Nie można powiedzieć, że Zadie Smith uwielbiam, byłaby to przesada. Lubię, ale wydaje mi się nierówna. „ Białe zęby ” mnie zachwyciły, ese...

„Lost and found”

Nie można powiedzieć, że Zadie Smith uwielbiam, byłaby to przesada. Lubię, ale wydaje mi się nierówna. „Białe zęby” mnie zachwyciły, eseje „O pięknie” też, ale pogubiłam się w „Łowcy autografów”, a w „Londyn NW” przewidziano zbyt dużo, jak na mój gust, czytelniczej archeologii i kopania w nazwach, które nic mi nie mówiły. Odłożyłam i pewnie powrócę, być może w tamtej chwili jakieś pokłady znaczeniowe nie były dla mnie dostępne.
Sięgam po „Lost and found”. Tytuł spina trzy opowiadania, które wzięły się z … gazet, z The New Yorkera i Granty. Przyzwyczaiłam się do kilkuset stron, do rozmachu, do powieści, a tu coś, do czego autorka, jak sama mówi, „nie ma wrodzonego talentu”. Opowiadania- ah! to amerykańskie powietrze. I myślę, co do cholery będzie taki próbnik? Jakiś jazda bocznym torem, żeby się wypisać? Skąd takie wątpliwości? Pisarstwo Smith wydawało mi się bardzo epickie z tymi historiami, problemami, rozlane, zdecydowanie zbyt opasłe na ramy opowiadania. Bałam się ścisku i klaustrofobicznego bezdechu. A jednak mimo ograniczeń terenu, w te historie wpuszczono mnóstwo powietrza, a każde może traktować jak przedsionek czegoś dłuższego. Język piękny jak zawsze, to nic, że momentami chłodny, cała Smith, mistrzyni konstrukcji, między wyrazami porusza się niczym kocica.

www.cardiff-airport.com
Trzy krótkie formy. Trzy miejsca i osoby, pozornie niemające ze sobą nic wspólnego, oprócz tej upiornej multikulturowej samotności. Nieco ckliwa, grubiańska „Marta, Marta”, zagubiona w Bostonie, przysypywana śniegiem, szuka mieszkania. Tytułowa bohaterka, „pani być może”: może zacznie studiować, może będzie słuchać muzyki poważnej, może wszystko może. Irytująca, człowiek chce się jej pozbyć, zadrapać jak rzep. Odsłona druga: w Bristolu ludzie listy piszą, wspomnienia takie, żeby usprawiedliwić? Żeby coś naprawić?  Tylko ten daltonizm i pokój krzyczy ogniem. I na koniec Fatou w czarnych majtach, z wykradzioną kartą klubu fitness, pływa. Potem sprząta, zje ciasteczko, porozmawia o niesprawiedliwościach świat i poszpieguję graczy badmintona w ambasadzie Kambodży. Chciałabym zostać z nią dłużej. Każdy z bohaterów jest gościem w nieswoim świecie, z różnych powodów, takim bagażem zawieruszonym w lotniskowym „Lost& Found”. Bardzo to na czasie….


Zadie Smith „Lost and found”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015

5 komentarze:

Nie pamiętam, kiedy napisałam ostatni list. Chyba w 2001 roku. List zza oceanu, w czasie stypendium. List do rodziców. Na pięknej papeteri...

Listonosz zapukał 126 razy

Nie pamiętam, kiedy napisałam ostatni list. Chyba w 2001 roku. List zza oceanu, w czasie stypendium. List do rodziców. Na pięknej papeterii. Zawierał opis codzienności, jedzenia, wycieczek, co robię, jak w szkole, gdzie idę, jaki mam plan na weekend. Choć mogłam już mailować, wybierałam tradycyjna drogę. Dziś próbuję utrzymać kartkę i papier przy życiu. Wysyłam karty okolicznościowe. Słabo? Maile tylko służbowe, inne kontakty skurczyły się do 140 znaków i przeszły na komunikatory. Nie dzwonię, piszę, choć to już zupełnie inne pisanie, pozbawione intymności. Pisanie z edytorem, (auto)korektorem, słownikiem, skrótami, memami, emotikonami. Ale tłum. I te idealne litery, bezduszne (chyba, że wrzucę sobie „Freestyle script” i tym samym parę zakrętasów), anonimowość, żaden grafolog nas nie wytropi. Znak czasu. Co na to Mezopotamia?


Listy niezapomniane” to gratka. Sto dwadzieścia sześć listów zebranych przez Shauna Ushera i przetłumaczona przez Jakuba Małeckiego. Autor od lat prowadzi bardzo ciekawy blog „Letters of note”, który podczytuje. Trafiłam tam czytając notkę Benjamina Franklina o wyższości posiadania starszej kochanki, która rozbawiła mnie do łez. Bardzo chciałam zaprezentować ją na blogu, ale moje zdolności translatorskie nie byłyby wystarczające. Dlatego ucieszyłam się, że Wydawnictwo Sine Qua Non prezentuje pierwszą publikację tego autora. Listy różnorakie. Przepisy na babeczki królowej Elżbiety II dla Dwighta Eisenhowera, list pożegnalny Virginii Woolf, list motywacyjny Leonarda da Vinci, list Kuby Rozpruwacza wraz z załącznikiem, Gandhiego do Hitlera (nigdy nie dotarł do adresata), czternastoletniego Fidela Castro do prezydenta USA, czy erotyczne sztuczki Anaïs Nin. Najstarszy sprzed ponad trzydziestu czterech wieków i egzotyczny list wdowy z Korei. Listy byłych niewolników, gwiazd rocka, fanów, kompozytorów, pisarzy. Na korze brzozy, na glinianych tabliczkach, na papirusie, na papierze, na maszynie. Skany oryginałów, zachowane błędy gramatyczne, interpunkcyjne (ta fantazja Luisa Armstronga!) i krótkie notki nadające listom konkretny kontekst.


Wszystkie są prawdziwymi rarytasami, ale dwa ujęły mnie najbardziej. Pierwszy, napisany przez Katharine Hepburn do nieżyjącego od czterech lat Spencera Tracy’ego, który jest oczywiście pięknym wyznaniem miłości, nieckliwej, nienastroszonej, nieoczekującej uniesień, a dojrzalej, prawdziwej. To monolog kobiety, która czeka, czeka na odpowiedź, na dialog. Mimo, że książka zawiera sporo listów małżonków, rozdzielonych na różne sposoby, to ten zachwycił mnie spokojem, czułością i ogromem tęsknoty, takiej bolesnej, elektryzującej. Drugi list to wiadomość matki do córki – Lucy Thurston do Mary Thurston. Lucy i jej mąż byli jednymi z pierwszych chrześcijańskich misjonarzy na Hawajach. Ona zachorowała na raka i musiała poddać się operacji usunięcia piersi, bez żadnego znieczulenia. List opisuje właśnie to doświadczenie. Przerażające wyznanie, a z drugiej strony pełne ogromnego hartu ducha, wiary, odwagi. Niezwykle. I choć dziś w telewizji można sobie obejrzeć takie operacje na żywo, to jednak siła słowa pisanego, szczerość autora, jego emocje nadają prawdziwą moc odbiorowi.
Szkoda, że przestaliśmy pisać listy, ileż tracimy. Żaden nawet najbardziej emocjonalny mail, nie odda tego, co własnoręcznie popełniona wiadomość. Myślę, że jeśli sięgnięcie po tę pozycje, poczujecie nieodparta chęć napisania do kogoś. Ja napiszę list do babci. Pewnie jeden z ostatnich, nie wiem nawet czy będzie w stanie go zrozumieć. Napiszę.


Shaun Usher „Listy niezapomniane. Korespondencja godna szerszego grona odbiorców”, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2015

7 komentarze:

„ Mamo, bo właściwie dzieje się z tymi wszystkimi skarpetami, które ciągle giną? ” Aha, czyli Lilka też zauważyła piętrzącą się stertę poj...

Kiedy jednej brak, czyli dokąd prowadzi dziura pod pralką

Mamo, bo właściwie dzieje się z tymi wszystkimi skarpetami, które ciągle giną?” Aha, czyli Lilka też zauważyła piętrzącą się stertę pojedynczych skarpetek. No, ale one giną w zasadzie tylko w koszu na brudna bieliznę, po praniu składam je w pary. Tak sobie myślę, że problem osieroconych skarpet to przypadłość wielu domów. A gdyby tak odkryć ten sekret? Jakie jest życie skarpety po życiu w parze? Dlaczego znikają? I gdzie się podziewają?



Przede wszystkim, skarpety maja dość siedzenia w ścisku i zaduchu kosza na bieliznę. Często zapomniane i wiecznie brudne, depresja murowana. Po drugie, marzą i są bardzo ciekawskie, chętnie skorzystają z tajemniczego korytarza do innego świata, dokądkolwiek ich zaprowadzi. A co je spotka? Otóż moi drodzy różnie to będzie. Na jedne skarpety czeka kariera polityczna, na inne ścianka i życie celebryty, albo rola przybranej mysiej mamy, albo otulacza stopy bezdomnego króla, bohatera ratującego słabszych, albo totalna metamorfoza w …, no będzie tu kilka nietuzinkowych zmian. Okazuje się, że skarpetki potrafią nawiązywać bardzo dobre stosunki ze zwierzętami i ludźmi (nie tylko okrywając ich stopy). Uciekając od rutyny, żwawo podejmują wyzwania i odpowiedzialne funkcje. Nikt się nie miga przed życiem. Wszystko w bardzo radosnym i momentami absurdalnym klimacie.

Justyna Bednarek funduje nam dziesięć niedługich historyjek. Bardzo fajna i przystępna forma dla maluchów. Ogromny plus. Na ograniczonej powierzchni, skondensowano esencjonalną bombę. Zawartość interesująca i niebanalna, skrywająca przesłanie, ale nienachalne. Naprawdę oryginalne opowiastki, pozbawione drętwej słodyczy wciskanej dzieciom i przytłaczających ciężkich morałów. Autorka nie przegaduje tematów, przyjemnie gawędzi z młodym czytelnikiem, stroni od ckliwości, nadmierności i przepychu.
Każda historia jest zilustrowana dowcipnie przez Daniela de Latoura, bardzo barwną postać: twórcę komiksów, rysunków dla dzieci i dorosłych oraz członka Kapeli z Milanówka: polki, oberki, przedwojenne tanga i walce. Nic dziwnego, że jego ilustracje są bardzo dynamiczne i energetyczne, a na dodatek widać w nich inspiracje Legrenem. Retro. Polecam!

Justyna Bednarek „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)”, Poradnia K, Warszawa 2015
















Za książkę dziękuję Poradni K




0 komentarze:

Wszystko zaczęło się w dniu, w którym autorka i antropolożka, Ceridwen Dovey, otrzymała w prezencie wirtualną sesję u biblioterapeuty. Brz...

Kiedy dostajesz nietypowy prezent

Wszystko zaczęło się w dniu, w którym autorka i antropolożka, Ceridwen Dovey, otrzymała w prezencie wirtualną sesję u biblioterapeuty. Brzmiało dziwacznie i odlotowo. Nie była specjalnie zadowolona, wolała sama wybierać sobie lektury, znajdować je w nietypowych miejscach. Ale okazało się, że nie była to typowa terapia, żadnych kozetek, żadnych sesji per se. Na początek dostała kwestionariusz, kilka pytań dotyczących nawyków czytelniczych. Później były pytania, o to, co ją martwi, o historię rodzinną, o strach przez smutkiem i żałobą. Odpowiedzi były szczere, ale zaskoczyły samą autorkę, na przykład wyznanie, że nie lubi posiadać książek, ani ich kupować, za to kocha wypożyczać. Że nie jest wierząca, ale boi się bólu i straty bliskiej osoby. Terapia sprowadzała się do czysto elektronicznej relacji mailowej, a na koniec przyszła „recepta”:

Przewodnik” R. K. Narayana (dla znalezienia inspiracji)
Ewangelia według Jezusa Chrystusa” José Saramago (dla wspomagania odnowy duchowej)
Henderson król deszczu,” Saula Bellowa
Siddhartha” Hermanna Hesse
Spór o Boga” Karen Armstrong
Suma” neurbiologa Davida Eaglemana
A W STAROŻYTNEJ GRECJI…

Nie ma się z czego podśmiechiwać. Podobno biblioterapia wywodzi się ze starożytnej Grecji. Nad wejściem do biblioteki w Tebach widniał napis „miejsce ukojenia dla duszy”. W okresie rozwoju psychoanalizy na końcu XIX wieku, Zygmunt Freud wykorzystywał literaturę piękna, jako jedną z form terapii. Po pierwszej wojnie światowej, żołnierzom powracającym z frontu zalecano kursy czytania, a bibliotekarzy szkolono, jakie pozycje polecać weteranom (królowały książki Jane Austen). Sam termin “biblioterapia” pojawił się po raz pierwszy w 1916 roku w artykule „Literacka klinika” w „The Atlantic Monthly”. Opisano w nim „instytut” prowadzony w piwnicy kościoła, w którym przyjmowano potrzebujących i zalecano książki, zamiast farmaceutyków. Przykład? Komuś ze „skostniałymi opiniami” zalecano czytanie dużej ilości powieści, ale takich drastycznych, uszczypliwych np. George’a Bernarda Shaw. ”Książka może być stymulantem, usypiaczem, czynnikiem drażniącym, lekiem nasennym. Ważne, że działa, a my musimy wiedzieć jak. Może działać jak kojący syrop lub plaster gorczycowy.”

I CO Z TEGO WYNIKA?

Dziś biblioterapia ma kilka form od kursów literackich dla skazanych, po kółka czytelnicze dla osób cierpiących na demencje, czy zachęcanie do ponownego czytania dla osób, które z jakiś powodów przestały. To nie jest forma skupiająca się na podsuwaniu poradników, ale fikcji.


CO Z TYM LUSTERKIEM W MÓZGU?

W latach dziewięćdziesiątych, odkryto lustrzane neurony, które uaktywniające się, gdy wykonujemy pewne czynności lub gdy obserwujemy ich wykonywanie przez innych. Odpowiedzialne są za empatię. W roku 2011 opublikowano badania dowodzące, że w czasie czytania o konkretnych doznaniach, uruchamiają się te same sieci komórek, jak w momencie, kiedy sami coś przeżywamy. Inne badania (opublikowane w „Science”) pokazały, że osoby czytające literacką fikcję, mają o wiele wyższą wrażliwość, lepiej identyfikują cudze potrzeby i interpretują zachowania. Czy czytanie faktycznie wyrabia w ludziach postawy bardziej prospołeczne i altruistyczne? A może jest zwykłą ucieczką od rzeczywistości? Cokolwiek by sądzić, sam stan czytania podobny jest medytacji i wyciszeniu. Osoby czytające regularnie mają niższy poziom stresu, lepiej śpią, mają wyższą samoocenę. Proust pisał w swoim eseju "O czytaniu": „czytanie jest stanem „gdzie moja wyobraźnia zaczyna żyć, czując jak zanurza się w głębinie tego, co, nie jest mną samym.

Źródło: „Can reading make you happier” Ceridwen Dovey, The New Yorker, 9 czerwca 2015 

2 komentarze:

Rafał Tomański napisał kolejną książkę. Rzucał już nami o tatami, a potem paradował z nalepką Made in Japan na czole i znowu kusił zapache...

Dlaczego nie popełniłam jigai ...

Rafał Tomański napisał kolejną książkę. Rzucał już nami o tatami, a potem paradował z nalepką Made in Japan na czole i znowu kusił zapachem kwiatu wiśni, spowitym radioaktywnym pyłem. Cokolwiek robił, zachwycał mnie. Tym razem znowu spogląda skośnym okiem na wschód, ale patrzy szerzej, na cały region (będzie i o Chinach, o Bhutanie, o Korei); wzajemne animozje, kulisy i strategie polityków, ekonomistów i informatyków. Na książkę składają się felietony napisane w 2014 dla Rzeczypospolitej, komentujące i przybliżające szereg wydarzeń ubiegłego roku. Znajdziemy opis protestów w Hong Kongu i co miała z nimi wspólnego IKEA. Przyjrzymy się bliżej Abenomice i hasłu „cool Japan” – czy premier próbuje stworzyć maskotkową armię na wzór tej terakotowej u sąsiada? Dlaczego Chińczycy kochają numerologię i jak wykorzystują ją w codziennej…komunikacji? Czemu służy ściema o Fukushimie i dlaczego schody w supermarketach zwalniają? Wszystko to okraszone sporą dawką nowinek ze świata nowoczesnych technologii, zakulisowych rozgrywek gigantów branży IT: kto kogo i dlaczego przejmuje, za ile i po co. Jak popcorn chroni nas przez marketingowa papką? I czy Facebook nas uleczy?


Mimo, że świat jest teraz na wciągniecie ręki, to mam wrażenie, że kraje Azji są dla nas wciąż zagadką, na dodatek albo przedstawia się je jako kuriozum, albo płodzi programy i teksty pogłębiające stereotypy. Japonia to kraj bardzo ciekawy, a ta przedstawiana w książkach Tomańskiego chce być przede wszystkim zrozumiana i to mi się bardzo podoba. Nie jest to kolejna pozycja podróżnicza, a bardzo udany patchwork historii i ciekawostek, z wpisanym GPSem jak je rozumieć i czytać, czemu one służą i dlaczego w ogóle mają miejsce.
Będę się jednak czepiać, bo o ile dwie poprzednie książki autora mnie porwały, ta zmęczyła. Prawie pięćset stron tekstu, a jazda jak po wybojach. Zła jestem, odkładałam na półkę, szkoda było nie dokończyć. Tomański wie, o czym pisze, ma świetny warsztat, ale to wrażenie déjà lu mnie wykańczało: całe fragmenty przetaczane raz po raz. I tak sobie myślałam, że może to faktycznie wada poskładania gazetowych tekstów i wprowadzenia chronologii. Ale halo?! Gdzie jest redaktor?. Czy to celowy zabieg? Nieuważny czytelnik gazety, stykający się z reportażami sporadycznie mógłby tego nie wyłapać, ale w takim tomiszczu, to już się nie ukryje. Szkoda droga Oficyno Wydawnicza Finna. Co nam, zatem zaproponujesz w drugim tomie, który ma ukazać się już lada dzień. Czekam, ciekawa jestem.

Rafał Tomański „Skośnym okiem” Oficyna Wydawnicza Finna, Gdańsk 2015

















Za książkę dziękuję Oficynie Wydawniczej Finna


2 komentarze:

esty.com Muszę przyznać, że będzie to mój pierwszy od kilku lat wolny, długi weekend. Planów specjalnych nie mam, pobyczymy się gdzie...

Zabiorę na długi weekend

esty.com
Muszę przyznać, że będzie to mój pierwszy od kilku lat wolny, długi weekend. Planów specjalnych nie mam, pobyczymy się gdzieś pod Krakowem. Liczę na chwilę zwykłego leniuchowania i moment poleżenia z książką, koniecznie pod parasolem, bo małopolskie zalewa żar. W głowie układam plan czytelniczy i polecam kilka pozycji.

COŚ DLA OCHŁODY

Pobojowisko” Michaela Crummeya, Wydawnictwo Wiatr od Morza Michał Alenowicz, 2014

Nie ma chyba pisarza, który piękniej potrafiłby zamknąć wiatr i morze w przestrzeni powieści i nadawać wagę pozornie nieistotnym szczegółom. Jego książki pachną i są wspaniale sugestywne. „Pobojowisko” jest opisem nieszczęśliwej i potępionej miłości. W tle Nowa Funlandia, ze swym kapryśnym i ekstremalnym klimatem, druga wojna światowa na Pacyfiku, a na pierwszym planie sploty moralnych i niewygodnych prawda życiowych, rozterek moralnych. Czy Wish i Sadie odnajdą drogę do siebie? A może miłość wcale nie jest taka oczywista?


COŚ BAJECZNEGO

Zaklinacz słów” Shirin Kader, Wydawnictwo Lambook, Kraków 2013

Lubię śledzić profil autorki na Facebooku i jej egzotyczne wyprawy. To prawdziwa miłośniczka orientu i Szeherezada z … Lublina. „Zaklinacz słów” jest jej literackim debiutem Akcja powieści rozgrywa się na ulicach multikulturowego Londynu, gdzie Nina i Gabriel (tajemniczy hakawatim), a wraz z nimi czytelnik, odbywają niezwykłą podróż w świat opowieści, słów i pewnej przepowiedni. Klimat iście czarodziejski, magiczny, lekko senny i baśniowy, w którym główna bohaterka poszukuje siebie. Czy Abu Zaid potrafi spełnić każde życzenie? Co nęka jordańskiego włóczęgę? Przed czym lub kim ucieka Jasmina? Bajecznie. Każdy z nas jest odrębną opowieścią.

COŚ ZWIĘZŁEGO

Morderstwo w ciemności” Margaret Atwood, Wydawnictwo Bellona 2009

Dla mnie Magaret Atwood to Stasiuk w spódnicy – nie czyta się jej łatwo, czasem trzeba przystawać, pomielić w głowie, żeby ogarnąć, czasem trzeba odłożyć i powrócić. Ze wspomnień, z drobiazgów, z migawek, z chwil, Atwood wydobywa kolejne dno i ukrywa w symbolach.  Książka niepozorna. Teksty krótkie, pełne pułapek, idące w kierunku mikroprozy. Niech was nie zmyli tytuł, ani treść! Ta książka, to ogromna przestrzeń dla czytelnika!




COŚ SKOŚNEGO

Skośnym okiem” Rafał Tomański, Oficyna Wydawnicza Finn, Gdańsk 2015

W zasadzie nadal czytam tę książkę, jestem w połowie i z pewności popełnię dłuższą recenzje, ale postanowiłam Was już zachęcić do jej przeczytania. Rafał Tomański to uznany japonista oraz dziennikarz zajmujący się tematem nowych technologii, startupów i ekonomii. W swojej trzeciej książce, ponownie zabiera czytelnika do Kraju Kwitnącej Wiśni, ale także do innych państw Azji. Swoje opowieści koncentruje wokół wydarzeń ubiegłego roku, tłumacząc zawisłości wschodniego podejścia do świata, receptę na kryzys według premiera Shinzō Abe, zmiany w najnowszej technologii, logikę i strategię polityki największych gigantów branży IT.

COŚ DLA…CIAŁA

I jak tu nie biegać” Beata Sadowska, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2014


Taka książka z cyklu: jak zachęcić do biegania. Dziś obserwuję dwa zachowania: albo bieganie jest nudne, albo moja ścianka na Fecebooku zapełnia się zrzutami z aplikacji Endomondo, bo biegają wszyscy. Książki, tego typu maja na celu, namówienie i przezwyciężenie tabu, że to sport dla wybranych, a przebiegniecie maratonu pozostanie tylko sennym marzeniem. Uwierzcie bieganie uzależnia, najtrudniej jest zacząć. Ta książka podkreśla wagę łączenia sportu (w tym mądrego i przemyślanego treningu), z dobrą dietą i zdrowym trybem życia. Sięgnijcie, jeśli szukacie inspiracji!

Miłego długiego! 

3 komentarze:

Wystarczył mi jeden wieczór. Trzysta stron. „ Reporterka ” to fragmenty rozmów z Hanną Krall, poskładane w wywiad rzekę przez Jacka Antcza...

„… ale ja jestem reporterką”

Wystarczył mi jeden wieczór. Trzysta stron. „Reporterka” to fragmenty rozmów z Hanną Krall, poskładane w wywiad rzekę przez Jacka Antczaka, wznowione po ośmiu latach przez Wydawnictwo Agora. Wywiady Mariusza Szczygła, Tadeusza Sobolewskiego, Kazimiery Szczuki, księdza Bonieckiego i w wielu, wielu innymi. O reporterce znajdziecie tu niewiele, za to jest o jej warsztacie pracy, o tym jak i gdzie pisze, czy notuje, jak archiwizuje materiały, dlaczego wybiera takie tematy. Jest o jej uczniach, o roli słuchu w zawodzie reportera, o gromadzeniu materiałów, o podróżach, o jej reportażach na deskach teatru i w filmie. Mówi o swoich reportażach w „Na wschód od Arabatu”, „Zdążyć przed Panem Bogiem”, „Wyjątkowo długiej linii”, „Różowych strusich piórach”. Imponujący dorobek przyniósł jej tytuł królowej polskiego reportażu. Nie chodzi o ilość, ale o zwartość. Nikt nie potrafi piękniej utrwalać w pamięci obrazów ludzi, pojedynczych historii schowanych w za kulisami wielkich wydarzeń, czerwony sweter, stary fote, żadnej martyrologii, tej Krall nie znosi. Nie wypełnia białych plam historii, uwypukla je, nie dopowiada. Skrupulatna i przywiązana do szczegółów, to one nadają siłę jej pisaniu. Wysłuchuje ludzi. „Praca reportera polega na tym, aby słyszeć. (…) trzeba słuchać, co świat mówi, i nie dać się niczym i nikomu zagłuszyć.” Tak poznajemy historie Fani Kaplan, Axela von dem Bussche, Żydów z Dubna i w setek innych.


Krall jest skromna, na zdjęciach ujmuje ciepłym uśmiechem, ale charakter ma. Głośno protestuje, gdy nie spodoba jej się pytanie, a Mariana Brandysa odwiedziła nawet w szpitalu, żeby powiedzieć, co myśli o jego uwagach do tekstu. Sceptyczna, dużo pyta, lubi wiedzieć, dociekać i poznawać, lubi i potrafi postawić na swoim. W pracy zdyscyplinowana, waży słowa, kondensuje je, konsultuje teksty. Nie czuć ani grama fałszu w tym, co robi i jak mówi.
Wystarczył mi jeden wieczór na przeczytanie tej książki, ale w świecie reportaży Hanny Krall chciałabym zostać na dłużej. Mimo przejmującego bólu tych historii, mimo opisu zła, mimo cierpienia, nieuchronności. Ten świat wciąga autentyzmem i prawdą.

Jacek Antczak „Reporterka”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2015















Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora


1 komentarze: