Pewnego dnia moja mama podlewała kwiaty. Niby nic takiego, ale akurat to podlewanie skończyło się „odłączeniem” telewizora na dobry tydzie...

„e-Migranci”

Pewnego dnia moja mama podlewała kwiaty. Niby nic takiego, ale akurat to podlewanie skończyło się „odłączeniem” telewizora na dobry tydzień. Zalała kineskop. To było dawno temu. Cała czwórka zamarła. Nie byliśmy wprawdzie nigdy jakimiś tam telemaniakami, ale … co robić w długie jesienne wieczory? Koncert unplagged tak, ale nie u nas w domu!!! Byliśmy zdruzgotani. Zapadła cisza. Po siedmiu dniach zaśmiewaliśmy się do rozpuku grając po raz dwusetny w kierki, planszówki i gadając ze sobą non stop (o czytaniu nie wspominam!). Nie taki diabeł straszny.
Źródło

To było ze dwadzieścia lat temu, kiedy ilość kabli na metr kwadratowy była praktycznie znikoma. Teraz prawie wszyscy mamy już bezprzewodowe zasilanie. W smartphone’ie zamykamy nasze przyjaźnie, rozmowy, mapy, kalendarz, pocztę, albumy zdjęć i dżina internetu. Odłączenie może być teraz bardziej bolesne. Nasz dzieci to już „cyfrowi tubylcy”, urodziły się owinięte kablami, nie pępowiną. Mój czterolatek, choć dostęp do komputera ma znikomy, wspaniale potrafi posługiwać się myszką, a także komórką. Bez problemu wykasuje wszystkie dane, albo ustawi do obsługi język norweski. Ja nie wiem jak to zrobić! Czy mnie to przeraża? Odrobinę tak. Nie chcę żeby stała się komputerowym zombie, ale z drugiej strony, nie mogę jej od tego izolować.
Ania średnio raz w tygodniu wyrzuca telefon i ciągle pomstuje nad Facebookiem. Blokuje, wyrzuca i ma dni ciszy. „Ale jak będziemy ze sobą „rozmawiały?”” pytam. Praktycznie piszemy do siebie non stop. Rozmowa pisana. Kakao. Wattsup. Komunikator FB. Ludzie już się nie śmieją tylko LOLują, wyrzucają się z „przyjaciół” albo rozstają się na facebook’owej ściance i ten cały ekshibicjonizm. iPod’y, iPad’y, xBox’y, My Space. „Dobra i co z tego?” mówi Marcin (żyjący ciągle w epoce zwykłego telefonu, stroniący od mediów społecznościach i mający problem z obsługa Google+, a przy tym wielbiciel technicznych nowinek i gadżetów), „trzeba mieć tylko dystans”. Ja już dawno go nie mam, bez internetu przez pięć minut, czuję się, że coś mnie omija. Maniakalnie tweetuję, komentuję, czytam wszelkie portalem informacyjne, blogosferę orzę kilka razy dziennie, dyskutuję, prowadzę fanpage’a, zawiaduję zamknięciem miesiąca przez komórkę. Z pewnością grozi mi tabletoza i uzależnienie internetowe. Potrzebny detoks, a może zdrowy rozsądek?
Źródło
Podobnie pomyślała Susan Maushart, autorka „E-migrantów”, i zaserwowała trójce swoich nastoletnich dzieci rozległą awarię zasilania przez pól roku. Jej argumenty to: obawa, że dzieci stają się powoli awatarami; próba powrotu z wirtualnego wygania do realnego życia. Sama zanurzona była w cyfrowym świecie, jako dziennikarz znajdowała zawsze komórkę albo laptopa, żeby być online. „Przecież pracuję!” Do czasu. Jej sprzeciw był bardzo wyraźny. Terapia szokowa. Niesiona na skrzydłach powieści „Walden” Henry David Emersona, czuła ogromną siłę, mimo, że dzieliło ich ponad sto pięćdziesiąt lat. Internet tylko poza domem. Komórki, tak, ale nie smartphony i tylko do komunikowania się poprzez faktyczną rozmowę. Czy nie po to został stworzony? Tele – daleko, phone- glos. Głos. Głos. Nie chat! Co z tego wyniknęło? Czy poszło jak po maśle? Był bunt nastoletnich dzieci? Dlaczego z łatwością ujawniamy adres poczty elektronicznej, a numeru telefonu panicznie strzeżemy? Wnioski?
Bardzo ciekawy eksperyment i lekcja dla całej rodziny, a pośrednio dla nas. Książka przystępnie wykłada pewne prawdy o dzisiejszym świecie, i bez znaczenia pozostaje w zasadzie fakt, że akcja toczy się w Australii. Znalazłam mnóstwo odniesień do naszej, polskiej rzeczywistości. Jest tu sporo danych statystycznych (żadnych straszących tabel!), analizy socjologicznej i rzut oka na nasze typowe argumenty usprawiedliwiające to, że jesteśmy ciągle „dostępni”. Czym jest nuda i czy, aby nie powoduje jej nadmiar, a nie deficyt?
Źródło

Napisana z humorem i pazurem, szczerze. Nie ma tu nic z poradnika, ani naiwnego przekreślania wszelkich wynalazków ostatnich lat. Wręcz przeciwnie autorka podkreśla, że „technologia i media otwierają przed nami fascynujące możliwości.” Nie ma, co obrażać się na postęp: w czasach Sokratesa, wszak, samo słowo pisane było uważane za zagrożenie, a w XV wieku prasę drukarską podejrzewano o diabelskie moce. To przedawkowane prowadzi do rozmemłania życia i w sumie omijania tego, co ważne. Wirtualna farma, randka, a nawet filmowa fabuła, to bujanie w obłokach wirtualnej chmury. Niech żyje ekologia mediów!


3 komentarze:

Do kin wszedł właśnie film Łukasza Palkowskiego „ Bogowie ”. Agora w dniu jego premiery wydała biografię „ Religa ”. Właśnie przeczyta...

Religa: człowiek


Do kin wszedł właśnie film Łukasza Palkowskiego „Bogowie”. Agora w dniu jego premiery wydała biografię „Religa”. Właśnie przeczytałam ostatnią stronę. Odebrałam ją bardzo osobiście. Ściska za serce, po prostu. Spodziewałam się pomnika, tak wyniosłego, że można go oglądać tylko w półzgięciu, z pochyloną głową. Historia Profesora, nawet znana oględnie, onieśmiela. Tymczasem książka Dariusza Kortko i Judyty Watoły przynosi obraz osoby, której najważniejszą rolą była rola dobrego człowieka, na niej wyrosło wszystko inne. Każde zadanie wykonane z pełnym zaangażowaniem, zawsze z myślą o innych, o pacjentach. Siła tej biografii tkwi też w tym, że spleciona jest z historii i wspomnień osób najbliższych, przez to prawdziwa, bez zbędnych uniesień. Idealnie pasuje do Profesora, jak szyta na miarę. 

Źródło
Religa miał zasady, miał wizję, miał niesamowity kontakt z drugim człowiekiem, bo zawsze był szczery. Jego praca to walka o każdego pacjenta, o każde dzień życia, o szansę. I tak sobie myślę, oby wszyscy lekarze byli dziś tacy, oby pasja zawodu, zdrowie chorego były zawsze na pierwszym planie. Idealizm w tych czasach, wiem, ale jak dowodzi życie kardiochirurga można. Można na przekór systemowi, czasem z nim, na przekór możliwościom technicznym, finansowym, bez pieniędzy, bez aparatury. Wszystko dla pacjenta. Relidze daleko do Pana Boga, nie potrafił ratować każdego życia, ale próbował, chciał dawać szansę ludziom patrzącym śmierci w oczy. Chore serce poddaje cały organizm, a on słowa kapitulacja nie uznawał. Utratę pacjenta przeżywał, zapijał, wpadał w ciąg, nawet po latach uprawiania zawodu, a swoją chorobę i śmierć oswoił szybko. Tak po prostu bywa i już. Palił jak smok. Sporty bez filtra. Ulubione Marlboro. Mimo nadludzkich wysiłków, mimo bicia się o każdą nowatorską metodę, mimo heroicznych i szalonych decyzji, Religa, przedstawiony w tej książce, jest nader ludzki. Próżny, choleryk klnący jak szewc, kiepski księgowy, zagubiony w papierologii, skupiony chirurg, dobry (choć często nieobecny) ojciec, wymagający nauczyciel. On po prostu chciał i jego wola stawała się ciałem. Atrybut Boga? Dla dobra innego człowieka. Szanował ludzi, czy to, jako lekarz, polityk, minister, dziadek, profesor, rektor. Skracał dystans do wszystkich. Drażnią go sztywne relacje łączące ordynatora z podwładnymi. Taka tradycja. Po co? Nigdy nie miał prywatnego gabinetu. Dobrego samochodu. Ciężko w to uwierzyć? A jednak.
Źródło
Czytając tę książkę, czuć, że Relidze zależało, że nie chciał być skrępowany i poddany biurokratycznym meandrom. „Dla profesora zawsze liczyła się sprawa.” Chciał wyników. Jeśli fundacja to prężna, jeśli plan zakupu aparatury to miał się ziścić, a nie polegać na przejedzeniu kasy, jeśli sztuczne serce to polskie. „Trudny przypadek” to jego narkotyk. Zieleń i błękit. Nadzieja i wolność. Kolory kitla chirurga. Dla osób z chorym sercem innowacyjne rozwiązania Religii były jedyną szansą na dalsze życie. Klinikę w Zabrzu budował własnymi rękami, wraz z personelem czyścił i kładł kafelki. Dosłownie. Droga do pierwszego przeszczepu, mimo ogromny zdolności, stypendiów i nauki u najwybitniejszych pionierów w Stanach Zjednoczonych, okupiona była wieloma ekstremalnymi próbami i szaleństwem. Niemożliwe nie istniało. Dziś czytając opisy tych prób możemy wpadać w przerażenie. Serce od świni, szympansa? Czy tak wolno? Leki immunopresyjne podawane na oko? Czy mamy prawo do eksperymentów na ludziach? A bioetyka? W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych nikt o tym nie słyszał. Religa postanowił ryzykować.
Każdy chciał z nim pracować, miał siłę przyciągania ludzi, niezwykłą charyzmę. Był jak siła Coriolisa. Czym wabił? Wizją? Pędem do nauki? Otwieraniem nowych możliwości, drzwi tradycyjnie zaryglowanych? Bezpośredniością? Nie znosił sztywnych hierarchii budowanych w relacjach bardziej i mniej doświadczonych lekarzy. Dla niego uczyły się umiejętności, dawał szansę młodym, uczył ich podejmowania decyzji. Wiek stawał się rzeczą względną – chcesz możesz. Jego metody były jak trzęsienie ziemi, jak tsunami, dla chorych jak powiew świeżości. Szkoła Religii. Szkoła szansy. W jego, na poły ateistycznym, na poły agnostycznym, podejściu do Boga, była zarysowana wrażliwość i jakaś niepewność. Ciągle pytał. Żył w geograficznej schizofrenii: ciało i umysł na Śląsku, serce w Warszawie. Ale rodzina to rozumiała, bez nich nie dokonałby niczego. Miał tę świadomość.
Życie Religii to faktycznie idealny materiał na filmowy scenariusz. Jest w nim wszystko, czego potrzebuje dobry thriller medyczny. Ja jednak zawsze daję pierwszeństwo słowu pisanemu i zwykle wygrywam, coś więcej niż efekty multimedialne. Wygrywam detale i niuanse, które tylko książka może naświetlić. W biografia Religii jest ich mnóstwo, a bez nich trudno zrozumieć różne posunięcia, trudno też zobaczyć coś więcej niż oślepiającą aureolę świętego. Religa jest człowiekiem z krwi i kości. Wspaniałym i wyjątkowym, aczkolwiek nielubiącym zbytecznego splendoru (no, chyba, że ten pomoże ratować ludzi). Dziennikarzom udało się nakreślić obraz ikony kardiochirurgii w przystępny i anegdotyczny momentami sposób. Idealnie oddali atmosferę PRLu: absurdu i niepojętości pewnych rozwiązań. A wśród nich człowieka buntownika, niezłomnego, o wielkim sercu. Dla wielu Boga …



Dariusz Kortko, Judyta Watola „Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2014














Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora:

Fanpage Wydawnictwa: Link

0 komentarze:

Ciepło mi w poliki. Piję kawę, choć nie powinnam. Promienie świdrują moje piegi. Słońce k ą pie w z ł ocie  cały świat, dając drzewom jesz...

Bez sieci

Ciepło mi w poliki. Piję kawę, choć nie powinnam. Promienie świdrują moje piegi. Słońce kąpie w złocie cały świat, dając drzewom jeszcze trochę nadziei, że pozostaną okryte liśćmi, na moment. Jedziemy w góry, na chwilę. Wszystko w życiu jest ulotne, ale podobno to jego największe piękno, nawet Rysiek w radio nam przytakuje. Jedziemy połazić. Pogadać. Zapomnieć. Wiatr ma wywiać wszystko to, co nas przygnębia, co smuci i co krępuje. Poczujemy zmęczenie, które uszczęśliwia i bliskość nieba, która rozaniela. Amen. „Na pewno będzie padać i będą korki. W Poroninie zawsze są” kraczą jedna przez drugą. Wiedźmy. Ten pesymizm też ma im wywiać. Oby na zawsze, choć na to potrzebny jest halny. Czy my wiemy gdzie jedziemy? W zasadzie tak, chociaż nie bardzo. A po co? Wyłączamy komórki. Mapy brak. GPS nie działa. Cisza.

Zawiązujemy buty. Jedne stare, drugie schodzone, a trzecie za małe. Mokre kamienie drażnią podeszwy. Strążyska jest jak dama, nadobna, pełna wdzięku, piękna, wystrojona. Wzdycham z zachwytu. Dawno nie byłam. Długi wąwóz pełen barw, wije się jak niekończąca nitka do góry, a to tylko cztery kilometry. Można iść i iść. Wokoło ostre turnie przypominają, że żartów nie ma. Groźnie. Może nie aż tak, ale pamiętać trzeba. Woda szumi w potoku i rozbija ciszę na kawałki. „ (…) kraj milczenia i marzenia, a tak piękny”. Kraszewski, gdyby żył teraz zmieniłby ten wers. Ale jest poniedziałek, gdzieś w październiku, nie ma Warszawy i szpilek na Giewoncie. Nie ma. Prawie.

Drogowskaz. Sarnia Skała. Mała Łąka. Giewont. „Brrr” wzdryga się któraś. Wszystkie trzy. Tylko nie to. Nie to. Siklawica. Czemu by nie. Piękny, ale chyba wiosną piękniejszy. No, jak te śniegi zejdą, spłyną, roztopią się, rozmokną, potem sublimują. I tak wiecznie. Nudzi im się to kiedyś? Ciągły ruch w sumie, to może nie. Jemy bułki. Jedni skromne z pasztetem i szynką, inni zabrali rukolę, zielonego ogórka. Ciabatta versus kajzerka. Fusion w wersji biwakowej. Dzielimy się. Wodę mamy wspólną. Kubków brak. Uwaga na niedźwiedzie!

Na pewno będę miała zadyszkę” myślę. Mam. One nie. Fitness. Serio, jedna nawet prawie z licencją. Idę dzielnie. Gadam do siebie w myślach.  Zaraz, jakich myślach? Na tej wysokości ich nie miewam.  A one?  Dwa metry z przodu. Zanoszą się śmiechem. Czekają. Stajemy. Łyk wody. Pani schodząca ma fajne spodnie. Dotykam. Spodni, nie Pani. Sieciówka, ale kobieta zachwala. Wokoło cień pogładził las. Jesteśmy mokre. Mamy antyperspirant, jeden. Dzielimy się? Nie mamy chusteczek higienicznych. Niemożliwe! Ale nitka do zębów jest, nie w moim plecaku. Łyk numer dwa. Rusz się! Przełęcz w Grzybowcu. Znowu trzeba wybrać kierunek. Byle wyżej.
Wypływamy na Polanę. Wielką. Małołęcka. Przestrzeń nieogarnięta. Mój obiektyw nie nadąża.
Zrób panoramę”.
Nie mogę”.
Ktoś ma taki obiektyw. Następnym razem pożyczymy. Po środku kilka skał. Facet siedzi. Zastygł. Jańcio Wodnik. Zostawia tu swoje troski. To dobrze przewietrzone miejsce. Konfesjonał. Tu można. Balasty suną do góry przesyłką priorytetową. Każda, za free. To nie jest zaśmiecanie. To filtrowanie. Teraz nasza kolej.

Przysłop Miętusi. Kolejny drogowskaz. Wiele możliwości. Ktoś nam doradza. Schował się za czarnymi okularami. Pije piwo. Mówi z wyższością. Wymienia nazwy, kombinacje zejść, wejść. Ma mapę. To jest gość. A żona milczy. Są i takie. My nie. Śmiech coraz głośniejszy. „Załóżcie okulary, bo mam taki projekt fotograficzny”. Założą. Nie pozują. Nie pytają. Do kolekcji fota numer dwa. Czerwone Wierchy płoną.

Kolację dziś sponsoruje Obrechtówka. Najstarsza. Naj. Naj i naj. Dobre. Polecane. Na ścianie tłoczą się wycinki z Newsweeka. Gessler o nich pisała. A czy to ma znaczenie? Podają kwaśne na gęsinie. Kawał boczku tam utopili, też. Zgroza. Sławy gościli. Wpiszą nas na listę obok Anny German i Adama Małysza? Po co? Trzy łyżeczki do jednej szarlotki. Po studencku. Nie wpiszą. Wracając śpiewamy. Nawet ja. Ostatnio śpiewałam z tatą. Paul McCartney. Nadzieja na zbawianie a może, chociaż, wyzwolenie? To my też chcemy! Chór się nasila. Układy taneczne w C3. Dwa metry sześcienne. Auto nie jest z gumy, ale przetrwa. Susan Vega. „My name is Luka”. Anna. Natalia. Agata.

Fotografie autorki.

5 komentarze:

Poseł Młynarczyk przybywa do Gdańska, licząc na dobrą imprezkę w oparach śnieżnobiałego pyłku, dającego prawdziwy haj. Niestety balanga ni...

Czas superbohatera, czyli nowa seria Mariusza Czubaja

Poseł Młynarczyk przybywa do Gdańska, licząc na dobrą imprezkę w oparach śnieżnobiałego pyłku, dającego prawdziwy haj. Niestety balanga nie zdąży zacząć się na dobre, a już będzie stypą, bo polityk nie opuści Trójmiasta o własnych siłach, a w … trumnie. Wystarczy jedna kula z Liberatora, kaliber 11,75 milimetra. Bezwzględna rzecz, miażdży kości, tkanki rozkłada na papkę. Zapowiedź gorącego lata. To tylko preludium, choć historia potoczy się jakby obok tego wydarzenia, zatoczy koło nad podwarszawskimi miejscowościami, stolicą, potem Podlasiem. Przez kilka pierwszych stron, drogi czytelniku, będziesz zupełnie zmylony i lekko uśpiony, aż do momentu, w którym zabrzmi pytanie: „Pan Hłasko?”. 
Źródło

Tadam, na scenę wchodzi główny bohater Marcin H.. Przedstawiciel dwudziestopierwszowiecznego renesansu: uprawia jogging, gra w szachy, nurza się w popkulturowym błotku, podziwia Franka Underwood’a, ale też czyta, sypie inteligentnymi, acz kąśliwymi uwagami, dalekimi od politycznej poprawności. Świetnie skonstruowana postać, bardzo warszawska i na wskroś współczesna. Wychodzi (prawie) gładko z każdej opresji, taki trochę spolszczony Ironman (czyli bez gadżetów), czy późny James Bond, ale bardziej wyemancypowany. Ma też w sobie coś z Marka Hłaski: outsider, niepokorny, chadza własnymi drogami, przestrzega sztywno wpojonych i przyjętych zasad. Dla mnie sexy. Ma się wrażenie, że jest poza całym światem, choć w nim uczestniczy, to oddziela go jakiś filtr samotności? Odrębności? Z wyboru? Z konieczności?. Nie wydaje się cierpieć w tym socjalnym celibacie, wręcz przeciwnie jest dość zadowolony. Dobrze mu z tym, co ma i daleko mu do zgorzkniałości Marlowe’a. Były gliniarz z wydziału wewnętrznego, nagrabił sobie wśród kolegów. Teraz detektyw freelancer, taka warszawska nomenklatura. „Pan Hłasko?”, to pytanie otworzy prawdziwe wrota akcji. Zniknie niejaki Okoński, przeniesiemy się w koniec lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku i odkryjemy niechlubne karty polskiej historii powojennej. Ktoś będzie próbował tuszować, pewien meloman zabije kogoś w pięknych samochodowych wnętrzach, ktoś użyje tłuczka do mięsa w celach zgoła niekulinarnych, ktoś przeczesze internet, Bonie i Clyde przejdą na dobrą stronę mocy, a Eldorado stanie się synonimem hańby. Czy ostatecznie profesor Moriarty spadnie razem z Scherlock’iem w otchłań wodospadu, raczej nie, polegnie sam. Ta książka otwiera nową serię w twórczości Mariusza Czubaja. Keczup Heinz idzie w odstawkę, czas na inne przyprawy! Na skali Scoville’a … Peppadew.
Świetnym posunięciem autora było wprowadzenie pierwszoosobowej narracji, wspaniale splatając tym samym akcję powieści, język i głównego bohatera. Kapitalny jest ten emocjonalny ekshibicjonizm. To Hłasko porusza akcję na przód, jego słowa, czyny, myśli napędzają tę książkę. Facet jest konkretny, bystry i jego oczami spoglądamy na współczesną rzeczywistość, bez napuszenia, a ze sporą dawką ironii. Dobra krzyżówka politycznego thrillera i chandlerowskiego czarnego kryminału, z mocnymi dialogami i dygresjami oraz intelektualnym potencjałem.


Mariusz Czubaj „Martwe popołudnie” Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2014

0 komentarze:

Już za dwa dni dowiemy się, kto dostanie literackiego Nobla. Ubiegłoroczna laureatka Alice Munro -„ królowa krótkiej formy ” – wybór idea...

Kto przytuli Nobla, kto Bookera?

Już za dwa dni dowiemy się, kto dostanie literackiego Nobla. Ubiegłoroczna laureatka Alice Munro -„królowa krótkiej formy” – wybór idealny, zasłużony. 2013 to już historia, bo karuzela nazwisk ruszyła od nowa: zakłady są obstawiane, szacowne gremium debatuje i wybiera. Firma Ladbrokes na łamach The Guardian podaje, że obecnie na czele znajduje się Japończyk Haruki Murakami (ponoć ulubieniec czytelników) i Kenijczyk Ngũgĩ wa Thiongo (pisze w języku kikuju). Ten drugi zdaje się mieć większe szanse, bo, jeśli rozpatrywać aspekt geograficzny, to dawno nie było Nobla dla Afryki. Póki, co idą łeb w łeb: 4/1. Tuż za nimi Swietłana Aleksijewicz, białoruska dziennikarka śledcza (7/1), syryjski poeta Adonis i Francuz Patrick Modiano (10/1). Kolejne trzy miejsca, ex aequo, Amerykanin Philip Roth (mój faworyt), Norweg Jon Fosse, Austriak Peter Handke (laureat Nagrody Ibsena) (12/1).
Źródło

W lutym Szwedzka Królewska Akademia Nauk otrzymała 271 nominacji, co przełożyło się na 210 nazwisk, z czego 36 było rozpatrywane po raz pierwszy. Jak podkreśla sekretarz Akademii, Peter Englund, wybór dokonywany jest ostatecznie spośród pięciu wybranych nazwisk, większością głosów i nigdy nie zdarzyło się, aby stało się to jednogłośnie. Tak więc, KTO waszym zdaniem?


A już 14 października zostanie ogłoszony zwycięzca nagrody Bookera, najważniejszej brytyjskiej nagrody literackiej, przyzwanej od 1969 roku. W ubiegłym roku zwyciężyła Eleanor Catton, 28-latka, najmłodsza laureatka Bookera w historii (książka 9 października już po Polsku). W 2014, w gronie finalistów także Amerykanie, bo wyjątkowo dopuszczono autorów innej narodowości. Oto lista:
Joshua Ferris "To Rise Again at a Decent Hour"
Richard Flanagan "The Narrow Road to Deep North"
Karen Jay Fowler "We Are All Completely Beside Ourselves"
Howard Jacobson "J"
Neel Mukherjee "The Lives of Others"
Ali Smith "How to Be Both"


http://www.theguardian.com/

1 komentarze:

„ Narodowy program rozwoju czytelnictwa na lata 2014-2020 ” brzmi nieźle, taka sześciolatka, ale ważna, bo każda akcja zachęcająca do czy...

O partyzantce i wirusach, czyli promujemy czytelnictwo


Narodowy program rozwoju czytelnictwa na lata 2014-2020” brzmi nieźle, taka sześciolatka, ale ważna, bo każda akcja zachęcająca do czytania jest na wagę złota. A sześć lat i miliard złotych to szmat czasu i kupa pieniędzy. W akcję zaangażowało się wiele organów rządowo-samorządowych, a także Biblioteka Narodowa, Instytut Książki czy Narodowe Centrum Kultury. Ma być wielki boom promocyjny i upowszechniający. Będzie się szkoliło księgarzy, regulowało rynek, wspierało pisma kulturalne, podtykało pod nos tomiki tym, którzy nie czytają (również w formie elektronicznej) i wzmacniało rolę bibliotek. Ten ostatni punkt jest arcyważny, przyda się modernizacja budynków, unowocześnianie no i to, co istotne- lifting i dozbrojenie w nowości. A takie bibliotekarki z Lublina, czy z Morąga, wzięły sprawy w swoje ręce, do tego książki i aparat i prostą akcją zawojowały internet. Bez miliardów i programów. Spontan. Wielkie brawa. 
Źródło

Bardzo pięknie brzmi i „narodowy” i „program”. Być może źle zrozumiałam ideę i, broń Boże, nie próbuję mu wcale umniejszać, jest potrzebny, ale jakiś sceptycyzm we mnie zadźwięczał. Czy to takie działanie na zapleczu, wspieranie i wzmacnianie instytucji będących bastionem książek? Dobrze, one bezsprzecznie potrzebują zastrzyków finansowych. Czy to faktycznie zwiększy czytelnictwo, a może słoń urodzi myszkę? Czas pokaże. Tych, którzy już czytają na pewno uraduje, ale jak zachęcić, tych, którzy do tej pory omijali książki szerokim łukiem, jak na przykład nasza tenisowa duma narodowa, Jerzyk Janowicz. Przyznał się oficjalnie, śmiejąc się i bez skrępowania, że „NIE CZYTA”. No jak zatem namówić? Piękne plakaty i reklamy w stylu: ”Czytanie pobudza myślenie”, „Co Ty zrobiłeś dla realizacji planu?”, niewiele dadzą. Czemu tak myślę? Bo jesteśmy zmęczeni reklamami, wszak atakują nas na każdym kroku. Zastanówmy się nad tym, jadąc choćby autem. Co stoi na poboczach, miga z telebimów i co wysypuje się z naszych skrzynek pocztowych, a i jeszcze, jeszcze, co jest nam wciskane do ręki w pobliżu ruchliwych punktów miasta? Ulotki! A czy na którejś z nich widzieliście zachęty do czytania, ba reklamę książki? Nie, ale o tym, że jest tydzień włoski w Lidlu wiemy wszyscy.
Źródło

Jest wiele prób aktywizowania czytelnictwa, ale może brakuje skuteczności? Ja niezmiennie wierzę w podstęp, spryt, pomysłowe i bardziej agresywne kampanie. Zadziwiające i oryginale koncepcje, im bardziej odjechane tym lepiej, takie, które nakręcą spiralę zainteresowania poprzez marketing wirusowy. Trzeba wyjść z książką do ludzi. Ostatnio wielbię akcje: Czytaj Krk, czy Lotna czytelnia. Proste i zmyślne. Trafia w sedno. Prawie każdy teraz ślepi się w swojego smartphone'a albo tableta. Nowocześnie: „apka” zainstalowana, kod QR zeskanowany, książka za free! Liczy się kreatywność i pomysł!

KSIAZKA Z BANKOMATU LUB AUTOMATU
W Pekinie, ustawiono liczne maszyny zastępujące tradycyjne biblioteki. Wystarczy dowód i 100 juanów depozytu. Można wypożyczyć maksymalnie pięć książek, a czas przetrzymywania przedłużyć o dwa tygodnie. Obecnie takich maszyn jest 119, a niedługo ma być 150. Użytkownicy chwalą ta formę jako bardziej wydajną i efektywną w porwaniu ze standardową biblioteką. Przeciętny Chińczyk (według raportu China Youth Daily) przeczytał w 2012 prawie pięć książek, mniej niż Japończyk czy Koreańczyk, słaba pozycja w rankingu zdecydowanie połechtała ich dumę narodową. 
Źródło

Maszyny zmieniają się w książkomaty, to dość popularny pomysł, zamiast batonów, czy napoju … tomik poezji. Ot, taki Biblio-Mat zbudowany przez Craiga Small’a dla antykwariatu w Toronto. Maszyna zastąpiła ustawiony na ulicy i zwykle ignorowany stoli z tomikami. Mały sukces! 

POSIEDZ I POCZYTAJ Z … JANE AUSTEN I JERZYM PILCHEM
Akcje Books about town zorganizowała National Literacy Trust w Londynie. Pięćdziesiąt jeden pomalowanych ławek, wyglądających jak otwarte książki, stanęło w stolicy Królestwa. Wszystkie zostaną zlicytowane 7 października, a pieniądze wesprą najuboższe społeczności, promując czytelnictwo. Piękne! Kraków też ma swoje ławki, nie są wprawdzie bajecznie kolorowe, ale na każdej zamontowana jest tabliczka z nazwiskiem pisarza związanego z miastem Kraka – od Kochanowskiego do Szczerka. Obok nazwiska jest kod QR, który zabiera nas do fragmentu tekstu autora (jest także audio po polsku i angielsku) i jego biogramu.

Źródło

NUDNY LINK?
Adresy www to nic ciekawego. Wpisujemy je mechanicznie. Rosyjski portal http://urliteratu.re/ postanowił „upiększyć” te nudne ciągi liter i przemycić w nich promocje książki. Wystarczy skopiować zwykły adres wkleić go na stronie, wybrać książkę i przetransformować. Niewielka nakładka z wybranym egzemplarzem pojawia się na stronie. Sprytne. Na pewno przykuwa uwagę.


SPRYTNA PROMOCJA
A na przykład w takiej księgarni. No nuda. Te książki tak leżą plackiem, tu bestsellery, tam w kategoriach polska i obca. Pamiętajcie, że ten, kto NIE CZYTA, nie zada sobie trudu wzięcia książki do ręki ot tak i przeczytania choćby streszczenia, okładka go nie przyciągnie. Trzeba książkę postawić przed nosem. Słyszeliście może o akcji w „’SINCE Coffee shop” w Nowym Jorku? Telekinetycznej niespodziance? Z pewności zaintrygowałaby każdego i zachęciła do przeczytanie „Carrie” Stephana King’a. Link tutaj: Carrie
W 2013 Penguin Books, rozpoczął kampanię promującą audiobooki, z Shakespeare’em, Mark’iem Twain’em i Oscar’em Wildem, którzy ułożeni zostali w kształt słuchawek, czytając do ucha. Firma Feltrinelli przygotowała plakaty, które sięgają do papierowych książek i przypominają, czemu książki są ważne – wyciszają chaotyczne dźwięki świata.

A teraz konkretnie do działów marketingu i wydawnictw. Idźcie na całość, wiem, że portfel nie zawsze pozwala na szaleństwa, ale zamiast dołączać krem do stop do książki, może warto pokusić się o proste pomysły, ale wyraźnie mówiące „Bierz mnie i czytaj!”. Weźmy na przykład kampanię kryminału Patricii Cronwell „Intuicja”, typowy przykład marketingu partyzanckiego. Tak, dobrze czytacie, bo to jest wojna o każdą duszę! A ten rodzaj promocji ma, z definicji, szczególnie trafiać do „opornych”. Kryminał został powiększony do gigantycznych rozmiarów, opakowany w folię z napisem „Zawiera dowody sadowe”. No czyż nie kusi?
Źródło

Kiedy ogląda się promocje filmów, piękne reklamy aut, to aż szkoda, że mając takie możliwości audiowizualne, czy medialne jakoś mało ich przy promocji książek. Co wy na to?

4 komentarze:

Kiedy wchodzę rano do przedszkola (szczególnie po weekendzie), dzieci przekrzykują się nawzajem, już w szatni chcą opowiedzieć sobie, co o...

Perypetie przedszkolaków

Kiedy wchodzę rano do przedszkola (szczególnie po weekendzie), dzieci przekrzykują się nawzajem, już w szatni chcą opowiedzieć sobie, co odkryły w czasie tych dwóch dni. Kiedy odbieram Lilkę po południu krzyki jakby się nasilają, do tego śmiech, jakieś łzy, wygłupy, szaleńcze bieganie, wyrywanie zabawek, ciągniecie za włosy, popisy, ktoś chce właśnie siku, a ktoś inny nie chce się już bawić. „Mamo już po mnie przyszłaś? Czemu?”. W tym całym ulu tylko dwie spokojne osoby, uśmiechnięte i cierpliwe. Pełna kontrola sytuacji. Jak one to robią?  Ich oczy, niczym u kameleona, zdają się poruszać niezależnie i dostrzegają każde potencjalne niebezpieczeństwo, ale po tylu godzinach w „chaosie” wciąż wyglądaj świeżo. Żadnych przypadkowych słów i ruchów. Jestem pewna, że choćby przyszło im kontrolować pięćdziesięcioro dzieci z temperamentem mojej Lilki, dałyby sobie radę.  Niezmiennie podziwiam i szanuje.
Źródło

A czy te przedszkolaki, to aż takie gagatki? Nowa seria Wydawnictwa Dwie Siostry „Potworne maluchy” wprowadza za kulisy dziecięcych igraszek, gdzie pod czujmy okiem pani Agnieszki i pani Kasi wesoła gromadka zdobywa pierwsze lekcje współżycia w grupie. To dopiero szlifowanie nieokrzesanych i wychuchanych przez rodziców Zoś, Olków, Helenek, Ryśków, Antków, Karolin itd. Tom pierwszy „Nowy”. Każdy dzień zaczyna się od wolnej zabawy: są kierujący ruchem ulicznym, zabawy lalkami, pistoletem na wodę, zawiązywanie sznurówek w butach. Misz masz rozrywkowy i … bałagan, który przyjdzie posprzątać tuż przed śniadaniem. Ten dzień jednak będzie inny niż wszystkie, bo do przedszkola przyjdzie nowy chłopiec. Dużo ekscytacji w grupie maluszków. Nowy nie ma śniadania i trzeba zrzucić się i zaoferować specjalną mieszankę: lizaną bułkę, minikiełbaskę, pomidorek koktajlowy i inne smakołyki. Mniam. Po jedzeni czas na harce na placu zabaw. Zaczyna się wyrywanie zabawek, bo każdy ma tu coś ulubionego, a do tego wszystkiego, w grupie jak to w grupie, jest i terrorysta. I nikt, nawet rodzice, nie potrafią okiełznać tego tyrana. Dobrze, że Nowy okazuje się być nie tylko ciekawy, ale i odważny, rozsądny, szybko pokaże wszelkim dyktatorom, gdzie raki zimują. I to silą charakteru, nie pięści! Taki mały - duży bohater. Dla reszty grupy nowy idol. Krzyki w szatni cichną, a słychać historie uwielbienia i podziwu dla Stambułu. Oho, zaskoczenie? O co chodzi z tą nazwą? Musicie przeczytać książeczkę.
Źródło
Jak zwykle Dwie Siostry mnie ujmują. Prosta historia autorstwa Meyer, Lehmann, Schulze - nieco enigmatycznie, bo to nie nazwiska, a pseudonimy literackie, kryjące trzech niemieckich twórców: właściciela teatru dziecięcego, mamę dwójki dzieci i byłą przedszkolankę. Naprawdę czuję, że opisane sytuacje mogłyby się wydarzyć w każdym przedszkolu: ot, codzienne perypetie, którymi można później podzielić się z rodzicami. Jak ważnym etapem dla dzieci jest pójście do przedszkola nie będę się tutaj rozpisywać, żaden ze mnie psycholog, ale dobrze wiemy, że jest to ważny początek drogi do niezależności. Taka krótka opowieść, a niesie w sobie tyle treści: o tym jak ludzie są różni, że problemy można rozwiązywać bez przemocy i krzyku, czasem jednym stanowczym spojrzeniem, czasem po prostu oporem, pewnością siebie. I o wadze rozmowy z dzieckiem, wysłuchaniu go, podzieleniu się przeżyciami. Kończąca książkę scen wzruszyła mnie bardzo. W sferze językowej autorzy posługują się prostym i łatwym do zrozumienia językiem, ale wplatają też kilka ciekawych słów: „chleb pełnoziarnisty z ekologiczną nutellą”, „musli”. Autorka ilustracji, pochodząca z Lipska, Susanne Göhlich, posługuje się kreską, która mnie osobiście skojarzyła się z „Fistaszkami” Charlesa Schulza. Mocno obrysowane kontury, nadając postaciom wyrazisty charakter, wspaniale oddając dziecięce grymasy i emocje. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to tytuł serii- „Potworne Maluchy”, ma jednak negatywne konotacje. Nie jestem wprawdzie germanistą, ale w oryginale pojawia się słowo ”krasnoludek” i tak sobie pomyślałam, że o wiele ładniej brzmiałoby tłumaczenie właśnie z tym rzeczownikiem. Niemniej cieszę się, bo Siostry zapowiadaj już kolejne tomy i bedzie tam o "Grubszych sprawach"

Meyer, Lehmann, Schulze „Potworne Maluchu. Nowy” Wydawnictwo Dwie Siostry, 2014


0 komentarze: