W tym miesiącu wzięło mnie na góry. Najpierw był Simone Moro, zupełnie przypadkiem, a teraz „ Czerwony Tybet ” Roberta Stefanickiego. Czte...

Kraj masłem pachnący

W tym miesiącu wzięło mnie na góry. Najpierw był Simone Moro, zupełnie przypadkiem, a teraz „Czerwony Tybet” Roberta Stefanickiego. Czterysta stron drobnym drukiem, dwanaście lat obserwacji i zapisków wprost z Dachu Świata oraz niestrudzona, mozolna wędrówka kamienną, górską pustynią. Ciekawość to silny motywator. Jak do cholery udało się kiedyś Heinrichowi Harrerowi tam przetrwać i dotrzeć? Tak, wiem w jego przypadku działał inny spiritus movens. Ja wyobrażałam sobie miejsce na kształt egzotycznej enklawy, gdzie wszyscy medytują a tymczasem czytając Stefanickiego trafiam na skraj kultur, gdzie zderzają się dwa punkty widzenia, dwie dziedzictwa, dwa języki. Oprawca i ofiara w dialogu głuchych. Witajcie w Tybecie.
nawlasneoczy.wordpress.com
Autor był w tym miejscu trzykrotnie w 2001, 2006 i 2013 roku, choć wyjazd jest praktycznie nie możliwy. Nawet wcześniejsze wykupienie biletu, czy wycieczki niczego nie gwarantuje, zniechęcanie trwa. Druga przeszkoda przy pisaniu książki, a nawet artykułu, to namówienie Tybetańczyków do rozmowy z obcokrajowcem-dziennikarzem, raz, że można narazić oboje na „nieprzyjemności”, dwa to powszechny strach przez inwigilacją, donosem, przesłuchaniem. W swojej opowieści autorowi udało się jednak oddać głos ludziom stamtąd mnichom, rinpoczom, inteligentom, koczownikom, zwykłym mieszkańcom. Dzięki temu otrzymujemy bardzo realistyczny i rzetelny obraz społeczności, losów kraju i szczegółowe omówienie wielu problemów, rewizję mitów, wyjaśnienie pewnych zagadnień i terminów. Czym jest Tybet dziś? Czym właściwie był dawniej? Co pozostało z Shangri-La? Czy oprócz Dalajlamy są inne ikony? Co to takiego Tybetański Region Autonomiczny? Co się stało z walką o niepodległość, obrosłą już dziś, jak się wydaje, mitem? Jak nie żywić uraz do Chińczyków i żyć razem?
http://www.lukaszsupergan.com/tybet/
Bez względnie Tybet jest czerwony. Czerwony pod okupacją Chin. Czerwony, bo jednak okupiony krwią. Mnisi w czerwonych habitach, czerwone ściany budynków i klasztorów, jaki z czerwonymi ozdobami na łbach. Historie Stefanickiego są bardzo poruszające. Codzienność życia w tym miejscu nie jest godna pozazdroszczenia, a wręcz tragiczna. Ludzie z natury pacyfistyczni, dobroduszni i religijni, wydają się albo do czegoś zmuszeni, albo zagubieni, albo po prostu bezsilni. Żyją wśród modernizowanego, betonowego molocha, albo biednych, zabłoconych dzielnic. Modelowe zmiany, bez względu na wszystko, a mimo to nie znajdziecie tu kategorycznych ocen ludzi, a raczej obiektywne spojrzenie na systemy, w jakich przyszło im żyć. Tybetanczycy wydają się nie być u siebie, jakby wypadli z innej bajki spokojnie żując campę. Oczywiście postawy są różne jedni kontestują taki stan rzeczy, inni podejmują próby buntu, dokonują samospaleń, zrywów, jeszcze inni wyjeżdżają. Z tych opowieści wyłania się obraz społeczeństwa, które wyraźnie nie jest u siebie, a gdzie będzie za kilkadziesiąt lat? Czy ziści się historyjka Wanga Lixionga? Przeczytajcie, nic nie jest tu czarne albo białe. To, co więcej niż opowieść o kraju i jego mieszkańcach.


Robert Stefanicki „Czerwony Tybet”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2014














Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora

0 komentarze:

Nawet kiedy jest to sezon, tak zwany „normalny”, oddech staje się zachłanny, tlenu nie ma zbyt dużo. Czerwone krwinki napierają. Wokoło bi...

Pasja n.p.m.

Nawet kiedy jest to sezon, tak zwany „normalny”, oddech staje się zachłanny, tlenu nie ma zbyt dużo. Czerwone krwinki napierają. Wokoło biało. Groźna grań. Szczyt. Lodowa skorupa i kaleczące ją raki. W dole przepaść. Na szczycie pozostaje się około piętnastu minut, choć wejście zajęło godziny, ale radość jest bezgraniczna Idziesz sam, choć z przyjaciółmi, kumplami, a większość czasu walczysz ze swoimi słabościami. Sam. Góry nie znają litości, nie trzymają się sztywno prognoz pogody, potrafią zaskoczyć w ciągu sekundy i zabić. Simone Moro ma dużo pokory. Mimo tego, że wspina się od trzynastego roku życia i zdobył trzy ośmiotysięczniki … zimą, czuje respekt, nie szarżuje, nie ściga się. Inspiracją do rozpoczęcia zimowych wypraw była polska szkoła himalaizmu - Kukuczka, Wielicki i Berbeka. Moro to człowiek z pasją, tak silną, że stała się ona częścią życia, czy sposobem na nie? Po przeczytaniu tej książki do końca nie mogę tego stwierdzić. Moro ciągle się uczy, wciąż wiele przed nim, poza górami ma rodzinę, trenuje pływaków, jest bibliotekarzem, ratownikiem.
Simone Moro zbliża się do wierzchołka Makalu (fot. Denis Urubko) wspinanie.pl

To jest prawdziwa przyczyna, dla której kocham wspinanie zima, nowe drogi, trawersowanie i zdobywanie gór. Czuje, ze celem takie formy alpinizmu nie jest sukces, rekord i performance, ale poszukiwanie elementu eksploracji i przygody, czyli tego, co sprawiło, że się zakochałem i stałem szczęśliwy. Od miłości nie wymaga się uzasadnieniem, zakochani nie działają z rozsądku. W grę wchodzi silne i irracjonalne impulsy.”

Gaszerbrum II 8035m, www.zdobywcygor.pl
Książkę „Zew lodu” napisał w czasie próby zimowego zdobycia Nanga Parbat w roku 2012. Próby dwunastej. Uff, nie wiem czy miałabym siłę na tyle i na jeszcze. Zapiski z tego wejścia są niewielkie, raptem kilka zdań kończy każdy z rozdziałów, podsumowania kolejnych dni i plany na następne. Książka skupia się jednak na wcześniejszych wejściach, na śmierci przyjaciela Anatolija Bukriejewa, która była mocnym ciosem. Moro opisuje wejścia na Sziszapangmę, Broad Peak, Makalau, Gaszerbrum II, gdzie uniknął zmycia przez lawinę. Expressowe zdobycie Mount Everest w 48 godzin i Lhotse, który poddał, aby ratować brytyjskiego himalaistę. Nie wchodzi tylko na znane szczyty, modne, ale wybiera inne z powodu ich piękna i oporu, jaki stawiają, mimo relatywnie niewielkiego rozmiaru. To, co w tej książce wybija się na pierwszy plan to absolutna pokora wobec gór oraz szacunek dla każdego człowieka. Zupełny brak chęci rywalizacji i skupianie się na własnych możliwościach, odpowiedzialność za zespól. Nie każde wejście kończy się sukcesem, nie każde kończy się na szczycie, ale to przecież próba się liczy, dlatego warto zapuszczać się na skute lodem trasy ryzykując życie. Zresztą w tej książce nie chodzi o przekonywanie czytelnika to tego, czemu warto akurat uprawiać alpinizm zimowy, to po prostu opis pasji, ze wszystkimi jej pięknymi i mrocznymi stronami.


Simone Moro „Zew lodu”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2015













Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora

2 komentarze:

Pomysł na tę książkę zrodził się w czasie karmienia. Florence Williams pewna, że daje swojemu dziecku to, co najlepsze, naczytała się różn...

Dydki, balony i zderzaki

Pomysł na tę książkę zrodził się w czasie karmienia. Florence Williams pewna, że daje swojemu dziecku to, co najlepsze, naczytała się różnych rewelacji i postanowiła zbadać i przyjrzeć się bliżej mleku z piersi. Po serii badań wykryto w nim komponenty paliwa rakietowego, środków zmniejszających palność, czy trutek na owady. Co tam ołów, czy rtęć! „Nowoczesność zazwyczaj jest dobra dla kobiet, ale niekoniecznie dla ich piersi”. Od jakiegoś już czasu, autorka zajmowała się problemami środowiska naturalnego i zdrowia, ale te wyniki były niezłym szokiem i zapoczątkowały poszukiwania. No, bo ile my o tych piersiach wiemy tak naprawdę? Czy to tylko narząd przyciągający mężczyzn i stworzony głównie dla nich? A może genialny organ karmiący? Czemu właściwie kobiety go mają? Co mu grozi? Autorka odbędzie podróż między innymi do Peru, Nowej Zelandii i Danii. Zainspiruje kilku naukowców do przeprowadzenia badań. Przejdzie przez proces kwalifikacji do operacji powiększenia piersi i spróbuje zrozumieć „teksański fenomen”. Opowie nam, kim był Thomas Cronin, zgłębi temat silikonu i kulisy plastyki piersi od 1940 roku. Przeprowadzi czytelnika przez ewolucję biustu. Co odróżnia nas od innych ssaków? Poszuka odpowiedzi na pytanie jak to jest z tymi rozmiarami? Czy dojrzewany wcześniej? Co to jest „trzeci jajnik”? Oj, obali kilka mitów. Jak się okazuje pierś to prawdziwa bomba receptorów, wrażliwa na wszelkie zmiany i zanieczyszczenia środowiska. Z jednej strony potężny estrogen pompuje je, gdy przychodzi czas karmienia, z drugiej ich niezwykła przepuszczalność naraża kobiety na zwiększone ryzyko zachorowanie na raka. To jedna z silniejszych kobiecych broni, ale jak się okazuje także pięta achillesowa. Zdaje się wszystko kapituluje przed plastikiem.
Źródło
Bardzo inspirująca wyprawa w świat anatomii, socjologii, kultury, medycyny, ewolucji. Złożony i kompleksowy obraz jednego z najbardziej pożądanych, uprzedmiotowianych kobiecych organów. Oto cud ewolucji, kulturalnej obsesji, inspiracja artystów i … dowcipów. Książka napisana jest faktycznie dość szczegółowo. Dużo danych, dużo faktów. Nie jestem ekspertem, sięgnęłam po tę pozycję głównie, jako głodny wiedzy czytelnik. Z drugiej strony Williams ma coś magnetycznego w sposobie pisania. Może to lekkość pióra wspomagana przez fakt, że opisuje swoje osobiste przeżycia, wtrąca anegdoty i ciekawostki. Nie ma jednak ucieczki od dziennikarstwa naukowego, przygotujcie się na dużo fachowych i skomplikowanych terminów, prawdziwą zupę złożoną z BPA, ftalanów, PFOA, PCB, DES i wielu innych. Mimo, że nie przeczytałam tej książki za jednym razem, to wracałam do niej po kilku dniach zaciekawiona. 



Florence Williams „Piersi. Historia naturalna i nienaturalna” Wydawnictwo Agora, Warszawa 2014

















Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora

1 komentarze:

Jak napisać recenzję książki, której przypisano już wszystko, co naj: najlepsza, bo Booker 2014, najmłodsza, bo autorka ma zaledwie 28 ...

Kiedy historia nie jest taka ważna…

Jak napisać recenzję książki, której przypisano już wszystko, co naj: najlepsza, bo Booker 2014, najmłodsza, bo autorka ma zaledwie 28 lat, najgrubsza, bo w polskim wydaniu Wydawnictwa Literackiego ma 932 strony. Gdzie tu miejsce na słowa, tym bardziej krytyczne, jakby coś. Czułam się lekko przytłoczona. Czy wszystkie te „wow”, to wzdychania klakierów? Czy aby nie kolorowa łatka przyklejona przez jury nagrody literackiej? Choć książkę skończyłam w grudniu, słowa zbierałam długo. 
Hokitika 1874 r. - http://freepages.genealogy.rootsweb.ancestry.com/~nzbound/hokitika.htm
Akcja „Wszystko, co lśni” Eleanor Catton rozpoczyna się wraz z przybyciem z Edynburga na południowe wybrzeże Nowej Zelandii, Waltera Moody’ego, niedoszłego prawnika, który chce zostać poszukiwaczem złota. To nie kaprys, to nowy plan na życie. Jego świat odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Dosłownie.
Niebo było tu jakby odwrócone, gwiazdozbiory nieznane, a Gwiazdę Polarna miał pod nogami, zupełnie zasłonięta. (…) Znalazł Oriona – był odwrócony, kołczan miał pod sobą, a miecz zwisał mu z pasa do góry nogami. Wielki Piec dyndał niczym martwe zwierzę na rzeźnickim haku.” 
Mężczyzna trafia do Hotelu Korona w Hokitka i przypadkowo bierze udział w spotkaniu dwunastu mężczyzn. To od nich słyszy historię śmierci niejakiego Crosbiego Wellsa, nieudanej próby samobójczej prostytutki Anny Wetherell, zniknięcia Emery’ego Stainesa, statku widma oraz tajemniczego i bezwzględnego Francisa Carvera. Z pozoru błahe wypadki okażą się naczyniami połączonymi, a każdy bohater wyjawi swoją mroczną historię oraz sekret skryty za rąbkami sukien wypełnionych złotem i za dymem sączącym się z fajki do palenia opium. Pastor, polityk, alfons, handlarz opium, aptekarz, wróżka, kierownik więzienia, dziennikarz, poszukiwacz kamieni. Zacne grono.
Eleanor Catton, foto: Brett Gundlock/National Post
Literatura wiktoriańska kojarzy się z czymś nudnym. Nie oszukujmy się: Dickens, siostry Brontë, Thackeray, George Eliott. Dla większości brzmi ciężko, opaśle, ckliwie, staroświecko i odstrasza na dzień dobry. A jednak Eleanor Catton sięga do tej tradycji i wprowadza ją, moim zdaniem z ogromnym sukcesem, na tory modernistycznego eklektyzmu, bo miesza tu powieść grozy, powieść realistyczną, awanturniczą, historyczną, kryminał i romans. Widać, że autorka wspaniale czuje się w tej konwencji, co więcej, bawi się nią, brnąc w pastisz. Gruba sprawa, a taka lekka. Przez cały czas myślałam sobie, kurczę, jak Catton to ogarnęła planistycznie. Ile czasu i jakiej organizacji wymaga napisanie takiej książki, ile pracy i gromadzenia materiałów. Pomijam wertowanie archiwów, ale Catton sięgnęła nawet po program Stellarium, by wiarygodnie oddać ruchy gwiazd i planet, a te mają niebywale znaczenie. Nie przez przypadek za początek akcji wybrano rok 1866 i to 27 stycznia. To miesiąc synodyczny, kiedy to zachodzi cały cykl zjawisk astronomicznych, a księżyca stopniowo ubywa. Ubywa też treści w kolejnych rozdziałach. O ile pierwsza część, nów, ma ponad czterysta stron, o tyle ostatnia ma tylko półtorej strony, a i sam tekst robi się jakby mroczniejszy. Stopniowo dialogi wypychają się na pierwszy plan łokciami. Wszystkowiedzący i jawnie obecny narrator, który towarzyszył nam od początku, znika. Bohaterowie dzielą się na gwiezdnych niczym znaki zodiaku, planetarnych od planet. Wszyscy oni podlegają Rozumowi, Władczości, Sile, Pożądaniu, Ograniczeniom i biorą udział w jakiejś rozgrywce, a może realizują z góry opracowany plan? Co kieruje naszym życiem - Fortuna czy fortuna? Uderzało mnie, że autorka chce żebyśmy byli cały czas świadomi, iż mamy do czynienia z fikcją, stąd hipertekstualne zabiegi oraz wyprzedzające podsumowania na początku każdego rozdziału. Do tego bohaterowie są tak konstruowania, że nie przywiązujemy się do nich, nie czujemy jednostajnie ani większej, ani mniejszej sympatii. Żaden nie jest jednowymiarowy, ale też nie ma rozbudowanego i skomplikowanego obrazu psychologicznego. I jeszcze jedno. W książkach epoki wiktoriańskiej wspaniale zawsze było tło i społeczeństwo, ze wszystkimi, teatralnymi wręcz szczegółami, drobiazgami, detalami, u Catton też je znajdziecie, ale już nieprzesadzone, wywarzone, inspirujące. Nowozelandzka gorączka złota, echo wojen opiumowych, kolonizacji, kastowość społeczeństwa i brutalna rzeczywistość w ziemi obiecanej. Kiedy Moody wchodzi do pomieszczenia, gdzie jest już dwunastu gniewnych, to jakby czytać opisy Henry’ego Jamesa. Świetne dialogi, humor i dar obserwacji to także, ale przed wszystkim sprawne posługiwanie się zawieszeniem akcji, eleganckim i dyskretnym zapowiadaniem tego, co może się zdarzyć oraz sprawnym powracaniem do zawieszonych wątków, podsumowywanie. Wieńcząca książkę retrospekcja to majstersztyk!

W ostatecznym rozrachunku historia sama w sobie nie jest ważna, bo „(…) nikt nie powinien brać cudzej prawdy za własną.” Liczy się podróż, jaką odbywamy z autorką, liczy się smakowanie każdej strony, dobrej literatury.


2 komentarze:

Mamy nowa ulubiona książkę! Nie spodziewałam się kompletnie. Pozycja wydana w 2004 przez Dwie Siostry. Historie o zwierzętach napisane z ...

„Nie każdy umiał się przewrócić”

Mamy nowa ulubiona książkę! Nie spodziewałam się kompletnie. Pozycja wydana w 2004 przez Dwie Siostry. Historie o zwierzętach napisane z myślą o dorosłych. Holenderski autor, Toon Tellegen, jak sam wyznaje, na dzieciach się nie zna. Jest poetą, znanym, uznanym i lubianym, porównywanym do Herberta, ale te bajki napisał … na prośbę córki, a wydanie ich, jako pozycji dla dzieci to przypadek, zachcianka wydawcy. „Dzieci? Lubię, ale nie znam. (…) Bez względu na to, co piszę, nie myślę o tym, kto to będzie czytał. Opowiadanek też nie pisałem specjalnie dla dzieci. Zresztą, od kilku lat są publikowane jako literatura dla dorosłych. Mnie ta kwalifikacja specjalnie nie obchodzi.”  
Nie każdy umiał się przewrócić” to kilkanaście historii z pewnego lasu, lasu całkiem zwariowanego, bo mieszka tam i mrówka i słoń, i wiewiórka, i nosorożec, i świerszcz, i osa, i kałamarnica. Tu wszystko jest możliwe. Przestrzeń nieograniczona do działania, myślenia, rozważania, zamartwiania się, odkrywania. Słoń z łatwością mieści się w domku wodnego ślimaka, jeż przypomina słońce, słoń roztapia się pod ciężarem upału, mrówka nie potrafi już kręcić głową, bo za dużo wie. A co jeśli skorupa żółwia zacznie przeciekać? Lew zamiast ryczeć zacznie piszczeć niczym mysz? Osę zaboli żądło, a potem je zgubi? Jak to jest, że żółw jest pewny, że jest żółwiem? I co jeśli zwierzęta się skończą? Czym jest „zastanawianie” albo „melancholia”? Rozmowy, rozmowy. Ryzykowne próby i szalone kroki taneczne. Myśli, refleksje, lęki, marzenia. Bohaterowie Tellegena piszą do siebie enigmatyczne, niedopowiedziane listy albo pojawiają się po kawałku: najpierw głos, potem poszczególne członki, a potem składają się do kupy. Niemożliwe zdaje się nie istnieć!

Słuchać w pisaniu Tellegena nutę liryczną. „Dla poezji forma jest ważna” mówi autor. Stąd wyraźne zasady, znać, że słowo ma wagę. Jedna wiewiórka. Jedna mrówka. Jeden nosorożec. Żadnych tłumów. Na rysunkach wszystkie zwierzęta tego samego wzrostu. Każde opowiadanie ma nie więcej niż stronę i nie ma reguły ciągłości. Każda historia to niezależny obrazek. Skondensowana forma, pełna dialogów, rozważań. Nastrojowo i refleksyjnie.
Uwiedzie Was ta nieuchwytna prostota, delikatny i jasny język. Nie ma tu ukrytych intencji edukowania i moralizowania. To raczej powiastki filozoficzne o przyjaźni, o poczuciu wspólnoty, o introspekcji, a może nowy gatunek literacki? Świat bezpruderyjny, taki jakim widzą go dzieci. Tematy najprostsze na świecie, w zasadzie podstawowe, ale nie błahe. Absurdalnie i zaskakująco, to pewne. Do tego przepiękne, lekkie jak mgiełka, rysunki Ewy Stiasny, jakby kartkę tylko muskało jej piórko.

Kiedy czytam tę książkę Lilce myślę, czemu tak dawno się nad tym i owym nie zastanawiam? Mój mózg okazuje się już skostniały i schematyczny. Lilki nic nie dziwiło. „Mamo, jeśli lato będzie upalne to my tez możemy się roztopić. To możliwe”. A ja widzę w głowie Celsjusza, Kelvina, Rankine’a, robię szybki rachunek prawdopodobieństwa – jak jeden do stu milionów?. „Schowamy się w cieniu, nie martw się mamo”. To oczywiste. 

  
Toon Tellegen „Nie każdy umiał się przewrócić”, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013








Cytaty za Gazeta Wyborcza, 31 maja 2014, „Dzieci? Lubię, ale się nie znam - rozmowa z Toonem Tellegenem



1 komentarze:

„ Przebudzenie ” jest pięćdziesiątą ósmą powieść Kinga, o ile się nie mylę. Mój świąteczny prezent. Niespodzianka, trafiona bezbłędnie, bo...

Frankenstein 2014

Przebudzenie” jest pięćdziesiątą ósmą powieść Kinga, o ile się nie mylę. Mój świąteczny prezent. Niespodzianka, trafiona bezbłędnie, bo King rzadko zawodzi. Tym razem będzie o geniuszu, o szaleńcu, który stawia życie ludzkie ponad wszystko. Wielebny Charles Jacobs. Pan stwarzania, naprawiania, poszukiwacz życia po życiu, a może świata poza Bogiem?
Źródło
Narratorem książki jest Jamie Morton, którego poznajemy jako sześciolatka. Malec jest bacznym obserwatorem Wielebnego, jego oddanym fanem i przyjacielem, a później także królikiem doświadczalnym. Tak, z pomocą słuchawek i sporej dawki prądu Wielebny przerwie heroinowy ciąg Jamiego, komuś innemu przywróci słuch, komuś jeszcze głos. Cuda będą się działy masowo. Nagłe ozdrowienia, niby dotknięcia ręki Boga, a może potestas magnum universum? „Coś się stało. Coś (…)”. Pojawiają się sny, kolory, pryzmaty, głosy, omamy. Skutki uboczne terapii szokowej?
Po kolei. Wielebny był kiedyś charyzmatycznym i wspaniałym proboszczem małej parafii gdzieś w Harlow, w stanie Maine. Wiecie, takim pastorem idealnym, przyjacielem, takim, który przybliża Boga, ale sprytnie, zaciekawia, który splata opowieści o … elektryczności z Pismem Świętym i zapełnia kościół w niedzielę. Od początku było coś przerażającego w tej kuszącej, jakby idealnej, dobrotliwej postaci. Czysto metaforyczne zainteresowanie prądem „miało podtekst religijny”, tylko na wstępie. Ale pewnego dnia istnienie Boga zostało podważone. Brutalnie. Straszne Kazanie. Hiobowa próba to czasem zbyt wiele jak na ludzkie ramiona. Rodzi się zło.
Książka Kinga przywołuje na myśl natychmiast „Frankensteina”, nie ma, co ukrywać, autor zresztą dedykuje ją, między innymi: Mary Shelley, H.P. Lovecraftowi, Stokerowi. Odwołań, inspiracji znajdziecie tu wiele - „Smętarz dla zwierzaków”, De Vermis Mysteriis”, Ludwig Prinn, Dan Brown, czy „Necronomicon”. King tak ma, zatapia czytelnika w świecie fikcji, głęboko, aż granica między snem, a jawą zupełnie się zaciera. Skóra cierpnie. Rodzi się strach. To jest mój ulubiony moment w prozie Kinga, zaczym się czuć niepewnie i niespokojnie.
Nie lubię szufladkowania Kinga, jako autora horrorów. Ta książka horrorem nie jest. Nie lubię też podkreślania ciągłego statusu jego książek, jako rekordzistów list bestsellerów, co jest w pełni zasłużone, ale wydaje mi się, iż umyka nam wtedy fakt, że to naprawdę świetny pisarz. Osobiście uwielbiam Kinga i nie ma to nic wspólnego z faktem, że lubię się bać, po prostu fascynuje mnie tło jego powieści. Ameryka lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Małe społeczności w wymiarze 3D. Dorastanie gdzieś w Nowej Anglii, która jest miejscem na wskroś dzikim, przesiąkniętym tajemnicą. Opisy zwykłych momentów, znanych nam doskonale, tych, do których lubimy wracać po latach: smak pierwszego pocałunku, pierwszych fascynacji, zapachu prania, rodzinnych momentów. King ma wspaniały dar snucia opowieści, robi to zupełnie bez wysiłku, z charakterystyczną dla siebie dyskretnością. Żongluje zapowiadaniem, konfliktami i suspensem. Czytelnik podąża za nim bezwiednie. Jego proza absorbuje, pociąga i … oszukuje. Ta pozycja to prawdziwe przebudzenie Kinga.


Stephen King „Przebudzenie”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014

1 komentarze:

Początek nowego roku to czas podsumowań, plebiscytów, zestawień, a także ambitnych planów oraz postanowień. Nie zapominamy też o wyzwania...

Wyzwania książkowe, jak to ugryźć i czy warto

Początek nowego roku to czas podsumowań, plebiscytów, zestawień, a także ambitnych planów oraz postanowień. Nie zapominamy też o wyzwaniach książkowych, a tych w blogosferze, na portalach społecznościach i w bibliotekach jest mnóstwo. Jakoś mnie to irytuje. Nie jestem zwolennikiem sprowadzania czytania do poziomu konkurencji olimpijskiej, w której odhacza się, wykreśla, przyporządkowuje i stawia na wynik. Stworzymy ligi czytelnicze? To prosta droga do komodyfikacji czytania, a ja szczerze wierzę, że ta sfera naszego życia kulturalnego skutecznie opiera się zamknięciu w tabelkowym matriksie (oczywiście nie mówię tu o zestawieniach prowadzonych przez wydawców, księgarnie czy nawet biblioteki).
W ubiegłym roku stawiano na „Przeczytaj tyle ile masz wzrostu”, w tym czuję, że hitem będzie liczba „52”. Oto krążąca w intrenecie lista z portalu popsugar.com. Bardzo popularna, wyskakuje zewsząd. Czytelnikowi nie proponuje się w niej konkretnych tytułów czy rodzajów literackich, a raczej ogólne hasła. Do przeczytania mamy cegłę z ponad pięciuset stronami, książkę autorstwa kogoś przed trzydziestką, taką ze złymi recenzjami, albo nieukończoną. Oprócz czytania konkretnych pozycji, myślę, że niemałym wyzwaniem, i prawdopodobnie większa zabawa, może być samo ich znalezienie i wybranie. A może jedna książka tygodniowo?  Tak statystycznie wychodzi w zabawie „Przeczytam 52 książki w 2015 roku”. Bez znaczenia gatunek rodzaj, grubość, rok wydania. Po prostu czytamy. Znalazłam też czytelnicze BINGO. A może coś prostego? Przeczytaj więcej w 2015 niż w 2014. Motywujące? Taki wyścig z samym sobą. Można czytać każdy gatunek, w dowolnym formacie, jedyne obostrzenie: książki powyżej stu stron.


Czy ilość jest taka ważna? Od kiedy czytanie to w ogóle WYZWANIE? Mnie kojarzy się ono niezmiennie z przyjemnością, choć przyznaję, że odkąd prowadzę bloga i przeglądam „konkurencję”, to myślę, że czytam zbyt mało i włącza się gen wstydu, nie na długo, bo po co? Tak sobie myślę, szukając dobrej strony tego typu „zabaw”, że dla osoby, która chce się mierzyć sama ze sobą, potrzebuje się dopingować, stawiać cele, to może to być jakaś forma dopalacza. Być może też, uczestnictwo sprawi, że sięgniemy po pozycje, których normalnie nie wybralibyśmy. Być może. Ale jeśli widzę, że udział  w wyzwaniach biorą zwykle … mole książkowe, to czuje pewien dysonans. Ja, na przykład, chcę czytać więcej klasyki, ale nie będę tego szufladkować, jako wyzwania, nie będę też sporządzać listy, ani tabelki, po prostu raz na jakiś czas wybiorę coś, co mam ochotę odkurzyć lub poznać. 

14 komentarze:

Źródło 2014 za nami. Książkowo całkiem udany. Przeczytałam około siedemdziesięciu książek, w zasadzie same nowości. Moja książka rok...

Kryształowa kula, czyli co nas czeka w 2015

Źródło
2014 za nami. Książkowo całkiem udany. Przeczytałam około siedemdziesięciu książek, w zasadzie same nowości. Moja książka roku? Zdecydowanie Eleanor Catton „Wszystko, co lśni”, wpadła mi w ręce w grudniu, pochłonęła i zdeklasowała wszystkie poprzednie. Napiszę o niej wkrótce. Dziś drugi dzień nowego roku. Zwykle nie robię żadnych planów czytelniczych. Przeglądam leniwie portale wydawnicze i spisuje tytuły. Liczba post-itów rośnie. W 2015 chciałabym zrobić trochę miejsca na klasykę. Takie mini postanowienie, ale bez stresu i presji.

Już za dwa tygodnie nowa Joanna Bator i jej Wyspa łza, od Wydawnictwa Znak. Autorka i fotograf Adam Golca ruszają na poszukiwanie Sandry Valentiny, kobiety zaginionej w 1989 roku. Bez śladu. Na zawsze? Klimatyczne zdjęcia. Piękna Sri Lanka. Spodziewajcie się mieszanki thrillera i reportażu.

Pamiętacie „Gorzkie pomarańczeDionizosa Sturisa? Tym razem autor porzuca Grecję i odwiedza Wyspę Man. Wydawnictwo WAB odda w nasze ręce pod koniec stycznia książkę Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia poplątana”. Niewielka wysepka na Morzu Irlandzkim zamieszkana, ponoć, niegdyś przez olbrzymy i duchy zsyłanych tam obywateli Imperium Brytyjskiego, jak się okazuje ma też pierwiastek polski.
W lutym Wydawnictwo Czarne przygotowuje nową książkę V.S. Naipaula „Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności”. Zapowiada się ciekawa uczta, bo autor słynie z zajmujących opowieści z pogranicza kultur. Tym razem podróżuje przez Ugandę, Ghanę, Nigerię, Wybrzeże Kości Słoniowej i RPA, odkrywając dla nas świat magii, czarów i wróżb.
Jeszcze dwie lutowe pozycje do kolekcji. Pod koniec 2014 Wydawnictwo Literackie wydało „Kompleks Portnoya” wznawiając książki Philipa Rotha. Czas na drugą odsłonę: Amerykańska sielanka”. O tym jak pryska amerykański sen, jak obietnice domowego zacisza, spokoju i wiecznego szczęścia nie znaczą nic w konfrontacji z brutalną rzeczywistością. Z kolei Wydawnictwo Znak dorzuca kolejny kamyczek do serii „50 na 50”. Tym razem trzy najsłynniejsze dramaty Moliera „Tartuffe”, „Don Juan”, „Mizantrop, we wspaniałym przekładzie Jerzego Radziwiłowicza. 
W maju planowane jest wydanie drugiej części tetralogii kryminalnej Katarzyny Bondy. Tym razem „królowa kryminału”, na jaką koronował autorkę Zygmunt Miłoszewski, przygotowała Okularnika”. Ciekawe z jaką zagadką zmierzy się tym razem profilerka Sasza Załuska. Będzie hit?
W tym samym miesiącu Wydawnictwo Znak zaprezentuje dwanaście autentycznych i mrożących krew w żyłach historii, opisanych okiem patologa, pióra Marka Krajewskiego. „Umarli mają głos”. Książka uraczona będzie fotografiami Jerzego Kaweckiego, specjalisty medycyny sadowej.  
Na początku czerwca pojawi się druga cześć kryminalnej serii Stephana Kinga, z detektywem Billem Hodgesem. Tytuł Znalezione niekradzione, Wydawnictwo Albatros.
www.goodreads.com
Dobra wiadomość dla fanów prozy Michaela Crummeya, Wydawnictwo Wiatr od morza planuje wydanie Sweetland”. Czytając opinie kanadyjskich krytyków, mogę śmiało napisać, że zapowiada się książka idealna. Co właściwie nie zdziwi. Nie mam zamiaru czekać na polski przekład!
Gratka dla miłośników trylogii „MilleniumStiega Larssona. We wrześniu ukaże się kolejna część autorstwa Davida Lagercranza, znanego biografa. Wydawnictwo Norstedts poinformowało, że kolejna cześć nie będzie miała nic wspólnego z nieukończoną pracą Larssona. Data polskiej premiery?
W październiku Wydawnictwo Albatros odda w ręce czytelników, pierwszą od dekady, powieść Kazuo Ishiguro „Buried Gianat”. Zdobywca Bookera zabierze nas w podróż w poszukiwaniu syna, miłości, wspomnień.

To z pewnością tylko namiastka tego, co nasz czeka. Maleńka próbka na zachętę. Zaczytujcie się! Życzę Wam mnóstwa niezwykłych literackich podroży, doznań i niespodzianek.

4 komentarze: