Mroczne czasy pierwszych Piastów, czasy spowite tajemnicą, historycznie niedopowiedziane. Zdominowane przez mężczyzn, szare eminencje, toc...

Mediewalne rozgrywki w stylu kobiecym

Mroczne czasy pierwszych Piastów, czasy spowite tajemnicą, historycznie niedopowiedziane. Zdominowane przez mężczyzn, szare eminencje, toczące się walki i brutalne rodzinne rozgrywki. Każde chybione gesty, ruchy, słowa mogły wywołać wojnę. W ruch szły knowania, seksualne szantaże, trucizny, zasadzki. Trup ściele się gęsto. Gdzie w tym wszystkim kobiety? Kronikarze nie milczą na ich temat, to historycy wykazuję zaskakującą powściągliwość poświęcając im niezbyt wiele miejsca, tylko wzmianki. Można by myśleć, że płeć piękna spędzała czas wyłącznie na modlitwie, robótkach ręcznych, czy rodzeniu dzieci. Straszny stereotyp średniowiecznego maskulinizmu. Zdziwicie się, ale koniec X wieku nazywany jest „epoką kobiet”.
Żelazne damy” Kamil Janickiego przywracają paniom ich należne miejsce, rozwiewają wiele mylnych wyobrażeń, malując portrety Dobrawy, Ody i Emnildy. Siła płci pięknej w okresie średniowiecza, jej wpływy i skuteczność, jest niedoceniana. Tymczasem chrzest Polski był sukcesem bardziej Dobrawy, nie Mieszka. Oda faktycznie rządziła Polską kilka lat, a próżno jej szukać w poczcie królów naszego kraju; była dość przenikliwym i dalekosiężnym politykiem. Emnilda uchodziła za bardzo ambitną, świetnie prowadziła dyplomację, zawierała sojusze i torowała drogę do władzy dzieciom, mogła doprowadzić do krwawych rzezi przeciwników, jednym skinieniem palca. Cel uświęcał środki każdej z nich. Wszystkie trzy wyjątkowo silne, sprytne i mądrze poruszające się w kuluarach męskiego światka, mistrzynie PRu.
Bardzo pociągająca czytelniczo pozycja, autor mówi, że to „eksperyment myślowy”. Podoba mi się, chciałabym, żeby więcej osób potrafiło tak mówić o historii. Janicki proponuje fabularyzację pewnych wątków, nie wymyśla ich, a raczej interpretuje, kierując się zapiskami kronikarzy, przytacza ich słowa, ale nie zamienia się w nudnego naukowca punktujacego daty i suche fakty. Historia według Janickiego nabiera energii i fantastycznie ciekawego kolorytu.


Kamil Janicki Żelazne damy. Kobiety, którezbudowały Polskę” Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2015















Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont

0 komentarze:

Święta minęły, mogę przestać mówić ludzkim głosem i wywlec kilka gorszych tytułów tego roku. Jedne podszywały się pod dobrą literaturę, bo...

2015 - co nie zachwyciło

Święta minęły, mogę przestać mówić ludzkim głosem i wywlec kilka gorszych tytułów tego roku. Jedne podszywały się pod dobrą literaturę, bo niby biły rekordy w zestawieniach list sprzedaży, inne po prostu dały ciała, obiecując wiele, a dostarczając ochłapy.

https://pl.pinterest.com/pin/528680443732210415/
Zacznijmy od bubla, obśmianego i obszczekanego na wszystkie możliwe sposoby. Przeczytałam, żeby móż zabrać głoś w dyskusji. Mam wrażenie, że zachwyty dotyczą wyłącznie tematyki: dzikiego seksu bez żadnych zahamowań w idealnym świecie jak z obrazka. To jakieś tęsknoty, albo kompleksy? Nikt (z zachwyto nie zwraca uwagi na to JAK to jest napisane. Nielogicznie, niestylistycznie, niegramatycznie, po prostu NIE. Przeczytałam E.L James „Grey. Jeśli chcecie sobie zaoszczędzić żenady, odnajdźcie kanał Pawła Opydo „Złe książki” na YouTubie, on męczy się za was, ale jest przezabawnie.


Drugie miejsce, potwierdza fakt, że pisać o seksie, o związkach, o kobietach w konwencji „Seksu w Wielkim Mieście” jest po prostu … oklepane, nudne. Lena Dunham „Nie taka dziewczyna. Młoda kobieta o tym, czego nauczyło ją życie”. Kupa, sperma i bzykanie na podłodze, czyli tak naprawdę … totalna pomyłka.

www.nationalreview.com

Teraz kategoria zawodów. Najpierw Michel Houellebecq „Uległość. Głośna powieść, wyniesiona na fali histerii i zamachów Paryżu. A ja chyba wciąż tkwię w „Cząstkach elementarnych”, bo miałam wrażenie, że autor się powtarza, że nudna ta proza, bez energii, poddana zupełnie krzykliwości tematu. Islam jest straszny, a muzułmanie czyhają, aby ściąć nas wszystkich. No i? To już odtrąbili w telewizji. Nic mnie nie zaskoczyło, nic nie zostało ze mną na dłużej. Nuda i jeszcze raz nuda.


Michał Witkowski mnie nigdy nie porywał. Ta cała kreacja Michaśki pozwoliła mi zapomnieć, że facet w ogóle jest pisarzem. „Fynf und cfancyś” miało poślizg ze względu na aferę. Mówi się, że to najlepsza powieść od czasów „Lubiewa”. Możliwe, pomysły z tej pierwszej wykorzystano ponownie. Znowu mamy dychotomię, tym razem na linii Europa Środkowa i Zachód. Dorzucę kilka braków w prowadzeniu fabuły, momentami niespójność całości. Można pomyśleć, że Witkowski wraca do formy, ale czy warto od razu popadać w euforię?

Za zbytnią szczegółowość dostanie się ode mnie Dziwnej myśli w mej głowie” Orhana Pamuka. Naprawdę nie rozumiem, co kieruje pisarzami w tworzeniu cegieł, gdzie gro tekstu zajmuje opis trasy ulubionego tramwaju, opis prania, zbierania ziaren na ulicy itd. Mimo, że obraz Stambułu, daje fantastyczne wrażenie ulotności miasta, to ten tekst nie pozwala czytelnikowi oddychać. Jest napakowany po same brzegi „opisami”, akcja toczy się bez żadnego zawieszenia, bez napięcia. Czytałam i czekałam, ale nic nie nadeszło. 





Życzę sobie w nadchodzącym roku, bardziej wyostrzonego zmysłu krytycznego!

5 komentarze:

Co roku obiecuję sobie, że zacznę kupować prezenty z wyprzedzeniem. Wiem, wiele osób tak ma. W tym roku prawie mi się udało – większość ku...

Książkowo pod choinką

Co roku obiecuję sobie, że zacznę kupować prezenty z wyprzedzeniem. Wiem, wiele osób tak ma. W tym roku prawie mi się udało – większość kupiona już w listopadzie i na początku grudnia. I co z tego, bo potem, szczególnie jeśli chodzi o książki dla dzieci, i tak dostaję prawdziwego świra. Wydaje mi się, że jeszcze mogłabym nabyć to, albo tamto, że to i owo mi umknęło i teraz jest dobry czas, żeby dokupić. Niektóre pozycje po prostu chce kupić Lilce NATYCHMIAST! A tu lipa, czas dostawy 4-5 dni, Wigilia pojutrze.... Ogarnia mnie amok, a kurierzy zacierają ręce. Wypisuje zatem kilka pozycji dla maluchów, a jak Wam się nie uda do 24-tego, to zawsze można znaleźć zagubioną paczkę od Mikołaja, która dociera z poślizgiem.
Żabeki Ropuch. Przyjaźń” Arnold Lobel. Książka wydana po raz pierwszy za oceanem w 1970 roku, u nas właśnie w tym roku. Tłumaczenie Wojciecha Manna. Pięć krótkich historyjek pary bardzo odmiennych przyjaciół. Przezabawnych i mądrych. Dla dorosłych dodatkowo, wspaniały posmak dzieciństwa z nostalgiczną nutką. Musicie mieć...natychmiast!


Nie sądziłam, że ta książka przypadnie Lilce do gustu … tak bardzo. Wierszyki ćwiczące języki, czyli rymowanki logopedyczne dla dzieci” Marta Galewska-Kustra, Elżbieta i Witold Szwajkowscy. A jednak, siedzimy w sekcji dla pięciolatków każdego dnia. Zabawne rymowanki, wprawiające nasz (mój) język w pokrętne tańce, struny głosowe w wibracje, a cały aparat mowy w ciekawą gimnastykę.

Tę książkę pożyczyła nam sąsiadka, a my szwedzką literaturę dziecięcą bardzo lubimy. Filip i mama, która zapomniała” Pija Lindenbaum, to historia całkiem zwariowana. Mama, która zwykle jest w stanie wypełniać kilka zdań jednocześnie, ale nagle … przemienia się w smoka. I co teraz?

Towszystko pyszne!” Alexandry Maxeiner pokochałam, zanim przeczytałam. Pięknie wydanie! Rysunki! To książka o różnorodności, o tym, że ludzie jedzą inaczej w zależności od miejsca zamieszkania, religii i upodobań. Czym jedzą, co jedzą, co się dzieje z jedzeniem, co powoduje bąki i takie tam. Z cyklu Natychmiast!

Od jakiegoś czasu szukam dla Lilki ładnego i dobrego słownika angielskiego dla najmłodszych. Sama miałam kiedyś taki z przepięknymi rysunkami, aż chciało się zaglądać. I proszę, znalazłam idealny. Wielki go nazwano! Wydawnictwo Usborne „BigBook of English Wordsi „Listen and Learn. First English Words”. Ta ostatnia gada! Kolejne natychmiast!


Media Rodzina wydało w tym roku Harry'ego Pottera w wersji ilustrowanej – rysunki Jim Kay. A To oznacza, że zabieram się z pięciolatkiem za czytanie! 

0 komentarze:

Nie wiem, czy ten rok był szczególnie bogaty w dobre książki, ale mam wrażenie, że nie uzbierałabym zbyt wielu złych tytułów. Może to szcz...

2015, co mi się czytało

Nie wiem, czy ten rok był szczególnie bogaty w dobre książki, ale mam wrażenie, że nie uzbierałabym zbyt wielu złych tytułów. Może to szczególny dar do wybierania tego, co wartościowe, a może zmysł krytyczny stępiał?
To zestawienie wyłącznie moje, nieobiektywne, bez oglądania się na ilość sprzedanych kopii, czy medialną popularność, opinie znajomych i rodziny. Trzy do dwóch na korzyść polskich autorów, to mój osobisty sukces. Odkąd prowadzę bloga, czytam zdecydowanie więcej polskiej literatury.
Oto krótka lista pięciu - jeśli szukacie jeszcze prezentów, czegoś wartościowego to zapraszam.

www.etsy.com
Zdecydowane numero uno tego roku to Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmiDavida Fostera Wallace'a. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że to książka genialna, na pewno wyjątkowa, że nikt dotąd tak nie pisał. Proza pokręcona, ale wymagająca.



Na drugim miejscu umieszczam zbiór reportaży Piotra Ibrahima Kalwasa „Egipt: haram halal za wspaniałą literacką konfrontację przeciwieństw, za pełne miłości pióro, za ciekawość i dociekliwość. Namawiałam do przeczytania tej książki każdą osobę poszukującą kolejnej lektury. A potem wysłuchiwałam głosów zachwytu, podobnych do moich.


Numer trzy - Jabłko Olgi stopy Dawida” Marka Bieńczyka. Autor niezmiennie zachwyca swoją eklektyczną i erudycyjną prozą. Miesza i miesza formy, styl utrzymuje piękny. Jeśli macie ochotę na intertekstualne wyprawy to to jest właściwy adres.

Po czwarte Kazuo Ishiguro „Pogrzebany olbrzym. Tak wbrew opiniom, wbrew samej Ursuli Le Guin. Nowa książka po dziesięciu latach i skręt w stronę fantasy, w świat Tolkiena. Nie przepadam za takimi porównaniami, boje się wtedy nawet dotknąć okładki, żeby nie wyskoczył na mnie nieudany duplikat. Czyta się, moim zdaniem świetnie. Rzadko ten rodzaj literatury mnie wciąga.



I jeszcze Rękopis znaleziony w SaragossieJana Potockiego. Nic nowego powiecie, a no nie do końca. Zupełnie nowe tłumaczenie Anny Wasilewskiej, czyli wersja po liftingu. Nowy przekład, nowa zabawa.


Na koniec, dla tych którzy jeszcze nie odkryli książek Wydawnictwa Wiatr Od Morza. Tak właśnie będę je teraz bezwstydnie reklamować, całkowicie z własnej, nieprzymuszonej woli. Uważam, że Michał Alenowicz ma wyjątkowego nosa i wybiera literackie perełek. Mam je wszystkie, Was też zachęcam!


To tyle w telegraficznym skrócie. Za kilka dni lista tych, którzy nie dali rady.

5 komentarze:

Kupię tę książkę jako prezent świąteczny. Wy też. Idealna na taki czas przemyśleń i zadumy. Traktuje o występkach, nie zbrodniach, o drob...

Występki a zbrodnie, czyli moralne zapasy w czasach rozpasania

Kupię tę książkę jako prezent świąteczny. Wy też. Idealna na taki czas przemyśleń i zadumy. Traktuje o występkach, nie zbrodniach, o drobnych wykroczeniach. Przy czym słowo „drobny” trzeba traktować w czasie lektury momentami jako eufemizm i rozpatrywać w kontekście. Kontekstów jest dwanaście i przyjmują formę nowel. Celny wybór formy, biorąc pod uwagę tematykę. Konteksty spaja wspólny mianownik, zapowiedziany w tytule, czyli niebezpiecznie dyskusyjna, z etycznego punktu widzenia, mizerność zbrodni. O ile kodeks karny rozgranicza te dwie kategorie wykroczeń jedną linia trzech lat, o tyle w życiu ocena moralna nie jest jednoznaczna. No, bo jak zakwalifikować zamachowca samobójcę, a jak pisarza, którym subtelnie steruje mecenas, a jak prawnika, który zaczyna dostarczać kokainę mieszkańcom Londynu. Za pewne wzburzą was niektóre reakcje bohaterów na to, co ich spotyka, ale obiektywnie i dość brutalnie mówiąc, zdają się postępować (w swoim mniemaniu) logicznie, oczywiście w danym miejscu i chwili. Takie działanie pod wpływem impulsu, w momencie gdy zupełnie pospolite życie przestawia akcję, w ułamku sekundy, na inny tor, a hamulec bezpieczeństwa akurat jest poza zasięgiem. Ta mikrosekunda, kiedy obnażone zostają atawistyczne i mroczne zakątki ludzkich pragnień i przemyśleń. Wybieramy czarną stronę mocy, umyślnie lub nie. Modelowy kolaż niewykorzystanych możliwości uniknięcia czołowego zderzenia.
Od wagi naprawdę piórkowej, do ciężkiej, a do tego w podróżny dookoła świata, różnicując tła i kultury. Historie napędzają rozwój wydarzeń. Nie ma tu budowania skomplikowanych charakterów. Wszak nowela, rozmiar narzuca obróbkę tematu. Pisanie Kneale'a jest delikatnie anegdotyczne i momentami sentencjonalne; tytuły zwięzłe, celne w swej enigmatycznej prostocie. Miałam wrażenie, że bohaterowie zostali uwikłani w serię zdarzeń tak okrutnych, że każdy wybór wydaje się zły, albo gorszy dla nich samych, albo ich otoczenia. Całe to uwikłanie we współczesnym świecie pazerności, zazdrości i samotności, nadaje głęboki kontekst przedstawionym historiom. A wisienką na torcie jest fakt, że czytelnikowi przypada rola sędziego, bo autor wstrzymuje się od komentarza, czy choćby delikatnej oceny.

Matthew KnealeDrobnewystępki w czasach obfitości”, Wydawnictwo Wiatr od Morza, Gdańsk 2015










Za książkę dziękuję Wydawnictwo Wiatr od Morza

0 komentarze:

Odkąd skończyłam książkę Becka Weathersa , nie mogłam przestać myśleć o tragedii z 1996 roku. Książka Amerykanina zasiała w mojej głowie t...

Gdzie jest granica „wszystkiego”?

Odkąd skończyłam książkę Becka Weathersa, nie mogłam przestać myśleć o tragedii z 1996 roku. Książka Amerykanina zasiała w mojej głowie tysiące pytań. Takie proste, w stylu: dlaczego, co poszło źle, czy/czemu zignorowano nadciągającą burzę, czemu ludzie (szczególnie amatorzy) w ogóle tam łażą, jak działają wyprawy komercyjne, jak to jest być tam w górze? Przewertowałam youtube'a i obejrzałam na ten temat wszystkie możliwe materiały i programy. Ciągle pytania. Poszperałam w wydawnictwach i trafiłam na książkę Jona Krakauera „Wszystko za Everest”, klasyka górskiego reportażu, nominowana do nagrody Pulitzera. Tytuł wywołał ciarki na mojej skórze. Jak „wszystko”?

mountainsoftravelphotos.com Rob Hall, Scott Fischer, Anatoli Boukrjew i Jon Krakaue
Jon Krakauer jest znanym dziennikarzem i jednym z uczestników tragicznej wyprawy. Nieczęsto dobry dziennikarz ma możliwość bycia pełnoprawnym uczestnikiem takiej wyprawy i, niestety, świadkiem tragedii. Ta książka miała być artykułem napisanym dla magazynu „Outside” na temat komercjalizacji wypraw wspinaczkowych. Tekst wyszedł bardzo mocny. Autor ze wszystkich sił próbował być obiektywny i zrelacjonować wydarzenia jak najrzetelniej, chciał odróżnić fakty od wysokościowej fatamorgany. Mimo to, po publikacji książki sypnął się na niego grad potępienia z różnych stron, ale to chyba nic dziwnego. Tylko jak z pozycji wygodnego fotela, oceniać zachowania ludzi walczących o przetrwanie, z przeciwnikiem niemal idealnym - naturą.
outsideonline.com
Tekst Krakauera zmiażdżył mnie z kilku powodów. Po pierwsze opis samej tragedii. Krok po kroku przyglądamy się zmaganiom grup wspinaczy, niemal czujemy zawroty głowy spowodowane niedotlenieniem, a kiedy na szczycie jest korek, ściskamy kolana, szepcząc „już po 14-tej, już po 14-tej, schodźcie!”. I ta bezsilność, kiedy można liczyć tylko na cud. Błąkanie we mgle, z odmrożeniami, bez rękawic, niektórzy całkiem ślepi. Ostatnie słowa przez radiotelefon, do ciężarnej żony gdzieś w Nowej Zelandii. Jedni już ukryci w namiotach, ledwo wytrzymujących napór huraganu, pól żywi ze zmęczenia. Inni starający się ruszyć na pomoc, jeszcze inni wykazujący ogromny hart ducha, ocierali się o cud. Dziewięciu się nie udało. „Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby ich ratować. Wysokość 8000 metrów – to nie jest miejsce, gdzie ludzie mogą sobie pozwolić na moralność”. Łzy płynęły mi po policzkach, bohaterom książki też.
Po drugie, zdobywanie Everestu stało się tak popularne, że w mojej małej główce zrodziła się myśl, że to taka łatwa góra, że każdy może ja zdobyć i że właściwie to czym się tu chwalić, że można podlecieć helikopterem, że ma się tlen … kompletnie wyrugowałam z głowy wszystkie ryzyka, jakąś nieprzewidywalność. Czy to samo robią uczestnicy takich wypraw? Przecież komercyjne wejścia są takie na czasie. A jak mówi Krakauer, zdobywanie Everestu to głównie walka z ...bólem. I nie ma w nim nic prostego, ale „istnieją ludzie, dla których rzeczy nieosiągalne mają szczególny urok”.
Po trzecie, książka jest swego rodzaju zadośćuczynieniem, poszukiwaniem drogi zrozumienia tego, co się tam wydarzyło, odkupienia winy. Z tego tekstu bije ogromna samotność, tak namacalna i tak przerażająca. Tekst jest pięknie poprowadzony, skrupulatnie dobrane słowa zaznaczają wszelkie autorskie niepewności, żeby nie naruszyć kruchej struktury wypomnień.


Jon Krakauer „Wszystko za Everest”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015

1 komentarze:

Myślę, że to jedna z bardziej niebezpiecznych książek o jakich pisałam na tym blogu. Do tego kompletnie nieświąteczna. Książka, przeciw kt...

Książka, którą aresztowano

Myślę, że to jedna z bardziej niebezpiecznych książek o jakich pisałam na tym blogu. Do tego kompletnie nieświąteczna. Książka, przeciw której w 1991 roku, w Polsce wniesiono sprawę, naruszała standardy moralne; sprzedaż wstrzymano. Na Zachodzie ostentacyjnie opuszczano wieczorki autorskie, oburzając się i zniesmaczając. Wydawcy namawiali autora do zastąpienia niektórychów, łacińskimi odpowiednikami. No, grzeczna powieść, to to nie jest. Obrazoburcza skubana, pornografią zajeżdża na kilometr, wulgaryzmy szczerzą się wymownie. Tylko, że nie o szerzenie porno tu chodzi, nigdy nie chodziło. Książka pisana była, jako wyraz pewnego zmęczenia kalwińską tradycją i etyką, jako próba przełamania tabu w ugrzecznionym i sztywnym społeczeństwie, dyskusja o prowincjonalnym konserwatyzmie. Wolkers rozlicza się tym tekstem z protestancką pobożnością, etosem pracy i purytanizmem. Główny bohater jest zaprzeczeniem skostniałego człowieka, uformowanego w surowości, oszczędności.
 luculliandelights.com
Rachatłukum” Jana Wolkersa nie jest książką kucharską (vide tytuł), ani słodką, ani sztampową. Miłość na poziomie fizycznych doznań, chuć bez ograniczeń, bez zobowiązań, zachłyśnięta dziką, zwierzęcą namiętnością, pełną wulgarnych i chciwych słów. Rzecz dzieje się w Holandii lat 60-tych. Główny bohater to bezimienny rzeźbiarz relacjonujący swój burzliwy związek z ognistą Olgą. Analiza tej relacji jest dość masochistyczna i rozłożona na czynniki pierwsze, z bólu.Za cholerę się nie mogłem pozbierać do kupy potem jak ode mnie odeszła.” Porzucony narrator, roztacza przed czytelnikiem obraz porzucenia, zalegania w pościeli, brandzlowania się przy nagich portretach ukochanej, bzykania niezliczonych kochanek. Błądzi między przeszłością, a przyszłością i ściga swoją ukochaną, a może jakieś jej wyobrażenie. Kiedy śmierć zagląda w oczy Olgi, słodycz wkracza do akcji. Taki paradoks. W tle tych obrazów, czasem bardzo naturalistycznych, toczy się dyskusja o człowieku, o jego dualizmie, o nakazach i oczekiwaniach.
Pierwszoosobowa narracja, pozbawia historię zbędnych opisów, zieje studium mroczności. Autor nie pauzuje, nie pozwala sobie na refleksje, po prostu układa na stosie obrazy, bardzo sugestywne, bogato inkrustowane metaforami, ale bez komentarza, relacjonuje.
Mam nadzieję, że jej nie aresztują ponownie, choć czasy ku temu idealne.




Jan Wolkers „Rachatłukum” Wydawnictwo Mała Litera/ Studio 2013

1 komentarze:

Dziecięcy kącik na blogu wyraźnie zaniedbałam. I to nie tak, że nic nie czytamy z Lilką, to raczej nawał spraw codziennych. Nie nadążałam ...

Szczeniak, który kocha kamienie

Dziecięcy kącik na blogu wyraźnie zaniedbałam. I to nie tak, że nic nie czytamy z Lilką, to raczej nawał spraw codziennych. Nie nadążałam opisywać. W ostatni weekend jednak odetchnęłam lekko. Popatrzyłam na stronę i jakoś tak poważnie. No to spieszę nadrobić zaległości.

Najpierw „Kamyki Astona” prezent urodzinowy Lilki od Hani i Kaliny, z własnoręcznie wykaligrafowana dedykacją. To jedna z książeczek autorstwa szwedzkiej pisarki Lotty Geffenblad o przygodach pieska z cudownie smutnymi i wielkimi oczami. W tej części Aston przygarnia kamyki. Po prostu zbiera je gdzie może, a przejęty ich samotnością, zagarnia wszystkie do domu, ścieli im łóżeczka, tuli, myje. Wkłada w to całe serce i poświęca swój czas. Można przypisać tej pasji nawet lekką kompulsywność. Aston jest bardzo wrażliwy, życzliwy i empatyczny, a jego rodzice ze spokojem odnoszą się do postawy synka. Nie zmuszają, nie zniechęcają, raczej korzystają z metody kierowania dziecka na inne tory. W końcu po zimie, nadchodzi bowiem wiosna, a w domu zaczyna brakować miejsca. Czy im się uda? 

Dodam, że całość pogrążona jest w dość osobliwej atmosferze. Jest cicho, mrocznie, dość nieswojo. Kolory przygasłe, spokojne, ale nie upiornie. Wyjątkowe i oryginalne ilustracje. Całość skłania do zadumy. Cały chłód jaki emanuje z barw, znika w zestawieniu z czułością szczeniaka i jego wielkim sercem. Książkę obsypano wieloma nagrodami, a na jej podstawie autorka i jej mąż, Uzi, stworzyli krótkometrażowy film animowany.
Że też wcześniej nie wpadła mi w ręce ta pozycja, etap przygarniania kamieni i patyczków był dość długi!!!


Lotty Geffenblad „Kamyki AstonaWydawnictwo EneDueRabe, Gdańsk 2005

0 komentarze:

Manuela Gretkowska powraca, do męża i z mężem. Powraca w duecie z Pietuchą. Powracają nową książką “ Miłość klasy średniej ”. Całość  n...

Miłość po przejściach oczami Manueli Gretkowskiej i Piotra Pietuchy

Manuela Gretkowska powraca, do męża i z mężem. Powraca w duecie z Pietuchą. Powracają nową książką “Miłość klasy średniej”.

Całość na stronie Łyk Kultury

0 komentarze:

Kiedyś w bajkach za górami, za lasami, za siedmioma morzami istniała kraina, w której dobro zwykle zwyciężało zło i wszyscy żyli długo i s...

Wielki przypływ

Kiedyś w bajkach za górami, za lasami, za siedmioma morzami istniała kraina, w której dobro zwykle zwyciężało zło i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Lampedusa nie jest tak daleko, jest też całkiem namacalna, ze wszystkich stron otacza ją morze, piękne, błękitne, swawolące falami. Piękne plaże, podobno najpiękniejsze na świecie. Niewielki skrawek lądu, dwadzieścia kilometrów kwadratowych, sześć tysięcy mieszkańców, dla jednych dom od zawsze, dla wielu pierwszy przystanek w poszukiwaniu nadziei. Dawna kolonia karna, o ironio, dziś przejściówka! Gorzko. W obrazach nakreślonych, jakby akwarelami, rozmyte scenki tworzą tło. Wszyscy wiemy o co chodzi, ale tylko patrzymy. Łazimy za autorem to tu to tam, idziemy w kierunku pomostu Favarolo, ale nigdy nie zobaczymy momentu przypłynięcia łodzi – doholowanych, dryfujących. Coś zjemy, coś poczytamy, posłuchamy. Rdzenni mieszkańcy rozmawiają z Jarosławem Mikołajewskim o życiu codziennym, o historii ich rodzin, wyspy, o setkach trupów, o niemocy i milczeniu polityków, o żółwiach, o szpitalach, o łódkach. Wyspa zbyt mała by pochować na niej ciała, zbyt mała by stać się nowym domem, zbyt … .
"Drzwi Europy" via flickr.com
Autor chciał napisać książkę o uchodźcach, ale zdał sobie sprawę, że pisanie o nich bezpośrednio nada opowieści wymiar sensacyjny, zabierze powagę. Nie nastawiajcie się więc na czysto reporterską relację. Niewiele zostaje wypowiedziane wprost i dobrze, dość dosłowności na ten temat wokół nas. Ta dosłowność zabija wszelkie emocje. Znieczula. A Mikołajewski napełnia język poezją, bardzo w takiej sytuacji na miejscu. Puste strony z jednym słowem, niezmącone tafle papieru jak lustro odbiją nas samych. Reportaż poetycki. W punkt, w czasach chaotycznych nachalnych i histerycznych, popartowych migawek, ciekawa perełka, wymagająca skupienia. Zachęcam!


Jarosław Mikołajewski „Wielki przypływ” Wydawnictwo Dowody na Istnienie , Warszawa 2015



0 komentarze:

Zaczęło się bardzo niewinnie. Zamknięci w trójkę w jednym pokoju, nie mieliśmy wyjścia. Czytanie Lilce wieczorem, to nasz mały rytuał, a r...

Książkowy spowalniacz czasu, czyli o czytaniu na głos

Zaczęło się bardzo niewinnie. Zamknięci w trójkę w jednym pokoju, nie mieliśmy wyjścia. Czytanie Lilce wieczorem, to nasz mały rytuał, a raz złamany spotyka się z głośnym sprzeciwem malucha. Przygód „Pożyczalskich” słuchaliśmy więc wszyscy. Kiedy Lilka zasypiała, ja przerzucałam się na coś dla dorosłych, a wtedy odzywał się Marcin, „Nie przerywaj, czytaj dalej”. Tak pękła powieść Mary Norton, „Wszystko, co lśni”, a ostatnio głośne czytanie przeniosło się do auta i w drodze do przedszkola intonuję przygody detektywa Łodygi. I jakie wnioski?
copypaste.am
Naukowiec wypaliłby od razu, że czytanie uruchamia w mózgu wizualne drogi nerwowe, które tworzą pamięć, a głośne czytania dodatkowo stymuluje konektory odpowiedzialne za dźwięki i pozwala budować głębszą sieć skojarzeń. I na dodatek szansa zapamiętania wzrasta o 50% jeśli wypowiadamy słowa głośno.
www.readwave.com
Ja mam bardziej namacalne przemyślenia. Normalnie (czytaj: po cichu, dla siebie) czytam dość szybko. Trzy, cztery książki w tygodniu to nic wielkiego, ale czytanie głośno mnie wycisza, czas się zatrzymuje. Rozdziały ciągną się godzinami. Robimy pauzy, rozmawiamy. Wybrzmiewające słowa, mają siłę inną niż te tłoczące się tylko w naszych myślach. „Przeczytaj to jeszcze raz.” Moduluję głos, słowa dobitniej wciskają się w mózg i podkręcają wyobraźnię, dialogi wibrują przerzucane rożną intonacją. Przymiotniki, czasowniki, przysłówki zaczynają figlować, bo właściwie wypowiadając je na głos, zdajemy sobie sprawę, że w ogóle istnieją, że nie są tylko masą znaków, stłoczoną w tekst. Tak, czytając głośno stajemy się bardziej uważni. Obrazy ze słów malują się przed oczami, a nasza perspektywa dostaje zastrzyk od słuchających. Jesteśmy razem fizycznie i psychicznie, skupieni na tym samym. To bardzo prosty i chyba lekko zapomniany czas na spędzanie czasu razem. Na dzielenie czegoś i wspólne przeżywanie. Idealnie na jesienne i zimowe dni!

foto. Patrick Hadley 
p.s. Ja mam we wspólnym, głośnym czytaniu jeszcze jeden cel. Zapraszam Marcina do świata który kocham, a w którym on gości ... powiedzmy rzadko. Nie buntuje się i jesteśmy tam razem.


1 komentarze:

To nie jest książka o górach, wbrew temu, co sugeruje okładka i tytuł (jakoś koślawo przetłumaczony). Góry są, pojawiają się w jednej trze...

Everest - granica życia

To nie jest książka o górach, wbrew temu, co sugeruje okładka i tytuł (jakoś koślawo przetłumaczony). Góry są, pojawiają się w jednej trzecie książki. Są nawet siła sprawczą wydarzeń, ale nie o nich ta książka. To autobiografia Becka Weathersa, który na zboczach Everestu praktycznie … zmartwychwstał. Właściwie, paradoksalnie, góry uratowały mu życie, choć najpierw nieźle w nim namieszały, mówiąc dość eufemistycznie.
youramazingplaces.com
Maj. Rok 1996. Dwa dni śmiertelnej burzy śnieżnej. Potęga przyrody w pełnej krasie. Czterdzieści osób w trzech grupach. Droga przez zamarznięty wodospad, zapadliny, przepaście i zdradliwy puch śnieżny. Wspinaczka w ciemnościach. A tuż przed szczytem decyzja, atakować czy nie. Po tylu trudach może się okazać, że wszystko na nic. Można też ryzykować. Można też nagle stracić wzrok, najwyraźniej pozytywne skutki korekty wzroku nie obowiązują na pewnych wysokościach. To początek dramatu. Wspinanie się na ogromne wysokości, z potrzeby ucieczki, może dla terapii, może potrzeby adrenaliny, może udowodnienia czegoś, może wyścigi, może chęć zapisania się w historii, może miłość do gór. Wiele tych może. Trochę jak w życiu, też wspinaczka, aż do brutalnej granicy przeżycia.
transpirando.com
Everest. Na pewną śmierć.” jest historią konfrontacji z wielkimi niewiadomymi jakie tkwią w człowieku i przyrodzie. Nie jest to najlepsza książka jaką czytałam, co tam, słaba jest. Pomijam tłumaczenie, są dłużyzny. Życie Becka Weathersa widziane z wielu perspektywy, poprzez wypowiedzi jego najbliższych. Za dużo. Sam bohater pozostaje dla mnie ciekawą postacią, ale biografię potraktuję jedynie jako „uzupełniacz” innych górskich historii.

Beck Weathers, Stephen G. Michaud „Everest. Na pewną śmierć”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2015















Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora




0 komentarze: