Państwowy Instytut Wydawniczy proponuje nową edycję „Utworów zebranych” Białoszewskiego. W tomie pierwszym poezje, te najwcześniejsze, naj...

Słów wytwarzanie, czyli PIW wznawia Mirona

Państwowy Instytut Wydawniczy proponuje nową edycję „Utworów zebranych” Białoszewskiego. W tomie pierwszym poezje, te najwcześniejsze, najpierwsze, te które zmieniają wszystko, bo o Mironie robi się głośno. 

Całość na portalu Łyk Kultury.




Za książkę dziękuję portalowi Łyk Kultury


0 komentarze:

Liban nie ma jednej twarzy, ani prostej historii. „ W Bejrucie nie ma mowy o prawdzie. Są tylko różne wersje ”. Tak zaczyna swoją książkę...

Libańska (nie)prawda

Liban nie ma jednej twarzy, ani prostej historii. „W Bejrucie nie ma mowy o prawdzie. Są tylko różne wersje”. Tak zaczyna swoją książkę „Opętanie. Liban” Jan Subart, właściwie Stanisław Strasburger. 

Całość na stronie Łyk Kultury.



















           Za książkę dziękuję portalowi Łyk Kultury







0 komentarze:

 “ Madeleine jest naprawdę w porządku, mamo ”. Oczywiście, że jest, nie ma w sobie ani grama różu, ani grama nadąsania i humorków, ani gra...

Dwunasta dziewczynka

 “Madeleine jest naprawdę w porządku, mamo”. Oczywiście, że jest, nie ma w sobie ani grama różu, ani grama nadąsania i humorków, ani grama omdlewającej pretensjonalności. Typ wolnego ducha, który nie boi się decydować, nie milczy i nie czeka wyłącznie księcia z bajki. To już bardziej moje przemyślenia niż pięciolatki.
www.amazon.com
Madeleine urodziła się siedemdziesiąt siedem lat temu i zamieszkała wraz z jedenastoma dziewczynkami szkole prowadzonej przez zakonnice, pod opieką niesamowitej, (ukośnik: ogarniającej z przejęciem), panny Clavel. Bo panna Clavel, mimo że patrzyła zwykle panice w twarz, jakimś cudem zdążała, jakby pod habitem krył się strój superbohatera. To mnie za każdym razem intrygowało.
www.themarysue.com
A Madeleine, najmniejsza, ale i najbardziej przebojowa, była zawsze odważna. Serio, tylko prychała na widok lwa i z łatwością dorównywała Pepito w figlach. Z nutką szaleństwa, dziewczęcej przekory, potrafiła zaskakiwać rozwagą, mądrością i pomysłowością. W mistrzowski sposób ogarnęła święta Bożego Narodzenia, kiedy reszta podopiecznych i opiekunów zachorowała. Uratowała kotka z pewnej rzezi, postawiła się zarządowi wzburzonemu trzymaniem psa pod jednym dachem z dziewczynkami. I pomyśleć, że z dwunastu wyróżnia się tylko ona. Jako jedyna ma osobowość. Śmiało odkrywa świat.
Książka urzeka prostotą. Po pierwsze tekstu – na każdej stronie zwykle wiersz, dwa. Po drugie kreski, ale nie rysunku. Akwarele są bardzo wibrujące, tętniące energią. Po trzecie organizacji. I jakby francuska się wydawała, stworzył ją austriacki imigrant ze Stanów Zjednoczonych, piszący pierwsze historyjki na odwrocie karty dań.
Tymczasem Madeleine wyszła już z książki i trafiła do kin, telewizji, reklam, gier, sklepów z zabawkami, a nawet na jacht Arystotelesa Onasisa w postaci muralu. Oto prawdziwa zdobywczyni! Tylko pamiętajcie, że najpierw była i jest książka! „W Paryżu, w w pewnym starym domu, który był porośnięty dzikim winem ...



Ludwig Bemelmans „Madeleine w Paryżu” Znak Emotikon, Kraków 2015

0 komentarze:

Co to jest? Czarno- pomarańczowe, o cylindrycznym kształcie, niczym fragment statku kosmicznego i wypluwa? Źródło:  www.theatlantic.co...

Co to jest?

Co to jest? Czarno- pomarańczowe, o cylindrycznym kształcie, niczym fragment statku kosmicznego i wypluwa?
Źródło: www.theatlantic.com
Wielu z nas może kojarzyć się z dyspenserem urzędowym, czyli zwyczajnym „wydawaczami numerków”. Tymczasem to nie nasza rodzima produkcja, a francuska. I z urzędem ma tyle wspólnego, że może tam stać.
Podobno Francja jest narodem pisarzy: w 2013 firm Ifop przeprowadziła badanie, z którego wynikało, że 70% obywateli tego kraju ma na koncie jakiegoś rodzaju, nigdy niepublikowany rękopis. To dopiero, być może setki nieodkrytych Wiktorów Hugo!
Ale co z tym dziwnym urządzeniem? Stoi w Grenoble w liczbie ośmiu. To dystrybutor krótkich historii vel. literaturomat. Ma trzy przyciski: 1,3,5. To liczniki czasu czytania. Czyli tak: przychodzimy sobie do biura informacji turystycznej (gdzie na przykład maszyna stoi), naciskamy numerek 1 i otrzymujemy historię w formie zbliżonej do rachunku sklepowego, którą czytamy maksymalnie minutkę. Do wyboru (na chybił trafił) jest sześćset oryginalnych mikro prozatorskich form.
Źródło: tedxhongkonged.org
Prototypu maszyn stworzył wydawniczy start up Short Edition i obecnie są one dostępne tylko w Grenoble. W pierwszym miesiącu działania dystrybutorów (co za słowo w odniesieniu do słowa pisanego!) w ratuszu, księgarniach wydrukowano dziesięć tysięcy historii. Maszyny można wynajmować za pięćset euro miesięcznie. Firma zajmuje się szerszą działalnością wydawniczą i publikuje na swojej stronie opowieści około dziesięciu tysięcy autorów. Na podstawie organizowanych plebiscytów wyłania teksty, które drukuje, sprzedaje w formie e-booków, czy audiobooków, a teraz krótkich historii.
Źródło: www.theplaidzebra.com
Grenoble od lat stawia na innowacje technologiczne, ale jednocześnie realizuje plan wpisywania kultury w codzienne życie mieszkańców. Jest tam sieć elektrycznych pojazdów zapewniających transport miejski, w 2014 przegłosowano zakaz umieszczania bilbordów w przestrzeni miejskiej i przekazania jej mieszkańcom. A teraz papier przedziera się i walczy z wszechobecnymi ekranami. Czy można się uzależnić i czuć potrzebę kupienia słowa pisanego, tak jak kupujemy batonik czy puszkę Coli?


www.thenewyorker.com

0 komentarze:

Przeczytałam gdzieś, że skandynawskie kryminały są jak chipsy, nie możesz się oprzeć, żeby nie sięgnąć po następny. Jakie elementy są tak ...

O chipsach i skandynawskich kryminałach przy okazji książki Vivecki Sten

Przeczytałam gdzieś, że skandynawskie kryminały są jak chipsy, nie możesz się oprzeć, żeby nie sięgnąć po następny. Jakie elementy są tak uzależniające? Po pierwsze detektyw – nonszalancki, momentami zaniedbany z jakimś nałogiem na karku, czasem fatalistyczny i na pewno bardzo ludzki. Po drugie, bohater trzeciego, czy czwartego nawet planu, matka natura. Zauważyliście tę stoicką, wręcz, niemą przestrzeń, w której rozgrywa się akcja i kładzie się trup? Zimowe bezdroża, spokojne tafle jezior, piaszczyste zbocza, gęsto zalesione wyspy, małe chatki na pustkowiu, przedmieścia skąpane w letnim upale, wiejący tępo wiatr. I trzeci element to przemycane w tle treści społeczne i historyczne. Czy piąta w cyklu, powieść Viveci Sten „Gorączka chwili” jest chipsem?

Foto. Agata Olejnik
Przyznam się, że nie czytałam innych książek tej autorki i po raz pierwszy spotkałam się z inspektorem Thomasem Andreassonem i serią z Sandhamn. Nie sądzę, żeby to zaburzyło bardzo odbiór tej części. Skupiłam się na zagadce. Z tego, co zdążyłam się zorientować detektyw pióra Sten, nie do końca jest w moim typie. Co zrobić, wolę abnegatów. Thomas jest wprawdzie po przejściach, stracił dziecko, małżeństwo, ale jednak szczęście jest po jego stronie, a on sam dobrze odnajduje się w życiu wzorcowym.

Sandhamn via źródło
Czerwiec, noc świętojańska. Doki oraz przystanie małej miejscowości gęstniały od łodzi, młodzież wyrusza w rejs imprez, niesiona alkoholowo-narkotykowym speedem. Jest hałaśliwie, dzieciaki wyłączają hamulce. Ranek zaczyna się dla niektórych już o pierwszej w nocy, kiedy nie pojawia się nastoletnia córka. Związek Nory i Jonasa, ledwo ma rok, czy przetrwa próbę? Potem zapodzieją się jacyś chłopcy, a w krzakach znajdą ciało. Co się stało? Odpowiedź nie będzie taka prosta, utrudni ją subiektywność. Każdy z bohaterów ma swoją prawdę, swoją wersję, swoje powody.
Skandynawska szkoła kryminału ma się dobrze. Sten pisze bardzo rzetelnie, umiejętnie składa fabułę i poszczególne relacje układają się w logiczną całość. Bez wyczekiwanego napięcia, bez obgryzania paznokci, raczej ze spokojną konsekwencją. Czytając kojarzyłam ją z Camillą Lackberg, ale to chyba przez to zacięcie do opisów społecznych i obyczajowych (dłuższych niż u innych). Bo w tle jak cienie krążą nieobecni, rozwiedzeni, zapracowani rodzice, pojawiający się tylko w razie problemów lub śmierci, w innych kwestiach abonent czasowo niedostępny.

Viveca Sten „Gorączka chwili”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2016













Za książkę dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca



2 komentarze:

Źródło W marcu nie grozi mi dołek. Głównie w sferze czytelniczej. Nie będzie przesilenia, będzie armagedon, słowa i treści popłyną rz...

Marcowy spleen mi nie grozi

Źródło
W marcu nie grozi mi dołek. Głównie w sferze czytelniczej. Nie będzie przesilenia, będzie armagedon, słowa i treści popłyną rzeka wartką, zsuną się na mnie roztopowymi lawinami. Tak, jestem czytelniczo zapracowana. I choć może to zabrzmieć zabawnie - mam poważne zaległości. Wiele książek jest w drodze do mnie, wiele mam nadczytanych, wiele tytułów krąży po głowie, gdzieś zasłyszanych lub podejrzanych. W marcu będzie kilka górskich peregrynacji i to wcale nie z Czarnym; bardzo tęsknię żeby gdzieś się wspiąć. Oto kilka pozycji, za którymi warto rozejrzeć się wśród marcowych nowości.

Na początek coś dla najmłodszych ze stajni Wydawnictwa Literackiego: “Dlaczego hipopotam jest gruby?Doroty Sumińskiej oraz “Historia ślimaka, który odkrył znaczenie powolnościLuisa Sepúlvedy. Dwie opowieści ze świata zwierząt, które udzielają wielu odpowiedzi na pytania konkretne i zupełnie abstrakcyjne. Czy zwierzęta mierzą czas? Czy łysieją? Jak ciężki jest słoń? Czemu powolność jest fajna? Co komu po ekologii i przeszłości? Czy warto się buntować? Jak zwykle coś interesującego dla małego i dużego.


Wydawnictwo Dolnośląskie prezentuje “Nagą góręReinhold Messner. Historia wspinaczki dwóch braci na Nanga Parbat, przez ścianę Rupal, uważanej przez wielu, za najniebezpieczniejszą drogę na szczyt. Jeden z braci ginie, drugi musi zmierzyć się z chwałą i winą. To stało się naprawdę 27 czerwca 1970 roku.

Kobiety w górach. Delikatność i siła. Jeniffer Jordan w „Okrutnym szczycie. Kobiety na K2” przygląda się pięciu kobietom: Wandzie Rutkiewicz, Liliane Barrard, Julie Tullis, Chantal Maudit, Alison Hargreaves), które podejmowały ryzyko, aby zdobyć K2. Jak radziły sobie w tej zdominowanej przez mężczyzn dyscyplinie? Jak żyły? Jak walczyły o swoje marzenia? Jak realizowały ambicje balansując na granicy śmierci.

Kolejna reporterska podroż Filip Springer po naszym kraju, tym razem celem stają się budowle monumentalne, widowiskowe, straszące i koszmarne. Tytuł przekorny Księga zachwytów”. Architektoniczne rozważania przeplatane jak zwykle porcją historii, mentalności, sposobu myślenia Polaków o sztuce. Klimatyczne wędrówki po tym co wyryte w betonie, cegle, kamieniu.

Felietony Wacława Radziwinowicza w Gazecie Wyborczej, czytywałam namiętnie. Zabawne i pełne sarkazmu, świetnie tłumaczyły o co chodzi w pokręconej rosyjskiej rzeczywistości społeczno-politycznej i fascynującej rosyjskiej duszy. Teraz można przeczytać najnowszą książkę “Crème de la Kreml”. O „przebiśniegach” i sikaniu spadochroniarzy, o sztukach, które straszą zanim powstały.

1 komentarze: