To prawda, muszę przyznać rację Justynie Sobolewskiej – nie sądziłam, że „ Świerszczyk ” nadal istnieje, dopóki nie zostałam mamą. I tak ...

Tam, gdzie świerszcz gra za kominem

To prawda, muszę przyznać rację Justynie Sobolewskiej – nie sądziłam, że „Świerszczyk” nadal istnieje, dopóki nie zostałam mamą. I tak jak kupowała mi go moja mama, a ja namiętnie zaczytywałam się i czekałam na kolejny numer, teraz kolej na mnie i moją córkę.





IGŁA W STOGU SIANA?
Wyrwałam się dziś z naszej wioski i odwiedziłam salonik prasowy w dużej krakowskiej galerii (wczorajsze próby w naszej miejscowości spełzły na niczym). Dział gazet dla najmłodszych. „Świerszczyka” ani widu ani słychu. Pstrokate magazyny Świnki Peppy, Kubusia Puchatka i inne. Pytam nieśmiało Pani podchodzi do półki i zza Lego Friends wyciąga … jeden egzemplarz. „Dziś przyszedł”. Uff, myślę mam szczęście, załapałam się. „Średnio schodzi” burka Pani. No pewnie, myślę sobie, mało różowy, mało telewizyjny.

HISTORIA
Świerszczyk” narodził się w moim rodzinnym mieście, Łodzi, 1 maja 1945 roku. Ma więc już 70 lat! Tytuł wymyśliła Ewa Szelburg-Zarembina, okładkę pierwszego wydania przygotował Jan Marcin Szancer, a winietę Eryk Lipiński. W pierwszych latach po wojnie czasopismo zastępowało podręczniki, ale skutecznie opierało się wpływowi propagandy, za co w 1968 roku otrzymało od studentów Politechniki Warszawskiej pamiątkowy list i znaczek studenta. Bo „tylko „Świerszczyk” pisze prawdę!”.
www.swierszczyk.pl

ZA MOICH CZASÓW…
… był prawdziwy boom na „Świerszczyk” i „Świat Młodych”, w zasadzie czytali je wszyscy moi znajomi w podstawówce. Grafikę tworzyli Bohdan Butenko, Jerzy Flisak, publikowali - Wanda Chotomska, Stanisław Grochowiak, Ludwik Jerzy Kern, Maria Kownacka, Danuta Wawiłow, a dziś Dorota Gellner, Grzegorz Kasdepke, Irena Landau i inni.

I NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO
To nie do końca prawda, to i owo uległo zmianie, ale nie poziom. Inne szaty, ale w środku nadal mądrze, ciekawie, jak na magazyn literacki przystało. Jest kurs czytania dla poczatkujących „Litery znam, więc czytam sam” wykorzystujący 23 litery, a słowa zawierające znaki diakrytyczne występują w formie…obrazków. Rozwiązywaniem dziecięcych problemów i kłopotów zajmuje się od 2008 roku świerszczyk Bajetan Hops, wspomagając też rozwój słownictwa, poprawności składniowej i zachęcający do zabaw leksykalnych np.: policz wszystkie litery „c” pod ostatnim obrazkiem. Jest i „Wielkie czytanie”, czyli coś dla dzieci już czytających, a potem kilka pytań sprawdzających „Prawda czy fałsz?”. Ponadto masa zagadek, kolorowanek, rebusów, zwariowanych poszukiwań. „To, co najlepsze dla dziecka”, oto według redaktor naczelnej Małgorzaty Węgrzeckiej przepis na siedemdziesięcioletni sukces!

www.swierszczyk.pl

I JESZCZE COŚ

To czasopismo nie ma reklam! Uwierzycie? Trzydzieści stron poświęcone tylko dziecku i skupione na nim. Trzydzieści stron wartościowych tekstów. W tych czasach to rozpusta! 

2 komentarze:

Sam jest przedszkolakiem–świeżynką, ale dzielnie aklimatyzuje się w nowym otoczeniu. Jego pies, owczarek szwajcarski, Riko właśnie rozpocz...

Sam i Riko – historia przyjaźni

Sam jest przedszkolakiem–świeżynką, ale dzielnie aklimatyzuje się w nowym otoczeniu. Jego pies, owczarek szwajcarski, Riko właśnie rozpoczął szkolenie z posłuszeństwa dla szczeniaków. Sam i Riko robią wszystko razem, a mówiąc dokładniej: razem odkrywają świat i dorastają. Przychodzi czas na pożegnanie z pieluszką i naukę psiej dyscypliny, rozmowy o różnicach między chłopcami i dziewczynkami, pierwsze choroby, wyjazd na wakacje, uczestnictwo w przedstawieniach i psich wystawach.
Narratorem powieści jest Sam, dlatego perspektywa postrzegania świata zawieszona będzie na jego pułapie. I bardzo dobrze, bo to jak dzieci widzą otoczenie, pozwala nam rodzicom, na nowo zacząć dostrzegać jego subtelności. To ogromny plus tej książki. Lubię tak wejść do świata mniejszych ludzi na nowo.

Marzenie posiadania psa to chyba jedno z najpopularniejszych wśród dzieci. Sam kontakt ze zwierzęciem to cudowne doświadczenie od najmłodszych lat, wyrabia w nich empatię, wrażliwość, ale także obowiązkowość i odpowiedzialność za drugą istotę. To ważne. Relacja między człowiekiem i psem to jeden z najszczerszych związków, jaki może się zawiązać. Co na to my rodzicie? Boimy się, że na nas spadnie odpowiedzialność opieki. To pierwsza myśl, kiedy kiełkuje projekt „chcę zwierzątko”. Wszystko zależy od podejścia. O ile łatwiej będzie, jeśli pies nie stanie dodatkiem (broń Boże kaprysem!), a pełnoprawnym członkiem „stada”.
Na koniec kilka słów o czarno–białych, „drapanych cienkopisem” ilustracjach Pauliny Engen.  Miałam skojarzenie z „Mikołajkiem”. Oczywiście to nie ta sama kreska, po co nam parobka Sempé, on jest w końcu niepowtarzalny. Ale podobnie jak u francuskiego ilustratora, tak i tutaj obrazki są świetnym, zabawnym komentarzem tekstu, dużo się na nich dzieje za sprawą piórka.
Lubię takie ciepłe historie o szanującej się, wspierającej rodzinie, wspólnie świętującej małe sukcesy.

Agnieszka Wiszowata, „Sam i Riko” Wydawnictwo Novae Res, Gdynia 2015













Za książkę dziękuje autorce i Wydawnictwo Novae Res

0 komentarze:

Na początku było mega przyspieszenie na totalnej adrenalinie. Karmienie, wstawanie, karmienie, nie-karmienie, przewijanie. I ten brak snu....

Mamą bycie

Na początku było mega przyspieszenie na totalnej adrenalinie. Karmienie, wstawanie, karmienie, nie-karmienie, przewijanie. I ten brak snu. Upiorny. Krzyczałam w poduszkę. Zasypiałam stojąc. Przecież niemowlak śpi, co najmniej 20 godzina na dobę! Ktoś coś wspominał, że bywają dzieci typu discovery … to była moja mama. Ona już wiedziała. Syndrom niespania przekazany w genach. Dobrze, że była. Cierpliwość moja. W zasadzie zawsze jest. Od trzydziestu siedmiu lat. Jak skała. Bliżej, dalej, teraz częściej na telefonie, czasem przez półtorej godziny, żebym mogła z siebie zrzucić, ona to bierze i niesie dalej, za mnie. Bez słowa. Albo wtedy, kiedy farbowałam włosy na czerwono, wkuwałam kolejny kolczyk i oświadczałam, że będę buddystką, a na Wielkanoc zjem sałatkę z kiwi, bo mięso cuchnie. Ciągle jest. Pozbierała wszystkie kawałki moich złamanych serc, eksperymentów, kłamstwa i dalej za mną człapie. Ma swój dystans, ale zawsze jest wyczuwalna. Uparta istota. Z kazaniem na ustach i dwudziestoma smsami, jak ma przeczucie. Wrrrr. Trzeba rozmawiać, trzeba rozmawiać, wszystko przegadać, niesnaski wyjaśnić - niezła technika, zatrzymuje ciszę i wywabia złość. Człowiek mediator. Martwi się i zamartwia, a ja się wkurzam i krzyczę. I myślę sobie: jakie jesteśmy inne. Woda i ogień. Pedantka i bałaganiara. Naiwna i arogancka. Dobroduszna i asertywna. Mama, mój ascendent i dopełnienie. Takie inne, a takie podobne i potrzebne sobie. Teraz jesteśmy mamy dwie.


rys. Marta Frej
Bycie mamą to moje największe wyzwanie. Najpiękniejsze. Dla niej też. Moja mama jest zawodową mamą. Jej życie to my. I wyszło jej, mówiąc nieskromnie, fantastycznie.
Bycie mamą to największe wyzwanie dla mojego egoizmu. To wyzwanie w podejmowaniu decyzji za kogoś, decyzji, które ważą bardzo dużo, bo są na przyszłość.
Bycie mamą to ciężka praca, bez urlopów, bez L4, z małą dawka snu. U nas ultra małą. Cudowna lekcja biologii: przystosowanie do życia z niespaniem.
To wyzwanie dla mojej cierpliwości, pomysłowości, dla moich wyborów. Jak kroić czas, żeby starczyło na wszystko. Nie mam ambicji, żeby nie zawieść, po prostu robię swoje, tak jak potrafię najlepiej. Dla mojego dziecka tyle wystarczy. Wiem to. Tak robiła moja mama. 

0 komentarze:

Druga propozycja dzieńdzieckowa. Tym razem książka zaangażowana, ale Krytyka Polityczna z tego słynie. Będzie o szacunku, o biedzie (bez ś...

Mały Mat wyrusza w świat

Druga propozycja dzieńdzieckowa. Tym razem książka zaangażowana, ale Krytyka Polityczna z tego słynie. Będzie o szacunku, o biedzie (bez ściemy) i o różnorodności świata, który pięknie spaja taka sama potrzeba bliskości i miłości.


Mat jest małym pluszowym misiem, na świat przyszedł w fabryce gdzieś w Chinach. Dość ponure miejsce: kobiety w maskach, zmęczone, pracujące niczym roboty. Dla Mata świat jest zagadką, wszystko go ciekawi i raduje. Dziecięcy entuzjazm, bezcenny. To, co odróżnia Mata od innych zabawek z chińskiej fabryki, to fakt, że należy do ekskluzywnej linii paluszków: pięknie ubranych, wcielających się w różne życiowe role, cudownie pachnących i wyjątkowo opakowanych. Zabawka nie dla wszystkich. Mat trafia do Holandii, do wspaniałego domu, z pięknym wypielęgnowanych ogrodem i specjalnym pokojem dla misiów, w którym zabawki siedzą jak w galerii, siedzą i wygadają. Zabawa nimi szybko nuży małych właścicieli - ileż można bawić się setką misiów! Wszystkie są idealne, żadnej plamy: brud to wyrok. Jaki? Co stanie się z misiem? Jak Mat trafi do Kairu? I kim jest Artur?
http://ryms.pl
Zapewniam, że będzie to pouczająca, ale gorzka historia. Świat nie jest przecież słodką bajką w różowym odcieniu, raczej pełen jest niesprawiedliwości, a do tego brakuje w nim elementarnego szacunku do rzeczy i tego, co nas otacza. Wszystko może trafić na śmietnik. Jak mają się w tym odnaleźć nasze dzieci? Mając tak łatwy dostęp do wszystkiego, postawy roszczeniowe zaczynają im wchodzić w krew zbyt łatwo. Jak nauczyć szacunku? Miś trafi do różnych krajów, do różnych domów, ale zawsze będzie oczekiwał tego samego, bez względu na to czy będzie nosił firmowe ubranka, czy właśnie odpadnie mu ucho.


Agnieszka Suchowierska „Mat i świat” Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015
















Za książkę dziękuję Wydawnictwo Krytyki Politycznej


1 komentarze:

Dzień Dziecka zbliża się wielkimi krokami. Mam nadzieje, że wśród prezentów pojawią się książki i żeby Wam sprawę ułatwić, w tym tygodniu ...

O Kardamonie, czyli dobro zawsze zwycięża

Dzień Dziecka zbliża się wielkimi krokami. Mam nadzieje, że wśród prezentów pojawią się książki i żeby Wam sprawę ułatwić, w tym tygodniu będę codziennie podrzucać jeden tytuł.
www.wydawnictwodwiesiostry.pl

Najpierw zabiorę Was do Kardamonu. Kardamon to nazwa uroczego, lekko zakręconego miasteczka, „które leży tak daleko, że prawie nikt o nim nie wie”. Wszyscy są tu dla siebie bardzo życzliwi i pomocni, rzadko wpadają w złość. Życie toczy się leniwie: tramwaj krąży między swoich dwoma przystankami, policjant Bastian pilnuje porządku i nigdy nikogo nie aresztował, staruszek Tobiasz zapowiada pogodę, energiczna ciotka Zofia pilnuje dyscypliny i dobrych manier, a trzech rozbójników pomieszkuje pod miastem razem z … lwem. Ci ostatni nie grzeszą czystością, ale za to mają bardzo pojemne żołądki i wpadają do miasteczka, żeby to i owo ukraść. Nikogo nie dziwi tu słoń na ulicy, czy wielbłąd, a odsiadka w więzieniu to sama przyjemność. Mieszkańcy są dobroduszni, może nawet naiwni, ale uroczy w tej naiwności. Świat idealny dla dziecka, ze wszystkimi ułomnościami i radościami, złe uczynki przeplatają się z dobrymi, wszystko z humorem, ale i z przesłaniem i z … piosenką w tle! „Kardamon” jest pełen tekstów piosenek, które można naprawdę zanucić, na końcu są bowiem nuty. Ogólnie bardzo wesoło, z fantazją, lekko surrealistycznie, czyli po prostu tak jak w świecie dziecka: wszystko jest możliwe.
Książka autorstwa Thorbjørna Egnera został wydany czterdzieści dwa lata temu przez Wydawnictwo Poznańskie, dziś pojawia się ponownie dzięki Dwom Siostrom. Historia miasteczka i jego mieszkańców oczarowała mnie i Lilkę, która przez cały czas bardzo martwiła się o Kaspera, Jespera, Jonatana i ich „złe wybory”.
www.polskailustracjadladzieci.pl

Niezwykłą siłą książki, oprócz tekstu, są ilustracje Mirosława Pokory - „koronkowe esy-floresy”, „usta serduszka”, „szpiczaste nóżki”. Mnie jego rysunki zawsze rozweselały, choć wyczytałam, że jeden jedyny raz (?) stworzył ilustracje na serio, to trudno mi sobie to wyobrazić. Głównym tematem czynił zawsze ludzie, przedstawiał ich z przymrużeniem oka, ale również z sympatią. Podoba mi się wyolbrzymianie pewnych cech, stereotypowych zachowana i sytuacji, tyle w tym wszystkim dystansu! Idealna symbioza radosnego przesłania i zabawnej, sugestywnej ilustracji!

Thorbjørn Egner „Rozbójnicy z Kardamonu” Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2015


0 komentarze:

To ja zostałam pochłonięta. „ Pochłaniacz ” Bondy tak działa. Totalnie, od pierwszej strony. Czym? Tymi znakami zapytania, które piętrzą s...

Pochłonięta

To ja zostałam pochłonięta. „Pochłaniacz” Bondy tak działa. Totalnie, od pierwszej strony. Czym? Tymi znakami zapytania, które piętrzą się i tłoczą. Ktoś najpierw z czymś zrywa, potem ktoś podgląda gimnastyczki, ktoś obrywa kastetem, ktoś zabija rodzeństwo, ktoś wpada pod autobus i ktoś strzela i trafia tylko w połowie, a jednak zabija. Wyrastają pytania – skąd to wszystko, dlaczego, kto pociąga za sznurki – i rozbijają się o ścianę uporczywego milczenia. Myślicie klasyczny kryminał? Nie, raczej zabawa konwencją: ramy i schemat kryminalne, a jednak otrzymujemy bardziej thriller. Czeka nas literacka „Ośmiornica” jak nic. Komisarz Cattani, zamienia spodnie na spódniczkę i przywdziewa imię Saszy Załuskiej, staje się profilerem. Śledztwo na podstawie obserwacji, węszenia, interpretowania i grzebania, psychologicznej analizy. Jak dobrze, że Bonda nie dała się uwieść telewizyjnym serialom, z cyklu CSI i nie zafundowała nam odrealnionych obrazków zawieszonych na holograficznych ekranach. Będzie swojsko i za to duży plus.


Sasza powraca z Huddersfield, gdzie rozpoczęła doktorat. Wraca z pięcioletnią córką. Przed czym uciekła do Anglii? Pewnie przed własnymi demonami, cuchnęły alkoholem i jeszcze ten facet. Ale wraca i przypadkiem ktoś zleca jej sporządzenie profilu potencjalnego szantażysty. Zaczyna się gra, demony też wrócą. Macki sięgają głęboko, korupcja przeżera ludzi, każdy ma coś do ugrania, gęsto i niebezpiecznie. Tajemnica skryta w pajęczynach i kurzu historii, tylko potwierdza, że prawda zawsze wypłynie na wierzch.


Katarzynę Bonda popełniła trzy świetne kryminały i reportaż. Miłoszewski koronował ją na królową polskiego kryminału, to było w ubiegłym roku, a ja po nią nie sięgnęłam, a teraz przykleiłam się do tego tekstu i bałam choćby na chwile odłożyć książkę. „Pochłaniacz” otwierać cykl „Cztery żywioły Saszy Załuskiej”. Każdej z części patronuje inny żywioł, tej powietrze. Poznajemy tajniki osmologii, czyli nauki o zapachach, a także jednej z metod kryminalistyki.
Siła tej książki leży w tym, co jest poza wątkiem kryminalnym. Po pierwsze bohaterowie są świetnie skonstruowani, skomplikowani z całą dbałością o szczegóły, niejednoznaczni. Akcja toczy się niespiesznie na przestrzeni dwudziestu lat, od 1993 do 2003. Bonda jako młoda dziennikarka mogła obserwować na salach sadowych procesy trójmiejskiej mafii w latach dziewięćdziesiątych. Ciekawe i niebezpieczne czasy, początki transformacji, konszachty grup przestępczych. Bardzo przekonujące opisy tła społecznego, zachowań ludzi, policyjnego świata, naturalny język, dzieciaki biegające w koszulkach z Curtem Cobainem, układy i układziki z trójkąta polityka, biznes, media. To najmocniejsza strona tej książki, wyborna wręcz. Do tego część techniczna, czyli know-how kryminalistyki, dość szczegółowa, czasem przedstawiana tonem belfra. Mam apetyt na ciąg dalszy, a „Okularnik” już w sklepach.


Katarzyna Bonda „Pochłaniacz” Wydawnictwo Muza, Warszawa 2014

0 komentarze:

To, że jesteśmy zalewani codziennie masą informacji, to fakt. Sączą się z dzienników na setkach kanałów, w rożnych językach, formach i god...

Zabawy informacją, czyli anatomia medialnej rzeczywistości a książki

To, że jesteśmy zalewani codziennie masą informacji, to fakt. Sączą się z dzienników na setkach kanałów, w rożnych językach, formach i godzinach, z portali internetowych. Sączą się z gazet, tygodników, magazynów i tabloidów w różnych kolorach, rejestrach, w różnych formach. Skupiamy się na gafach polityków, artystów, zwykłych ludzi; melodramatycznych historiach ich związków, czy przepychankach z policją. Na scenę, na równych prawach, wkraczają informacje z podwórka celebrytów. Opera mydlana opakowana w szeleszczący celofan informacji. Kto głośniej krzyknie, kto mocniej przyłoży, zgorszy i przyciągnie. Już nie liczy się tylko szybkość przekazania wiadomości, ale to jak zostaną one podane na talerzu, z jakim dressingiem wymieszane, kto i przez jaki wizjer zajrzy, gdzie i komu. Mało tego, odbiorcy mają też mieć wpływ na przyrządzanie danie, chcą je komentować, brać udział w gotowaniu. Dynamika staje się tym samym zawrotna. I teraz z tego całego zgiełku wyłania się tajemnicze słowo infotainment, czyli hybryda angielskich słów information i entertainment – fakty w zalewie rozrywkowej.
www.ebay.com
Co ma z tym wspólnego książka? Książka okazuje się wspaniałym nośnikiem informacji w wersji drastycznej, sensacyjnej oraz lekkiej, strawnej i zabawnej. Reportaż, wywiad, relacja połączona z ważnym, popularnym, głośnym medialnie wydarzeniem, wychodząca (najczęściej) spod pióra ghotwritera. Dla wydawnictwa czysty, szybki, duży zysk. Takie książki, nie zagrzewają miejsca na listach bestsellerów latami, obmyślone są na efekt chwili. Przykłady? Weźmy spowiedź mamy małej Madzi, Katarzyny W, pod ckliwym tytułem „Wybaczcie mi”. Zatrważające. Dalej "Dowód" Ebena Alexandra (Znak), “Co z tym życiem” Rusin i Ohme (Muza), „Mam odwagę mówić o cudzie” wywiad rzeka z profesorem Januszem Skalskim (Znak), "Ja kapitan" Tadeusza Wrony (Wydawnictwo Poznańskie), "Toksyczna miłość. Amy Winehouse i tabloidy" Magdalena Błaszczyk (Oficyna Wydawnicza Lośgraf). Niedługo ta sama fala wyniesie pewnie Witkowskiego w jakiejś dziwnej formie, czy Magdalenę Ogórek. Różne sytuacje i historie, nie mam zamiaru porównywać i zrównywać, do tego dodam, że poziom literacki nie zawsze spada na dno - nie wszystko jest totalnym chłamem. Pytam tylko w jakim kierunki idziemy i co motywuje wydawnictwa do wypuszczania takich tytułów? Pewnie zysk, nie ma co owijać w bawełnę: za coś muszą wydawać debiutantów, niszowców, czy tak zwaną literaturę ambitną. Proszę państwa: Janusz Leon Wiśniewski sponsoruje Weronikę Murek. A może TYLKO zysk? 
Faktycznie rzeczywistość przerasta fikcję, zainteresowanie światem jest bardzo duże, chwytamy wszystko w biegu. Jako, że żywo interesuje mnie przyszłość książki, zastanawiam się, czego potrzebuje czytelnik: rzetelności czy pisaniny, a może wiecznej rozrywki? Czy zaleje nas tsunami literackich gniotów, a książka stanie się tabloidem?
www.eyemagazine.com

0 komentarze:

Ostatnio ciągnie mnie do opasłych tomów. W czasach wiecznego pospiechu można patrzeć na mnie ze współczuciem, zdziwieniem, a może nawet po...

Co wyniosła Donna Tartt ze spotkania z Dickensem

Ostatnio ciągnie mnie do opasłych tomów. W czasach wiecznego pospiechu można patrzeć na mnie ze współczuciem, zdziwieniem, a może nawet podejrzliwością. Jeszcze w styczniu zachwycałam się Eleanor Catton, teraz do poduszki poczytuje „Szczygła” Donny Tartt. Codziennie kilka stron, delektuję się samym faktem czytania opowieści i niespania nocami. Jest czym - ponad osiemset stron.
www.pinterest.com
Donna Tartt nie publikuje często, co dziesięć lat nowa książka. Kolosalna ilość czasu poświęcona pisaniu, zbieraniu materiałów, notatek. Myślę, że to dość ryzykowne i odważnie zarazem. To tak jakby zacząć wspinać się na Mount Everest, kawał przygotowań i drogi. Wyczerpujące? No, dobra a jak się nie powiedzie? Pisarska ruletka. To ma być uczta czytelnicza, zapowiada to Pulitzer, miejsce na krótkiej liście Baileys Best Female Fiction 2014 oraz peany w prasie anglosaskiej. Epickie dzieło?
Szczygieł” to historia współczesna, rozpoczynająca się w Nowym Jorku i wędrująca wraz z głównym bohaterem przez Las Vegas, po Amsterdam. Theorode Decker, trzynastoletni narrator, zostaje zawieszony w szkole za palenie papierosów. To błahe wydarzenie skieruje jego los na nowe tory. Razem z matką, udaje się na spotkanie z dyrektorem, ale nieoczekiwanie oboje trafiają do Metropolitan Muzeum, bo zaskakuje ich burza. Wystawa „Sztuka portretu i martwej natury: arcydzieła północnoeuropejskich mistrzów Złotego Wieku”. Mama Theo, Audrey, jest jego prywatnym przewodnikiem i z dużą swobodą prowadzi go od obrazu do obrazu, snując opowieści, aż stają przed jej ulubionym dziełem - „Szczygłem” pędzla Fabritiusaniepozornym, ale zachwycającym w swojej prostocie. Zwykły dzień, pochmurny, całkowicie przeciętny, nic nie zapowiada katastrofy, dopóki muzeum nie wstrząsa huk bomby. Nagle Theo zostaje sam na świecie, poza ojcem alkoholikiem, który ich porzucił, dziadkami, których nigdy nie było i kolegami ze szkoły, nie ma nikogo. Mama była mu osobą najbliższą, przyjacielem. Jedynym łącznikiem pozostanie odtąd „Szczygieł” - skradziony i skrywany przez Theo. Taki sekret może przytłaczać, już Raskolnikow coś o tym wiedział. Tylko może nie o sam obraz tu chodzi, a to wspomnienie momentu wspólnego oglądania obrazu z mamą? Ostatni raz razem.
www.vogue.com
Początek wysadza w powietrze, bądźcie na to przygotowani. Jest wstępem i końcem w jednym. Pierwsze osiemdziesiąt stron poraża intensywnością emocji, bezwzględnością śmierci, bólu, losu, strzępkami delikatnych wspomnień. Potem wypadamy z oka cyklonu, gwałtownie, w głowie wiruje, mętlik, coś się wydarzyło, ale czy, aby na pewno. Zamykamy oczy – sen? Jawa? Grawitacja rzeczywistości przyciąga brutalnie. Lewitujemy między słowami, radami, ludźmi, miejscami, a okrutną tęsknotą i … złością. Spotykamy osoby samotne, zagubione, wchodzimy w niebezpieczne związki, sięgamy po narkotyki. Trzeba przyznać Tartt, że potrafi pisać o bólu. Jej język jest bardzo aluzyjny, sugestywny, potrafi zagrać na wielu emocjonalnych oktawach.
Książka wpisuje się w ramy XIX wiecznej powieści dickensowskiej, co tam wpisuje, czerpie z tego wzorca garściami. Pięknie odtworzone klasyczne reguły: mnogość bohaterów, dokładnie opisanych, ze wszystkimi swoimi groteskowymi i zdziwaczałymi zachowaniami, kompletnie niejednoznacznych. Jest i sierota pochodząca z niższej klasy, zagubiona, samotna w kotle dorastania i ewentualności. W tle kilka pomysłowych, współistniejących historii, powiązanych z głównym tematem. Powolna narracja, pleciona z długich, soczystych zdań, zapraszających do sięgnięcia po kolejny rozdział, natychmiast. Błyskotliwe opisy, i piękny elegancki język. Kto lub klasykę i tradycyjną konstrukcję powieści, nie zawiedzie się. To taki Bildungsroman, czyli opowieść o kształtowaniu się osobowości młodego człowieka, z nutą kryminalną. Choć te dwa wątki są bez wątpienia osią powieści, to dla mnie osobiście jest to książka o społeczeństwie amerykańskim, o pięknie i o tęsknocie. Czyta się ze strachem i ekscytacją.

Donna Tartt ”Szczygieł” Wydawnictwo Znak literanova, Kraków 2015


















Za książkę dziękuję:



4 komentarze:

Składanki źle mi się kojarzą. To taki twór, kiedy trochę komuś się nie chce, trochę na przeczekanie, trochę w międzyczasie. Tymczasem traf...

Zgubić się na szlaku, reportaże z siedemnastu niezwykłych podroży

Składanki źle mi się kojarzą. To taki twór, kiedy trochę komuś się nie chce, trochę na przeczekanie, trochę w międzyczasie. Tymczasem trafiłam na "składankę" pod patronatem portalu „Peron4”. Ten portal to bardzo ciekawe miejsce. Można powiedzieć, że jego twórcy chadzają własnymi drogami, bo znajdziecie tam relacje z mało znanych miejsc, albo widzianych z ciekawej, zaskakującej perspektywy, w wyjątkowym, także groźnym, czasie, czy okolicznościach. Tak jest też książka „Poza utartym szlakiem” – zero wpasowywania się w szablony, całkowity nonkonformizm i fantazja. Wystarczy przejrzeć spis treści, aby natknąć się na nazwiska znanych podróżników, blogerów i dziennikarzy. Zebrane reportaże zwyciężyły w konkursie ogłoszonym przez wydawców i łączy je właśnie opis miejsc „poza szlakiem”.
www.nowiny24.pl
To bardzo ciekawa kompilacja, pod względem poznawczym, historycznym, literackim i tematycznym. Każdy reportaż utrzymani w innym tonie. Bangladesz. Gruzja. Filipiny. Pakistan. Ukraina. Sudan Południowy. Indonezja. Azerbejdżan. Poprzez pozostałości Jedwabnego Szlaku, czy dolinę, o którą ciągle toczy się wojna, wprost na europejskie podwórko skłóconych obrzeży Macedonii. Jest smutno, jest śmiesznie, jest ckliwie, niebezpiecznie, nostalgicznie, przygnębiająco. W zasadzie taka nuta zadumy rozbrzmiewa we wszystkich tych historiach, to także ich punkt wspólny Czy porwanie czyha na młode kobiety w Jemenie? Czy operacja wyrostka robaczkowego może zmienić się w ekscytujące doświadczenie? Co zgubił Jakub Rybicki i czy to odnalazł? Co porabia Jezus z Cutud San Pedro? Czy Struga zostanie „rozerwana” na strzępki przez Albańczyków i Macedończyków? Na czym polega Festiwal Wegetariański w Phuket? Czy podróż Nilem ma w sobie coś z bajki? Cokolwiek spotyka naszych autorów, utwierdza czytelnika tylko w przekonaniu, że warto poznawać świat od podszewki, ale do tego potrzebna jest pokora, otwartość i … szczęście. Tak wiele wszakże zależy od zwykłego przypadku.
podroze.onet.pl
Najbardziej urzekła mnie opowieść Anny Moszko z Gwatemali. O ciszy, o przemycie narkotyków, dzieł sztuki, znikaniu ludzi, próbie przetrwania w tamtejszych warunkach. Piękny, pełen niedomówień reportaż, bardzo poetycki. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych.
Książkę kupiłam zimą. Część dochodów z jej sprzedaży wspiera Fundację Szkoły Na Końcu Świata i dzieci uczące się w nepalskim Jharkot. Szczególnie w tym okresie, kiedy region ten został dotknięty trzęsieniem ziemi (dziś odnotowano kolejne, silne wstrząsy), z pewnością każda pomoc się przyda. Zachęcam!


Poza Utartym szlakiem. Reportaże z siedemnastu niezwykłych podroży”, Oficyna Wydawnicza Mercator, Przemyśl 2013r.

0 komentarze:

Gdyby tekst Jadwigi Stańczakowej pojawił się na arkuszu matury rozszerzonej z języka polskiego, jej nazwisko na pewno wymagałoby odnośnika...

Jadwiga Stańczakowa ulotna

Gdyby tekst Jadwigi Stańczakowej pojawił się na arkuszu matury rozszerzonej z języka polskiego, jej nazwisko na pewno wymagałoby odnośnika. Odnośnikiem potraktowano w tym roku Charlesa Baudelaire'a. Stańczakowej też by się oberwało, na niektórych studiach przestawiana jest w ramach tak zwanych „ciekawostek”. Dobrze, że Miron Białoszewski miał intuicję i podarował ją światu, natchnął, zmusił do pisania, odkrył. Cóż za niezwykła para. On życiowo bezradny, egocentryczny, zbuntowany, opryskliwy mizantrop. Niechętny kobietom poetkom, otoczył opieką niewidomą kobietę, wyciągał ją z depresji. Czy doceniał przyjaźń, jaką obdarowała go Jadwiga? Czy był zbyt krytyczny w stosunku do jej twórczości? Zazdrosny może? Ona, pragnąca samodzielności, zdominowana przez ojca i ociemniała w wyniku choroby, staczająca się w stany depresyjne, organizowała życie poety, po urzędach biegała, koszule wybierała. Musiało to wyglądać ciekawie, kiedy Miron wywoził Jadwigę na obrzeża Warszawy, od pętli to pętli i opisywał wszystko, co widzi. Był jej oczami. On życiowo poplątany, opisywał jej świat.  Zamknięty w ciemni, przed światem, pokochał jej punkt widzenia. Przeczytajcie „Dziennik we dwoje”.

„Chwytam
rękaw skórzanej kurtki
najprzyjaźniejszy
w świecie
a w granatowej torbie
leżały
róże
pomidory
ogórki
i lataliśmy
z tą torbą
po Warszawie
za szczęściem".

Tymczasem wrocławskie Wydawnictwo Warstwy odkrywa dla nas Stańczakową na nowo zbierając jej teksty haiku w pięknie wydanym tomiku. Nic komercyjnego, nic popularnego, perła. To wydanie przypomina znaną z lata 90tych „Japońską wiśnię” i „Odwieczne drzewo” oraz niepublikowany dotąd, pochodzący z archiwum autorki „Kalejdoskop. Haiku europejskie”. Miniatury są tak niezwykłe jak ich autorka, zamykają w trzech wersach ulotne chwile, łapią momenty nadając im kształt słów, świat ukryty w szczególe, bez odnośnika.



Jadwiga Stańczakowa „Haiku”, Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2015

0 komentarze:

Dwie Siostry proponują kolejną , również belgijską, odsłonę “ Polecane z zagranicy ” i trafiają idealnie w nasze potrzeby. Przeprowadzka d...

Strachy na lachy, czyli boję się ciemności

Dwie Siostry proponują kolejną, również belgijską, odsłonę “Polecane z zagranicy” i trafiają idealnie w nasze potrzeby. Przeprowadzka do nowego, większego domu okazuje się wspaniałym prezentem dla rodziców, ale u mniejszego człowieka budzi całą masę obaw. Można być faktycznie samemu. Można mieć pokój tylko dla siebie. Można być na górze, na dole, na strychu, w ogródku. Zaszyć się, rozdzielić. A nasz mały człowiek lubi „kiedy cała rodzina jest razem”, szczególnie przed snem, kiedy dom pogrąża się w ciszy i na nocne łowy wychodzą szumy, bzyki, rechoty, trzaski.
Tymek też się boi. Tymek jest żabą. Spać sam nie lubi. Boi się. Przed snem tuli się i domaga długiego całowania. Kiedy rodzice wychodzą z jego pokoju, spod łóżka, ze ścian, ze szpar zaczynają wydobywać się dźwięki, szumy, szuranie, ćwierkanie i pluskanie. Rozpoczynają się wędrówki do sypialni dorosłych, spanie we trójkę, ale nie każdy rodzic potrafi się wsypać w takich warunkach. Będzie nerwowo. Ale czasem głosy i odgłosy potrafią odganiać sen także u dorosłych. Najlepszy sposób na strach? Stawić mu czoła!
Kitty Crowther, która napisała te książkę jest w zasadzie grafikiem, ale lubi kiedy mówi się o niej gawędziarka, twierdzi, że mając do dyspozycji tylko kamienie, także potrafiłaby ułożyć opowieść. Zilustrowała ponad trzydzieści książek dla dzieci, w tym kilka własnego pióra. W 2010 roku otrzymała nagrodę Astrid Lindgren za niepowtarzalną atmosferę jej opowieści. Autorka jest znana z tego, że poświęcą w swojej twórczości dużo miejsca codziennemu życiu najmłodszych, ich troskom, rzeczom ważnym, kłopotliwym i przerażającym. Operuje prostymi zdaniami i słownictwem, wypełniając jednocześnie teksty czułością, podkreślając istotną rolę rodziców w tłumaczeniu świata i wagę ich obecności.
Kitty Crowther foto © Chimène DENNEULIN
Tekstowi towarzyszą piękne ilustracje, oszczędne w kolorach, popełnione, jak mi się wydaje, ołówkowymi kredkami. Cztery, pięć barw, gra cieni i światła – to wszystko daje nieograniczone pole do igraszek dla naszej wyobraźni. Strach ma tylko wielkie oczy. 

Kitty Crowther „Szur szur ćwir plum!” Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2015














1 komentarze:

Uwielbiam prozę Crummeya. Jego hermetyczne, surowe światy pachnące wodą, solą i wiatrem, mchem i rybami.  Postacie, niby z krwi i kości, a...

Apokalipsa w mikrokosmosie

Uwielbiam prozę Crummeya. Jego hermetyczne, surowe światy pachnące wodą, solą i wiatrem, mchem i rybami.  Postacie, niby z krwi i kości, a jednak z pogranicza magii, może zaświatów, wyjątkowe, czasem nawet jak z gabinetu osobliwości – człowiek, który wypił naftę, fryzjer, który nikogo nigdy nie ostrzygł, kobieta, która nie wychodziła z domu i czytała romanse. Uwielbiam tematy jego powieści- historię Nowej Fundlandii, walkę z naturą i losem, przemijanie, moralność. Tematy wciąż te same, ale jakby inne. To jest ten typ prozy, której potok mógłby się nigdy nie kończyć. Te niewypowiedziane słowa, nieujawnione historie, stracone szanse zapisane między wierszami.
blog.adventurecanada.com
Bohaterem najnowszej powieści jest Moses Sweetland, który mieszka na maleńkiej wyspie w miejscowości Chance Cove. Spędził na niej praktycznie całe życie, nie opuszczał jej poza małymi epizodami, gdy miał około dwudziestu lat i wybrał się popracować w Toronto. Do 1992 roku łowił ryby, aż rząd wprowadził moratorium na połowy dorsza i rybołówstwo w regionie zaczęło upadać. Potem zajmował się latarnią morską, aż przyszła automatyzacja. Teraz ma siedemdziesiąt lat, jest bezdzietnym kawalerem, i poza siostrzenicą i jej synem Jessem nie ma bliskich. Nie licząc innych mieszkańców osady: oni są praktycznie jak jedna rodzina, zżyci ze sobą. Piękna symbioza przyjaźni, nienawiści i zależności. Wyspę opuściła już większość młodych ludzi, a ci którzy pozostali są kuszeni przez rząd lukratywnymi ofertami pieniężnymi w zamian za wyniesienie się. Ofertę musi przyjąć cała osada, wszyscy bez wyjątku. Sweetland odmawia, wkrótce, jako jedyny. Pozostaje sam, jest zastraszany, prześladowany, namawiany. Ugnie się? Z opisów wyłania się postać wikinga, człowieka skały, ale jednak tylko człowieka. Przyjdzie mu kosić trawę na własnym grobie.
blog.adventurecanada.com
Sweetland” to prawdziwa rozprawa o czasie, o akceptacji zmian, o przemijaniu, o walce jednostki skłóconej z otoczeniem, o klęsce i triumfie. Nad niewielką wysepką o nazwie Sweetland chyli się nieuchronny koniec, który drażni strunę smutku, sprzeciwu, nostalgii, ale i bezradności. Mikro i makrokosmos podległy tym samym zasadom. Crummey prowadzi nas po nitce czasu, według retrospekcyjnego klucza. Kołysze czytelnika w objęciach przeszłości i teraźniejszości, dzięki wspomnieniom Sweetlanda – śmierć brata, romans siostry, uratowanie rozbitków, wymuszane listy do Effie. Pomruki przeszłości tkają mapę życia niewielkiej społeczności i zawieszają czytelnika w bezczasie. To nie wszystko. Mniej więcej w połowie autor wykonuje dość zaskakujący zwrot akcji i zaczyna historię jakby od początku, ale już w klimatach postapokaliptycznych, z domieszką magicznej poświaty. Porzucone domy, dziurawe podłogi z plackami bizonów, rozpadające się domki letniskowe, tajemnicze światło w oknie, przemykające się cienie, pijackie majaki. Powolny rytm, taki, jaki sprzyja rozmyślaniom i sugestywna narracja. Krótkie zdania, konkretne, bez zbędnych ozdobników. Nie ma skomplikowanych wątków, zabaw fabułą, metatekstowych akrobacji. Są celne, piękne i oszczędne opisy, komentarze i nieocenione retrospekcje. Taki styl w pól drogi między Faulkerem, a Hemingwayem, między wyszukaną narracją, a minimalizmem, ale ilość kontekstów nieprzebrana. Najlepsza książka tego roku.

Michael Crummey „Sweetland” Wydawnictwo Wiatr od Morza Michał Alenowicz, Gdańsk 2015














Za książkę dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza Michał Alenowicz

4 komentarze: