Horimono Wśród ogrodów świata nie ma prawdopodobnie nic bardziej dostojnego i zachwycającego niż ogród japoński. Jest on pełen h...

„Ogród wieczornych mgieł”



Horimono
Wśród ogrodów świata nie ma prawdopodobnie nic bardziej dostojnego i zachwycającego niż ogród japoński. Jest on pełen harmonii, prostoty, asymetrii i elegancji. Naśladuje przyrodę, wydobywając i podkreślając jeszcze bardziej jej urodę, jednocześnie nie ujarzmiając jej. Do tego zachwyca klombami, pięknie przyciętymi żywopłotami, wiecznymi, kamiennymi elementami i idealnie wyeksponowanymi pergolami i stawami. Nie ma tu łatwych rozwiązań. Jesteśmy zaskakiwani na każdym kroku. Wodę z wodospadu przy stawie toczą łopatki małego koła, a każda z nich ma ręcznie wyrzeźbione inskrypcje, które odciskane są na kroplach przepływającej wody, jak niewidoczny znak. Ażeby dostrzec wodę trzeba pochylić się i zajrzeć przez tunel liści. Spektakularny artyzm i pietyzm sztuki ogrodniczej. Ogród taki ma zwykle temat przewodni, przywołuje pewne wspomnienia i „odtwarza marzenie o niebie na ziemi”. Praca w nim wycisza i uspokaja. Oaza ukojenia w niespokojnych czasach. Taki właśnie ogród jest ważnym bohaterem powieści Tan Twan Eng. Malaje początek lat pięćdziesiątych. Byłe posiadłości brytyjskie na Półwyspie Malajskim, po drugiej wojnie światowej przechodzą piekło postkolonialnych rozgrywek. Komunistyczne bojówki kryją się w lasach i walczą z rządem. Chińczycy, Japończycy, Malajowie, Brytyjczycy, Burowie, Sichowie. Śmiertelni wrogowie i dawni przyjaciele, wszyscy naznaczeni piętnem dopiero co zakończonej wojny. Tygiel. Kipiel. Wzajemne podejrzenia, strach, śmierć i to wrażenie, że ciągle jest się śledzonym. Czy w takich warunkach można stworzyć coś pięknego? Czy to piękno może przetrwać?
Źródło
Teoh Yun Ling przybywa do posiadłości Majuba jako dwudziestoośmiolatka po to, aby spełniać marzenie zamordowanej siostry i stworzyć dla niej ogród. Obie znalazły się w japońskim obozie koncentracyjnym, ale tylko jednej z nich udało się z niego wyjść, choć też nie do końca. Jest pełna gniewu, pełna żalu, okaleczona i niepogodzona z przeszłością, dławiona przez wyrzuty sumienia. Świat podsuwa jej ciągle skojarzenia z tamtą traumatyczną sytuacją, jedynie marzenie siostry pozostaje silną motywacją. Podejmując się pracy w ogrodzie, współprojektowania i odkrywania go, nie wie jeszcze, że tak naprawdę dokona oczyszczenia, które pomoże jej odnaleźć równowagę, a wszystko to u boku Japończyka. O ironio! Los łączy rodaka oprawców, o niejasnej przeszłości, z ofiarą. Kobietę pełną gniewu, z ostoją spokoju. Arimoto Nakamura pochodzi z rodu nadwornych ogrodników władców Japonii, zajmował się również tatuażem, jako tak zwany - horimono – i drzeworytem. Jest jakby nieuchwytny w tej książce. Rozwaga i spokój tego człowieka, są punktem oparcia dla Yun. Dziewczyna uczy się sztuki ogrodniczej, wędruje z nim po górach, odwiedza zagubione klasztory, uprawia łucznictwo, uspokaja swój umysł i wsłuchuje się w siebie. To nie jest łatwy proces, a skutek nieznany. Żeby zmierzyć się z własnym bólem, trzeba mu najpierw stawić czoła. Relacja jak zrodzi się, między dwojgiem tych skądinąd odmiennych ludzi, będzie krucha, ale piękna.

Yugiri to tytułowy ogród wiecznych mgieł. To jakby magiczne i mistyczne miejsce. To tutaj właśnie dochodzi do spotkania dwóch światów, gdzie myśli mogą dryfować swobodnie, gdzie przeszłość zdaje się być tylko mglistym majakiem, gdzie szukamy własnej tożsamości i wewnętrznej równowagi. Myślę, że za takim ogrodem tęskni każdy z nas. Miejscem gdzie można złożyć ból, oddać go naturze i odnaleźć prawdę. Taki ogród daje nadzieję.

Po latach, przeszedłszy wcześniej na emeryturę, Yun Ling powraca do tego miejsca. Całe swoje zawodowe życie poświeciła orzekaniu w procesach cywilnych i karnych. Słynęła z profesjonalizmu, bezstronności i chłodnego dystansu do rozpraw. Lata samotności, nieprzystępności oraz oddanie pracy. „(…) Czy nie były to po prostu oznaki skamieniałego serca?”. Wraca do miejsca pełnego wspomnień, ale teraz już z innego powodu niż dawniej. Mnemosyne roztacza nad nią coraz mniejszą opiekę, jej mózg podąża ku afazji. I kiedy wcześniej chciała zapomnieć, teraz niepamięć ją przeraża. Jej mózg zostanie zresetowany, momentami dryfuje stopniowo w nieznane, nie zdoła wspominać, a co gorsza pamiętać kim jest, co robi. „Bo kim jest osoba pozbawiona wspomnień? Uwięzionym między światami duchem, bez tożsamości, bez przyszłości, bez przeszłości.”

Książka wymyka się łatwej klasyfikacji i recenzji. Jest w niej coś ulotnego. Akcja toczy się bardzo wolno, tak jakby miała czytelnika wyciszyć, a jednak ciągle trzyma nas w napięciu, jakby zmuszając do pokłonienia się na tym, co niezapisane. Może jest tu zbyt duża dawka sentymentalizmu i ckliwości, ale któż  z nas z wiekiem nie staje się taki. Koniec końców wszytko rozpływa się w pamięci i ... niepamięci, a wiele pytań nie doczeka się odpowiedzi.

Tan Twan Eng „Ogród wieczornych mgieł”, Wydawnictwo Znak litera nova, Kraków 2013
 
 
 
 
 
 
 
 

1 komentarze:

Twórczość Jarosława Mikołajewskiego była mi dotąd nieznana. Aż tu w ubiegłym tygodniu wygrałam konkurs zorganizowany przez Wydawnictwo Ba...

O tym jak książka połknęła program telewizyjny


Twórczość Jarosława Mikołajewskiego była mi dotąd nieznana. Aż tu w ubiegłym tygodniu wygrałam konkurs zorganizowany przez Wydawnictwo Bajka i już po kilku dniach mogłam się cieszyć egzemplarzem pod tytułem „Para–mara”. Piękna, w formacie A4, nowiutka, pachnąca, twarda oprawa, aż ślinka cieknie. Poszperałam w internecie i po kilku próbach Pan Google naprowadził mnie na stronę Doroty Koman i jej artykuł „Jarosław Majewski DZIECIOM”. Okazuje się, że to nietuzinkowy autor i  tłumacz pozycji m.in. Rodariego, a jego przekłady książek dla dzieci z włoskiego, zostały wpisane na Międzynarodową Listę Andersena. Ma również w dorobku nowy przekład „Pinokia” Carla Collodiego.

Źródło
Otwieram przesyłkę i już po chwili trzymam w ręku dziwny twór. Czy to faktycznie książka, bo na okładce, jakiś okularnik zaprasza nas na program...telewizyjny, pod tytułem „Pary nie do wiary…”. Telewizja w książce? Gośćmi owego programu są Pan Kanaletto i Pan Cienias. Pisownia oryginalna. Nie, to ani nie malarz, ani mięczak. To strachy. Wczytuje się i słyszę głosy napawające lękiem i konsternacją. Przyznacie sami, goście są dość osobliwi. Jeden z nich mieszka pod dziurą w wannie, w zlewozmywaku i umywalce. Bulgocze, beka, czka i jest zmuszany do połykania „Kreta”. Za to Cienias to polonista, pasjonat poprawnej deklinacji, wielbiciel wołacza, który lubi straszyć pojawiając się na ścianach i podłogach. Któż z nas nie reaguje wzdrygnięciem na odgłos naprężających się rur, organowych dźwięków PCV, trzaskania parkietu lub przewodów elektrycznych, nie mówiąc o własnym cieniu. Strachy na lachy. Jest też prezenter. „(...) ten człowiek nic nie rozumie. Od razu widać, że jest z telewizji.”. I co z tego, że znalazł się w książce, to nie czyni go automatycznie literatem. Zupełnie zagubiony, ośmieszony opuszcza studio. Blamaż. Touché. Brutalne ukazanie marności telewizji przez pryzmat absurdalnego talk-show. Śmiałam się jak nigdy, aż w pewnym momencie zorientowałam, że przecież śmieję się z samej siebie.

I mam z tą książką problem..., nie dlatego, że i mnie ośmieszyła, ale dlatego, że w zasadzie nie spotkałam się z czymś podobnym wcześniej, wśród książek dla dzieci. To bardziej forma zabawy słowem i obrazem. Pomyślałam nawet, że mój trzylatek tego nie ogarnie, a jednak nie było tak źle. Myślę, że za rok będzie to bardziej do niej trafiało. Tymczasem widać, że autor lubi opowiadać, a do tego traktuje młodego czytelnika z należnym szacunkiem, ufając jego inteligencji, poczuciu humoru i wyobraźni. W tandemie twórców tej pozycji pojawia się także nazwisko ilustratora Pawła Pawlaka. To dość niekonwencjonalny i doświadczony rysownik. Widać, że lubi eksperymenty, bo sam otwarcie przyznał w wywiadzie dla ilustrada.pl., że „(...)stara się nie przywiązywać do żadnej z technik”. Jego ilustracje do „Para-mara” wciągają w przedstawiony świat, stymulują wyobraźnię. Pierwszą próbkę talentu Pawlaka miałam już w O Melanii, Melchiorze i Panu Przypadku”. Jeśli macie odwagę, zachęcam.


Jarosław Mikołajewski  Para–mara”, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2014

1 komentarze:

Marcin mnie zaskoczył. Nie sądziłam, że wie jakich autorów książek lubię. Chodzi o konkretne nazwiska, a do nazwiska głowy nie ma. Owszem...

„Dlaczego Arturo Pérez-Reverte mieszka w Lidlu?”


Marcin mnie zaskoczył. Nie sądziłam, że wie jakich autorów książek lubię. Chodzi o konkretne nazwiska, a do nazwiska głowy nie ma. Owszem za każdym razem kiedy coś czytam, robię mu wykład, streszczam, rzucam nazwami, porównuję albo jęczę, że nie dam rady przez coś przebrnąć. Znosi to dzielnie i wykazuje zainteresowanie, a mój Marcin molem książkowym nie jest. Gdyby go spytać, co ostatnio czytał powiedziałby, że „Franklina – walentynki” naszemu trzylatkowi. Fakt, że zapamiętał czym się zachwycam, przyprawił mnie o zawrót głowy. „Hej jestem w Lidlu (!!!) i mają tu Nesbø (!!!). Chcesz?”. „Oczywiście, że chcę!” – krzyczę do słuchawki ekstatycznie, nie wiem, co zachwyca bardziej: fakt, że zapamiętał, czy to, że kolejny tomik, w dobrej cenie trafi na półkę. Za chwilę dociera do mnie: „W Lidlu?” Owszem, owszem moi drodzy – książki w marketach. Rozkładają się na półkach, w dziale między zabawkami, a gazetami, tuż obok ciętych kwiatów i promocyjnych płynów do płukania tkanin. 
Źródło
Te akurat mają szczęście, bo inne leżą w wielkich koszach, które penetrują, głodni dobrej okazji, klienci. Rzucają, poszukują, kopią, skanują. Książki piętrzą się tam jedna na drugiej, ściśnięte, pomięte, podarte, ale co tam. Mnie to oburza. Nie ma w tym żadnej misji. Puszkin obok śmietany i pomidorów? Nie, ten akurat się nie załapał, cóż za ulga. Co można w tych koszach znaleźć? Są nowości … z lat poprzednich, literatura popularna głównie, albumy, książki dla dzieci. Szału nie ma. Nie chcę uprawiać taniej hipokryzji. Teraz rządzi cena, złowieszczy kryzys, VAT na książki większy, czytelnictwo słabe. Każdy szuka opcji, a „9.99 zł czy 19.99 zł” przyciąga jak magnes. Można by się cieszyć, ludzie kupują książki. Sama pokuszę się czasami o taką cenową „okazję”. Nic w tym złego. O jedno się tylko modlę, oby księgarnie nie zamieniły się w masówkę. Wiem, to pobożne życzenie, bo taki trend już jest, ale dla mnie wizyta w księgarni to przyjemność i relaks. Regały pięknie wyeksponowanych książek. Nowości, bestsellery, działy tematyczne. Można przysiąść na kanapie, czy dywanie ze stosikiem do przejrzenia i wybrania tego, za co za chwile zapłaci nasza karta. Można napić się kawy i herbaty, znaleźć kawałek cichego miejsca. Zaszyć się. Nie spieszyć. Pobyć z książkami i innymi molami książkowymi.

 Przeraża mnie masówka. Księgarnie są likwidowane. Zmartwiło mnie zamknięcie empiku na Rynku Głównym w Krakowie i otworzenie tam Zary(!). Z dwojga złego wolę giganta rynku księgarskiego. Empik to oddzielny temat, bo jak to sieciówka, odrzuca mnie swoją agresywną promocją. Myślę, że wybieramy go głównie ze względu na wygodę: jest „na każdym rogu”, ma relatywnie duży wybór i oczywiście niską cenę. Ah! Ta cena. Klucz do wszystkiego. Ale o gigancie krążą nieprzyjemne plotki: o spięciach z wydawcami, o niepłaceniu terminowo. Podobnie ma się sprawa z Matrasem. „Czarny PR” przykleił się do sieciówek. To, co mnie osobiście do nich zniechęca, to fakt, że na półkach są głównie książki promowane, jeśli to czego szukamy nie jest bestsellerem, lub nie zostało wydane przez duże wydawnictwo, to możemy z góry założyć, że tego nie znajdziemy. Serwowanie papki, wmawianie, że coś jest dobrze napisane, że to wielka literatura - "Zmień swoje życie z Ewą Chodakowską" albo "Pięćdziesiąt twarzy Greya". No i te artykuły gospodarstwa domowego?! O co chodzi? Żenada, a może desperacja?

A co się dzieje z niezależnymi księgarniami? Gdzie są? Zlikwidowano Hetmańską. No tak, przejął ją Matras, książki tam nadal będą, ale Hetmańska miała charakter. Mieściła się w  kamienicy Kromerowskiej i działała tam od 1610 roku, najstarsza w Europie. To kawał historii. Małe księgarnie są przytulne, pracują w nich ludzie, którzy faktycznie znają się na książkach, można z nimi godzinami rozmawiać, kiedy pytasz o Eco, nie prowadza cię do działu poświęconego ekologii. Księgarze entuzjaści, z pasji, wiedzą, co mają na półkach, bez szperania w komputerze. Bookiniści. Można zamówić książkę, można dostać zniżki, karty klienta, ale atmosfera jest nie do podrobienia. Od wejścia uderza nas zapach druku, zapisanych kartek. Wyczytałam ostatnio w „Polityce”, że w Polsce działa 1850 księgarń, ale ciągu ostatnich pięciu miesięcy ta liczba zmniejszyła się o 30%.  Ciągle się łudzę, że człowiek zacznie szukać jakości.

W Krakowie mam kilka ulubionych miejsc kameralnych i sprawdzonych.

"Massolit Books & Café" (ul. Felicjanek 4). Anglojęzyczna. Kilka sal, zapełnionych książkami, od podłogi po sufit. Parkiet przyjemnie skrzypi. Można wymykać się do kolejnych pomieszczeń i po prostu zagubić się w książkach.

Księgarnia Pod Globusem” (Długa 1, róg Basztowej) jak mówi hasło reklamowe ”książek od zatrzęsienia”. Sklep mieści się na parterze wczesnomodernistycznego „Domu pod Globusem”. Stylowo. Klimatycznie. Metalowy globus zna każdy krakowianin i niezmiennie kojarzy się on właśnie z księgarnią. Sprzedają i organizują także panele dyskusyjne o wybranych książkach - tematyka szeroka „od  węgierskich polityków, przez modę, po podróże na Syberię”.

 Czuły Barbarzyńca” (Powiśle 1). Lubię to miejsce w samym sercu Krakowa, tuż przy Wawelu. Duża powierzchnia, przestrzeń, lekko industrialny wystrój, a teraz mają nawet meble i lampiony robione z nakrętek do butelek. Wysokie regały, zapełnione książkami. Pojedyncze egzemplarze ułożone tematycznie, starannie wybrane. Można przebierać, w zupełnie niewymuszony sposób. Jest tez ciekawy wybór literatury polskiej w tłumaczeniu na inne języki. Księgarnia organizuje także spotkania autorskie i niedzielne czytanie dla dzieci. 

Oczywiście "Centrum Taniej Książki", na Grodzkiej (to na Brackiej zniknęło). Można totalnie szperać, wybadywać perełki z dawno wyczerpanych nakładów.

Na Kazimierzu, niedaleko Wisły, na Mostowej, przycupnęło niezależne wydawnictwo i księgarnia „Lokator”, a na Zwierzynieckiej 17 „House of albums”. Ta ostatnia to niszowy obiekt, znajdziecie tam szeroki wybór albumów, ale także książek artystycznych i wydawnictw festiwalowych. 

"Główna Księgarnia Naukowa" (Podwale 6) mam tylko jedno skojarzenie z tą księgarnia – wspaniały wybór. Poszukiwacze unikatów z działu literatura humanistyczna, to adres dla was!.

I moje ostatnie odkrycie, nie w Krakowie, a w Rabce! „Między słowami”. Wspaniały dział dla dzieci, byłam autentycznie oszołomiono jak wiele skarbów udało się tam zakupić. Panie parzą mocną kawę, organizują filmowy klub dyskusyjny, zajęcia dla dzieci. Latem przyciąga piękne, ukwiecone patio z wygodnymi fotelami.

W życiu jestem raczej realistką, ale jeśli chodzi o księgarnie chciałabym, aby ten segment rynku zaczął iść w kierunku jakości. Naiwny optymizm? Przyjemnie byłoby, gdyby przedsięwzięcia niszowe nie gościły tylko w świadomości osób zainteresowanych. Nie chcę, żeby kupowanie książki było mechaniczne i cyniczne. „Hej, kup ziemniaki, a ja zajrzę do kosza z nowościami, może jest Springer na promocji.


5 komentarze:

Otwierałam t ę  książkę z nadzieją, z nadzieją na coś prawdziwego i ważnego. Przeczytałam kilka pierwszych stron i czułam, że się przelic...

”Sucha sierpniowa trawa”


Otwierałam tę książkę z nadzieją, z nadzieją na coś prawdziwego i ważnego. Przeczytałam kilka pierwszych stron i czułam, że się przeliczyłam: czy trafiłam na kolejne ”Służące Kathryn Stockett, a może „Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd, czy w końcu „Zabić drozda” Harper Lee? Ledwie skończyłam pierwszy rozdział, a już skojarzeń co niemiara. Iluż autorów dorabia się na kopiowaniu udanych pomysłów. Tytuły można by mnożyć. Jak dobrze, że wytrwałam do końca, bo teraz kiedy przewracam ostatnią stronę czuję, że dostałam to, na co liczyłam.
Akcja powieście rozwija się niespiesznie, to trochę irytuje, ale teraz myślę, że to wspaniały zabieg: pozwala nam dobrze wczuć się w atmosferę tamtego okresu. Gorące południe Stanów Zjednoczonych w latach pięćdziesiątych minionego stulecia. Zapach waty cukrowej, zupy kukurydzianej, talku na skórze. Toczące się po drogach wielkie cadillaki i packardy. Z radia sączy się jazz lub jive. Rodzina Wattsów wiedzie względnie spokojne i wygodne życie. Jest ich sześcioro – rodzice Paula i William, najstarsza córka - Estelle „Stell”, trzynastoletnia June, zwana Jubie, Karolina „Puddin” i malutki brat Davie. Mieszkają w Charlotte, w Północnej Karolinie. Typowa amerykańska rodzina, niestety tylko na fotografii, bo główną rolę grają w niej narzucany obowiązek i utarte przez lata schematy: kobieta rodzi czworo dzieci; surowa teściowa wie wszystko najlepiej i żadna synowa tego nie zmieni; mężczyźni dominują nad kobietami, a dzień spędzają z drinkiem w ręku; biali chadzają do Country Clubu; domem, ogrodem i dziećmi zajmują się czarni. Ludzie wstawiani w ramy, odgrywają mechanicznie swoje scenki rodzajowe i jakoś sobie radzą z rutyną, smutkiem, goryczą i napięciem. Paula Watts jest nieszczęśliwa, dawna miłość i radość ustąpiły miejsca walce z alkoholizmem męża i jego zdradami. William, lokalny biznesmen, to wszakże furiat, wyładowujący się na dzieciach, a właściwie tylko na Jubie - potrafi mówić czułe słowa, z równą łatwością jak ciąć skórę dziewczyny pasem. Ale nikt nie mówi o tym głośno. Matka widzi i odwraca głowę. Zaprzeczanie. „Mężczyzna powinien sięgać dalej niż wzrok, w przeciwnym razie po cóż byłoby niebo? „A kobieta?” „Kobieta ma sięgać tylko po mężczyznę.”” W domu Wattsów jest jeszcze Mary Luther. „Dziewczyna do pomocy”. Czarna. Czterdzieści siedem lat. Pokorna, ale wystarczająco dumna, aby reagować na ówczesną rzeczywistość. Jest odpowiedzialna, pełna zrozumienia.  Ujął mnie jej spokój, jej przyjaźń z Jubie, jej więź z dziećmi, ze swoją wspólnotą. Choć w zasadzie nie jest główną bohaterka tej powieści, to ona jest powodem zmian jakie nastąpią, bo w rodzinie Wattsów od lata 1954 roku, nic nie będzie już takie samo. Huragan Hazel, czwarta kategoria na skali tragedii. Ale po burzy, tak w przyrodzie jak i w życiu, przychodzi powiew świeżości i spokój. Czas i życie „po Mary”, choć bolesne, to jednak szczere.
Sucha sierpniowa trawa” to książka przede wszystkim o dojrzewaniu, nie tylko o segregacji. To świat widziany oczami nastolatki i głębsza analiza różnic klasowych na tle problemów rodzinnych. To powrót do czasów, kiedy życie miało dwa kolory, skutecznie rozdzielone. Żadnych odcieni szarości. Świat Jubie to rodzina i szkoła. Nastolatka jest bardzo bystra i spostrzegawcza, czuje, że wokół niej dokonuje się zmiana, ale nie potrafi tej zmiany zinterpretować. Jej młody wiek daje jej pewne schronienie. Błoga niewiedza. Pewne słowa brzmią enigmatycznie, pewne sytuacje wywołują wstyd, zażenowanie lub konsternację. Dzięki technikom pisarskim możemy poczuć się jak Jubie, patrzeć jej oczami na świat. Rasizm nie jest w tej książce jednowymiarowy. Jedni afirmują go otwarcie, w szale nienawistnego napadu zabijają, inni ukrywają nietolerancję w słowach, bolesnych docinkach, inni w karcących spojrzeniach. Interesujący jest także aspekt obyczajowy tej powieści, bo Ameryka lat pięćdziesiątych XX wieku była spętana wieloma zasadami. Segregacja to tylko jedna z nich. Dorzućmy jeszcze sposoby spędzania czasu, kwestie wiary, przynależność lub nie do pewnego towarzystwa. Czasem miałam wrażenie, jakby niemy krzyk chciał wyrwać się z niektórych gardeł i faktycznie on wybrzmiewa … w swoim czasie. Powieść Anne Jean Mayhew jest pięknym obrazem świata, którego już nie ma. To zwodniczo prosta historia o dynamice ludzkich przemian i związków. Plastyczna i poetycka kronika tamtych lat.


Anne Jean Mayhew ”Sucha sierpniowa trawa”, Black Publishing/Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014

2 komentarze: