Dawno nie czytałam książki tak przesiąkniętej bólem i smutkiem. Bólem zadawanym tym, których kochamy najbardziej. Smutkiem w poczuciu stra...

Książka o niewypowiadanym

Dawno nie czytałam książki tak przesiąkniętej bólem i smutkiem. Bólem zadawanym tym, których kochamy najbardziej. Smutkiem w poczuciu strat, wyobcowania i ogromnej traumy wojennej. Dawno nie czytałam też książki, w której tyle słów zostało umieszczonych gdzieś między tekstem, a czytelnikiem, zawieszonych w pytajnikach, niczym koany zen.
W swojej powieści, „Klaśnięcie jednej dłoni”, Flanagan opowiada losy słoweńskiej rodziny Buloh: Bojana, Marii i Sonii, przybywających po zakończeniu drugiej wojny światowej do Australii. Obiecuje się im lepsze życie, nowe obywatelstwo i pracę przy budowie elektrowni wodnej. Brama do raju? Raczej tasmańskiej eukaliptusowej puszczy, gdzie nic nie będzie takie samo. Nic nie było już wtedy, kiedy wsiadali na statki do, więc nowy początek to tylko frazes. Duchy przeszłości nie odpuszczą tak łatwo, nieodkupione będą ingerować. Bulohowie i im podobni, nigdy już nie będą u siebie. Rzeczywistość się nastroszy. Matka odejdzie, ojciec zapatrzy się w pracę, później w alkohol, a dziecko będzie wyczekiwało dobroci, wydziobując ją z momentów i chwil. Małej Sonii będzie towarzyszyła walka o uczucie, o akceptację i miłość. Wokół pełno skrywanych dramatów, w głowach emigrantów horrory, wstyd, odraza do siebie, wieczne poczucie winy. Wojna jest w nich. Kiedy Sonia powróci po dwudziestu latach w „rodzinne” strony, w ciąży, w eleganckim kostiumie, słów będzie równie mało. "Tak naprawdę nie chciała wiedzieć (...). Było to po prostu coś, co pojawiło się między nimi, a gdyby dało się tę kwestię podnieść jak kamyk i rzucić w pobliskie pole głazów, (...) zrobiłaby to bez wahania. Pragnęła nowego życia i złościło ją, że odczuwała potrzebę z częścią swojej przeszłości, istniejąca przecież tylko jako nieobecność."
Flanagan to wspaniały rzemieślnik. Dość powłóczystym i lekko alegorycznym stylem prowadzi czytelnika na przemian do lat pięćdziesiątych, potem dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Pięknie napisane. Mnóstwo emocji, dramatów, a momentami nawet melodramatu. Bohaterowie, bardzo ludzcy, pełni wad i ułomności, mają swoje historie, osobowości, lęki, to wszystko czyni ich wielowymiarowymi.W buddyzmie zen, pewne paradoksalne pytanie odnosi się do dźwięku jednej klaszczącej dłoni. Jaki jest? Oto zagwozdka dla czytelnika, uderzająca w utarte schematy i logiczne myślenie. Jeden wymiar nigdy się nie sprawdza. Każda historia ma kilka warstw, więc odpowiedzi oczywistych brak.

Richard Flanagan „Klaśnięcie jednej dłoni”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016














Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu


5 komentarze:

Umberto Eco nie żyje. Przeżył Harper Lee o kilka godzin, Alana Rickmana i Dawida Bowie o kilka tygodni. Co za pieprzony rok … a jeszcze g...

R.I.P Umberto Eco, czyli o wyjściu z labiryntu

Umberto Eco nie żyje. Przeżył Harper Lee o kilka godzin, Alana Rickmana i Dawida Bowie o kilka tygodni. Co za pieprzony rok … a jeszcze gorzej, że to tylko jego początek. Boje się nawet myśleć.

Umberto Eco Foto.: Cazafantasmas on Flickr

Jeszcze wczoraj przez jakieś dwie minuty zatrzymałam się na „Imieniu Róży” nadawanym w TV i zdążyłam pomyśleć, jak ubóstwiam … tę książkę. Przede wszystkim książkę, a później filmową na jej temat wariację. Symbioza Conan Doyle'a, Borgesa i średniowiecznej mroczności. Ogromna biblioteka znaczeń, aluzji i metafor, których kompletnego znaczenia prawdopodobne nigdy nie odkryjemy. To bardzo pociągające i przyciągające nieustannie wracać. Modernistyczna zabawa z czytelnikiem, zmuszająca do używania szarych komórek na szóstym biegu i przedzierania się przez gąszcz ukrytych symboli. W naszych czasach mało popularne. Wysilać się. Wiedzieć. Zadawać pytania. O zgrozo, być intelektualistą. Wielu krytyków zarzucało mu, że eksponował swoją erudycję, po to, żeby upokorzyć czytelnika, aby ten poczuła swoją ignorancję. Poproszę jeszcze, bo dla mnie dzięki jego pisarstwu pewien rodzaj wiedzy stawał się dostępny i przystępny. Wiedział, że człowieka zmęczyły rzeczy proste. „Nie wiem, czego oczekuje czytelnik” - mówił w wywiadzie dla Guardian Live w 2015- „Barbara Cartland pisze o tym, czego oczekują czytelnicy. Uważam, że autor powinien pisać o tym czego nie oczekują. Problem polega na tym, żeby nie pytać czego potrzebują, ale żeby ich zmienić … stworzyć takiego czytelnika jakiego oczekujesz pisząc.” Kościół katolicki nazywał „Wahadło Foucaulta” „profanacją, bluźnierstwem, bufonerią, brudem, czyli narzędziem arogancji i cynizmu”, a katolickie uniwersytety honorowały go tytułami.
Imię Róży” sprawiło, że stał się sławny. Żadna inna jego książka nie powtórzyła tego sukcesu (czyli trzech milionów sprzedanych kopii), choć równie przenikliwie masakrowały powszechne pojmowanie wiary i prawdy. Tak naprawdę książki Eco były spisem jego teorii, bo „spisanie ich, i osadzenie w historii czyni je interesującymi, ekspresyjnymi, poetyckimi żywymi organizmami”. Sprytnie. Teorie semiotyczne Eco oraz jego badania nad pop kulturą (w tym seria esejów o Supermanie, czy „Casablance”) miały przyczynić się do zunifikowania różnych poziomów kultury. Semiotykę definiował bowiem, jako „naukę mówieni, czegoś przeciwnego do prawdy”.

Jeśli nigdy nie czytaliście książek Eco, możecie mi wierzyć, że autor miał wpływ na wiele narracji, z którymi zetknęliście się w swoim życiu. Od filozoficznych tyrad, teorii konspiracyjnych, kryminałów, esejów o kulturze i współczesności. Człowiek Renesansu, który zmieniał świat nie jeden raz.

1 komentarze:

Kiedy sięgam po książki dotykające II wojny światowej albo zagłady Żydów, to jestem pełna obaw. Zawsze. Nie boje się samej tematyki, ale s...

Dolce vita na zakręcie

Kiedy sięgam po książki dotykające II wojny światowej albo zagłady Żydów, to jestem pełna obaw. Zawsze. Nie boje się samej tematyki, ale sposobu jej traktowania, zbyt historycznego, zbyt pompatycznego, posłującego się, a to nastroszonym patosem, a to truizmem. „Rzymski poranek” Virginii Baily, ma w sobie wojenne wichry, okrucieństwa, atmosferę grozy, ale wszystko to gdzieś w tle, subtelne.

Virginia Baily egoistokur.com
Historia rozpoczyna się gdzieś w 1943, szarym świtem w Rzymie. Rodzina siedmioletniego Daniele Levi, mieszka w getcie, które zgodnie z planem ostatecznego rozwiązania jest likwidowane. Ludzie trafiają na ciężarówki, a te wywożą ich w miejsca ostateczne. Ale chłopiec nigdzie nie pojechał. Miał sporo szczęścia i choć to trudne, uwierzyłam autorce w tym momencie, szybkiego i w zasadzie zupełnie bezbolesnego przekazania Daniele w ręce obcej kobiety Chiary Ravello. Uszedł śmierci, przynajmniej tak to wyglądało, ale to nie jest kolejna szczęśliwa historia o ocaleniu, raczej o fatalistycznej nieodwracalności losu.
Historię czasów wojny oplata ta z lat siedemdziesiątych. Chiara jest już sama, połowa jej mieszkania została sprzedana, żeby pokryć długi Daniele. Kobieta zajmuje się tłumaczeniami, spędza czas z przyjaciółmi. Wokół niej piękny Rzym i spokój, choć pozorny, to jednak tłoczy kolejne dni na przód, leczy powstałe rany. Jeden telefon zmienia wszystko. Jeden list w oddalonej o setki kilometrów Walii również. Pojawi się nastoletnia Maria, wspólny mianownik i katalizator.
Książka jest świetnie napisana, choć na początku irytuje i uwiera czas teraźniejszy, a w końcówce miałam ochotę zaciągnąć ręczny. Baily doskonale opowiada, zwinnie porusza się między wątkami i płaszczyznami czasu. W sumie dość prosta historia i w tej prostocie tkwi jakieś piękno. Ciekawa konstrukcja bohaterów (Daniele, na przykład, jest opowiedziany przez wspomnienia innych.) Głębokie i odważne portrety psychologiczne poruszają, choć to przede wszystkim wzajemne relacje ludzi, ich miłości w różnych odcieniach, napędzają wydarzenia. Wszystko w scenerii Rzymu.
Rzymski poranek” jest historią pewnej rodziny, lepionej przez los. Na jej przykładzie opowiadane jest przemijanie, zamieranie i strata. Bez kaprysów, bez łez i wymuszonej melancholii. Momentami zabawnie, wciąż prowokująco. Co definiuje ludzi i jak ta definicja ma się do zakrętów życia? Warto przeczytać.

PREMIERA 17 LUTEGO 2016















Za książkę dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca


1 komentarze:

www.pixabay.com Zadziwiające jest to, że na blogach, we wszystkich zestawieniach najlepszych książek o miłości, królują te napisane p...

Walentynkowy wpis o trójkątach, schizofrenii, filmach i magicznej liczbie 662 (niekoniecznie w tej kolejności)

www.pixabay.com

Zadziwiające jest to, że na blogach, we wszystkich zestawieniach najlepszych książek o miłości, królują te napisane przez kobiety. I w większości to świetne pozycje, bardzo lubię, ale trochę szkoda, męski punkt widzenia w sprawach sercowych wydaje się bardzo pociągający, a utwory genialne. Faceci o uczuciach piszą i to pięknie. Wydaje mi się, że częściej patrzą na miłość w sposób nostalgiczny i z lekkim osobistym wyrzutem sumienia, a to z braku wystarczającej wrodzonej otwartości, może nawet wylewności. Nie próbują rozbierać uczucia na części pierwsze do bólu, nie definiują wszystkiego, w tym partnera. Jeśli czegoś szukają to bardziej instynktownie, kobiety gonią wzór. Pisarze nie wzdychają do wyobrażenia, ale bardziej do istnienia. To na pewno nie brak oczekiwań, może raczej mniejsza potrzeba ubieranie wszystkiego w słowa. Podobnie jest w podsumowywaniu przeszłości, są ostrożniejsi. Czuję, że z próby opisu męskiego stylu pisania o miłości, wychodzi mi wpis o mężczyznach w ogóle! Aby nie brnąć, przedstawiam moje ulubione książki, stworzone męskim piórem. Wszystkie cztery sfilmowane, w gwiazdorskiej obsadzie, istne perełki. Zatem romantyczny wieczór z książką lub filmem, to wszak dzieła autonomiczne.

Miłość w czasach zarazy” Gabriel Garcii Màrqueza. Najpiękniejsze w tej książce jest to, że jej głównym bohaterem jest naprawdę miłość i to czyni ją wyjątkową i niepowtarzalną. Cała historia Florentino Arizy i Ferminy Dazy, czasem mam wrażenie jedyna i ostatnia taka na ziemi, to opowieść o uczuciu silniejszym niż śmieć. Życie zaklęte w zakrzywionych czasoprzestrzeniach, jest (według Màrqueza) cyklem przypływów i odpływów, nawracających zdarzeń - każdy może złapać swoją drugą szansę. Miłość w tańcu z tęsknotą, przemijaniem, nadzieją i tą latynoamerykańską rubasznością (w powiązaniu z liczbą 662 to już rozpusta). Zwodzenie, rozdzielenie z powodu pochodzenia i wyznanie po ponad pięćdziesięciu latach.


Film „Casablanka” powstał na podstawie sztuki Murraya Burnetta Everybody comes to Rick's. Autor, nauczyciel angielskiego z Nowego Jorku, wrócił do kraju z podroży po Europie, w której, tuż przed wybuchem II wojny światowej, rządził terror i antysemickie nastroje. Był tym zbulwersowany, chciał stworzyć tekst, który byłby głosem sprzeciwu wobec tej sytuacji. Tekstu wystawiać nie chciano, ale zainteresowało się nim Hollywood, określając go jako „świetny melodramat, o gęstej atmosferze, suspens, psychologiczny i fizyczny kontakt, wysublimowana ckliwość romansiku”.
Film i jego historia pełne są ciekawostek. Historia osadzona w Maroku, nakręcona została w całości w Los Angeles, w studio w przeciągu zaledwie dwóch miesięcy. Nikt nie znała zakończenia filmu, bo scenariusz spisywano na bieżąco. Rick i Ilsa (w książce Lois Meredith). Bogart i Bergman. Najbardziej elektryzująca para jaką znam, historia miłosna sprowokowana przez jedno wejście do knajpy… Niby banalne, a jednak wyjątkowe! Niech Sam gra i gra!


Doktor Żywago” Borysa Pasternaka to książka o tym, że i w miłości przydarza się rozdwojenie jaźni. Młody lekarz Jurij Żywago (dla mnie na zawsze o twarzy Omara Sharifa), mąż arystokratki Tani, zakochuje się w pielęgniarce Larze. Trójkącik, a w tle rewolucja 1917 roku. Można by pisać o banalności wątku miłosnego, i bez dwóch zdań, to tło jest tutaj najważniejsze, to ono jest siłą powieści, ale ten romantyczny wątek, nadaje historii namacalności. Po prostu czasem życie prowadzi nas w kierunku, który okazuje się totalnie ślepą uliczką, a my zabrnęliśmy w nią tak głęboko, że odwrót wydaje się niemożliwy, krzywdzący. Po prostu, miłość we wszystkich jej odcieniach.


Na koniec Okruchy dniaKazuo Ishiguro, najbardziej wstrzemięźliwa miłość z wszystkich tutaj opisanych. W opowiedzianej stylowym, eleganckim językiem historii Pana Stevensa dominuje praca i takie wręcz mechaniczne i automatyczne wypełnianie obowiązków. Panna Kenton miga gdzieś w tle, jak odłożona do lamusa, jak przyjaciółka może,w porywach. Bo to nie romans, to przestroga, ale jak eksponuje wagę relacji i ...miłości.


2 komentarze:

Tytuł jest naprawdę fascynujący, to jakby Monty Python i Orwell razem napisali książkę. Dosłownie. Przeczytajcie go sobie na głos. Uśmiec...

O fochach, organicznych kozich serach i więzieniu

Tytuł jest naprawdę fascynujący, to jakby Monty Python i Orwell razem napisali książkę. Dosłownie. Przeczytajcie go sobie na głos. Uśmiechacie się, ale po plecach idą ciarki?
Bardzo lubię książki Hoomana Majda, za świeżość, za próbę spojrzenia na szatański kraj z perspektywy zwykłego człowieka, za wyjaśnianie niezrozumiałego. Nie jest to do końca perspektywa obiektywna, a do tego dość wygodna. Autor jest znanym dziennikarzem, synem dyplomaty rządu szacha, wnukiem ulema Mohammada Kazema Assara, tłumaczem Ahmadineżada w ONZ. Wyjechał z Iranu wraz z rodzicami jako malutki dzieciak i od tego czasu mieszka na Zachodzie. Podkreśla to, że jest stuprocentowym Amerykaninem i jednocześnie stuprocentowym Irańczykiem w wersji West Coast. To akurat typowo perskie stwierdzenie, znaczy absurdalne.
http://www.kinonh.pl/
Majd tłumaczy zawiłości irańskiej mentalności pozwala zrozumieć mieszkańców, deszyfrować zachowania polityków. Pokazuje, że Szatan choć szczerzy kły i gra w atomowe szachy, ma nałożony dość gruby makijaż, stroi miny i fochy. Nie, to nie jest udawany reżim, represje i strach towarzyszą ludziom na co dzień, ale okazuje się, że można je obchodzić, stosować uniki, a nawet pokazać środkowy palec władzy. To państwo zagadka.
Bodźcem do napisania te książki stał się mały Chasz, syn autora, oraz chęć pokazania kraju urodzenia amerykańskiej rodzinie. Plan rocznego pobytu w Iranie, spotkał się z ostrym sprzeciwem ze strony krewnych (także tych irańskich). A jednak polecieli, z naręczem walizek, z delikatnym optymizmem i ze strachem, głównie w głowie Hoomana. Czytając poprzednie książki Majda, miałam wrażenie, że są bardzo osobiste. Ta potęguje to wrażenie ze zdwojoną siłą. Przy całej krytyce rządów Ajatollahów oraz amerykańskiej perspektywie, wyczuwało się głęboki sentyment do rodzinnego kraju, do codziennego życia, do ludzi, skądinąd bardzo przyjaźnie nastawionych. I to przybliżanie dwóch skrajnie różnych cywilizacji, które w sumie więcej łączy niż dzieli, chyba tylko ten foch. ALE. Autor choć opisuje Iran z uczuciem i zrozumieniem, czyni to z lekko uprzywilejowanej pozycji „turysty”. Wpada sobie na rok, wiele rzeczy usprawiedliwia, nie jest szarym ludkiem, ma plecy, znajomości, ma pieniądze. Tak musi lawirować, a nawet kłamać, aby żyć w miarę normalnie, ale ma perspektywę wyjazdu.
https://pl.pinterest.com/pin/462322717969824180/
W tej książce patrzymy na Teheran oczami Irańczyków, polityka staje się jedynie tłem (o ile to możliwe). Otrzymujemy zapis kolejnych paradoksów. Po pierwsze Irańczyk zawsze widzi siebie inaczej niż jego otoczenie (głównie obcokrajowcy). Irańczyk to Pers, nie Arab, Arab to ktoś gorszy. Kompleksy. Po drugie, dzieci uwielbiane, ale j nie przez szalejących po drogach kierowcówprzejdź przez ulicę i zachowaj życie. Rodzina jest ceniona ponad wszytko, a staruszkowie szanowani. To przywilej opiekować się nimi. Po trzecie, lubi się tam przesadę, wylewność w mówieniu, w okazywaniu uczuć i we wszechobecnych papierach i pozwoleniach, czytaj: megabiurokracja. Po czwarte, rozdarcie między nowoczesnością, a tradycją. Internet istnieje, choć oficjalnie jest kontrolowany przez państwo. Większość stron blokowana, w tym społecznościówki, ale wszyscy ich używają - nawet Najwyższy ma profil na TT, z którego bardzo chętnie korzysta (sama go śledzę!). Nielogiczności haram i halal. A na dodatek jarzmo męczeństwa, wiszące jak miecz Damoklesa!
Kraj sprzeczności i paradoksów, a do tego dąsy! Tak, strzelanie zwykłych fochów, to irańska cecha narodowa i nie mówimy tylko o płaszczyźnie zwykłych ludzi. Wyobraźcie sobie ze stosunki irańsko-amerykańskie też podlegają fochom z powodu urażonej dumy. Czy Irańczycy kochają swój kraj? Niektórzy tylko na odległość, inni opuszczają go w co drugim zdaniu, od lat. Kraj zagadka.


Hooman Majd „Ministerstwo przewodnictwa uprasza o niepozostawianie w kraju”, Wydawnictwo Karater, Kraków 2015

0 komentarze:

W Krakowie stanął książkomat . Znajdziecie go na dworcu autobusowym. W ofercie historia Karola Kota, wampira i seryjnego mordercy . Inicja...

Automat w służbie czytelnictwu

W Krakowie stanął książkomat. Znajdziecie go na dworcu autobusowym. W ofercie historia Karola Kota, wampira i seryjnego mordercy. Inicjatorem akcji jest Grupa Jagiellonia, które zapowiada, że jeśli pomysł się przyjmie takich maszyn będzie więcej i staną w innych miejscach miasta.

www.radiokrakow.pl
A jak tam książkomat na Balicach? Jego specjalność to książki do nauki polskiego. Jak widać w obu przypadkach pomysłodawcy liczą na spontaniczność zakupów i chęć wypełnianie podróży czytaniem. Być może przytrafiła im się podobna historia jak Allenowi Lane'owi, założycielowi wydawnictwa Penguin Books. Otóż plotka głosi, że wracając od Agathy Christie, na dworcu (!) szukał miejsca, gdzie mógłby kupić coś do czytania w drodze powrotnej do Londynu. W 1934 roku stworzył tzw. Penguincubator. W ofercie klasyka literatury, w miękkiej okładce, za cenę równą cenie paczki papierosów. Celem było wyjście poza powszechnie utarte standardy: powszechnie dostępne, tanie tytuły i opuszczenie księgarni.

publishingperspectives.com
Ale nie Allen był pionierem w tej dziedzinie. Pierwsza maszyna tego typu pojawiły się na początku XIX wieku w Anglii, kiedy pewien człowiek chciał sprzedawać dość buntownicze książki. Urządzenie pozwalało mu obejść prawo, bo to klient sam decydował się na zakup, a właściciel maszyny umywał ręce.

Później były „Book-o-Mat”, „Readomatic”, a nawet „Biblio-Mat”, w Stanach Zjednoczonych, Japonii, Hiszpanii, Szwecji itd. Jedna z firm obstawiająca książkomatami lotnisko Heathrow, zbankrutowała.

www.le-furet-du-retail.com
Czy jest to dobry pomysł na promocję czytelnictwa? Na pewno jakaś próba. Czy słoń nie urodzi mrówki? Obawiam się, że tak się właśnie stanie. Nie macie wrażenia, że ten sposób zakupu jakoś gryzie się z książką? I intuicją? I intymnością? Do głosu dochodzi moja konserwatywna druga twarz. Rynek książek od lat wykorzystuje tę metodę, bez spektakularnych osiągnięć. To, co naprawdę nakręca sprzedaż w maszynach to oferta bestsellerów i książek z jakąś sensacyjną otoczką. Jest w książkomatach coś, co przypomina mi o białych słoniach tajskich królów: skarby hodowców, pociągające za sobą ogromne koszty. Czy więcej nie ugrają wirtualne książkomaty Amazona i Google'a? A może, a może ci ostatni traktują książki jako coś pobocznego i w końcu zgubi ich brak intuicji? Może książkomat jest ostatecznie skuteczną pomocą w znalezieniu książki?


Żródło:
http://www.huffingtonpost.com/

2 komentarze:

Ciekawe, czy luty będzie śnieżny? Czy choćby zimny? Czy ktoś to w ogóle ogarnia? Niby luty, podkuj buty, a tu czapki z głów i rękawiczki d...

Idzie luty, załóż półbuty i … idź kupić książkę

Ciekawe, czy luty będzie śnieżny? Czy choćby zimny? Czy ktoś to w ogóle ogarnia? Niby luty, podkuj buty, a tu czapki z głów i rękawiczki do lamusa. Siedzieć w domu się nie chce i zamiast zakopywać pod kocem, wyprawiamy się na spacery i małe wycieczki. Jak czytać? Luty taki krótki, a tyle ciekawych pozycji w zapowiedziach wydawców, w tym kilka dla najmłodszych.

Zacznę od klasyki, bo bardzo lubię Henry'ego Jamesa, Prószyński i S-ka zapowiada „Amerykanina”. Christopher Newman udaje się w podróż do Europy, gdzie zakochuje się, zostaje poczęstowany czarną polewką i poznaje sekret. Wyjawienie go może uratować romantyczny plan, ale pojawiają się rozterki moralne. Świetny obraz XIX wiecznej mentalności i społeczeństwa.


Paul Theroux jest jednym z moich ulubionych pisarzy, choć znam osoby, które zarzucają mu, że w jego książkach nic się nie dzieje. To niedzianie się jest fenomenalne, bo te książki to więcej niż relacje z podróży. „Ostatni pociąg do zona verde” (Czarne) to zapis wyprawy z Kapsztadu do Angoli.


Jerzy PilchZawsze nie ma nigdy” (Wydawnictwo Literackie). Pierwszy wywiad rzeka z autorem, wywiad uczepiony szczegółów, które nadają bieg życiu. Rozmyślania i dywagacja filozoficzne, o literaturze, o sprawach współczesnych i mnóstwo fotografii.


W ubiegłym roku Mikołaj Kołodziejczyk zdobył Nagrodę Reportażystów: Inspiracja Roku. Tym razem wybór tekstów z Polityki - „Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne” (Wydawnictwo Wielka Litera). Powtórzy sukces?


Richard FlanaganKlaśnięcie jednej dłoni” (Wydawnictwo Literackie), to mój numer jedne w tym miesiącu. Jednej z najwybitniejszych australijskich pisarzy, tym razem o drugich szansach w życiu, przebaczaniu i decyzjach. Czekam bardzo.



I coś dla najmłodszych. Arnold LobelŻabek i Ropuch przez cały rok” (Wydawnictwo Literackie) i Toon Tellegen „Tata(Dwie Siostry). O obydwu autorach pisałam już wcześniej, to wspaniali twórcy opowiadający dzieciakom o świecie w przepiękny sposób, do tego z niespotykanym poczuciem humoru.






0 komentarze: