tłuszcz. Ta woda wyznacza okresy dostatku, głodu, biedy. Maleńka wioska, Paradise Deep, zapomniana przez Boga, na krańcu świata, wydarta głuszy, otulona magią, zabobonami, czarami i niewyjaśnionymi zjawiskami. ”Nowa Funlandia wydawała się zbyt sroga i groźna, zbyt prowokacyjna, zbyt ekstrawagancka, dziwaczna i przerażająca, by mogła być prawdziwa.” Skrajnie nieprzyjazny klimat, wściekłe śnieżyce, późne wiosny. Ludzie pochłonięci są codzienną walką o przeżycie w surowych warunkach. Mężczyźni wznoszą domy, łowią ryby, piją na potęgę, płodzą dzieci, mordują, są przeraźliwie zazdrośni. A tuż obok kumuluje się prawdziwa siła … kobiety. Kobiety przebiegłe, inteligentne i sprytne, dyplomatki, których wpływ na wioskę jest prawie niezauważalny, a jednak kluczowy. Aż pewnego dnia woda wyrzuca na brzeg wieloryba. Wszyscy wyczekują dniami aż zwierzę skona, aby później bez skrupułów podzielić się jego mięsem i olejem. W czasie pracochłonnego krojenia cielska natrafiają na … ciało, blade, ale żywe. To Juda, chciałoby się krzyknąć Jonasz, ale mieszkańcy nie są biegli w Biblii i zostaje Juda. Niemy, siwy, o bladoniebieskich oczach, niemal przezroczystych, cuchnący rybą. Pokorny przybysz wprawia mieszkańców wioski w konsternację, wprowadza niepokój. Jego rybi smród rozchodzi się po całej wiosce i przyciąga dostatek tak, że sieci rybaków same się napełniają. Ale mimo to ludzie traktują go z nieufnością, dystansem, pozwalają żyć w odosobnieniu. Juda to synonim dodatku i wszelkich nieszczęść.

Historia opowiadana jest przez Crummey’a w bardzo ciekawy sposób. Niby saga, a jednak nie ma tu chronologii wydarzeń. Przecież historia lubi zataczać koło, lubi przypominać o sobie w kolejnych pokoleniach, wychodzić na powierzchnię genami. Mozaika idealna. Mandala, w której skupia się wszystko co transcendentne i co związane z człowiekiem. Odważny pomysł. Crummey doskonale uwypukla dualizm świata, przeciwstawiając religię i dewocję, postęp i ciemnotę, łagodność i brutalność, miłość i chorą zazdrość, stosuje w tym celu język delikatny i wulgarny. Literatura kanadyjska zdaje się być naznaczona wspaniałymi sagami, historiami o ludziach zamieszkujących szarpane brzegi oceanu lub gęste i bezkresne lasy. Jest przesycona wiecznym zmaganiem z naturą, a jednak gloryfikuje przedziwną symbiozę człowieka i przyrody. Ma smak soli i wiatru, żywicy i drewna. Nie sposób opisać zachwytów jakie wyrywały się z moich ust przy czytaniu tej książki. Nic dziwnego, to jedna z lepszych pozycji jakie ukazały się  w 2013 roku, wspaniała lektura z marquezowską magią w tle.

 

Michael Crummey „Dostatek” Wydawnictwo Wiatr od Morza, Gdańsk 2013

10 komentarze:

W księgarniach płynie rzeka książek dla dzieci. Wybór jest wspaniały. Króluje klasyka i wznowienia - bajki Andersena, braci Grimm, Brzech...

„Zagadki jeża Pepe”


W księgarniach płynie rzeka książek dla dzieci. Wybór jest wspaniały. Króluje klasyka i wznowienia - bajki Andersena, braci Grimm, Brzechwa, i „Poczytaj mi mamo”. To cudownie, bo bardzo chce przekazać moje wspomnienia córeczce, aby stały się częścią i jej dzieciństwa. I tak przez pokolenia, moja mama zasiała cząstkę swojego dzieciństwa, babcia, prababcia, a później Lilka przekaże dalej pałeczkę. A co doda od siebie? Jakie książki napisane współcześnie znajdą się za kilka lat w jej wspomnieniach? Mimo obfitości, mam dziwne wrażenie, że grozi nam zalew nieudanych kalek, nędznych kopii. Dlatego wciąż szukam, skanuje działy dziecięce w księgarniach, na portalach, czytam recenzje i czasami udaje mi się odnaleźć coś wyjątkowego, coś co wyróżnia się wśród przeróbek i nietrafionych tłumaczeń klasyki. Trafiłam przypadkiem na Wydawnictwo Raducha (http://raducha.pl/). Nic Wam to nie mówi? Być może - jeszcze nic. To mała rodzinna oficyna założona przez Magdalenę i Wojciecha w 2013. Przyświeca im myśl, że „dzieci z książką odkrywają, poznają, tworzą, działają… Oczywiście także się bawią. Dlatego w portfolio wydawnictwa znajdą się najlepsze teksty, niepowtarzalnie zilustrowane i wspaniale wydane. Jednym słowem świetne książki.” To nie są obietnice na wyrost, bo dwie pierwsze książki z serii „Zagadki jeża Pepe”, autorstwa Rozalii Niedźwiedzkiej, bardzo nas … zaskoczyły i skutecznie trzymały w napięciu. To kryminały dla najmłodszych, ale i ja byłam ciekawa kto? dlaczego? jak?. Poznajemy mieszkańców małego podwórka, gdzie jak w każdym mikrokosmosie pojawiają się problemy, różne rzeczy giną albo dzieją się zagadkowe historie. Zwierzęta mają kłopoty. Pies Muchomor, dajmy na to, nie może odnaleźć swoich, skrupulatnie zakopywanych kości. Mimo oznaczania miejsc na mapie, te w tajemniczych okolicznościach … znikają. Pies jest przygnębiony, myśląc, że traci zmysły na starość. Za to wiewiórce tuż przed zimą giną zapasy orzechów. Podejrzanych jest kilku, ale nad wszystkim czuwa przesympatyczny jeż Pepe. Spokojny, uczynny i skrupulatny w swoim śledztwie. Pomocny i przyjacielski, a do tego bystry i pomysłowy. Tropi, przesłuchuje i skutecznie łapie czarne charaktery (dosłownie czarne!). Ale w książce tej znajdą się filantropii, kaczorek o zabawnym imieniu Gumka, owce śmieszki, kotka Fifi, sójki i wiele innych.

Jest oryginalnie. Podkreślam to, bo takiej literatury dla dzieci poszukuję - wyjątkowej, zaskakującej. Jest inteligentnie z humorem, w prostym, przystępnym stylu. Nic wymuszonego, nic przerobionego, nic co wcześniej mogłabym czytać. Urocze i mądre. Książka przepięknie wydana. W twardej, kwadratowej oprawie zamknięto kilkanaście stron na grubym papierze. Okładki są w różnych kolorach: trawiastej, nostalgicznej zieleni – „Kości” i energetycznej pomarańczy „Orzechy”- co fantastycznie oddaje ducha każdego tomiku. Ilustracje mają stonowane barwy, są oryginalne (znowu to słowo!). Tyle słów zachwytu, bo szczerze cieszę się, że ktoś z miłości do książek i dzieci postanowił wydać takie cudo.
 

 Rozalia Niedźwiedzka Kości” Wydawnictwo Raducha, Warszawa 2013

 

 
 
 
 
 
Rozalia Niedźwiedzka, „Orzechy” Wydawnictwo Raducha Warszawa 2014

 

 
 
 
 
 
 
Za egzemplarze dziękuję Wydawnictwu Raducha

 
 

0 komentarze: