Źródło Czy­ta­nie jest przede wszyst­kim od­naj­dy­wa­niem swo­je­go miej­sca wśród tego, co z po­cząt­ku nie­przy­ja­zne, a co na­...

O czytaniu



Źródło
Czy­ta­nie jest przede wszyst­kim od­naj­dy­wa­niem swo­je­go miej­sca wśród tego, co z po­cząt­ku nie­przy­ja­zne, a co na­le­ży w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku oswo­ić. Czy­ta­nie nie po­win­no nas wy­rzu­cać ze świa­ta, lecz uczyć jego ro­zu­mie­nia.



W moim domu nie było ksią­żek. Kilka przy­pad­ko­wych bro­szu­ro­wych wydań, żad­nych kla­sy­ków, pol­skich czy za­gra­nicz­nych ("Wio­sen­ne wody" Tur­gie­nie­wa, ale co dziec­ku po Tur­gie­nie­wie), żad­nych en­cy­klo­pe­dii. Nic. Naj­le­piej pa­mię­tam dwa al­bu­my przy­wie­zio­ne przez ojca z Mo­skwy, w tym wiel­ki płó­cien­ny bor­do­wy z Er­mi­ta­żu. Do dziś pa­mię­tam wszyst­kie za­war­te tam ob­ra­zy, od Duc­cia, Cra­na­cha po Pi­cas­sa, łącz­nie z de­ta­la­mi, wśród któ­rych jeden zwłasz­cza utkwił mi w pa­mię­ci, z ob­ra­zu Jana Stena: po­rzu­co­ny na środ­ku po­ko­ju pan­to­fel śpią­cej ko­bie­ty. Ni przy­piął, ni przy­ła­tał. Nie wiem za bar­dzo dla­cze­go, ale ten ode­rwa­ny detal, po­rzu­co­na rzecz, es­te­tycz­ny wy­bryk, nie­eko­no­micz­ne punc­tum, utkwił w mojej gło­wie i od­zy­wa się za­wsze, gdy oglą­dam ob­ra­zy i fo­to­gra­fie i szu­kam tego, co nie pa­su­je do zgrab­nie skro­jo­nej kom­po­zy­cji. Poza tym pa­mię­tam za­pach re­pro­duk­cji i wiel­kie gra­we­ro­wa­ne na okład­ce ro­syj­skie "?" (już wtedy umia­łem od­cy­fro­wy­wać ru­skie bukwy). I jesz­cze dwa świa­dec­twa okru­cień­stwa: Ju­dy­ta dep­czą­ca od­rą­ba­ną głowę i św. Se­ba­stian na­szpi­ko­wa­ny strza­ła­mi. Długo nie wie­dzia­łem, skąd moja fa­scy­na­cja tym ostat­nim. Teraz wiem.
Moi rodzice książek nie czytali, nie pamiętam też żadnej z moich sióstr z książką w rękach. Wszystko spowite mgłą, nieobecne, żadnej spójnej wizji. Nauczyłem się czytać bardzo wcześnie, ale z tych najdawniejszych czasów pamiętam tylko, jak na żądanie rodziców udowadniałem niedowiarkom, że taki szczyl umie czytać. Czytałem na pokaz gazety, bo co innego. Ale co czytałem dla siebie, na Boga, co ja wtedy czytałem?


Kiedy za­czą­łem wczo­raj oglą­dać ofer­tę pol­skich an­ty­kwa­ria­tów, za­czą­łem roz­po­zna­wać okład­ki i coś się za­czę­ło w mojej pa­mię­ci po­ja­wiać, "Nie­sa­mo­wi­te przy­go­dy Olka i Wa­ler­ki", "Ma­laj­skie czół­no", okład­ki z Dok­to­rem Do­lit­tle, "Zwią­zek spra­wie­dli­wych", ale wcze­śniej, gdy chcia­łem sobie przy­po­mnieć moje lek­tu­ry, wpa­da­łem w czar­ną ot­chłań. Nie pa­mię­ta­łem, bo nie chcia­łem pa­mię­tać tam­tych cza­sów i tam­tych miejsc. Nawet nie pa­mię­tam, co ja wtedy ro­bi­łem, nie cho­dzi­łem do przed­szko­la, bo matka nie pra­co­wa­ła, w te­le­wi­zji nie było co oglą­dać, pa­mię­tam tylko, słabo zresz­tą, "Konia, który mówi" i "Dr. Kil­da­re’a". Poza tym wy­ma­za­ne wszyst­ko, od­rzu­co­ne, z winy świa­ta, któ­re­go nie lu­bi­łem: nie chcia­łem go pa­mię­tać, więc i czy­ta­nie po­szło na marne.
Wszyst­ko


Choć oczy­wi­ście nie­zu­peł­nie. Z póź­niej­sze­go już życia, mło­dzień­cze­go, pa­mię­tam dwa mo­men­ty, szcze­gól­nie zna­czą­ce.

Żródło
Pierw­szy po­tra­fię nawet spre­cy­zo­wać. Jest rok 1972 i matka pyta, co chcę do­stać na Gwiazd­kę. Od­po­wia­dam bez wa­ha­nia, żeby znów nie do­stać swe­ter­ka lub pi­ża­my: Lek­sy­kon PWN. Złote cacko, w któ­rym jest wszyst­ko, od "Aachen" po "ży­ro­skop", skarb­ni­ca wie­dzy, skom­pry­mo­wa­ny wszech­świat. W domu do tej pory nie było żad­nej en­cy­klo­pe­dii, wiel­ką gra­na­to­wą en­cy­klo­pe­dię po­dzi­wia­łem u są­sia­dów, łap­czy­wie oglą­da­łem gdzieś wiel­ką en­cy­klo­pe­dię so­wiec­ką, ist­nie­nia ta­kie­go cuda jak Broc­khaus czy Bri­tan­ni­ca nawet nie po­dej­rze­wa­łem, zresz­tą, co by mi po nich było, skoro nie zna­łem żad­ne­go ję­zy­ka. Teraz mia­łem wła­sną wy­rocz­nię, któ­rej kie­szon­ko­wy w grun­cie rze­czy for­mat mi w ogóle nie prze­szka­dzał: nie roz­miar się li­czył, lecz za­sa­da. A za­sa­da była pro­sta, Blake’owska: zmie­ścić świat w zia­ren­ku pia­sku, objąć nie­ob­ję­te, sca­lić po­ka­wał­ko­wa­ne. Wtedy wła­ści­wie na­ro­dzi­ła się moja bi­blio­te­ka: w pra­gnie­niu ładu, który po­tra­fię na­rzu­cić świa­tu, w złu­dze­niu, że świat można za­mknąć mię­dzy okład­ka­mi, że bi­blio­te­ka może imi­to­wać wszech­świat.

Oczy­wi­ście, lek­sy­kon to nie li­te­ra­tu­ra, ale fakt, że kilka lat póź­niej z tą samą łap­czy­wo­ścią czy­ta­łem "Ulis­se­sa", że leżąc w cho­ro­bie, po­sta­no­wi­łem prze­czy­tać całą "Ko­me­dię ludz­ką" Bal­za­ka, że jesz­cze póź­niej za­chły­sty­wa­łem się Pro­ustem - wszyst­ko to za­wdzię­czam zło­te­mu wo­lu­mi­no­wi o cien­kich kart­kach, który jak ko­me­ta zja­wił się w moim dzie­ciń­stwie i nigdy nie znik­nął z mo­je­go nieba, na któ­rym cały czas lśni idea ca­ło­ści.

I drugi mo­ment, z tego sa­me­go okre­su.

Mam dzie­sięć lat, oczy­wi­ście spę­dzam czas na grze w piłkę, pre­nu­me­ru­ję "Spor­tow­ca", sam wy­kle­jam al­bu­my wy­cin­ka­mi ze świa­ta lek­kiej atle­ty­ki, ale jed­nak cały ty­dzień cze­kam na so­bo­tę, żeby po lek­cjach szyb­ko wró­cić do domu, za­mknąć się z książ­ką w po­ko­ju, gdzie aku­rat ni­ko­go nie było (do cza­sów li­ce­al­nych nie mia­łem swo­je­go po­ko­ju), i mieć świa­do­mość, że nikt nie bę­dzie ode mnie ni­cze­go chciał przez naj­bliż­szych parę go­dzin.Co czy­ta­łem? Róż­no­ści: "Przy­go­dy Robin Hooda", "Mity grec­kie" mojej imien­nicz­ki, stare rocz­ni­ki "Prze­kro­ju" po­ży­czo­ne od są­sia­dów z góry, je­dy­nych in­te­li­gen­tów w oko­li­cy, we­ster­ny Wer­ni­ca, książ­ki o wy­pra­wie Nan­se­na na bie­gun.

Nie chcia­łem mieć nic wspól­ne­go ze świa­tem do­oko­ła, za­my­ka­łem się na klucz i czy­ta­łem, bu­du­jąc swoją for­te­cę, drugi dom, ba­ry­ka­dę, wznie­sio­ną prze­ciw­ko świa­tu, nie w jego imię. Ład i sa­mot­nia: jak­kol­wiek bym się bro­nił, nie od­pę­dzę tych fan­ta­zji.


Język i psy­cho­za

U Pro­usta czy­ta­my: Chcia­łem odło­żyć książ­kę, którą - jak mi się zda­wa­ło - wciąż jesz­cze trzy­mam w dło­niach, i zga­sić świa­tło; już we śnie, nie­ustan­nie prze­wi­ja­ły mi się przez głowę myśli zwią­za­ne z tym, co przed chwi­lą prze­czy­ta­łem, przy­bie­ra­ły one jed­nak cha­rak­ter dość oso­bli­wy; zda­wa­ło mi się, że to ja sam byłem tym, o czym trak­to­wa­ła książ­ka: ko­ścio­łem, kwar­te­tem, ry­wa­li­za­cją mię­dzy Fran­cisz­kiem I a Ka­ro­lem V.

Żródło
Dziec­ko jest tym, co prze­czy­ta­ło, do­kład­nie tak, jak z tru­dem sta­wia gra­ni­ce mię­dzy sobą i świa­tem. By odłą­czyć się od świa­ta i na­brać po­czu­cia wła­snej od­ręb­no­ści, dziec­ko musi na­uczyć się mówić. Do­pó­ki nie przej­dzie progu abs­trak­cji, bez któ­rej żaden język nie mógł­by nigdy po­wstać, dziec­ko nie umie od­na­leźć sie­bie poza świa­tem i jest w nim po uszy, jak zwie­rząt­ko, za­nu­rzo­ne. Zdol­ność abs­tra­ho­wa­nia, a więc także umie­jęt­ność mó­wie­nia, po­zwa­la mu odłą­czyć się od świa­ta i zna­leźć inny świat, nie tylko po­chło­nię­ty przez "tu" i "teraz". Tu jed­nak za­czy­na się nie­bez­piecz­na gra ze świa­tem, któ­rej staw­ka jest nie­zwy­kle wy­so­ka. Dzie­ci au­ty­stycz­ne nie chcą wró­cić do świa­ta i kryją się w po­za­ję­zy­ko­wej (naj­chęt­niej ma­te­ma­tycz­nej lub mu­zycz­nej) abs­trak­cji, jed­no­cze­śnie stro­niąc od wszel­kie­go kon­tak­tu ze świa­tem. Au­tyzm z jed­nej stro­ny wy­rzu­ca dziec­ko poza świat, z dru­giej jed­nak do­tkli­wie je w nim za­nu­rza, tyle że nie po­przez język, lecz po­przez nagie zmy­sły. Do­tkli­wo­ści tej nie ła­go­dzi w ich przy­pad­ku to, co po­win­no, zatem język, któ­re­go ge­nial­ność po­le­ga na tym, że z jed­nej stro­ny po­zwa­la nam prze­kra­czać ogra­ni­cze­nia em­pi­rii, z dru­giej jed­nak ści­śle po­dą­żać za na­szym do­świad­cze­niem. Czło­wiek może żyć w świe­cie tylko dzię­ki umie­jęt­no­ści sym­bo­li­za­cji, czyli tylko dzię­ki ję­zy­ko­wi. Ze­rwa­nie wię­zów ze świa­tem, a więc dys­funk­cja ję­zy­ka, pro­wa­dzi do psy­cho­zy.

Po­wrót

Co ma wspól­ne­go au­tyzm z czy­ta­niem? Kiedy dziec­ko za­czy­na czy­tać samo, robi drugi krok na dro­dze abs­trak­cji, znacz­nie po­waż­niej­szy niż pierw­szy, mia­no­wi­cie od­kry­wa nie tylko moż­li­wość in­ne­go świa­ta niż ten do­oko­ła niego, ale od­kry­wa cał­kiem inne świa­ty, różne od tego, do któ­re­go przy­wy­kło. Gdy matka siada przy łóżku Mar­ce­le­go, cud ję­zy­ka nie od­dzie­la go od świa­ta, gdyż sprze­ci­wia się temu obec­ność matki. Dziec­ko czuje się bez­piecz­nie u jej boku, bo kiedy skoń­czy się opo­wieść, nie zo­sta­nie po­rzu­co­ne na nie­zna­nych pust­ko­wiach, lecz wróci bez­piecz­nie, jak Ody­se­usz po la­tach błą­ka­nia, do swo­je­go łóżka. Dziec­ko musi na­uczyć się wra­cać do świa­ta, ale by to na­stą­pi­ło, musi wie­dzieć, musi czuć, musi ufać, że dom jest świa­tem, w któ­rym chce żyć i który ochro­ni go przed naj­dzik­szy­mi rze­cza­mi, ludź­mi i zda­rze­nia­mi. Gdy dziec­ko tego nie od­kry­je, zo­sta­nie na za­wsze w tam­tym świe­cie, świe­cie prze­czy­ta­nym, i nie­chęt­nie bę­dzie chcia­ło wra­cać do swo­je­go świa­ta, świa­ta prze­ży­wa­ne­go.

Ist­nie­je au­tyzm lek­tu­ry: świat jest zbyt do­tkli­wy, zbyt nie­do­bry, zbyt prze­ra­ża­ją­cy, by można się w nim od­na­leźć. Trze­ba w za­mian po­zo­stać jak naj­dłu­żej w tym innym, wy­obra­żo­nym uni­wer­sum, które cał­kiem pod­da­ne jest na­szej woli. Nikt nie może nam po­wie­dzieć, jak mamy czy­tać, choć tak wiele osób mówi nam, jak mamy żyć. Prze­rost za­sa­dy przy­jem­no­ści nad za­sa­dą rze­czy­wi­sto­ści pro­wa­dzi do wy­ko­rze­nie­nia. Lek­tu­ra może także nas zo­sta­wiać na skra­ju psy­cho­zy.

Źródło
Ale nie musi. Jak po­wia­da Pro­ust w eseju, który żar­li­wie tłu­ma­czy­łem na progu mo­je­go pi­sar­skie­go życia, lek­tu­ra "znaj­du­je się na progu życia du­cho­we­go; może nas tam za­pro­wa­dzić: nie może nim być". Czy­ta­nie nie może za­stą­pić nam życia du­cho­we­go, nie może także za­stą­pić nam świa­ta. Tak jak język nie jest za­miast świa­ta, lecz nas z nim łączy, tak i czy­ta­nie "jest dla nas bramą otwar­tą na wszyst­kie drogi pro­wa­dzą­ce na skraj świa­ta!". Jeśli młody Mar­ce­li ucie­kał od świa­ta, by zna­leźć schro­nie­nie w uko­cha­nej książ­ce, to do­ro­sły Mar­cel zro­zu­mie, że nie w książ­kach, ale w świe­cie trze­ba do­sko­na­lić trud­ną sztu­kę lek­tu­ry. Droga głów­ne­go bo­ha­te­ra "Po­szu­ki­wa­nia" usła­na jest zna­ka­mi, które na­le­ży wła­ści­wie zin­ter­pre­to­wać, któ­rych lek­tu­ry na­le­ży się wciąż na nowo uczyć. Ozna­cza to, że czy­ta­nie jest przede wszyst­kim od­naj­dy­wa­niem swo­je­go miej­sca wśród tego, co z po­cząt­ku nie­przy­ja­zne, a co na­le­ży w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku oswo­ić. Czy­ta­nie nie po­win­no nas wy­rzu­cać ze świa­ta, lecz uczyć jego ro­zu­mie­nia. Bo­ha­ter po­wie­ści Pro­usta mo­zol­nie od­czy­tu­je tekst świa­ta i czy­ta­jąc, czuje się zdra­dza­ny przez znaki pro­du­ko­wa­ne przez pa­ry­skie sa­lo­ny, przez uko­cha­ne osoby, przez dzie­ła sztu­ki. Nauka od­cy­fro­wy­wa­nia nie­ja­snych zna­ków świa­ta jest ko­niecz­nym wa­run­kiem umie­jęt­ne­go czy­ta­nia ksią­żek i od­wrot­nie: nie zro­zu­mie­my ludzi wokół nas, jeśli nie roz­wi­nie­my wy­obraź­ni dzię­ki książ­kom. Mar­cel do­pie­ro pod ko­niec swo­je­go ter­mi­no­wa­nia może usiąść do pi­sa­nia, gdyż do­pie­ro teraz, po­śród doj­mu­ją­cej ob­co­ści (od­kry­wa swoje po­wo­ła­nie na balu u księż­nej de Gu­er­man­tes) od­naj­du­je sa­me­go sie­bie. Od­naj­du­je tam, gdzie po­wi­nien szu­kać, w sobie samym; gdyby jed­nak od­krył to na samym po­cząt­ku, gdyby od razu za­mknął się w swo­jej sko­ru­pie, nie po­wsta­ło­by jego ogrom­ne dzie­ło, które - co łatwo wy­ka­zać - nie zo­sta­ło wy­snu­te z jego wnę­trza, ni­czym lepka sieć pa­ję­cza, lecz sple­cio­ne zo­sta­ło z róż­nych gło­sów: z tego, co na­pi­sa­li Sa­int-Si­mon, Bal­zac, Ru­skin, Ana­to­le Fran­ce, Sa­in­te-Beu­ve, Cha­te­au­briand i wielu, wielu in­nych. Jeśli lek­tu­ra to "im­puls po­cho­dzą­cy od in­ne­go ducha, ode­bra­ny jed­nak w łonie sa­mot­no­ści", to jest to także de­fi­ni­cja pi­sa­nia. Mar­cel siada do pi­sa­nia nie na po­cząt­ku swej nauki lek­tu­ry, lecz na końcu. I za­my­ka się przed świa­tem, otwie­ra­jąc wsze­la­ko na świat sa­me­go sie­bie.

Piłka nożna. Tre­ning

Tak, czy­ta­łem dużo, ale nie pa­mię­tam szcze­gól­nie swo­ich dzie­cię­cych lek­tur, bo - jak mówię - nie chcia­łem się za­do­ma­wiać w świe­cie, któ­re­go były cząst­ką. Przed au­ty­zmem, a jed­no­cze­śnie tym nie­chcia­nym świa­tem, ochro­nił mnie sport i "la­ta­nie po dwo­rzu". Nie mo­głem się nigdy do­cze­kać wio­sny. Gdy tylko śnieg znikł z trawy, wy­bie­ga­li­śmy tam, gdzie się dało, na różne bo­iska, traw­ni­ki, as­fal­ty, przy­do­mo­we skraw­ki i przez 7 mie­się­cy "rżnę­li­śmy w piłę". Na­zwi­sko Edson Ar­ran­tes do Na­sci­men­to bu­dzi­ło we mnie oży­wie­nie nie­po­mier­nie więk­sze niż Mi­gu­el de Ce­rvan­tes Sa­ave­dra, a mecze od rana do wie­czo­ra uczy­ły mnie zgrab­nych prze­rzu­tów na skrzy­dło do szyb­szych ko­le­gów. Tak mi­nę­ła moja mło­dość w małym po­wia­to­wym mia­stecz­ku, w któ­rym naj­więk­szą atrak­cją było bo­isko przy­le­ga­ją­ce do po­nie­miec­kie­go cmen­ta­rza. Cień śmier­ci przy­kry­wał roz­ko­sze cie­le­sne­go wy­czer­pa­nia i gdy tylko komuś nie udało się tra­fić w bram­kę (w któ­rej stra­szył swoim ogrom­nym ciel­skiem star­szy ko­le­ga zwany "Pa­cjen­tem"), mu­siał bro­dzić mię­dzy gro­ba­mi w po­szu­ki­wa­niu piłki.

Źródło
Sport za­wład­nął moją wy­obraź­nią do tego stop­nia, że kiedy oj­ciec w przy­pły­wie nie­zna­nej mi do tej pory do­bro­ci (praw­do­po­dob­nie jed­nak pod wpły­wem cze­goś cał­kiem in­ne­go) po­sta­no­wił kupić mi książ­kę, wy­pa­trzy­łem na wy­sta­wie je­dy­nej księ­gar­ni w mie­ście rzecz pod­sta­wo­wą - jak my­śla­łem wów­czas - dla mo­je­go wy­kształ­ce­nia, mia­no­wi­cie pod­ręcz­nik Je­rze­go Ta­la­gi pod wstrzą­sa­ją­co czy­tel­nym ty­tu­łem "Piłka nożna. Tre­ning", za równe zło­tych dwa­dzie­ścia. Oczy­wi­ście ry­chło się oka­za­ło, że książ­ka ta nie nada­wa­ła się do ni­cze­go, ale tak czy owak otwo­rzy­ła ona przede mną nowy świat, któ­re­go ledwo do­strze­gal­ne kon­tu­ry wi­dzial­ne już były znacz­nie wcze­śniej, kiedy jako kil­ku­la­tek, ledwo na­uczo­ny czy­ta­nia, śmia­ło z są­sied­niej bi­blio­te­ki wy­bra­łem "Pa­mięt­ni­ki" Papy Stam­ma. I tak szli­śmy do domu: oj­ciec z kanką pie­nią­ce­go się piwa, ja z opo­wie­ścia­mi o tym, jak Pol­skie chło­pa­ki biły Ru­skich na Mi­strzo­stwach Eu­ro­py w War­sza­wie. W wieku dzie­cię­cym i nie­le­d­wie póź­niej­szym nie zna­łem Lon­do­na, Car­rol­la Le­wi­sa i Cur­wo­oda, ale prze­czy­ta­łem chyba wszyst­ko, co na temat spor­tu wy­da­no po woj­nie po pol­sku, od re­la­cji z olim­piad po po­cząt­ki pol­skie­go fut­bo­lu na Bło­niach, od le­gend na temat bomby Er­ne­sta Pola, która wstrzą­snę­ła Szko­cją, po hi­sto­rię życia po­tom­ka pol­skich emi­gran­tów, Kopy Ko­pa­czew­skie­go, króla strzel­ców na pił­kar­skich mi­strzo­stwach w Szwe­cji. Czy­ta­łem z wy­pie­ka­mi na twa­rzy o wszyst­kich spor­tach, jed­nak naj­więk­sze po­żą­da­nie bu­dzi­ła we mnie książ­ka, która zda­wa­ła się za­wie­rać w sobie wszyst­ko i była wów­czas cał­kiem dla mnie nie­osią­gal­na: "Świa­to­wa piłka nożna" Ja­nu­sza Ku­kul­skie­go z roku 1974.

Po­wia­to­wy Bo­uvard

Jakże ja ma­rzy­łem o tym, żeby ją mieć! Dla­cze­go? Bo zna­leźć w niej można było hi­sto­rię ar­gen­tyń­skich i bra­zy­lij­skich klu­bów, kiedy po­wsta­ły, ile ty­tu­łów mi­strzow­skich wy­wal­czy­ły, kto ile bra­mek strze­lił i tak dalej. Gdy ją wer­to­wa­łem, czu­łem się jak bo­ha­ter "Wio­sny" Schul­za oglą­da­ją­cy kla­ser swo­je­go ko­le­gi, w któ­rym wy­bu­cha­ły ko­lo­ro­wym bla­skiem znacz­ki z od­le­głych kra­jów, któ­rych nigdy nie wi­dzia­łem, lecz o któ­rych na­mięt­nie czy­ta­łem. Po­sta­no­wi­łem mieć tę książ­kę, ale że nie mo­głem jej ni­g­dzie do­stać, chwy­ci­łem się in­ne­go, bar­dziej fa­na­tycz­ne­go spo­so­bu. Zo­sta­łem ko­pi­stą.

Co­dzien­nie po szko­le cho­dzi­łem do Bi­blio­te­ki Miej­skiej w mie­ście wo­je­wódz­kim i tam stro­na po stro­nie prze­pi­sy­wa­łem w czy­tel­ni wie­ko­pom­ne dzie­ło dok­to­ra Ku­kul­skie­go do spo­re­go ka­je­tu. Nie wiem, ile udało mi się prze­pi­sać, ale mu­sia­ło być tego sporo. Nie wiem, kim byłem, Bo­uvar­dem czy Pécu­che­tem, za­pew­ne oby­dwo­ma naraz, ale wiem, że tak jak pra­gnie­nie przy­bli­że­nia od­le­głe­go świa­ta wy­bu­chło z ogrom­ną siłą i na­pę­dza­ło mnie przez wiele ty­go­dni, tak z rów­nie ogrom­ną siłą, cał­kiem nagle, jakby tylko cze­ka­jąc na do­god­ny mo­ment, zmie­ni­ło swą po­stać. Pew­ne­go dnia bi­blio­te­kar­ka wo­je­wódz­ka za­miast za­mó­wio­ne­go tomu pił­kar­skie­go przy­nio­sła mi z ma­ga­zy­nu przez po­mył­kę cał­kiem inną książ­kę. Był to "Ka­mień fi­lo­zo­ficz­ny" Mar­gu­eri­te de Your­ce­nar. Wsty­dzi­łem się po­wie­dzieć, że to nie moja książ­ka, więc za­czą­łem uda­wać, że ją czy­tam. Ileż jed­nak można uda­wać? Ry­chło wcią­gną­łem się w świat, który urzekł mnie swoją nie­tu­tej­szo­ścią, swoim kom­plet­nym ode­rwa­niem od tego, co wi­dzia­łem po wyj­ściu z Bi­blio­te­ki Miej­skiej w mie­ście wo­je­wódz­kim. Tak po raz ko­lej­ny na­ro­dzi­łem się jako czy­tel­nik, tyle że teraz wie­dzia­łem już na pewno: mam w ręku praw­dzi­wy ka­mień fi­lo­zo­ficz­ny. Rzu­ci­łem hi­sto­rię klu­bów pił­kar­skich w dia­bły na za­wsze. Wkrót­ce za­czą­łem pisać.

Po­bud­ka

Nie mam wąt­pli­wo­ści, że sport na nowo za­ko­rze­nił mnie w świe­cie, od któ­re­go sta­ra­łem się z róż­nych po­wo­dów uciec, mię­dzy in­ny­mi dzię­ki czy­ta­niu. I także sport, pa­ra­dok­sal­nie, do­pro­wa­dził mnie do pi­sa­nia, choć by to na­stą­pi­ło, mu­sia­łem przejść przez żmud­ną drogę ko­pi­sty. We­dług Pro­usta, lek­tu­ra "staje się (...) za­gro­że­niem, gdy za­miast po­bu­dzać nas do życia du­cho­we­go, stara się je za­stą­pić, gdy praw­da nie ob­ja­wia się nam już jako ideał, do któ­re­go mo­że­my do­trzeć je­dy­nie dzię­ki we­wnętrz­ne­mu po­stę­po­wi na­szej myśli i wy­sił­ko­wi na­sze­go serca, lecz jako rzecz ma­te­rial­na, zło­żo­na mię­dzy kart­ki książ­ki ni­czym miód do­stęp­ny dla wszyst­kich i cze­ka­ją­cy tylko mię­dzy pół­ka­mi bi­blio­te­ki, by go ze­brać i sma­ko­wać w do­sko­na­łym spo­czyn­ku ciała i umy­słu". I wcze­śniej, w tym samym eseju "O czy­ta­niu", Pro­ust po­wia­da, że to, co dla au­to­ra jest wnio­skiem, dla nas jest je­dy­nie wpro­wa­dze­niem do dal­szej pracy. "Bar­dzo traf­nie czu­je­my, że nasza mą­drość za­czy­na się tam, gdzie koń­czy się mą­drość au­to­ra, my zaś chcie­li­by­śmy otrzy­mać od­po­wie­dzi na nur­tu­ją­ce nas py­ta­nia, pod­czas gdy on może nas tylko ob­da­ro­wać pra­gnie­nia­mi". Wła­śnie tak to widzę, nie ina­czej. Gdy­bym miał po­wie­dzieć, dla­cze­go tyle czasu spę­dzam na czy­ta­niu, dla­cze­go za­my­kam się z książ­ką w domu, dla­cze­go czy­tam ją w parku, w me­trze, w sa­mo­lo­cie, w ho­te­lu, to nie widzę in­ne­go po­wo­du niż ten pod­kre­ślo­ny przez Pro­usta. Nie cho­dzi mi o wie­dzę, nie cho­dzi mi o pa­mięć, nie cho­dzi mi o prze­trwa­nie, nie cho­dzi mi o uciecz­kę. Czy­tam, by pod­trzy­my­wać swoje pra­gnie­nia, dla któ­rych naj­lep­szym uj­ściem jest pi­sa­nie. Ucie­kam ze świa­ta, by się w nim po­now­nie zna­leźć, od­mie­nio­ny, ale wciąż pełen pra­gnień. Zo­sta­wiam da­le­ko za sobą po­wia­to­we mia­stecz­ko, w któ­rym za­my­ka­łem się z Robin Ho­odem i Małym Joh­nem, by nie mieć ze świa­tem nic wspól­ne­go, i otwie­ram sze­ro­ko okno, by znad książ­ki uno­sić głowę i wpa­try­wać się pil­nie w to, co się dzie­je do­oko­ła.
MI­CHAŁ PAWEŁ MAR­KOW­SKI jest pro­fe­so­rem na Wy­dzia­le Po­lo­ni­sty­ki UJ oraz Hejna Fa­mi­ly Chair in Po­lish Lan­gu­age and Li­te­ra­tu­re na Uni­ver­si­ty of Il­li­no­is w Chi­ca­go. Dy­rek­tor ar­ty­stycz­ny Mię­dzy­na­ro­do­we­go Fe­sti­wa­lu Li­te­ra­tu­ry im. Jo­se­pha Con­ra­da. Ostat­nio opu­bli­ko­wał pod­ręcz­nik "Pol­ska li­te­ra­tu­ra no­wo­cze­sna. Le­śmian, Schulz, Wit­ka­cy" oraz zbiór ese­jów "Życie na miarę li­te­ra­tu­ry".

 
Esej ukazał się w Tygodniku Powszechnym, dnia 11 maja 2010 roku (20/2010) z cyklu „Książki w Tygodniku”.

0 komentarze:

Źródło Okładka jest czarno-biała. Klasycznie. Elegancko. Podoba mi się, bardzo pasuje do Marlene Dietrich. I to magnetyczne zdjęcie ...

Marlene


Źródło
Okładka jest czarno-biała. Klasycznie. Elegancko. Podoba mi się, bardzo pasuje do Marlene Dietrich. I to magnetyczne zdjęcie - siedzi bokiem, głowę ma zwróconą tyłem, ciemna sukienka odkrywa tylko fragment pleców i obłędnie zgrabną nogę. Jest piękna, tajemnicza, magnetyczna, wręcz posągowa. Epatuje kobiecością, ekstatyczną zmysłowością. Prawdziwa gwiazda, jakich dziś szukać ze świecą. Kiedy wchodziła na scenę publiczność oklaskami prowadziła ją do mikrofonu, a ona delektowała się tym momentem. „Glos Marleny ma półtorej oktawy. Jej najniższy ton odpowiada najniższemu dźwiękowi altówki. Frazuje nadzwyczajnie subtelnie: sprawia, że parlando staje się popularne, rozwija je.

Książka, jak sama mówi autorka - Angelika Kuźniak, jest reportażem, nie biografią. Przedstawiono w niej zaledwie wycinki życia Dietrich, które mają ją pokazać przede wszystkim, jako człowieka. Kto czytał “Papuszę” zna warsztat Kuźniak i wie, że ma ona niepowtarzalny styl. Porównuję go do robienia na drutach albo na szydełku, misterny, wspaniale plecie historie rozwijając kłębek wydarzeń. Ze szmat do podłóg, flakonów perfum, fragmentów wypłowiałych futer, peruk, filtrów do światła wynurza się nie posąg, a obraz człowieka pełnego sprzeczności, tak bardzo ludzkiego jak każdy z nas.  Ile po niej zostanie? Garstka popiołu i dwadzieścia pięć ton pamiątek przekazanych do berlińskiego archiwum? Każdy z tych przedmiotów jest nośnikiem legendy, prowadzi czytelnika za kulisy występów.

Źródło
Poznajemy aktorkę w wieku 60 lat. Przed nią dwa tournée po Polsce i planowany powrót na koncerty do ukochanych Niemiec, od których odwróciła się na początku dyktatury Hitlera. Całą okupację śpiewała dla amerykańskich żołnierzy, teraz ma stanąć przed publicznością, która nią gardzi, obrzuca jajkami i zarzuca zdradę. Jej, wielkiej diwie, którą uwielbia świat. Związek Marlene z ojczyną był skomplikowany, bo ona pozostała nieprzejednana w ocenie historii i postawy rodaków wobec terroru, w obliczu szaleństwa. W Polsce urzekli ją ludzie i Warszawa podniesiona z ruin. Zauroczyła ją melodia Niemena w piosence „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, duet Marek i Wacek i Zbyszek Cybulski.

Była surowa dla kochanych ludzi i samej siebie, wymagająca, perfekcyjna. Była panią samej siebie. Ona stworzyła Marlene, zamiast Marii Magdaleny, nikt inny. Dbała o wszystko w najdrobniejszych szczegółach sama: kontrakty, plany koncertów, księgowość, ustawianie świateł, odpowiednia długość kotar w hotelach, makijaż, który z czasem zabierał godziny, retusz fotografii. Na próbie o czasie, ba, dwie godziny przed spektaklem. Matka wpajała jej „(…) zasady są niepodważalne i nie podlegają dyskusji.” Zawsze gotowa, profesjonalna do bólu. W domu, ku zdziwieniu wielu, gotowała, wypiekała, szorowała kafelki. Sama. Wszystko zanotowane: kursy walut w kraju gdzie koncertuje, temperatura powietrza, kierunek wiatru. Stosy fiszek i zapisków. Pod koniec jej życia, notesy zajmowały większość sypialni, w której zamknęła się na ponad siedemnaście lat. Strzegła swojej prywatności do końca. Skrupulatnie wybierając komu udziela wywiadu i kto ją fotografuje. Umarła sama, wśród lepkich plam rozlanej whisky, fiolek po lekach, zapachu moczu. „Grób Marleny. Jest taki, jak chciała. Prosty, żołnierski.”

Kuźniak nie ocenia, maluje obraz, bardzo emocjonalny, bardzo treściwy, bardzo prawdziwy. Niby tylko dwa fragmenty z życia, a jednak powiązane misternie z dzieciństwem, wojną, rodziną. Czujemy się tak, jakbyśmy siedzieli cały czas tuż obok Dietrich. To portret bez cenzury, którą nakładała na wszystko sama aktorka. Królowa jest naga. Wychodząc ze scenicznej roli wampa i gwiazdy, okazywała się bardzo ciepłą, emocjonalną osobą, o niezłomnej energii i odwadze. Z drugiej strony miała ogromną potrzebę akceptacji, uwielbienia oraz kontroli. Być może był to jej sposób obrony. Kuźniak zrobiła kawał dobrej i rzetelnej roboty, analizując pamiątki, listy, notatki Dietrich i skrupulatnie opisując to, co stanowi ich esencję. Przedstawione na zakończenie kalendarium, to majstersztyk: zapis kolejnych lat, ale absolutnie bez sztampy, za to pełen anegdot, cytatów, ciekawostek.  Wisienka na torcie.
 

Angelika Kuźniak „Marlene” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

3 komentarze:

Długo zdobywałam t ę  książkę. Nie wiem, dlaczego przegrywałam wszystkie kolejne aukcje, albo właśnie ktoś kupował ostanie egzemplarze ...

Buszujący w kukurydzy…


Długo zdobywałam tę książkę. Nie wiem, dlaczego przegrywałam wszystkie kolejne aukcje, albo właśnie ktoś kupował ostanie egzemplarze w antykwariatach, albo zderzałam się z napisem ”produkt niedostępny”. A kiedy w końcu się udało i egzemplarz do mnie dotarł ... okładka poraziła mnie swoją tandetnością. Timoty Dalton i Emmanuelle Béart (a może Audrey Tatou?) i wiszący nad ich głowami zakrwawiony sztylet albo kosa. Nie wyglądało to zachęcająco. Cały czas myślę, co zainspirowało grafika do wyboru akurat takiej szaty graficznej, niczym Harlequin odarty z kiczowatej seksualno-romantycznej powłoczki. Ale nic to, pakuję się i jadę z główną bohaterką, Julią Dobrowolską, do Bułkowic. Miasteczko jakich wiele - dworzec, gospoda „Pod Dębem”, ratusz i jego pochodne - wieża ratuszowa, bar „Ratuszowa”. Cisza, letni spokój i rozleniwienie. Nuda, która rozbijają tylko hałaśliwi, młodzi letnicy. Aż tu pewnego dnia, wśród kukurydzy znaleziono ciało młodej dziewczyny, ciało bez głowy. „To Topielica” krzyczały dzieci, ale i dorośli drżeli, zamykając domu i chowając się przed światem. Ulice pustoszały po zmroku, tylko delikatnych ruch firanek w oknach zdradzał obecność i czujność mieszkańców. To będzie nowość dla pani detektyw Julii, która do tej pory zajmowała się drobnicą – niewierni małżonkowie, zaginieni nastolatkowie lub koty. Śledztwo w Bułkowicach ma zupełni inny kaliber - sprawa Żniwiarza to morderstwo okrutne. Julia od razu zdobywa moją sympatię. Jest bystra, pewna siebie, zorganizowana i ma wspaniale cięty język. Typ niezależnej i pragmatycznej kobiety. Pracuje z mężczyznami, policjantami, ale świetnie radzi sobie z ich docinkami, taki „chandlerowski detektyw Marlowe”. Drobna, wysportowana blondynka, psycholog z wyksztalcenia, ma wspaniały dar obserwacji i zdaje się bezbłędnie wyczuwać swoich rozmówców, ich zawahania, próby ukrycia faktów, ściemy i kłamstwa. Kobieta z blizną, intryguje, zaskakuje. Małe miasteczko, jak to małe miasteczko z pozoru „wsi spokojna”, a tuż pod warstwą lukru, wielkie bagno hipokryzji i tysiące zatajanych spraw, które uwierają od lat. Norma. Podejrzani są w zasadzie wszyscy: doktor Wawrzycki i jego córka Olga, policjant Śmiałek, ksiądz Franciszek, stara czarownica Tekla, dziennikarz Bergen, ministrant Jarosz, przystojny sierżant Duraj …. Najgorsza jest jednak ta ściana milczenia, nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Trzeba zaangażować sporą dawkę sprytu i podstępu, żeby nakłonić ludzi do mówienia i przypominania sobie. A może to po prostu urok osobisty Julii? To układanka z 10,000 puzzli. Kryminał przedni, ale jest coś jeszcze. Mniej więcej w połowie książki, wraz z pojawieniem się siostry głównej bohaterki – Eulalii- narasta napięcie…seksualne. Tak, będzie romans, albo nawet dwa, do tego dodatkowe trupy. Mistrzowskie zaskoczenie i pokręcenie historii, ze szczyptą pop kulturalnych odniesień. Bardzo przypadło mi to do gustu i myślę, że taki pomysł na poprowadzenie akcji wynika poniekąd ze starań autorki w kwestii kreacji samej siebie. Gaja Grzegorzewska chce być postrzegana jako stereotypowa blondynka, ba antyintelektualistka. Odwiedźcie jej profil na Facebook’u. Specyficzne poczucie humoru mogą odcyfrować tylko najbliżsi. Autorka zakłada maskę i zdecydowanie ucieka w błazeństwo, które może się wydawać po prostu przekombinowaniem albo, co gorsze, feministyczną (teraz także gederową) manifestacją. Nic z tych rzeczy. Pamiętajcie: poczucie humoru i trochę dystansu!

Gaja Grzegorzewska zdradziła w wywiadzie dla Wysokich Obcasów, że pomysł na tę książkę zrodził się w czasie samotnej przejażdżki rowerowej, gdy „w uszach zadzwoniła jej złowroga cisza” i napisała ją w sumie dla siebie, do szuflady. Jak dobrze, że powieść nie utknęła tam na wieki i zapoczątkowała bardzo udaną serię. W 2010 Grzegorzewska zdobyła nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepsza powieść kryminalną lub sensacyjną dla „Topielicy”. To świeża twarz polskiego kryminały i godna konkurentka dla Chmielewskiej i Krajewskiego.

Gaja Grzegorzewska „Żniwiarz” Wydawnictwo EMG, Kraków 2006










Wysokie Obcasy "Gaja Grzegorzewska - kobieta bez waty językowej", 18.02.1013


6 komentarze:

Palazzo Vecchio, Florencja Eseje Zagańczyka uwiodły mnie kompletnie. Namalowane pięknie słowem obrazy Toskanii rozłożyły się w mojej...

Głosy Toskanii


Palazzo Vecchio, Florencja
Eseje Zagańczyka uwiodły mnie kompletnie. Namalowane pięknie słowem obrazy Toskanii rozłożyły się w mojej głowie. Zapachniało cyprysami, gorzkimi pomarańczami, białymi truflami i oliwą. Poczułam promienie słońca na ciele. Totalne rozleniwienie. Jadę vespą wśród biało-żółtych murów. Małomiasteczkowa atmosfera, każdy dom wydaje się zabytkiem. W dolinach rozpościerają się winnice ze szczepami merlot lub cabernet. Idealnie. Tyle bodźców jednocześnie, a jednak czuje spokój. Widzicie ten obrazek? Wyrafinowane piękno. Ja zanurzyłam się w nim całkowicie. Szkoda, że w tym roku nie będę mogła doświadczyć tego wszystkiego na własnej skórze. A może zobaczyć to miejsce oczami kogoś innego, kto je zna, kto wie jak i gdzie patrzeć, żeby nic nie umknęło?. Giorgio De Martino to pisarz i pianista, który współpracował z Andreą Bocellim, stworzył ciekawy przewodnik – „Głosy Toskanii”. Nietypowy. Bardziej spacerownik, wspominkownik, nie do końca album, ale udana kombinacja tych trzech. Wspaniale podkreśla to, co w podróżowaniu najważniejsze: poza turystycznymi atrakcjami, otacza nas cała gama doznań, możliwości uczenia się, kolorów, muzyki, ludzi, historii, smaków. Przyjemna uczta dla oka. Pisarza wspiera Andrea Bocelli, Toskańczyk z krwi i kości, człowiek przepełniony muzyką. Sławny tenor przewija się  na kartach tej książki, gdzieś w tle, dyskretnie. Kosztujemy słodkich czereśni z Lari, śródziemnomorskiej maki, wołowiny Mucco Pisano. Siarczane spa w Termach w san Guiliano, domy wieże w Wietrznym Mieście, Perła Afrodyty, największe mokradła we Włoszech, czy pofalowane wzgórza Sieny. Lista achów i ochów jest nieskończona. „Toskania jest regionem z duszą. Nie można traktować jej wyłącznie w kategoriach geograficznych, jako miejsca, które wystarczy „zwiedzić”.”

Ponte della Maddalena
De Martino używa bardzo eleganckiego języka, w którym czuć pewne skupienie i dbałość o szczegóły, zachęcające do aktywnego odkrywania tej krainy. Czuć dbałość mieszkańców o ten zakątek, co wspaniale utwierdza mnie w przekonaniu, że przeszłość i teraźniejszość mogą współistnieć. Tekst jest napisany tak jakby autor chciał rozmawiać z czytelnikiem i jednocześnie poruszać w nim różne emocje. Dzięki wprowadzeniu cytatów sławnych osób, związanych z tym miejscem, „toskańska” magia trwa. Ten wielogłos niesie nas, odrywa od ziemi i wznosi, ku wspaniałym doznaniom.

Książka zawiera około 150 kolorowych fotografii autorstwa Giuseppe Moscato i, co ciekawe, część pochodzi z dawnych lat z prywatnego archiwum artysty. Bardzo się cieszę, że mogę kilka zaprezentować wraz z tym wpisem. Zawsze chciałam mieć post z całą masą zdjęć, a ten jest setny ...



 



Livorno

 

Giorgio De Martino „Głosy Toskanii” Wydawnictwo Olesiejuk, Ożarów Mazowiecki 2014

3 komentarze:

 Źródło Chciałabym uciec gdzieś na urlop. Tak, wiem dopiero wróciłam, ale mnie zawsze mało, północ czy południe to bez znaczenia. L...

Od Toskanii do Grochowa


Źródło
Chciałabym uciec gdzieś na urlop. Tak, wiem dopiero wróciłam, ale mnie zawsze mało, północ czy południe to bez znaczenia. Lubię być w drodze. Aby chociaż połowicznie spełnić marzenia sięgam po „Cyprysy i topole” Zagańczyka. Niepozorna książka, kryjąca cały ogrom bogactwa. To lubię. Są takie zapiski z podróży, które prowadzą w miejsca mało znane, do tego bocznymi drogami. Zapiski, które skupiają niezwykłą wiedzę, erudycję, jakiej próżno szukać w google.com czy standardowych bedekerach. Zapiski, w których najprostszy pejzaż przywołuje wspomnienia kiedyś przeczytanych mitów, obejrzanych fresków, zasłyszanych anegdot. W ten sposób budzą się do życia miejsca i ludzie zapomniani, nieodkryci. Jak u Theroux, Chatwina, Sebalda czy Stasiuka. Niespiesznie, ascetycznie, melancholijnie i z czułością, skokami po tematach. Jedni mówią, że to nudne, „czytam i czekam, aż się rozkręci”. To nie „podróże w stylu gwiazd”, a samotny skok do miejsc nieskradzionych przez nachalne migawki aparatów. Kompilacja wiedzy i ruchu. To poruszanie ramionami zegara wstecz, aby oczami wyobraźni na nowo zobaczyć budynki, ogrody i ludzi, których nie ma, z którymi historia rozprawiła się brutalnie. Pocztówki zamknięte w esejach. Zagańczyk nie sili się na wyszukany język, pisze prosto, ale pięknie. Bardzo często cytuje innych autorów: Jelińskiego, Przybylskiego, Herberta, Brodskiego, Nabokova. Zabiera z sobą w podróż mnóstwo książek, są one jak drogowskazy, jak suflerzy, jak dyskretny chór komentarzy. Można utonąć w erudycyjnych skojarzeniach, w przeplatankach doznań własnych oraz wędrujących poprzedników. Nie trzeba czytać od deski do deski, można sączyć i delektować się niczym winem. Zalecam tę formę, żeby nie czuć przesytu i przygniecenia. Tak, to już jest z podróżującym intelektualistą.

Podróż (…) jest niczym rama obrazu, wydobywa z przedstawionego świata to, co w nim najważniejsze, jest rodzajem ostatecznego sprawdzianu, do czego jesteśmy zdolni, jak zachowamy się wśród rzeczy i ludzi nieznanych.”

Żródło
Zagańczyk rusza na wyprawę śladami ulubionych malarzy i pisarzy. Pierwszą część książki poświęca głównie Włochom: Toskanii, Ferrarze, Florencji, Pizie, Wenecji, ale także Krecie, Korsyce. Najpierw wśród cieni cyprysów, pinii i etruskich urn, które nie są tylko skatalogowanymi przedmiotami, a „wizytówka zmarłych” i elementem wizji pogodnej śmierci. Później spaceruje w Asolo, znanego głównie jako miejsce zamieszkania trzech kobiet: Katarzyny Cornaro, ostatniej królowej Cypru, Eleonory Duse wielkiej aktorki i Frey Stark podróżniczki. Wchodzi na wieżę, ale nie tylko tą w Pizie, inną, mniej znaną w Donnini, i tylko dlatego, że pisał tam Chatwin? Następnie kieruje się na północ, do Inflantów, Berlina i … Byszew, okolic bliskich Iwaszkiewiczowi, których ślady można znaleźć w na przykład w „Pannach z Wilka”. Nowosolna, Skoszewy, Dobra. Dawny dwór, zamieniony na PGR, dziś zupełnie zrujnowany. To świat miniony, „ogród upadły”. Zderzenie literackich obrazów z rzeczywistością czasem przynosi smutną refleksję, czasem wzruszenie, zawsze emocje. Czytanie tych esejów jest jak włączenie przycisku pauzy. Stop świecie zatrzymaj się na sekundę, żeby przez moment zobaczyć jaki byłeś, lub jesteś piękny w najprostszych odsłonach.

 
Marek Zagańczyk „Cyprysy i topole”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012

0 komentarze:

Olga Kirch ma trzydzieści lat. Czym się zajmuje? „ Wyręcza innych w zarabianiu pieniędzy ”. Analizuje, hedguje, kupuje, wystawia rekomend...

Płotki, rekiny i fundusze inwestycyjne


Olga Kirch ma trzydzieści lat. Czym się zajmuje? „Wyręcza innych w zarabianiu pieniędzy”. Analizuje, hedguje, kupuje, wystawia rekomendacje, sprzedaje – zarządza portfelem papierów wartościowych pewnego funduszu. Jest bardzo zdolna, ma świetne wyniki, kariera kwitnie. Owszem brakuje czasu na „normalne życie”, czytaj rodzinę. Ale chłopak vel. kochanek jest, piękne mieszkanie w kamiennicy jest, konto zasilane konkretną pensją jest. W weekendy i wakacje wypady do egzotycznych rejonów świata lub uprawianie ryzykownego hobby. Adrenalina musi być na wysokim poziomie przez cały czas. Dla niektórych: żyć nie umierać. Tylko, że Olga jest inna. Owszem pozostaje profesjonalistką, ma niezłą intuicję i umiejętności dobrego przewidywania, stąd jej wyniki, ale ma też cos jeszcze: skrupuły. Nie jest rekinem, a raczej superbohaterem w spódnicy. Ma zasady wśród, których dominuje dbałości o klienta i jego pieniądze. Ta cecha łączy ją z grubą rybą Wall Steet – Davidem Bernstein’em. Płotka i rekin w symbiozie przyzwoitości, która „pozwala im patrzeć w lustro (...) i nie brzydzić się siebie, kiedy czytam w gazetach o własnych decyzjach”.
Źródło
Świat warszawskiej finansjery być może jest tylko skromnym zapleczem dla takich gigantów jak Wall Street, Londyn czy Frankfurt, ale może stać się ciekawym narzędziem w rozgrywkach między najgrubszymi rybami. Są tu młodzi finansiści z mlekiem pod nosem, są też starzy wyjadacze, pozostałości poprzedniego systemu, bardzo sprawni w „załatwianiu”, przekupywaniu i pociąganiu za sznurki. Wszyscy próbują minimalizować ryzyko i maksymalizować zyski. Pazerność kontra etyka. Lekki spadek kursu i ogromne straty, dla jednych to tylko część matematycznego równania, dla innych dramaty życia, straty oszczędności, emerytur. Kadra zarządzająca i jej konszachty ze światem polityki i biznesu. Roszady i ustawki w czasie walnych zgromadzeń, tymczasowe sojusze, handel stanowiskami w radach nadzorczych. To jak prawdziwa jazda na kolejce górskiej z domieszką piłkarskiej „kiwki”. Raz na byku, raz na niedźwiedziu. Pęd niesamowity. Kto kogo podkopie pierwszy, kto ma w rękawie większy atut i kto zna przeciwnika lepiej. Nie ma zasad, wyciągane są wszelkie brudy, aby osiągnąć cel. Cum finis est licitus, etiam media sunt licita.
 
Źródło

Tytuł K.I.S.S, to akronim zasady „Keep it Simple Stupid”, czyli nic innego jak: ”najprostsze sposoby pozostają najlepsze”, nie kombinuj, bierz, co dają. Nie ma tu nic o zespole rockowym, ani technikach całowania, no chyba, że z samym diabłem. Literacko nie jest to z pewnością najwyższa półka, nagle pojawiający się wątek smutnego dzieciństwa, trochę dziwi w tym wszystkim, dobrze, że nie został rozwinięty. Trzeba jednak mieć niezłe umiejętności gawędziarskie, żeby ciekawie opowiadać o sprawach finansów, a tym bardziej inżynierii finansowej, czy krachu w 2008 roku, czy metodach analizy finansowej. Zasypiacie już na samą myśl? Nie znajdziecie tu nadęcia i tonu wykładowcy akademickiego, za to w całkiem niezły klimat powieści sensacyjnej. Tomasz Prusek jest publicystą Gazety Wyborczej oraz analitykiem i obserwatorem rynków kapitałowych. Czytałam kiedyś jego artykuły, z racji wykształcenia i zainteresowań. To nie jest bełkot szalonego maklera, ani żonglowanie obcobrzmiącymi słowami: model CAPM, wypukłość obligacji, kontrakt collar. Akcja trzyma w napięciu cały czas, jest groźnie, są spiski, brudne zagrywki, chwyty poniżej psa, seksistowskie zachowania, góry pieniędzy.

  
Tomasz Prusek „K.I.S.S” Wydawca Agora S.A, Warszawa 2014












Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Agora



 

0 komentarze:

Źródło Czy przytrafiło Wam się kiedyś natknąć na książkę samotnie leżącą, na przykład w pociągu, albo na ławce w parku? A może widzie...

Książkowe wymianki


Źródło
Czy przytrafiło Wam się kiedyś natknąć na książkę samotnie leżącą, na przykład w pociągu, albo na ławce w parku? A może widzieliście małe skrzynki, gabloty, czy regały na dworcach, w knajpkach, w  kinie, w parku, teatrze, przy fontannie? I czy naszła Was taka myśl – kto je tu zostawił i czy mogę sobie poczytać? Nie trzeba być takim nieśmiałym, bo właśnie o to chodzi. Czytać proszę państwa, można a nawet trzeba! Jest jeden wszakże warunek, książki przekazujemy dalej lub, w nomenklaturze bookcrossing’u, uwalniamy. Nie przywłaszczamy i nie podkradamy. Bo książka tak naprawdę żyje w rękach czytelnika. Oto ruch wyzwalania książek. Możemy zatem podzielić się tomami, tomikami, które zalegają na naszych półkach i zbierają kurz. Już kręcicie nosem? Oddać książkę molowi jest cokolwiek ciężko, ale tak z ręką na sercu, każdy ma w biblioteczce coś, co tam naprawdę leży od zawsze, nietrafiony prezent od cioci, albo dwunasty egzemplarz Grocholi, coś, co możemy wysłać dalej w świat, w myśl zasady, że „jesteśmy wielcy, przez to, czym się dzielimy”.


Źródło
Bookcrossing brzmi złowrogo i obco. Może u niektórych wywoływać podejrzane skojarzenia – „krzyżowanie książek” - obiło mi się nawet o uszy. A to nic innego jak nieodpłatna wymiana książek. Szczerze mówiąc mnie bardziej do gustu przypadły tłumaczenia „ksiązkokrążenie”, „książka w podróży”, „krążąca książka”. Jak to działa w praktyce? Bardzo prosto. Pozycję, którą postanawiamy wysłać w świat  możemy po prostu zostawić na jednej z półek bookrosingowych w autobusie, w kawiarni, w toalecie, ale możemy iść dalej i śledzić jej los. Należy w tym celu opatrzyć książkę specjalną naklejką i zarejestrować na stronie www.bookcrossing.pl. Do bookcrossing’u nie nadają się albumy, ciężkie encyklopedie, a jeśli takowe się trafiają, opiekunowi przekazują je do bibliotek, domów opieki, przedszkoli, szkół, zakładów karnych. Nic się nie marnuje. Wprawiamy książkę w ruch, oczywiście licząc na to, że inni przyłączą się do tej zabawy. Mobilna biblioteka, ale bez karty, zapisów i terminów przetrzymywania, a książka może nas sama znaleźć.


Źródło
Skąd taki pomysł? Ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, a pomysłodawcą jest informatyk, Ron Hornbaker, twórca strony bookcrossing.com, czyli jak sam mówi największej biblioteki na świecie. Niby nic takiego, ale impuls dla ruchu była tak silny, że uderzył z siłą tsunami  w inne kraje świata.

BOOKCROSSING W LICZBACH:

·        w roku 2012, według www.bookcrossing.pl., w Polsce było 20 tysięcy półek bookcrossing’owych. Lokalizacje miejsc są przeróżne, na przykład Bacówka pod Małą Rawką w Bieszczadach. Niezwykłe.

·        Według tego samego portalu w światowy ruch bookcrossing’u zaangażowało się 1 891 306 tysięcy osób ze 130 krajów.

·         uwolniono 9 741 236 książek (dane z 4 czerwca 2013), w tym Polacy 167 133 książek, co stanowi 1,61 % w skali światowej.

·         W Polsce oficjalnie zarejestrowało się 22 740 użytkowników – 1,99% w skali światowej. Myślę, że jest nas więcej, nie każdy zawraca sobie głowę formalnościami, albo ma internet.

FORMY:

1.   Wolne wypożyczalnie, pojawiające się w wybranych lokalizacjach. Książki oklejone są specjalnymi naklejkami z logo akacji. Dobrym przykładem są akcje prowadzone na dworcach kolejowych „książka w próżny”

Źródło

2.   Wiele miast organizuje wymianki. Dajmy na to mój kochany Kraków i „Drugie życie książki”. Każda taka akcja ma swój regulamin np.: książki nie mogą być zniszczone, podpisane, podarte,  wymian zwykle 1:1.

3.   Udostępniane  kody QR odsyłające do plików zawierających książki, które można pobrać za pomocą urządzenia mobilnego bezpośrednio z plakatów rozwieszonych w „Wolnych wypożyczalniach”.

4.   Akcje wszelakie, połączone z festynami, pochodami, spotkaniami autorskimi np. Czytająca Bydgoszcz, Festiwal Pięknego Czytania im. Kazimierza Hoffmana, Bydgoskie Biesiady Czytelnicze, 5 minut dla książki

5.   Oprócz wspomnianych portali, także: www.gazeta.pl/podajksiazke, http://drugiezycieksiazki.pl/, http://www.finta.pl/, http://podaj.net/ i wiele innych.

Nie bez powodu w tym miesiącu piszę właśnie o tej akcji? ruchu? filozofii? formie popularyzacji? 17 czerwca obchodzimy Ogólnopolskie Święto Uwolnionych Książek. Książki pojawiają się wszędzie, zaskakują nas, ale co najważniejsze: każdy ma do nich dostęp. Ta idea bardzo przypadła mi do gustu. Wirtualna biblioteka bez żadnych formalności, bez regałów i siedziby. Nowatorsko i ciekawie. Fakt, że przede mną jakąś pozycję czytało, choćby kilkanaście osób, przyprawia o ekscytację. Zafón pisał Każda (…) książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią.


Źródło

3 komentarze: