W przedszkolu Lilianki lato upływa na podróżach. Każdy tydzień poświęcony jest innemu państwu. Zaczęli w Polsce od legendy O Lechu, Czech...

Niezbędnik małego podróżnika


W przedszkolu Lilianki lato upływa na podróżach. Każdy tydzień poświęcony jest innemu państwu. Zaczęli w Polsce od legendy O Lechu, Czechu i Rusie, potem były Włochy bazylią pachnące; Chiny i jedzenie pałeczkami, budowanie Wielkiego Muru, kaligrafowanie; Brazylia i pokazy capoeiry; tańce Bollywood i flamenco, układanie rangoli i orgiami, a w oddali rytmiczne uderzenia Big Ben’a. Mnóstwo atrakcji. Lilka jest zachwycona, pośpiewuje pod nosem piosenki i domaga się historii, to o gladiatorach chińskich, to o Krzywej Wieży. Pakuje swój mały plecaczek i rusza w „cały świat”. W szafie jest samolot, z foteli i kołdry powstał namiot, jest paszport z wizami. Moje serce rośnie. Dobrze wiem, że Lilka świetnie sprawdza się w podróży. Jest bardzo otwarta, ciekawa, jak na trzylatka znakomicie znosi przemieszczanie się między różnymi punktami, w upale i deszczu, zwiedzanie muzeów, zamków i innych miejsc, chętnie próbuje nowego jedzenia i zawiera znajomości wbrew barierom językowym. Podekscytowana babcia dostarczyła globus, a rodzice komplet map dla małego podróżnika. Zestaw ten jest naprawdę wyjątkowy, to „obrazkowa podróż po lądach, morzach i kulturach świata” autorstwa Aleksandry i Daniela Mizielińskich, pod szyldem Wydawnictwa Dwie Siostry. Tak, to ci sami, którzy stworzyli „Miasto Mamoko”.



Źródła

Otwieram wielkoformatową książkę (37 x 27,2 cm!) i wita mnie mapa Europy. Jest skala i powierzchnia całkowita. Na kolejnych stronach plany poszczególnych państw. Każda przynosi nazwę kraju (w tym, w języku lokalnym), liczbę mieszkańców i język(i) jakim(i) posługują się obywatele. Wspaniałe rysunki kryją całą masę interesujących informacji, dzięki którym każde państwo zaczyna żyć, nabierać określonych smaków, prężyć się z dumy nad bogactwami naturalnymi, charakterystycznymi roślinami, pasmami górskimi, rzekami, ważnymi zabytkami. Są tutaj także wymienione typowe potrawy, słynne osoby, obyczaje, narodowe sporty. Mały palec wędruje po ogromnych kartach i co rusz trafia na ciekawe informacje. Naprawdę atlas niebanalny, istny miks geografii, etnografii, biologii, historii, kartografii. Co to takiego „fika”? Co kryje się pod nazwą „złota beczka”? Gdzie mieszka Święty Mikołaj? Co wytwarza się w Delft? Gdzie wymyślono musli? Co jest przysmakiem Aborygenów? Gdzie mieszkają Nieńcy? Co to jest Wisząca Świątynia ? Gdzie powstaje ser oka? Jak brzmi nazwa Republiki Południowej Afryki w języku zulu? Jaki jest narodowy instrument Ekwadorczyków? Gdzie znajduje się kolorowy cmentarz? Dorosły miałby problemy z odpowiedzią na te pytania, choć niejednokrotnie dotyczą krajów nam bliskich.


Źródło
Prace nad książka trwały trzy lata. Autorzy narysowali pięćdziesiąt jeden map. Widać, że włożono w ich tworzenie ogrom pracy i serca. Kolorowe rysunki i piktogramy, nieco komiksowe, nieco bajkowe, naiwne, jakby dziecięce, pokazują zróżnicowanie i bogactwa poszczególnych państwa. Wykonanie jest największą siłą tej książki, przypomina dawne mapy żeglarskie. Można, owszem, przyczepić się do faktu, że granice państwa nie są dość dokładne i momentami potraktowane nonszalancko, nie ma to, moim zdaniem, większego wpływu na walory poznawcze książki. Ilustracje rozbudzają dziecięcą wyobraźnię i zainteresowanie, uczą jak odkrywać świat, jak czytać mapy. Jest ciekawie i przystępnie zarazem, bo wiedzę przemycano jakby mimochodem. Charakterystyczne dla danego kraju miejsca, punkty geograficzne, postacie, wydarzenia zaszczepiają w dziecku pewne skojarzenia i stają się punktem wyjścia do rozumienia świata i poznawania go.

Książka duetu Mizielińskich została uznana przez „The New York Times” za jedną z sześciu najciekawszych i najpiękniej zilustrowanych pozycji dla dzieci w 2013 roku. Ta informacja wystarczyła, żeby w magazynach Amazon’a zabrakło egzemplarzy. Przypadło jej także jedno z najważniejszych wyróżnień we Francji, Prix Sorcieres, przyznawane przez stowarzyszenie księgarzy. Dodatkowo „Mapy” dostępne są już w dwudziestu językach. Jak powiedział Budda Siakjamuni „Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku”, mam nadzieję, że ta pozycja będzie zachętą i preludium do odkrywania wspaniałości naszego świata.

 

Aleksandra i Daniel Mizielińscy, „Mapy” Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013

2 komentarze:

Czego można spodziewać się po postmodernistycznej opowieści? Totalnej jazdy, to pewne. Na czym jechałam tym razem? Ciężko jednoznacznie o...

„Czasem jadę na grzybkach, czasem jadę na kwasie”


Czego można spodziewać się po postmodernistycznej opowieści? Totalnej jazdy, to pewne. Na czym jechałam tym razem? Ciężko jednoznacznie orzec. Cokolwiek zostało mi zaaplikowane w czasie tej lektury, biorę po raz drugi! Dwa opowiadania i nowelka składają się na zbiór Wiktora Pielewina „Napój anansowy dla pięknej damy”. Enigmatyczny tytuł, niczym barokowy sonet. Bez najmilejszych trudności rozszyfrowaliby go Majakowski i Aleksander Błok - „wodę anansową” można znaleźć w utworze tego pierwszego, symbolizuje burżuazyjny zły gust; zaś urodziwa kobieta to pomysł drugiego – tu jako metafora wyidealizowanej miłości. I co ma piernik do wiatraka, albo jak to połączyć w powieść? Pióro tak wytrawnego mistyfikatora jakim jest Pielewin potrafi wiele, jeśli nie wszystko. Autor jest jednym z najpoczytniejszych twórców nowej prozy rosyjskiej i bez wątpienia mistrzem postmodernistycznych chwytów. Próżno go szukać w telewizji, na książkowych promocjach, ukrywa się przed światem (?) nie istnieje (?). Plotka głosi, że jego książkami zaczytuje się premier Dmitrij Miedwiediew (?).

Wiktor Pielewin
Przedstawienie rozpoczyna nowela „Operacja Burning Bush”. Oto poznajemy niejakiego Siemiona Lewitana z Odessy, posiadacza nadzwyczaj radiowego, głębokiego i hipnotyzującego głosu. Ogólnie zupełnie przeciętny człowiek. Podejmuje studia w moskiewskiej szkole języków obcych, zostaje nauczycielem i prowadzi nudne życie, aż pewnego dnia zostaje uprowadzony przez FSB i wplątany w iście szpiegowską aferę. Przymuszony przez służby specjalne, tak zwaną delikatną sugestią możliwej utraty życia pod kołami „przypadkowo” nadjeżdżającego samochodu, bierze udział w supertajnej operacji. Cel: George Bush. Plan: za pomocą wstawionych prezydentowi i Siemionowi specjalnych plomb, które są tak naprawdę radiostacjami, Lewitan ma rozmawiać z Bushem, wcielając się w samego Pana Boga. Z pomocą choru aniołów, w tej roli dzieci prominentnych rosyjskich dyplomatów, wyciąga Numeru Jeden w USA informacje oraz prowadzi pranie prezydenckiego mózgu. „Dżordżajaszu!” nawołuje w czasie transów wspomaganych narkotycznymi mieszankami. Choć pomysł wydaje się nowatorski, wcale takim nie jest i wiadomo o tym już od czasów Stalina. Służby wywiadowcze różnych krajów zawsze prześcigały się przecież w pomysłowości. Będzie groźnie, ale ponad wszystko zabawnie i inteligentnie. Gra przeciwstawieniami, skojarzeniami wychodzi Pielewinowi mistrzowsko.  

Drugie opowiadanie nosi tytuł „Kody przeciwlotnicze Al-Efesbiego”. Zachwyci was fabuła. Sawielija Skotienkow, rosyjski agent, jako mudżahediński bojownik walczy z amerykańska inwazją przy pomocy … patyka, którym kreśli na piasku inwektywy skierowane w Amerykanów. Wymyśla memy, jest autorem określenia „prawosławna gospodarka” i „reguły prawej dłoni”, „zgodnie z którą ostatecznym rezultatem każdej liberalnej reformy gospodarczej w Rosji jest pojawienie się w Londynie kolejnego multimiliardera Żyda”. Totalny odjazd.

Druga cześć zbioru „Mechanizmy i Bogowie” jakby uspokajała atmosferę. Ale to tylko pozory. Trzy opowiadania w niej zawarte, przynoszą powiew dalekowschodnich inspiracji. Konik i pasja pisarza. Medytacje i kontemplacje własnego cienia przenoszą nas w różne miejsca. „Weterynaryjny odlot” i duchowe wycieczki na skraj świadomości.

Pielewin wciąga czytelnika w świat fantastyki, humoru, groteski i ironii. Pisze świetną satyrę polityczną z elementami oniryzmu, rysując obraz Rosji na tle całego świata, dotkniętego manią i pragnieniem władzy. A jest to władza utożsamiana z boską i uzurpująca sobie wszelkie związane z tym prawa: wszechobecność i patrolowanie świata, wszechwiedza, nieskończona natura. Bogów i bożków nam wszakże współcześnie nie brakuje, tak jak samozwańczych zbawicieli, mesjaszów i merów. Pielewin konstatuje, że przymiotnik „boski” przybiera nowy odcień, mniej pozytywny, bez aury miłosierdzia i dobroci, wzbudzając częściej negatywne skojarzenia: groźbę i strachu. To groźne. Nie jest to powieść antyrosyjska, obrywa się tu bez wyjątku każdemu możnemu tego świata. Pielewin wyśmiewa wszystkich, wkłada do jednego kotła i miesza, co daje prowokacyjną pożywkę. Do tego bezbłędnie punktuje otaczającą nas rzeczywistość, będąca dziś mieszanką polityki i krzykliwej popkultury. Oto mamy wojnę z terroryzmem, WikiLeaks, specsłużby, Ophrę Winfrey, Miedwieputa, Eminema, Borgesa, Orwella, foreks, Google, drony ... pokaźne spectrum, uwypuklające fakt, jak bardzo nasza rzeczywistość jest złożona, a jednocześnie arytmiczna i chaotyczna.

Powieść postmodernistyczna to eksperyment, który narodził się gdzieś na przełomie lat 50 i 60tych, na gruncie prozy angloamerykańskiej. Proust, Joyce, Faulkner. Kontestacja będąca pokłosiem społecznych buntów, niosąca w sobie absurd, który jest świetnym sposobem na pokazanie mętliku, w którym żyjemy. Już Bułhakow sięgał po groteskę i fantastykę, żeby wypowiedzieć się na temat rzeczy ważnych. Pielewin idzie o krok dalej obnaża i krzyczy „król jest nagi” i pełen hipokryzji, bez względu na to na jakim tronie zasiada.

Wiktor Pielewin ”Anansowy napój dla pięknej damy”, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2013

0 komentarze:

Tomek Michniewicz to ciekawa postać: dziennikarz, fotograf, autor programów telewizyjnych i radiowych, pisarz. Opisuje miejsca niebezpi...

Na rozdrożu?


Tomek Michniewicz to ciekawa postać: dziennikarz, fotograf, autor programów telewizyjnych i radiowych, pisarz. Opisuje miejsca niebezpieczne, brutalne, ginące. Ratuje czarne nosorożce afrykańskie. Jest wydawcą, reporterem, producentem. Ciągle w drodze. „Zabiorę cię w dowolne miejsce na świecie. (…) dokąd tylko chcesz. Przeżyjesz to, o czym od zawsze marzyłeś, zobaczysz miejsca, które zawsze chciałeś zobaczyć. Sprawdzisz się w tym, na co nigdy nie miałeś odwagi. Przekonasz się, na co cię stać. Ty decydujesz kiedy, dokąd i po co.” Brzmi kusząco, ale nie dajcie się oczarować. Widzicie już zapewne oczami wyobraźni białą plaże na Malediwach, albo hamak wśród palm na Isla de Mujeres? Być może będą to właśnie te miejsca, ale podróż wyjdzie zdecydowanie poza ramy tradycyjnych wycieczek: bród, smród, niebezpieczeństwa i podniesiona adrenalina gwarantowana. „Inny świat”, choć tak naprawdę inny od czego? Bardziej mi pasuje tu po prostu świat, bez parawanów i fasad, gdzie są rzeczy ważniejsze niż numer filtra do opalania, wydeptane ścieżki turystyczne i spokój przy jednym z trzech basenów w kurorcie. Podróż jako sposób na życie, tak, żeby nic nie umknęło, żeby zdążyć zobaczyć wszystko i wszędzie. Tym razem Michniewicz zabiera ze sobą w podróż trzy osoby: kolegę, żonę i ojca. Tam, gdzie zechcą, tak, aby spełnić ich największe pragnienia i marzenia. Ich?




podroze.onet.pl
Pierwsza część rozegra się w Afryce, a konkretnie w Kamerunie. Z daleka od jakichkolwiek śladów cywilizacji. Przyjaciel, Marcin koniecznie chciał zmieniać świat, pomagać ludziom, skończył pracując w korporacji. Razem wybiorą się do dżungli i spędzą pewien czas wśród plemienia Baka to Pigmeje żyjący na granicy dwóch światów: lasu deszczowego i tego „cywilizowanego” jako niewolnicy innego plemienia, Bantu. Ściany roślinności, przerażające śmiercionośne gady i owady, niewidoczne zwierzęta, pnącza. Nieustannie żyjący mikrokosmos, który ludzi miasta napawa strachem, dla Baka jest prawdziwym domem. Tak jak czary są częścią życia Afrykańczyków, ich sposobem pojmowania świata, życia, interpretowania zdarzeń. Wszystko zdaje się mieć swoje naturalne miejsce, tylko trwająca wciąż kolonizacja jakoś tam uwiera i uszczęśliwia na siłę.

Marianna, żona, pragnie udać się do Arabii Saudyjskiej, jednego z bogatszych państw świata, w którym próżno szukać turystów. Bogaci szejkowie, bezwzględne prawo segregujące płeć, kobiety zapakowane w abaje i nikaby, policja religijna. I cała list rzeczy, zachowań i sprawa, które są haram: zakazane. Na ulicach tylko szum aut, wszędzie pustka, cisza. Dla Europejczyka to szok, wywołujący bunt i ostry sprzeciw. A jednak wszystko można ujrzeć w zupełnie innym świetle, kiedy już się tam jest. „Saudyjczycy są zbiorowością i to ona, w swojej kolektywnej mądrości, określa granice dozwolonych zachowań.” Dla patrzących z zewnątrz to państwo może się wydawać więzieniem i ostoja terrorystów. Tak znowu perspektywa podważy wszelkie stereotypy.


www.tomekmichniewicz.pl
I ostatnia, trzecia wyprawa, z ojcem zapalonym muzykiem, do delty Missisipi, ojczyzny jazzu i blues‘a. Nowy Orlean, melodie sączące się na każdym rogu i skrzyżowaniu. Duchy BB Kinga i Roberta Johnsona wałęsające się po Dzielnicy Francuskiej. Grajkowie i zdolni muzycy tworzący na każdym skwerze, ciągle szukają marzeń. Tata tonie w dźwiękach, Tomek po kilku dniach marzy, żeby złapać aligatora. Gdzie się spotkają?

Michniewicza czyta się lekko i przyjemnie. Czuć jego zapał i ukochanie podróży, ale także podziw dla świata, sprzeciw przeciwko „cywilizowaniu” i uzachodnieniu wszystkich i wszystkiego. Znać, że to co robi i o czym pisze, jest jego autentyczna pasją. Książkę przeczytałam jednym tchem, porywały mnie historie i informacje w niej zwarte. Ciekawy reportaż, ale… . Trochę jestem zdezorientowana ilością Tomka Michniewicza w tych tekstach. Miałam wrażenie jakby przez trzysta sześćdziesiąt stron próbował przekonywać trzech bohaterów i czytelnika, że jego sposób na życie jest tym właściwym, ba! najwłaściwszym. Bo oto tarza się w błocie, łapie węże, popisuje się gdzie już był, co już przeszedł. I bardzo dziwi go fakt, że inni nie są równie porwani tą całą adrenaliną tak samo jak on. Nie słyszy wystarczająco dużo ochów i achów? Może tylko dla żony ma więcej wyrozumiałości. Czułam, że autor przekonywał samego siebie, że jego pomysł na życie jest tym najlepszym, że wszystkim innym życie przecieka przez palce, że coś przegapiają, że kiedyś będą żałować. Być może. Tylko czy trzeba było tym obciążać tę książkę? Bo gdyby założyć czytelniczy filtr na ego Tomka Michniewicza, dostalibyśmy wciągającą, książkę podróżniczą, coś co zahacza o Pałkiewicza. Czym kończy się zbytnie staranie? Najczęściej guzem jaki można sobie nabić w junke joint Po’ Monkey’s lounge, uderzając czołem w coś metalowego.

Tomek Michniewicz „Swoją drogą” Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2014

4 komentarze:

„ Przenikaliśmy wciąż głębiej i głębiej w jądro ciemności . ” Joseph Conrad „ Jądro ciemności ” Kolejna książka w ostatnim czasie, ...

Stan zdumienia


Przenikaliśmy wciąż głębiej i głębiej w jądro ciemności.

Joseph Conrad „Jądro ciemności

Kolejna książka w ostatnim czasie, której okładka kompletnie mnie zmyliła. Byłam pewna, że to następna odsłona chick-lit, w której tytułowy „Stan zdumienia” będzie dotyczył jakiejś miłostki, romantycznych bla bla bla, albo przemiany brzydkiego kaczątka w łabędzia. Niemniej groźnie brzmiało przyrównanie tej pozycji, przez tygodnik Time, do „Jądra ciemności” Conrada, chwytów marketingowych tego typu nie łykam. Taka mieszanka odczuć na początku: sceptycyzmu i wątpliwości, przerażała mnie. Ann Patchett to ceniona amerykańska pisarka, związana z „The New York Times”, „The Washington Post”, ale także “Vogue” i “Elle”. Autorka sześciu poczytnych powieści. Czy będzie w stanie rozwiać moje uprzedzenia?

Marina Singh ma czterdzieści dwa lata. Dziewiętnaście lat starszego … właściwie kochanka, Pana Fox’a. Ich związek utrzymywany jest w tajemnicy, „dla dobra” relacji przełożony - przełożona. Oboje pracują dla koncernu farmaceutycznego Vogel. Marina miała być ginekologiem, ale na drodze jej kariery stanęła charyzmatyczna doktor Annick Swenson. Po kilkunasty latach drogi obu pań krzyżują się ponownie, choć w zupełnie innych okolicznościach, kiedy to śnieżne bezkresy Minnesoty i sterylne laboratoria, przyjdzie zamienić na wilgoć, ściany roślinności i upał Amazońskiej Puszczy. Jeden list, a właściwie błękitny aeogram o ograniczonej treści, przerywa tą ciszę, zwiastuje śmierć Andersa Eckmana i staje się biletem do Manaus. Ciało Andersa zostało pochowane w dalekiej Brazylii, gdzieś w gąszczu puszczy. Dlaczego? Gdzie? Śmierć dość zagadkowa, która przynosi jednak nadzieję. Paradoks prawda? Aerogram nie daje żadnych odpowiedzi, podsyca pytania. Korporacja zainwestowała w Brazylii spore pieniądze w budowę nowoczesnej jednostki badawczej. Poszukują cudownego leku na kobiecą płodność, ale słuch po nadzorującej prace doktor Swenson zaginął. To ona wybiera z kim się kontaktuje, kiedy i po co. Nie odpowiada na listy, maile, jej telefon pozostaje głuchy. Prowadzi badania wśród plemienia Lakaszi, próbując znaleźć odpowiedź dlaczego kobiety z tego plemienia mogą rodzić zdrowe dzieci, aż do sędziwego wieku. Tajemnica wiecznej płodności – dla jednych epokowe odkrycie, dla innych ogromne zyski. Jeszcze jedne kamyczek do ogródka dającego wieczną młodość, życie. Marina musi tam pojechać, wbrew sobie, wbrew logice, ale za to z poczucia obowiązku. Musi nie tyle odnaleźć doktor Swenson, co raczej odpowiedzi na pytania przyniesione w niebieskim aerogramie, który w swej lakoniczności przyniósł nadzieję pewnym osobom. Nie będę zdradzać treści, pozwolę wam wyruszyć w tą podróż z całą mieszanką uczuć jaka towarzyszyła i mnie.

To wyjątkowa proza, bardzo elegancka i nobliwa, rzadko używany przymiotniki, bo i nieczęsto spotykamy się współcześnie z takim pisaniem. To takie męskie pisanie. Patchett buduje dystans i nasyca zdania chłodem, co w połączeniu z jątrzącymi, odważnymi pytaniami i emocjami bohaterów, jest złowieszcze. Oto plemię Lakaszi, żyjące w absolutnej symbiozie z naturą, skromnie i według własnych wzorców, staje oko w oko ze światem zachodnim, tak zwanym cywilizowanym. To, co mnie uderzyło to wszechobecne pytanie o granice - ludzkiej działalności, ingerencji w porządek naturalny. Ba, czy ten w ogóle jeszcze istnieje, czy nie stał się porządkiem człowieczym? Czym jest postęp? Czy warto rodzić aż do śmierci? Czy nauka zna granice? Powinna je mieć? Jak zbalansować potrzebę walki o życie i zdrowie ludzkie? Niepokojąco, bo w wygodnym fotelu, z apteką za rogiem, nie myślimy o tym zupełnie, a odpowiedź wydaje się jednoznaczna. Pogrążeni w naszej eurpejskości, odbieramy wiele spraw zerojedynkowo. „(…) czy postanowi pani zakłócić porządek otaczającego świata, czy może pozwolić mu trwać jakby nigdy się pani nie zjawiła.”

Postacie stworzone przez Patchett są wyraziste, niejednoznaczne, otoczone aurą tajemniczości, która podkopuje wszystkie nasuwające się czytelnikowi odpowiedzi i osądy. Poznajemy szczegóły przeszłości bohaterów, ale stopniowo. Napięcie i zdezorientowanie, aż do granic, oto, co czułam. Ten cały relatywizm moralny i wszechobecna wątpliwości, powodowały u mnie niezwykłe emocje. Czy faktycznie znalazłam tu kobiecą wersję „Jądra ciemności”? Poniekąd. Egzotyczna, mroczna i niebezpieczna sceneria oraz zło upostaciowane jako człowiek zachodu penetrujący wszelkie możliwe zakamarki i tajemnice świata, to pierwszy wspólny mianownik. Drugi to moralne wątpliwości obecne w obu książkach. "Stan zdumienia" można czytać jak książkę podróżniczą z wątkiem kryminalnym, ale także traktat egzystncjalny. Emocjonalnie to ciężki kaliber,  zupełnie pozbawiony naiwności i strachu. Pierwsza liga prozy kobiecej.

 
Ann Patchett „Stan zdumienia”, Wydawnictwo Znak Litera Nova, Kraków 2012

0 komentarze:

Źródło Jak to zrobić, żeby mieć te wszystkie książki i nie zbankrutować? Albo chociaż nie rozsadzać co miesiąc domowego budżetu? To w...

Tanie (letnie) czytanie


Źródło
Jak to zrobić, żeby mieć te wszystkie książki i nie zbankrutować? Albo chociaż nie rozsadzać co miesiąc domowego budżetu? To w zasadzie pytanie na każda porę roku, ale akurat teraz mnie nurtuje, bo latem książek na moich półkach przybywa w postępie geometrycznym. A jednak nie zwalniam. Mam kilka chwytów, a internet jest bezsprzecznie moim przewodnikiem w tej kwestii.

(WY)POŻYCZAJ

Ciągle mam moją kartę biblioteczną z podstawówki, uwielbiałam grzebanie w katalogach i poszukiwanie upragnionych tytułów. Miało to swój urok. Zdecydowanie przeproście się z bibliotekami rejonowymi, radzą sobie coraz lepiej i można tam znaleźć prawdziwe perełki. A jak tam ładnie pachnie. Wiem, wiem każdy mól książkowy cierpi na przypadłość zwaną „po prostu chce je mieć”, bo przecież namacalny, żywy egzemplarz ułatwia wszystko i daje tyle satysfakcji. Ale teraz jedno nie wyklucza drugiego. Nie, nie namawiam do przetrzymywania ani kradzieży. Mamy XXI wiek i istnieją także biblioteki cyfrowe - uniwersyteckie, naukowe, prywatne, światowe. Wersje na czytnik, albo do druku. Kilka opcji TUTAJ. Można zapisywać się na listy oczekujących do najbardziej rozchwytywanych tytułów. Tak wypożyczalnie ma również Amazon. Nie jest to do końca darmowa alternatywa, ale koszty niewspółmiernie niższe, niż kupowanie. Zajrzyjcie tez koniecznie do Oyster, albo na Scribd albo na Audible.com, to ostatnie jeśli lubicie słuchać.

UŻYWANE I KLASYCZNE


Antykwariaty to dla mnie wspaniałe miejsce, raj na ziemi. Ideałem byłoby czytać nowości, ale jak miło jest cofnąć się w czasie i odkurzyć to i owo. Także Allegro to świetne miejsce, ma swoje kategorie, gdzie wśród wielu kryje się właśnie antykwariat. Tam wynajduje starsze wydania, wspomnienia z dzieciństwa, mało uchwytne egzemplarze. Klasyczne książki są tańsze od nowości.

WYKOPANE W SIECI CIEKAWOSTKI

E-booki są na fali. Książka nie-tradycyjna jak ja nazywam. Znalazłam kilka miejsc, w których można zakupić takie właśnie wydania mniej lub bardziej znanych polskich autorów. Cóż za fantastyczny pomysł promocji czytelnictwa i nowości. Akcja prowadzona przez BOOKRAGE polega na tym, że to czytelnik decyduje ile jest gotowy zapłacić za pakiet i jak ta kwotę rozdysponować miedzy: portalem, fundacja i autorem. Ostatnia ich kampania przyniosła około 117 tysięcy złotych, ze sprzedaży książek Janusza Zajdla. Obecnie trwa akcja zatytułowana „Wiedźmy i czarodziejki”. Haczyk? Jeden: czas trwania akcji jest ograniczony, więc trzeba szybko podejmować decyzję.

WYPRZEDAŻE

Źródło
Kiedy kończy się lato, można szaleć w sklepach z ubraniami, a tymczasem w księgarniach wyprzedaże są częstsze, w zasadzie to trwa tam jedna niekończąca się wyprzedaż połączona z różnymi akcjami. W sieci jest taniej, to moja zasada. Często urządzam sobie wycieczki do księgarń, oglądam i wącham, ale później sprawdzam sklep wirtualny. Oszczędności nie są może porażające, czasem 2-3 złote na egzemplarzu, a możemy zostać milej zaskoczeni. Dodatkowo w różnych internetowych sklepach można wpisywać książki na „listę życzeń”, nie dość tego, że dostajemy maila gdy są w sprzedaży to można obserwować ich ceny. I to, co nie do końca mi dopowiada: książki w marketach i dyskontach, ale cenowo, bajka! Zbieram także punkty w programach lojalnościowych, wymagają one cierpliwości (PAYBACK, wyjątkowej), ale jakże miło było zakupić sobie książkę.

NEWSLETTERs

Nie lubię mieć zaśmieconej skrzynki mailowej, ale już kilkakrotnie przekonałam się, że warto wpisać się na listy dystrybucyjne wydawnictw. Można upolować egzemplarze za 1zl, kilka w cenie dwóch, nowości w przedsprzedaży, zapowiedzi. Kilka z nich, jak na przykład Czarne, oferują rożnego rodzaju procentowe promocje w dniu urodzin, przy zebraniu określonej liczby punktów.

KONKURSY

Odkąd prowadzę bloga odkryłam wspaniały świat konkursów prowadzonych przez innych bloggerów, wydawnictwa, portale księgarskie, serwisy poświęcone książce. Tak, tu liczy się szczęście, ale kto nie gra ten nie wygrywa. Mnie udało się kilka razy i ciągle próbuje!

WYMIANKI

Źródłó
Pisałam już w ubiegłym miesiącu o BOOKCROSSING'U. A może pójść dalej i tworzyć kluby czytelnicze, można wymieniać się lekturami, dyskutować o nich i spotykać się z innymi molami książkowymi. Książka z ręki do ręki.
 

10 komentarze:

foto. Hania Krawczyk „Lipiec” Stanisław Grochowiak  Znów słońcu się oddała. Maja cudzołóstwa Znany uśmiech rozkoszy kołysze na ...

Lipiec zachłysnął się upałem ....


foto. Hania Krawczyk
„Lipiec” Stanisław Grochowiak


Znów słońcu się oddała. Maja cudzołóstwa
Znany uśmiech rozkoszy kołysze na ustach.
Samiec chodzi oślepły, próbuje, czy uda
Kolanem chudym postów wcisnąć się w jej uda?
Ale jakby taranem wyważał wierzeje,
Skoro stoją otwarte. Więc nie on bierze je.

Dzika zazdrość wydmowa. Z piaskiem toczyć bitwy,
Kułakami okładać wrzaskliwe rybitwy?
Szeptać coś, konstruować, posuwać umizgi,
Poważniej stać bez łyżki - głodnemu - u miski?
Tak z sewerskiej filiżanki uszczknąć łyczek słoń chce,
Jak on rozwalić rywala, którym Febus - słońce.

Toż go on zna z pierworództwa. Nim w grzech się oblekła
Znała gorąc żarliwszy od męskiego ciepła,
On tylko promień jeden. Tu promieni mrowie
Wysokich warg dotyka, w dolnym zgęszcza mrowie.
Kto z wrażliwych, co piersią otarł się o pożar,

Łopatkuje w kominku wciąż gasnącym po żar?

„Na lipę” Jan Kochanowski

Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!

Nie dójdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,

Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie

Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.

Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,

Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.

Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły

Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.

A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,

Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie.

Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie

Jako szczep napłodniejszy w hesperyskim sadzie.

Źródło
„Lipiec” Julian Przyboś

Na świadectwach, wzbici w radość, odlecieli uczniowie,
drży powietrze po ich śmigłym zniku.

Wakacje, panie profesorze! Pora
trzepać wesoło słowa jak futra na wiosnę
oraz
czasowniki przez dni lata odmieniać!
- -
Wóz przetoczył się z nagła - i w łozinie zzieleniał.
Tylko pustki rozpryśniętej w słońcu - udar.
Skacząc z bryczki, zaoczę:

Bosonogi gęsiarek biegł, zaczerpnął ze źródła,
znikł, jak gdyby on wybiegał
potoczek.
- -
Okolicę, serce wyniosłe, przeszywa na przestrzał
strumień!

Lecz z połogich pagórków - wahającą się odpowiedź -
inne wzgórze - dalszą górę kołysze.
Jak ten skryty poryw widoku i ciszę zatuloną w szumie
szeptanymi pytaniami - wydać?

Jakże w cieniu, pod lipą - przysłowieć?
Źródło

Emily Dickinson z tomu „Complete Poems of Emily Dickinson, ed. by Thomas H. Johnson”, 1955

Lipcu odpowiedz -
Gdzie jest pszczoła -
Gdzie jest rumieniec -

Gdzie jest siano?

Ach, powiedział lipiec -
Gdzie jest nasienie -
Gdzie jest zarodek -
Gdzie jest maj -

Odpowiedzcie – mi -

Ba – powiedział maj -
Pokaż mi śnieg -
Pokaz mi dzwony -

Pokaż mi sójkę!

Wykrętnie odpowiedziała sójka -
Gdzie być kukurydza -
Gdzie być lekka mgiełka -
Gdzie być rzep?
Tutaj – powiedział Rok –




Coś w letnie dnie
Jak powoli płonące pochodnie
które mnie świętują.


Coś w letnie popołudnie
Głębia – błękit – pachnące cudnie
Przewyższa uniesienie.


I jeszcze w letniej nocy bezkresie
Coś taką jasność niesie
Klaszczę w dłonie by to widzieć -


Wtedy jakaś zasłona twarz mą nadzoruje
Lśniący wdzięk – subtelnie wywołuje
Dla mnie zbyt dalekie migotanie -


Magiczne palce nigdy nie odpoczywają -
Purpurowym strumieniem w piersi spływają
Wciąż ocierają się w wąskim łożu -


Wciąż wznosi się wschód, bursztynową flagą -
Słońce wciąż prowadzi na skalną grań nagą
Swój karawan czerwieni -


Tak patrząc na – noc – poranek -
Konkluduje cudowny leń -
A ja spotykam, idąc po rosie
Kolejny letni dzień!




0 komentarze:

Źródło Nie prowadzę wprawdzie bloga kulinarnego. Na co dzień nawet nie gotuję. Potrafiłabym z łatwością spalić czajnik, dzięki Bogu za...

Jabłkowo mi…

Źródło
Nie prowadzę wprawdzie bloga kulinarnego. Na co dzień nawet nie gotuję. Potrafiłabym z łatwością spalić czajnik, dzięki Bogu za te elektryczne. Ale bardzo lubię odwiedzać kulinarne zakątki, czytać zamieszczane tam opisy i przepisy, oglądać wspaniałe fotografie i podsuwać mojej drugiej połówce, zapalonemu kucharzowi. „White Plate” Elizy Mórawskiej to już klasyka, a ja cenię go przede wszystkim za prostotę i wspaniałą atmosferę, którą stworzyła autorka. Czuję, się tam jak w domu. Mam ochotę zupełnie w ciemno próbować wszystkiego, a nawet zaszaleć w kuchni, raz na jakiś czas. Nie ma tu nic z idealnej Ewy Wachowicz, pulchnej i pięknej Nigelli Lawson, czy maślanej Julii Child. Jest natomiast jakaś taka, ciężka do uchwycenia w tych czasach delikatność i naturalność.

Tego lata, pójdę zagubić się sadzie, wśród jabłoni. Tak jak kiedyś u prababci Kazi, kiedy byłam mała i spędzałam wakacje w Aleksandrowie Łódzkim. Za domem był wspaniały ogród, nad którym unosiła sie woń cynii, pachnącego groszku, róż. Owady roznosiły euforyczne odgłosy i dźwięki. Łapaliśmy motyle, karmilismy króliki i kury, a później z brudnymi nogami wracaliśmy do domu na szklankę kompotu i pajdę chleba z masłem. Pośród kwiatów parkowały drzewa owocowe, jabłonie głównie. Babcia doglądała wszystkiego, chodziła między roślinami, zbierała upadłe jabłka, układała je na stole przy „sionce”. Ligole, papierówki, antonówki, renety. Pęknięte, z brązowymi plamkami, nagryzione przez ptaki, albo idealne. Potem w magiczny sposób zamykała je w słoikach, butelkach i zimą przywoływana ich cudownie słodki smak, z odrobiną cynamonu, goździków.

Źródło

Świat zna podobno ponad siedem i pół tysiąca odmian jabłoni. Niesamowite, że można odmienić ten smak w tylu przypadkach. To wyjątkowy owoc, szczególnie w naszym kraju. Prosty, skromny, pierwszy dla wielu z nas. „Kocham jabłka miłością absolutną.” pisze autorka w swojej najnowszej, drugiej książce „O jabłkach i pokazuje w jak wielu formach może się ukryć ten owoc: racuchy, sałatki, tarta Tatin, jabłka w cieście, koktajle, chutney, zupy kremy, surówki, dodatek do ryb i mięs, zapiekanki, risotto, tarteletki, tarty, ciasta, lody, bułeczki. Grillowane, duszone, gotowane, na surowo, zasmażane. Czterdzieści autorskich przepisów, podzielonych na cztery sekcje: śniadanie, obiad, kolacja i deser. Jabłka w towarzystwie granatu, łososia, botwinki, cydru, sera pleśniowego. Wspomnienia Elizy Mórawskiej, jak moje, też mają jabłkowy smak, przekonacie się o tym czytając jej ciepłe komentarze i zapiski. Całości dopełniają klimatyczne fotografie Krzysztofa Kozanowskiego. Książka została wydana na ekologicznym Apple Papier Cartamela/Frumat, część celulozy zastąpiono w nim przerobionymi obierkami z jabłek.

Książkę można nabyć tutaj: O Jabłkach


Eliza Mórawska „O jabłkach”, Wydawca Full Meal, Warszawa 2014

2 komentarze:

„ Jest kraj nieznanych cudów. Gdzie z białych gór Potoki srebrem płyną, Doliny śpią (…) ” Władysław Orkan „W Roztokach” 1903 r. ...

Rabka Zdrój


Jest kraj nieznanych cudów.
Gdzie z białych gór
Potoki srebrem płyną,
Doliny śpią (…)

Władysław Orkan „W Roztokach” 1903 r.

fot. Agata Olejnik
Kiedy moja tato i jego brat byli mali, babcia zawsze ich straszyła: ”Pijcie tran, albo pojedziecie do Rabki”. Straszyła i mnie. W wyobraźni, przez długi okres czasu, utrzymywał się obraz miejsca piekielnego, strasznego i najgorszego na ziemi. Paręnaście lat później los rzucił mnie w pobliże Rabki, ale wiele to nie zmieniło w moim postrzeganiu tego miejsca: mała mieścinka, pełna uzdrowisk i „narciarzy”, pojadę na emeryturze. Dziwiłam się, że Ania spędza tam z dziećmi cały miesiąc! Co ona tam robi? W końcu pojechałam po raz pierwszy z moją sześciomiesięczną Lilką. I tak w maju 2011 zły czar Rabki prysł i odkryłam przytulne miejsce na ziemi, w otoczeniu Gorców i Beskidu Wyspowego. Uwielbiam jego cisze i zwyczajność zimą, oraz krzyczącą radośnie zieleń, latem. Nie przeszkadza mi nawet potop turystów od czerwca do końca sierpnia. Czuję się tu jak w domu.


Mieszkamy zwykle u Pani Lucji, niedaleko Parku Zdrojowego. Rzut beretem. Rano biegniemy do sklepu po świeże bulki i zjadamy śniadanie na tarasie. To przyjazne gospodarstwo, z wielkim ogrodem, placem zabaw dla dzieci, trampoliną, ogródkiem warzywnym, klatką pełną królików. Dzieci wybiegają z domu i piszczą z zachwytu. Zaczynamy dzień przy ulicy Słonecznej.


Tężnia solankowa
To istny raj dla rodzin. Od 1996 roku Miasto Dzieci Świata, tytuł nadany przez Kapitułę Orderu Uśmiechu. Można kilka godzin spędzić w samym Parku Zdrojowym. Idealne miejsce na spacer, czy bieganie. Już widzę ten uśmiech – „godzin?”. Tak. Trzydzieści hektarów, wspaniale zagospodarowanych i dopiero, co zrewitalizowanych. Najpierw kilka rundek w małej tężni solankowej. To jedyne w Małopolsce inhalatorium na świeżym powietrzu. Mikroklimat zbawienny dla naszych zasmogowanych, krakowskich dróg oddechowych. Tworzą go buki, modrzewia, sosny i świerki, które latem dodatkowo wydzielają olejki eteryczne nasycające powietrze pięknym zapachem. Potem łyk wody w pijalni. „Tylko wybierz jakąś znośną w smaku” mówi Ania. Wzięłabym „Zuber”, ale nie ma. I już słychać krzyki maluchów ”Chcemy iść na plac zabaw!!!!!!”. „Jak dobrze, że jest kilka” myślę, a do tego ścieżka zdrowia dla starszych. Są wspaniale nowoczesne, funkcjonalne, z całą masą huśtawek, zakręconych zjeżdżalni, piasku, ścianek wspinaczkowych, karuzel itd.. Można też wyciągnąć koc i legnąć na trawie, które gdzieniegdzie zamieniają się w kwiatowe dywany. Po ścieżkach latem mkną dzieci na rowerkach i gokartach. Dwie fontanny – rabczańska nerka i ta w pobliżu cmentarza żołnierzy radzieckich, szumią przyjemnie. Kępy lawendy pachną poległym. W wschodniej stronie parku dominują, poukrywane w bocznych uliczkach, sanatoria, ale są tam także boisko do siatkówki, kręgielnia, nadmuchiwana latem zjeżdżalnia, miasteczko komunikacyjne, korty tenisowe. Na koniec strudzony spacerowicz może przysiąść na lody i kawę w Parkowej albo Cafe Slodka. Podają w filiżankach.

Jeśli mieszkamy u Lucji zajadamy się jej pysznymi domowymi obiadami. Naleśniki to istna poezja, przebijają wszystkie mi znane. Jeśli wpadamy tam na weekend, to nie mamy zbyt dużego wyboru jeśli chodzi o miejsca do jedzenia. To chyba jedyna bolączka tego miasta. Idziemy do Zdrojowej. Tu czas się zatrzymał, gdzieś w 1980 roku. Klimatyczne miejsce, co do wystroju zupełnie jak wyjęte z filmów Barei. Nawet sypana kawa podawana jest w wysokich szklankach. Ale obiady smaczne. Obok huczy fontanna słoni. Zatykanie raczkami trąb, z których tryska woda, to ulubiona zabawa dzieci. Małym deptakiem idziemy do Parku Linowego. Dwie trasy dla młodszych i starszych. Podobno do czterech lat, ale Lilka dala sobie świetnie radę. Krzyś udawał, że chodzi nad morzem lawy i ucieka przez potworami.

Jeśli ktoś lubi jednak jarmarczny klimat i nie boi się narazić portfela na pokaźne uszczuplenie w krótkim czasie, może wybrać się do Rabkolandu. Oprócz karuzel, ciuchci, można tam znaleźć te Odwrócony Dom i Muzeum Orderu Uśmiechu. Potem przejażdżka zabytkowym pociągiem lub wizyta w Muzeum Taboru Kolejowego.


Rabkoland


Rabkoland
Kiedy sezon wygasa, Rabka się wycisza. Wracamy tu zima. To nasz baza wypadowa na narty z dziećmi, na Polczakówkę na przykład. Po południu idziemy na lodowisko, albo do teatru Rabcio, albo do Muzeum Orkana w pięknym Kościele Marii Magdaleny, gdzie można obejrzeć wystawę zabawek dawnych, albo do księgarni „Między Słowami”.


Kościół p.w. Św. marii Magdaleny


Teatr Rabcio

Jedno jest pewne, bez względu na porę roku, nie można się w tutaj nudzić. Ciągle wracamy z ogromną przyjemnością. Wieczorem zwykle padamy z nóg. Kiedy dzieci dorosną ruszymy w góry, marzę. „Lubię tą naszą Rabkę”.


Fotografie: Autorka

1 komentarze: