Lubię ten przedświąteczny gwar na blogach. Listy do Świętego, propozycje pod choinkę, co warto, co mniej, gdzie, za ile. Gwar, gwar. Pospi...

Jak dopomóc Świętemu?

Lubię ten przedświąteczny gwar na blogach. Listy do Świętego, propozycje pod choinkę, co warto, co mniej, gdzie, za ile. Gwar, gwar. Pospiech. Znajdziecie wszystko: gadżety dla podróżników, czytelników, kucharzy, wegan, modniś. Czego dusza zapragnie, ale czy zdążymy? Ja oczywiście, co rok obiecuję sobie, że prezenty będą już gotowe w październiku, ale to tylko czcze gadanie. Wszystko rozłazi się w sferze planowania i gdybania. Potem narzekam, że już przebrane, że tłum, że nie mam pomysłu, że mało czasu. Najchętniej kupiłabym wszystkim książki. Uważam je za genialny prezent, ale tak dobrze nie ma. Nie każdego to ucieszy. Będzie głośne westchnienie, a potem odstawienie na półkę, obok dwóch innych, kurzących się egzemplarzy. Mama na pewno się ucieszy. To mój pewniak, mimo, iż większość członków deklaruje, że oczywiście „uwielbia” – ja na to „Terefere!”. Mama będzie podskakiwać i cieszyć się jak dziecko, a później jeszcze pozwoli przeczytać. Wydawać się może, że nabycie prezentu dla mola książkowego jest banalnie proste. Nic bardziej mylnego. Ileż mam książek, których prawdopodobnie nie przeczytam, albo które już mam! Ale nie ma tego złego, książki przekazuję dalej. To co będzie się działo u nas? Co wynajduję buszując po sklepach i sieci?
Źródło
KSIĄŻKI

Dziennik i zapiski. 1951” Agnieszki Osieckiej, akurat w tym roku sprezentuje tom drugi. Agnieszka ma zaledwie 15 lat. Okres głębokiego stalinizmu oraz ważnych wydarzeń w życiu młodej dziewczyny. 










Kompleks Portnoya” Phlipa Rotha. To prawdziwe cudo. Wydawnictwo Literackie zostało wyłącznym wydawcą dzieł Philipa Rotha w Polsce. Serię otworzy „Kompleks…”, „Amerykańska sielanka” i „Wyszłam za komunistę”. Jak tylko dziś o tym przeczytałam, zamówiłam sobie piękne czerwone wydanie!


„Kurczę blade” Wandy Chotomskiej to historia zabawnego pisklaka wymalowana przez Edwarda Lutczyna. Dla maluchów idealne! Wydanie Babaryby jest dwujęzyczne.

IDOLE NA KOSZULKI!
Dlaczego w zasadzie mól książkowy nie nosi koszulki ze swoim ukochanym bohaterem książkowym, ulubionym cytatem, pisarzem? Nie twarzowo? O modzie nic nie wiem, ale chyba printy nie są jeszcze passé?
http://sklepzcytatami.pl/sklep/product.php?id_product=28
http://pantuniestal.com/sklep/schulz-dla-panow/

ZAKŁADKI
Tych nigdy u mnie za mało. Kiedyś pamiętam w przedszkolu, robiliśmy je namiętnie na dzień babci czy dziadka. Teraz często widzę, że ludzie sięgają po cokolwiek: post-ity, bilety, paragony sklepowe i takie tam. Tymczasem zakładki mogą być naprawdę przepiękne. Jak książkowa biżuteria. Szczególnie te robione ręcznie. Szukajcie w Pakamerze lub Decobazaarze
 projektant Marisella

OKŁADKI
Już mi przeszło wprawdzie szaleństwo okładania czytanych książek w gazetę lub szary papier, ale akurat w czasie Targów Książek w Krakowie, na małym stoisku wypatrzyłam takie cudeńka. Okładki ozdobne Design Factory. Jedyny producent w Polsce. Produkt opatentowany. Czyż nie wspaniałe?


GRY
Taki inny prezent, ale bardzo u nas w domu popularny. Lilka uwielbia planszówki, zgadywanki, pomyślałam, że czas na karciane gry inne niż wojna. Gramy w Czarnego Piotrusia, który w nasze wersji jest dziewczynką oraz w UNO. Ta ostatnia jest moim zdaniem odmiana znanego MAKAO. Zasady w obu przypadkach proste. To, co podoba mi się w przypadku tych gier to fakt, że można dać pole do popisu własnej kreatywności i z Piotrusia zrobić memorki albo domino. A potem przerzucamy się na „Szalone czoło”! 


BON UPOMINKOWY
Jeśli macie problem z empatycznym odgadywaniem gustów czytelniczych zachęcam do sięgnięcia po bon prezentowy. Tak, tak słyszałam opinie, że to pójście na łatwiznę, uwierzcie mi mola książkowego ucieszy to bardziej niż dziesiąty egzemplarz „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”, „bo podobno Losa (zapis nazwiska oddaje fonetyczną, oryginalną wymowę w momencie wręczania prezentu) jest fajny”. Znajdziecie je nie tylko w sieciówkach, ale i w mniejszych sklepach. Nie trzeba być nieśmiałym! Każdy ma jakiś limit pomysłów w pewnym momencie.

BILETY
To moim zdaniem niedoceniany prezent. Można kogoś wysłać na koncert, do teatru, kina, opery, na benefis, monodram, że tez nie wspomnę o bilecie dookoła świata, na jakaś wyspę, na Marsa podobno te sprzedają. Na przykład na „Fredro dla dorosłych” w NCK 14 stycznia, „Przedstawienie świąteczne” Och Teatru w Operze Krakowskiej 25-26 stycznia, a może lutowy koncert Ennio Morricone? 

2 komentarze:

Źródło Są takie historie świąteczne, które nie potrzebują krzykliwej okładki, świętego Mikołaja, czy reniferów i hałaśliwych elfów, ab...

Wigilia niebanalna

Źródło
Są takie historie świąteczne, które nie potrzebują krzykliwej okładki, świętego Mikołaja, czy reniferów i hałaśliwych elfów, aby oddać magiczny klimat Bożego Narodzenia. W tych historiach śnieg zasypuje drogi i skrzypi pod butami, a cisza ogarnia świat. Pachnie sosną. Czekamy. Delikatnie migocą światełka. Opowieści, które, dzięki ekonomii słów i obrazów, budują historię genialną. Natychmiast przychodzi mi na myśl „Opowieść wigilijna” Dickensa. Książka idealna w swojej prostocie. Moralizująca w stylu wiktoriańskim, ale dla mnie wieczna. Ebenezer Scrooge, człowiek zamożny, bezwzględny, schowany za parawanem samotności, cyniczny i skupiony na sobie. Na początku nikt nie wnika, dlaczego takim się stał, ale on jest jak cebula. Delikatnie obierany poruszy nasze … kanaliki łzowe. Wigilijne duchy odmieniają jego los, przywołując obrazy tego, co było, jest i będzie. Taka ślizgawka po płaszczyznach czasu. Dobro, zablokowane dramatycznymi przeżyciami, wypłynie z odmętu egocentryzmu. W tej historii nie ma żadnych prezentów, przedświątecznych zakupów i reszty blichtru, ta otoczka po prostu nie ma znaczenia. Dickens to wiedział. India Desjardins też to wie. India pochodzi z Quebecu, jest współczesną autorką i stworzyła, a może raczej namalowała słowami historię Małgorzaty Golden, kobiety po osiemdziesiątce, która pochowała męża, przyjaciół, rodzeństwo. Ma dwoje dzieci, ma wnuki. Święta mogłyby być totalnie rodzinne, zakręcone i z pewnością pełne życia. A jednak Małgorzata woli spędzać je w ciszy. Nie, nie ma nic ze Scrooge’a. Wydaje się ciepłą i przemiłą osobą. Tak po prostu woli. Nagotowała się już w życiu i napiekła. Dom jest jej twierdzą, daje poczucie bezpieczeństwa. Starość daje się we znaki. Ręce drżą, pamięć zawodzi. Można stracić równowagę i poślizgnąć się. Dom to rutyna i spokój, trochę jak w śniegowej kuli, znanym ornamencie świątecznym, życie za szkłem. Nie dotykać, nie potrząsać. Taka będzie też Wigilia: zaplanowana, co do minuty, z odtłuszczonym jedzeniem i kilkoma programami w telewizji. Tak jest dobrze. Tak wybiera.
http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/prod-wigilia_malgorzaty.html

Tekstu jest niewiele. Tyle ile potrzeba, można rzecz: narracja skrojona na miarę. Czasem duże strony pokrywają jedynie ilustracje. Zachwycające. Uwiodą Was. Zatrzymają Wasze myśli. Pachnie art déco, vintage, rysunkami z The New Yorkera, które uwielbiam i Mirosławem Pokorą. Zdecydowane linie, płaszczyznowość. Pascal Blanchet, bo to on je popełnił, to młody rysownik-samouk rodem z Quebecu. W wywiadzie dla visialnews.com mówił, że inspiruje go sztuka polowy XX wieku, okładki ówczesnych płyt jazzowych, architektura, kino, amerykańska reklama. Jego rysunki podbiją wasze serca wyrazistością kształtów, spokojem kolorów, niemal monochromatyczną skalą barw: brązów, granatów, szarości, zgaszonych żółci. Elegancja. Ta paleta sprawia, że atmosfera wydaje się być namacalna, rezonuje w przedmiotach codziennego użytku i pustych, przepastnych wnętrzach. Perspektywa wędruje. Raz usadawia się na podłodze, albo za plecami, albo za oknem i na suficie, potęgując wrażenie przestronności i pustki domu. Prowadzone światłem gry wwiercają się w nasze głowy z cichą prośbą: Chcę być sama. A w tle pada śnieg, słyszę towarzyszącą mu ciszę. Słyszę … rozbrzmiewający dzwonek „Ding-dong!”. Sami będziecie musieli otworzyć drzwi. Nie zdradzę, co się wydarzy. Ciiii… .
Historia piękna, niesentymentalna, ani przez moment tkliwa. Lekko zabawna, momentami ironizująca. Prosta. Pyta o istotę samotności, starzenia się, o ludzkie wybory. Dla dzieci? Jak najbardziej, duże pole do rozmów z maluchem. Można ją będzie długo czytać. Książka dopieszczona i dystyngowana w każdym calu. Przynosi, bowiem wiadomość bagatelizowaną w czasie świąt, prostą i oczywistą, wiadomość o celebracji istnienia. Pięknie.


India Desjardins „Wigilia Małgorzaty”, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2014

0 komentarze:

Węgry, ach Węgry. Piękna nizina, bajeczny Budapeszt, aromatyczny Tokaj. Państwo bliskie każdemu Polakowi, a ile o nim wiemy? Braterski kra...

Węgierski spleen

Węgry, ach Węgry. Piękna nizina, bajeczny Budapeszt, aromatyczny Tokaj. Państwo bliskie każdemu Polakowi, a ile o nim wiemy? Braterski kraj w socjalizmie, był jak powiew zachodu, z kulkowymi gumami do żucia farbującymi ręce, z obłędnie słodkimi „túró rudi”, z wakacjami nad Balatonem, z paprykowym posmakiem rosołu, z obfitością towaru w sklepach. Tak było. Pamiętam bardzo dobrze. Podróż pociągiem z długimi przystankami. Kuszetka. Granice. „Pass kontrol Ceskoslovenská!”, a potem już tylko język magicznie niezrozumiały. Ja jakoś świetnie dogadywałam się w piaskownicy oraz z teściową mego stryja. Mam ogromny sentyment, pozwala mi on widzieć ciągle Węgry oczami dziecka. Mimo, że tego kraju już nie ma. Minęło ponad dwadzieścia pięć lat. U Krzysztofa Vargi dusza jest pomieszana? podzielona? To już poważne obciążenie. Polak i Węgier w jednym. Słowiańskie rozrzewnienie i ugrofińska melancholia pokrywają każde wspomnienie. Są zapachy niedzielnych obiadów, smażonych langoszy w budce na osiedlowym ryneczku, wina i palinki lokalnej knajpie. Varga spaceruje po budapesztańskich ulicach, gubi się specjalnie, jeździ trolejbusami lub tramwajami ściągając wspomnienia, pragnąc uchronić każde z nich przed wymazaniem. Można by zwiedzać jego śladami. Rusza też na prowincję: do dolin winem pachnących, do zrujnowanych fabryk, upadłych i wyludnionych wiosek. Ciągnie ze sobą tę tęsknotę, rozczulenie i nostalgię.
Źródło

Kuba L. mówi, że seria SULINA Wydawnictwa Czarne jest najnudniejszą, jaką zna. Nie zgodzę się, bo nie lubię generalizować. Choć tym razem mam problem z książką Vargi. Przynosi wiele informacji na temat Węgier, których nie znałam, albo spogląda na to, co wiem z zupełnie innej strony, ciekawiej. To ten pierwiastek ugrofiński. Nic dziwnego, facet tam żył, wychował się. Ma zupełnie obcą mi perspektywę. To właśnie lubię. Takie wtapianie historii w osobiste wspominki, odczucia jest bardzo sugestywne i wciąga czytelnika. Ale to uczucie zaciekawienia pryska gdzieś w połowie. Doczołgałam się do końca. Czułam się jak żołnierz, tarzający się na poligonie pod ostrzałem depresji, melancholii i smutku. Dobre zarysowanie szczególnie ostatnich stu pięćdziesięciu lat historii. Ale Varga nuży i powtarza się. Minorowa tonacja dominuje, podkreśla się ją na każdej stronie. Cóż taki naród. Wciąż marzy o dawnej świetności, wspomina czasy cesarstwa, tęskni za Karpatami, za morzem, za Siedmiogrodem. Żyje traumą po traktacie z Trianon. Uwierzcie mi zapamiętacie tę nazwę. Pojawia się z taka sama częstotliwością jak melancholia, słowo klucz. Trianon to początek końca, taka skaza, hańba. Nurzamy się w tej rozpaczy, w tym przygnębionym światku, wśród potencjalnych samobójców, wśród Węgrów przygaszonych, rozpaczających, ale nie łzawych. Czuję się zmuszona myśleć tak depresyjnie! Czuję, że autor jest nachalny.
Piszę tę recenzję i zerkam na tytuł. „Gulasz z turula”. Jak zapowiedź książki kucharskiej. Rozdziały zresztą też. Wiecie, co to za jeden ten turul? To mit. To taki uskrzydlony symbol chwały siły i potęgi. I tak sobie myślę, że ten tytuł może usprawiedliwiać to całe rozrzewnienie, tęsknotę. Kiedyś było lepiej, a teraz qua vadis? Co jest dobre dla Węgier dziś? Tradycja, szczególnie ta okresu wojny, nie bardzo. Droga z Unią Europejską? Jakoś tak się rozjeżdża.  Ktoś znowu poszukuje trzeciej opcji, a może lawiruje? Varga też nie może się zdecydować. Odpowiedzi na to pytanie unika, choć wyraźnie krytykuje oba rozwiązania. Tkwi sobie w tym micie. Uff, ile można? Czy tacy są Węgrzy jego pokolenia? A może Polacy? Odkładam książkę i czuję lekką schizofrenię. Nie wiem, co myśleć. Przebrnęłam.


KrzysztofVarga „Gulasz z turula” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008

2 komentarze: