Świat w książkach Grzegorzewskiej nie ma smaku landrynki, raczej wasabi, do tego pachnie starymi murami betonowych podwórek, kiepami, ...

Wymachiwanie słownym bejsbolem...


Świat w książkach Grzegorzewskiej nie ma smaku landrynki, raczej wasabi, do tego pachnie starymi murami betonowych podwórek, kiepami, piwem, wymiocinami, ale czasem też szlachetnymi perfumami (to ostatnie rzadko). Bohaterowie mają wyraziste historie i takież same charaktery. Nie ma tu sztucznego lukrowania i bitej śmietany ukrywającej brutalność, degenerację, meneli - wręcz przeciwnie, jest … ostro, mrocznie i z charakterem. Autorka zdecydowanie nie bawi się w podchody, ma jak dla mnie, przy całej swojej kobiecości, absolutnie męski mózg i pióro naładowane testosteronem. „Betonowy pałac” ukaże się już 28 sierpnia. Mocne uderzenie.

Zrodlo
Tym razem Grzegorzewska osadza swoich bohaterów w rejonach krakowskiego Osiedla. Światek, który nie jeden z nas omija szerokim łukiem, albo udaje, że go nie zauważa. Ludzie wyrzucający z siebie rzeki slangu i bluźnierstw, żyjący na krawędzi miejskiej dżungli, w jakiejś dziwnej symbiozie z policją, postępujący bez skrupułów. Znam te klimaty z autopsji, bo łódzkie Bałuty, gdzie się wychowałam są geograficznie bardzo bliskie wszystkim Osiedlom w Polsce. Czytając książkę zaśmiewałam się do łez, nie z powodu przedstawienia realiów blokowiskowego klimatu w krzywym zwierciadła, ale z powodu diabolicznych przerysowań. Być może nie jest to jakaś odkrywcza prezentacja półświatka, być może przywołuje na myśl filmy sensacyjne kategorii B, ale według mnie ma w sobie dużą dozę wiarygodności.
Łukasz vel Profesor uciekł przed policją i ludźmi Hrabiego. Zaszył się gdzieś na białej plaży nad Pacyfikiem i po dwóch latach wraca do Krakowa. Majowe słońce wita go w mieście, a wraz z nim mrożąca krew w żyłach sprawa okrutnego Rzeźnika zabijającego kobiety. Kraków w strachu. Ot, taka odmiana po beztrosce na Morzu Południowym. 
Wynajmuje mieszkanie na Dębnikach i oddaje się słodkiemu „robię, tylko to, na co mam ochotę” – „Dym. Śledź. Pauza. Bomba, znowu Dym (…)”. I choć (nie) chce, to bardzo szybko konfrontuje się z mroczną przeszłością, a może raczej ona z nim. Jak to jest powracać po długiej nieobecności, do miejsca gdzie skłębiły się wszystkie wspomnienia, te dobre i te traumatyczne? Przeszłość czyha wszędzie, a kłopoty i dwuznaczne sytuacje bardzo lubią Profesora. Wraca na Osiedle, odświeża, chcąc nie chcąc, kilka znajomości, widzi, że czas dla wielu ludzi i spraw się zatrzymał: Kojak, Pan Dobra Nutka, doktor Judym. Starzy kumple nadal stoją pod bramą, wciągają koks, wyciskają na siłowni ciężary, kombinują, kradną, robią skrobanki. Nad wszystkim czuwa nowy „admin”: zdetronizowany Król ustąpił miejsca Opiekunowi i zapanowała jakaś dziwna cisza i (nie)pokój. Pewnego dnia znika piękna Sophie, żona nowego szefa, a odnaleźć ją ma właśnie Profesor. Został wybrany do roli detektywa, to takie wyróżnienie, czy raczej naznaczenie (?). Chłopak rusza tropem zaginionej, ale nie oszukujmy się, jest detektywem niedoskonałym, chociaż chętnie szuka w sobie czegoś z Poirot albo Marlowe. Książkowe paralele nadają temu śledztwu zabawny wymiar, ale szybko okazuje się, że nie będzie miejsca na żarty i przyda się pomoc. Tu zjawia się Julia Dobrowolska, znana z poprzednich książek Grzegorzewskiej, wygadana, błyskotliwa pani detektyw. Tym razem w roli pierwszo-drugoplanowej. Jest starą, no powiedzmy, znajomą Profesora z Osiedla. „Para” a la Piękna i Bestia, tylko, że bestia nie jest tak ckliwa, jest wręcz cyniczna, co tu dużo gadać jest łajdakiem. Inteligentnym, oczytanym bandziorem, narkomanem i złodziejem. Profesor, choć bulwersuje impertynencją, to jednak fascynuje i pociąga. Co ich łączy? Zbyt wiele. Rozmowy tej dwójki, pełne przekleństw, wulgarności, wzajemnych pretensji wydają się pulsować tłumionym uczuciem, które ożywa pod powierzchnią wypowiadanych słów, wymienianych spojrzeń, dotyków, czynów. Jest miłość zakazana i nawet dobrze, inaczej Grzegorzewska szłaby w kierunku jakiejś tandetnego romansu, a jak już pisałam słodko nie będzie, nie ma miejsca na poprawność polityczną, schematy, sztampę i nudę. Trzeba być gotowym na wszystko: piguły, dresiarzy, meneli, kazirodztwo, popkulturalną mieszankę wybuchową. Nie ma się, co gorszyć. Autorka puszcza do nas oko, więc totalny luz. Czyta się wybornie. Grzegorzewska jest bezpruderyjna i dzielnie wymachuje słownym bejsbolem, układa pierwszorzędne dialogi, ale siłą każdej jej książki są też wyraziste osobowości, nie ważne jak bardzo pokręcone i chore. Autorka pochyla się nad każdym z bohaterów, często o ponurych i przerażających skłonnościach. Prowokuje i przeraża. Nie zapominajmy, w tym słowno-mrocznym nawale tekstu, że mamy do czynienia z kryminałem i to niezłych lotów. Świetna intryga, która na końcu okazuje się być zupełnie, czymś innym niż początkowo zakładaliśmy, a droga do rozwiązania będzie prowadzana pokręconym labiryntem, pełnym zaskakujących twistów, wątków pobocznych. Grzegorzewska pompuje w swoje książki niesamowitą energię i podkręca nią świat oparty na hiperbolach i zniekształceniach.

Gaja Grzegorzewska „Betonowy pałac”, Wydawnictwo Literackie Kraków 2014

















Za książkę dziekuję Wydawnictwu Literackiemu


2 komentarze:

Moja biblioteka przeżyła już kilka przeprowadzek: 1.    z Berlińskiego na Przemyslową; 2.   z większego pokoju do mniejszego - po naka...

Jak unieść tonę książek, czyli o przeprowadzce

Moja biblioteka przeżyła już kilka przeprowadzek:
1.   z Berlińskiego na Przemyslową;
2. z większego pokoju do mniejszego - po nakazie eksmisji wydanym przez brata;
3.   z Łodzi do Krakowa;
4.   z Józefińskiej na Zbrojów;
5.   z Krakowa do Łodzi;
6.   z Łodzi do Wrocławia;
7.   z Wrocławia do Krakowa;
8.   z Rozdroża na Ruczaj.
Podróżowała w całości lub partiami. Teraz zbliża się kolejna i już zostało mi zapowiedziane – „Tym razem nosisz książki sama”. Przenoszenie pudeł wypakowanych tomami to żmudna praca i zniechęcająca, ale z drugiej strony … ileż radości na później – wybór regałów, aranżacja półek, organizacja pozycji. Dodatkowo mój księgozbiór od lat jest w pozycji szpagatu: jedną noga tu w Krakowie (jakieś 1/3 objętości), reszta w mieście mym rodzinnym, pod opieką mamy. Nadchodzi zatem oczekiwana anastomoza.

SELEKCJA
Nie ma chyba lepszego momentu na przegląd księgozbioru niż przeprowadzka. Zwykle książki są pierwszą rzeczą, którą pakuję, więc siadam, oglądam, buduje stosiki i czasami cos odłożę, albo przekażę dalej w ramach bookcrossing’u albo podrzucę do biblioteki rejonowej. Żmudny etap, szczególnie, że wtedy odkrywam nieodpartą wprost ochotę na ponownie przeczytanie tego i owego.

SIŁA TKWI W MAŁYCH PUDEŁKACH

Wiem ile potrzeba siły, żeby podnieść pudełko wypakowane woluminami, znieść i wnieść je po schodach (bywały czteropiętrowce bez windy, z niebywale wysokimi schodami) i pakować do auta. Jeśli pudełka są dwa to zen, a jeśli jest ich czterdzieści dwa … to sami rozumiecie, żadnej nieznośnej lekkości bytu. Nigdy specjalnie nie zastanawiałam się nad wyborem pudełek do pakowania, szłam do najbliższego sklepu i … jakież było moje rozczarowanie, kiedy okazywało się, że pudeł brak. Musiałam się nieraz nieźle nachodzić, więc warto wziąć to wcześniej pod uwagę. Często też brałam, co dawali – małe, duże, grube, cienkie. Po kilku przenosinach już wiem, że w moim przypadku najlepiej sprawdzają się jednak średnie pudła klapowe, które wypełniałam do połowy lub ¾ max, a na górze układałam ubrania lub lżejsze rzeczy. Do przeprowadzek ratalnych - walizki, mogę spokojnie wywozić książki partiami. Cokolwiek wybieram, stawiam na trwałość i wytrzymałość. Zaklejam taśmą pakową, a jeśli czuję, że pudełko może nie wytrzymać, owijam je dodatkowo folią strech.

ORDNUNG MUSS SEIN

W pakowaniu trzeba tez zachować pewną strategie. Tak mowię to ja, osoba, której drugie imię brzmi ”artystyczny nieład” vel. bałaganiarz, bo pakując książki zachowuję absolutny porządek. O ile ubrania wrzucam pogniecione, byle jak, buty z jedwabiami, garnki z kurtkami, to w przypadku książek wstępuje we mnie Perfekcyjna. Nie pakuję byle jak, a układam razem te z jednej półki, co w moim przypadku oznacza z konkretnej kategorii: podróżnicze, kryminały, itd.. Zawsze opisuję zawartość pudeł, łatwiej później organizować je w bibliotece i oszczędzić sobie frustracji poszukując brakującego tomu Chmielewskiej, która powinna stanąć na półce obok innych. Mam tutaj dwa podejścia: albo nalepiam kolorowe oznaczenia na paczkach, albo nadaję im numery, a wszystko zapisuję na wcześniej przygotowanych karatch. W pudle każda książka leży na plecach lub na grzbiecie lub stoi. Zdecydowanie miksuje pozycje. Nie upycham na siłę. Wszelkie unikaty i białe kruki dodatkowo zawijam w gazety i folie.

KSIĄŻKI MAJĄ PIERWSZEŃSTWO

Nie wiem jak u was, ale u mnie największy zapał pakowania jest na wstępie, dlatego książki idą na pierwszy ogień. Jest dokładniej, nic się nie zagina i nic im nie grozi. Podobnie jest przy rozpakowywaniu, chce je szybko zabrać z drogi, jeżeli mam mało miejsca. Tym razem pudła będą miały swój pokój … oddzielną bibliotekę.

NA WSZELKI WYPADEK


Zawsze mam stosik w pogotowiu, nigdy nie pakuję wszystkich książek, szczególnie, jeśli wiem, że nie będę się mogła dostać do pudeł przez dłuższy czas. 

3 komentarze:

Literki, literki, to główny bohater ostatnich tygodni w naszym domu. Jest faza pisania u malucha. „ Mamo, a jak się pisze „ kręcony ”?”,...

Zoo alfabet


Literki, literki, to główny bohater ostatnich tygodni w naszym domu. Jest faza pisania u malucha. „Mamo, a jak się piszekręcony”?”, „Akrólewna”?”, „Mamo nie umiem napisać „R”!”. Zaopatrzyliśmy się w zeszyty do nauki pisania, ale nie zapominamy, że trzeba czytać i czytać. Całkiem przypadkiem trafiłam na stronę Izy Skarbek (www.izaskarbek.pl) i kupiłam „Zoo alfabet”. Pani Iza jest literaturoznawcą i nauczycielem w myszkowskim liceum. Chce, żeby jej książeczki pokazywały świat oczami dzieci, testuje je na swoich dziewczynach. Sprawdzam więc na mojej córce.

Rymowane wiersze zabierają nas na spacer po kolejnych literach alfabetu. Od niewyspanej anakondy do walecznego żuka. Są zabawne, a każdy podkreśla to, co charakterystyczne dla danego zwierzęcia: pracowitość wolu, żądlenie szerszenia, stroszenie pióra kogut, granie cykady. Każdy wierszyk kładzie duży nacisk na literkę, której dotyczy. Bardzo barwnie i estetycznie. Są też niespodzianki i konkursy, bo niektóre zwierzęta (tudzież stwory) „gdzieś zwiały” i trzeba je narysować (można wziąć udział w  konkursie). Wspaniały pomysł dołożenia czegoś interaktywnego i zaproszenia dziecka do współtworzenia książeczki. My narysowałyśmy mrówkę i wysłałyśmy.

Rysunki są sprawką Marka Regnera, grafika i ilustratora z Dębicy, który inspiracji szuka u Tadeusza Baranowskiego („Skąd się bierze woda sodowa i nie tylko”), Papcia Chmiela i Daniela Kessler’a. Zaczynał rysując komiksy i drobne rysunki humorystyczne. Świetna kreska. Te wyłupiaste oczy są rozkoszne.

Dodatkowo duży plus za wydanie na grubszym papierze, bardziej opornym na gięcie w rączkach malucha, a jeśli, któreś już uczy się czytać, to większa czcionka ułatwi wszystko.

Razem z egzemplarzem książki otrzymałam katalog. W ofercie jest również „Alfabet owocowo-warzywny” z ilustracjami Doroty Prończyk, „Wierszyki dla całkiem Małych Maluchów”, „Wierszykowo” oraz seria o Gabie.

 

Iza Skarbek „Zoo alfabet” wydawnictwo spotart, Myszków 2013

0 komentarze:

Haiku to perełka. Japońska niepozorna strofa. Misterny układ siedemnastu sylab zapisywanych w jednym wersie. To w wersji kraju kwitnącej ...

Klaustrofobia słów


Haiku to perełka. Japońska niepozorna strofa. Misterny układ siedemnastu sylab zapisywanych w jednym wersie. To w wersji kraju kwitnącej wiśni, bo inne państwa dają sobie więcej przestrzeni, rozrzucając zgłoski w kilka rzędów. Haiku podobne jest do haikai, czyli dłuższej żartobliwej pieśni, z której się wyodrębniło jako utwór samodzielny. Kilka słów, które czytane rozbrzmiewają, wytwarzając jednocześnie ciszę, bo przekaz kryje się w tym, co niezapisane, niewypowiedziane. Ta forma poetycka opiera się na lakoniczności i na skojarzeniu, precyzji techniki i trafności przekazu. Ujarzmianie słów, pobudzenie myśli. Uważam, że trzeba być nie tyle dobrym poetą, co mistrzowskim wprost rzemieślnikiem, aby podjąć się pisania, czy tłumaczenia tych tekstów. Kiedy przeczytałam tomik Ryszard Krynickiego „Haiku. Haiku mistrzów” i zaczęłam wczytywać się w życiorys poety, pomyślałam, że jest on urodzony po to, aby tworzyć te krótkie formy. Krynicki twórca tzw. Nowej Fali, kontynuator Awangardy Krakowskiej, którego poezja stopniowo szła w kierunku form aforystycznych.

Wydany niedawno tomik składa się z dwóch części. Pierwsza to utwory własne, pisane od wczesnych lat siedemdziesiątych: „szkicownik prywatny, dany do wglądu czytelnikowi”. Nie są to haiku sensu stricte, a „prawie haiku”, przepiękne, nasycone mistycyzmem i ulotnością formy. Żartobliwe, poważne i sentymentalne uwagi. Tematyka nie skupia się tu na przyrodzie, jak w formie klasycznej, tekst jest poddany obróbce ironicznej, wieloznacznej i celnej krytyki.


Niektórzy głoszą, iż sam Czesław Miłosz
zatkał ucho, gdy śpiewać
rozpoczął Świetlicki.
Inni, że jedynie przyłożył
doń rękę-
żeby lepiej słyszeć.


Krynicki wspaniale ujmuje impresyjność momentów, wpychając wiele sensów w dość klaustrofobiczną formę. Delikatne obrazy, jak malowane piktogramy, przynoszą cały kalejdoskop przemyśleń i wniosków.


-Jesteście wolni- mówi strażnik
I żelazna brama zamyka się
Teraz z drugiej strony.


„Już cię nie kocham.”
Zdanie oznajmujące.
Proste jak inne.

Druga część to tłumaczenia, lub jak sam autor pisze w posłowiu, ”parafrazy”, tekstów czterech najwybitniejszych japońskich twórców gatunku. Nie znając bowiem japońskiego, autor opierał się na przekładach niemieckich, czeskich, rosyjskich, angielskich. Jest tutaj więc Kobayashi Issa, Matsuo Bashō, Yosa Buson, oraz Masaoka Shik. Tomik, wspaniale wypełnia lukę na naszym rynku, próżno bowiem szukać zbiorków haiku, czy to rodzimych twórców, czy też innych.

Aby połączyć się z użytkownikiem Kobayashi Issa,
Zarejestruj się na Facebooku jeszcze dziś.


Dodam jeszcze tylko, że tomik czytałam w ramach akcji „Czytaj KRK!” i serdecznie zachęcam do udziału. Najpierw instalujemy darmowa aplikację, szukamy porozwieszanych w mieście plakatów z kodami QR, skanujemy wybrany i przez 30 dni cieszymy się książką w telefonie.


Ryszard Krynicki ”Haiku. Haiku mistrzów” Wydawnictwo a5, Krąków 2014

0 komentarze:

W zestawieniach na najtrudniejszą do przeczytania książkę na świecie "Ulisses" Jamesa Joyce’a zdecydowanie przoduje. Rzecz jasn...

Ja tu tylko sprawdzam. Jak przeczytać "Ulissesa"?


W zestawieniach na najtrudniejszą do przeczytania książkę na świecie "Ulisses" Jamesa Joyce’a zdecydowanie przoduje. Rzecz jasna jest arcydziełem. To wszyscy już wiedzą, niemniej arcydziełem, przez które przebrnąć trudno, a jak twierdzi wielu, graniczy to z nieprawdopodobieństwem. A gdyby spróbować?
Przeciętny Polak nie przeczytał ani w tym, ani w zeszłym roku żadnej książki, co trzeci przynajmniej jakiejś dotknął, z tym że mogła to być też książka gwarancyjna. W porównaniu z przeciętnym Francuzem, który przeczytał w zeszłym roku 15 książek, niestety leżymy. Starajmy się jednak zachować pozory. Na przykład mój tekst ma trzy strony maszynopisu, więc zalicza się prawie do książek, a przynajmniej tak możecie wyznać ankieterowi, gdyby kiedyś się zjawił i był ciekaw.
Wracając do prawdziwych książek: nie będzie łatwo. Na brytyjskich forach o literaturze czytelnicy, studenci i pracownicy naukowi dodają sobie otuchy przed atakiem na szczyt. To jest przed przystąpieniem do czytania "Ulissesa".
Źródło

Wygląda na to, że przed czytaniem trzeba się przygotować równie starannie jak przed próbą zimowego wejścia na Mount Everest. Lądujesz w Katmandu, rozpakowujesz te swoje czekany, liny, butle z tlenem i niby wiesz, że przed tobą udało się to ponad tysiącowi wspinaczy oraz Martynie Wojciechowskiej, a nawet Szerpie Tembie, który miał 15 lat, kiedy wspiął się na szczyt w 2001 roku. Z drugiej strony pamiętasz, że ponad 160 osób zginęło, próbując, więc szybko liczysz, że szansa, iż wrócisz żywy, jest całkiem spora. Bądź jednak nie tak duża - jeśli jesteś pesymistą.
Tymczasem czytanie "Ulissesa" nie grozi niczym strasznym. Najwyżej nie dokończysz. Nikt go nigdy tak naprawdę nie przeczytał. Napisano o nim mnóstwo szkiców i prac krytycznych, ale to nadal nie oznacza, że ktokolwiek go w całości przeczytał. Wielu twierdzi, że ten, kto przeczytał całego "Ulissesa", po prostu łże.
Joseph Collins już 90 lat temu stwierdził, że zwykły inteligentny czytelnik nie pojmie z książki nic, a do jej czytania powinny przygotowywać kursy.

Ale dość tego gdybania. Czas założyć pierwszy obóz u stóp "Ulissesa" i obejrzeć go z oddali.

Wygląda solidnie. 650 stron drobnego druku. Dwóch głównych bohaterów. Stefan Dedalus i Leopold Bloom oraz Molly, żona tego ostatniego. Rzecz dzieje się w Dublinie 16 czerwca 1904 roku. Stefan i Leopold chodzą, jedzą, rozmawiają i myślą. Dzień jak co dzień na 650 stronach, które James Joyce pisał przez siedem lat między 1914 a 1921 rokiem. W wersji angielskiej liczy 264 834 słowa, a więc całkiem sporo. Muszę się liczyć z odniesieniami i aluzjami kulturalnymi. Przede wszystkim do "Odysei" Homera, ale w sumie do wszystkiego. Leopold Bloom ma być wersją Odyseusza, podczas gdy Stefan Dedalus zagra Telemacha. Co jeszcze? Ci, którzy czytali (ci, którzy twierdzą, że czytali), ostrzegają, że to książka komiczna i trudno się powstrzymać od ustawicznego chichotania. Zresztą sam James Joyce wciąż chichotał diabolicznie, kiedy ją pisał, a pamiętajmy, że pisał lat siedem. Tak przynajmniej zapamiętała te lata jego żona, wspominając, że każdej nocy wybudzał ją diaboliczny chichot męża. Zaś sam Joyce zdziwił się, kiedy Carl Gustav Jung, ojciec psychoanalizy, przeczytał "Ulissesa" bez choćby cienia uśmiechu.
Zapamiętam to. Chyba mogę przenieść bazę wyżej.

W bazie pod Everestem sprawdzałbym te linki i takie tam, a tu muszę sprawdzić książkę - czy jest właściwa. Przez lata kolejnych wydań w "Ulissesie" nagromadziło się 5000 błędów i nie pomyliła mi się liczba zer. Znawca Joyce'a John Moody twierdzi, że jedyna edycja wolna od tych błędów to wydanie Random House z 1986 roku, cóż, nie będę przecież czytał go po angielsku. Maciej Słomczyński przetłumaczył "Hamleta" Williama Szekspira w 20 dni. Przetłumaczenie "Ulissesa" zajęło mu natomiast 12 lat. Z tego, co pamiętam z liceum, to przeczytanie "Hamleta" zajęło mi cztery dni - byłem jednak młodszy. Wynika z tego, że na przeczytanie "Ulissesa" potrzebowałbym prawie trzech lat.
Słomczyński miał inne wydanie, więc przetłumaczył te 5000 błędów.

Od Johna Moody'ego wiem, że muszę się przygotować na kilkunastu narratorów, w tym tak osobliwych jak "liryczny technik".

Jutro podejmę atak.

Weźmy takiego Johna Moody'ego. Nie tylko napisał książkę o "Ulissesie", ale twierdzi, że przeczytał go 11 razy. I wziąłby go na bezludną wyspę. Twierdzi, że trzy z tych 11 razy były to czytania na głosy razem z żoną i pokładali się wówczas ze śmiechu. No dobrze, nie będę niepokoił żony. Sam spróbuję.
Pamiętam, jak próbowałem po raz pierwszy. Byłem wówczas w klasie maturalnej i sądziłem, że zaimponuję pewnej dziewczynie z biologiczno-chemicznej. Niestety, z powodów, których nie pamiętam, utknąłem beznadziejnie na stronie 30. Dziewczynę spotkałem po latach i w sumie dobrze, że nie skończyłem tego Joyce'a. Druga próba nastąpiła na studiach, kiedy chciałem pozować na intelektualistę, usłyszałem też, że są w nim momenty. Doszedłem jednak zaledwie do 18. strony. Właściwie czemu tak kiepsko? W końcu czytam książki. W tym miesiącu przeczytałem już siedem, co znaczy, że kolejnych siedmiu Polaków nie przeczyta w tym roku ani jednej. Po trzech dniach doszedłem zaledwie do strony czwartej, kończąc na zdaniu: "ten facet z którym byłem zeszłej nocy w Okręcie, powiedział Buck Mulligan, mówi że masz o.p.s. jest tam razem z Connoły Normanem, w Bzikogrodzie. Ogólne porażenie szaleństwem. Zatoczył lusterkiem półkole w powietrzu by przesłać tę wieść ku słońcu które lśniło teraz na powierzchni morza. Łuki jego warg uśmiechały się wraz z krawędziami białych, połyskujących zębów. Śmiech ogarnął całą jego mocną, masywną sylwetkę".
Muszę zmierzyć się z rzeczywistością. Nie mam pojęcia, kim jest Buck, a przecież uważnie przeczytałem te cztery strony przez trzy dni. Nie wiem, kto to Connoły, co to Bzikogród ani o.p.s. Zacznę jutro od początku.

Najgorsze w tym czytaniu wcale nie jest to, że nadal nie mam pojęcia, co z tym Mulliganem. "Ulisses" jest naładowany znaczeniami, podtekstami i aluzjami, do których dochodzi się podobno po latach i dekadach. Może więc przeżyję jakieś olśnienie w 2024 roku. Najgorsze jest to, że nie mam jak tego opowiedzieć. Czytam od tygodnia te siedem stron, choć dziś doszedłem do ósmej, i nie wiem, o czym czytam. Spotkam, dajmy na to, na mieście znajomego intelektualistę, który zagadnie mnie, co porabiam. Odpowiem mu, że czytam "Ulissesa", a on na to będzie chciał przedyskutować rozdział ósmy, w którym - co wiem z książki Moody'ego - prócz Blooma wspominającego miłosne sesje z Molly i poszukującego czegoś do jedzenia mamy debatę o państwie i Kościele. Odpowiem, że niestety, jestem na stronie ósmej, na której ktoś rozmyśla, ale nie wiem kto i o czym właściwie? Natomiast jeśli spotkam znajomego nieczytającego, a takich coraz więcej (czasu brakuje, może w wakacje nadrobię - zawsze powtarzają i nigdy nie nadrabiają) - pomyśli, że oszalałem.

Źródło
Czytam od początku. Strona piąta. Zaczynam chichotać. Ciekawy stan. To moje czytanie jest wielostopniową aluzją do rzeczywistości, w której żyję, i wyborów do Parlamentu Europejskiego. Ma też liczne nawiązania do klasyki. Skąd Joyce wiedział o tych wyborach? To bardzo śmieszne. Szósta strona. Śmiech ogarnia całą moją sylwetkę. Sądzę, że liryczny technik określiłby go nawet jako diabelski chichot. Nie mogę przestać. Naprawdę nie mogę.

Leszek Talko „Ja tu tylko sprawdzam. Jak przeczytać "Ulissesa"?” Gazeta Wyborcza Duży Format, 22 maja 2014 r.

4 komentarze: