W latach trzydziestych ubiegłego wieku Witkiewicz napisał dwie książki - „Nikotyna- Alkohol-Kokaina-Peyotl-Morfina-Eter”, w skrócie „Narko...

Witkacy na detoksie, czyli całkiem serio i trzeźwo. Kultura masowa i kompleksy

W latach trzydziestych ubiegłego wieku Witkiewicz napisał dwie książki - „Nikotyna- Alkohol-Kokaina-Peyotl-Morfina-Eter”, w skrócie „Narkotyki” oraz „Niemyte dusze”. Nie były to poradniki, ciężko je jednoznacznie zaklasyfikować, dziś wkłada się je do katalogu z napisem „pisma różne”. Jak zwykle w przypadku Witkacego to raczej gry z tekstem (na poły użytkowym), zabawy słowem (często wulgarnym) i zapasy z czytelnikiem (przeważnie intelektualne). 

Całość na Łyk Kultury.



Za książkę dziękuję portalowi Łyk Kultury.


0 komentarze:

W umarłym lesie panuje artystyczny nieład, ale co tu dużo gadać, puszczy po prostu z nim do twarzy, a jak cieszy ten nieład zwierzęta. Nie...

Sekrety Umarłego Lasu, czyli komiks o Puszczy Białowieskiej

W umarłym lesie panuje artystyczny nieład, ale co tu dużo gadać, puszczy po prostu z nim do twarzy, a jak cieszy ten nieład zwierzęta. Niektóre potrafią egzystować tylko w takich warunkach. Kitrają zdechłe myszy, orzechy, kulki gnoju, zasiadują dziuple, czasem przejmują je siłą. Wydziobują pulchne larwy spod odpadającej kory. A grzyby!? Te to już w ogóle czują wolną amerykankę i w pięknych kształtach, w psychodelicznych kolorach rozkładają się na gnijących konarach, korzeniach i pniach. Taki happening natury. W całym tym pozornym chaosie, zwierzęta wykazują dość duże zorganizowanie. Jedne magazynują nasiona w banku, albo wykorzystują lukratywność branży pogrzebowej, inne skrupulatnie gromadzą zapasy różnych smakołyków, licząc na to, że ich pomysł na sklep kolonialny wypali, a inni. Są też czarne i szemrane charaktery, które przesiadują całymi dniami w Saloonie, inni żerują, okradają, a nawet uprawiając tani populizm i piorą innym mózgi. Znajdą się wreszcie tacy, którzy … postanawiają pilnować porządku i dumnie nosić na piersi gwiazdę szeryfa. To wszystko zalatuje Dzikim Zachodem.
T. Samojlik, A.Wajrak „Umarły Las”

Triko, jeździec znikąd, przybywa do miejscowości Umarły Las pełen zapału. Nie Jest dzięciołem trójpalczastym, więc potencjalnie nie jest predestynowany przez naturę do pełnienie funkcji kierowniczo – penitencjarnych. Do tego wszystkiego, za bardzo się stara. No cóż ciężkie przed nim chwile. Każdy w Umarłym Lesie chce żyć po swojemu. Awanturniczy gang zakrzywionego dzioba terroryzuje okolicę, szpaki układają niecne plany, no i w końcu kornik drukarz poszukiwany listem gończym. Czy dojdzie do pojedynków rewolwerowych? Jaki sekret skrywa Triko?


T. Samojlik, A.Wajrak „Umarły Las”

Duet Samojlik i Warjak postanowił opowiedzieć o Puszczy Białowieskiej, choć może i o każdym innym lesie, który umiera. Dla niektórych to zgroza, bo to zaraźliwe i może zdegradować pięknie rosnące, wzdłuż idealnych alejek, zdrowe drzewa. Co za histeria. Pozwolić naturze zrobić to, co uważa za słuszne. (Nie będę już ciągnąć delikatnie politycznego podtekstu, choć może ktoś wpadnie na pomysł i prześle profesorowi doktorowi nawet z habilitacją tę książkę.) 
Ubranie tego tematu w komiks jest genialne. Zabawne przygody zwierząt utrzymane w westernowej konwencji, maja sporą dozę niepewności, zaskoczenia i bardzo sprytnie ukrytej wiedzy o leśnych ekosystemach. Po każdej rysunkowej partii przygód, następuje ciekawa i finezyjna, daleka od akademickiej nadętości, notatka biologiczna. Cieszę się, że ciąg dalszy nastąpi w 2017.

T. Samojlik, A.Wajrak „Umarły Las”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016













Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora


1 komentarze:

Johan Theorin opisuje swoje książki jako „ kombinację mrocznych kryminalnych zagadek, skandynawskiego folkloru i historii o duchach, elfac...

Morderca lubi Olandię, a ja zdradzam Nesbø

Johan Theorin opisuje swoje książki jako „kombinację mrocznych kryminalnych zagadek, skandynawskiego folkloru i historii o duchach, elfach i trollach”. Taka definicja budzi mój niesmak,bo, być może naiwnie i przyziemnie, widzę jak Mudler i Scally lądują w Europie i ruszają na łowy. Czy wyczerpały się pomysły na skandynawskie kryminały? Trzeba im dodać dodatkowego baśniowego wymiaru? Czy teraz detektyw Łodyga działać będzie wespół ze Żwirkiem i Muchomorkiem? Nie chwyta mnie to. Może dlatego tak długo omijałam te powieści. I tak właśnie rodzi się wpis o zaniechaniu.

foto. Chris Zielecki "Zachód słońca na Olandii"

Tego lata zabrałam jedną na wakacje. Przeczytanie „Zmierzchu” zajęło mi dokładnie cztery godziny. Na literackim wdechu, z napięciem, oczekiwaniem. Na końcu przeżyłam zaskoczenie. Totalne. Prze kilka nocy budziłam się z przekonaniem, że ktoś chodzi po naszym pokoju. Morderca oczywiście. Okazało się, że Theorin nie epatuje zaświatami, właściwie pozwala czytelnikowi zdecydować na ile zaświatom pozwoli. Co za ulga, co za zaskoczenie! Potem przeczytałam „Nocna zamieć”, idealnie wtedy kiedy jesień wtaczała się do Krakowa. Taka mokra i smogowa. Czytałam wracając do domu z pracy. Zapadał wczesny zmrok. Uprawiałam sprinty do domu, ucieczkając przed cieniami, w deszczu, mroczności. Na pewno ktoś mnie obserwował. Złodziej. Morderca. Po przeczytaniu tych książek, wyobraźnia rozwinęła skrzydła.

foto via babblzoom.tumblr.com

Miejscem akcji kryminałów jest Olandia. Największa szwedzka wyspa. Popularne wśród Skandynawów miejsce na letnie wypady. Piękne, niekończące się plaże, idealne warunki do żeglowania. Latem oaza, kwitnąca ludźmi. Zimą wyspa porzucona, ziemia niczyja. Dudni pustką, a ta napędza spekulacje. Tchnie złowieszczym oddechem błądzących po rozległych mokradłach duchów, wspomnień. Monotonny krajobraz, niemal bezludny i stoicki, zimą bardziej surowy, pokazuje swoją siłę nagłymi śnieżycami (fåk), silnymi sztormami. Idealne miejsce na zbrodnie. Pewnego dnia dziecko wymyka się dziadkom, przedostaje przez płot i znika we mgle na mokradłach. Rozpływa się w powietrzu. Matka nigdy nie godzi się z jego stratą. Innym razem ciało kobiety dryfuje w morzu. Mogła się potknąć, uderzyć w kamień. Mógł jej ktoś pomóc wpaść.
Olandzka tetralogia wyróżnia się na tle innych skandynawskich kryminałów. Składa się na nią co najmniej osiem historii. Po dwie w każdym tomie. Kryminalna i obyczajowa. Theorin świetnie zna historię i mentalność wyspy. Wplata ją w książkę, bardzo delikatnie i z wyczuciem. Stąd trolle czy elfy, nie rezonują i nie fałszują, nie wymachują legitymacją policyjną. Jest i duch podpowiadacz w kwestiach tego co obrabować, ale szczerze można sobie zinterpretować tabliczkę Ouija, tak jak chcemy. Mnie bawiła.
Wszytko w kryminałach Theorina zdaje się być ze sobą luźno powiązane. Wątki przedstawiane, bardzo ciekawie zarysowane, wydają się podbijać stopniowo nieco gotycki klimat. Nie są nachalne, ale każdy ma znaczenie. Nie są polityczne, społeczne, nie omawiają modnych tematów mielonych w telewizji, czy prasie. Krążą wokół miejsca, jego historycznego zaplecza i przeszłości. Intryga rozpisana jest na kilka głosów morderczych, złodziejskich, rodzinnych sekretów i wstydów. Powieści łączy ze sobą postać osiemdziesięciolatka Gerlofa. Emerytowanego rybaka, spędzającego czas w domu starców. Mężczyzna wspaniale zna wyspę i okazuje się być dobrym detektywem, z przypadku. To kolejna różnica. Brak wyraźnego łącznika, pierwszoplanowego. Brak śledczego prowadzącego dochodzenie w roli gwizdy pierwszego planu. Śledztwo jest jakby dodatkiem. W głowach świdruje wam myśl, że czytacie kryminał. Ta myśl zasadza się tak głęboko, że nie pozwala o sobie zapomnieć. A życie na Olandii biegnie swoim torem. Momentami mistycznym. To są wspaniałe opowieści.




Johan Theorin „Zmierzch”, „Nocna zamieć” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014 (e-book)/2010

0 komentarze:

W prostych historiach Kneale'a, szczegół gra zawsze pierwsze skrzypce, a w jego rytm tańczą wyraźnie zarysowani bohaterowie. W tej his...

Kronika rzymskich przypadków

W prostych historiach Kneale'a, szczegół gra zawsze pierwsze skrzypce, a w jego rytm tańczą wyraźnie zarysowani bohaterowie. W tej historii matka zabiera dzieci na wyprawę do Rzymu. Pakuje syna, córkę, chomika, domek dla lalek i stertę pudeł. Wraca do kraju młodości. Bardzo rekreacyjnie i być może melancholijnie, byłoby. Naprawdę Hannah ucieka przed mężem, rzekomo sadystą i świrem, pragnącym wymordować cała trójkę. Tak zaczyna się włóczęga. Przydrożne hotele, mieszkania dawnych znajomych pomieszkiwane do granic gościnności. Scenariusz niezłego thrillera. Tymczasem otrzymujemy coś zgoła innego. Choć historia w pewnym momencie staje się przewidywalna, to widziana i relacjonowana oczami dziewięcioletniego dziecka, nabiera bardzo autentycznego dramatyzmu. Taka perspektywa to nic nowego w literaturze. O ile ciekawa, o tyleż samo niebezpieczna. Można się potknąć o czułostkowość, o ckliwość, o zbędną łzawość. Ale Kneale to mistrz precyzji, nie pozwala sobie na dekoncentrację. Przechodzi bardzo płynnie od pierwszych momentów niepewności, przez szaleńczą histerię, po wzruszające zakończenie. Wyposaża swojego narratora w cały arsenał dziecięcych braków, a z drugiej strony w mistrzowsko obserwacyjny zmysł, który napędza akcję. Pozwala mu żonglować błędami ortograficznymi, burzyć zasady składni, wtaczać opowieści o rzymskich cesarzach i astronomicznych fenomenach.

Rys. Dermot Flynn dla Langland
Wielki Atraktor przyciąga właśnie nas. (…) Założę się , że kiedyś wydarzy się gigant katastrofa , będziemy coraz bliżej i bliżej i nagle nas wciągnie.

W obserwacji dziecka jak na dłoni można obejrzeć wszystkie emocje dzieciństwa, trudy poznania, obawy, strach. Świat jaki istnieje w jego głowie, zostaje opowiedziany i spisany. Ludzie nabierają cech zwierzęcych. Łatwiej ich oswajać? Powoli wychodzi na jaw, że matka zmaga się z silną depresją i walczy z paranoją. Kronika jej stanu jest jak crescendo orkiestrowe Ravela, w pewnym momencie następuje erupcja. Kobieta coraz bardziej gubi się w rozwiązaniach i organizacji, ale mimo to w opowieści syna na cały ten chaos spada zasłona wyrozumiałości, tak piękna i tak autentyczna jak miłość między nimi. Miłość, która staje się tarczą dla zachowań matki.


Matthew Kneale „Rzymianami bendąc”, Wydawnictwo Wiatr od Morza, Gdańska 2016














Za książkę dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza


1 komentarze:

Truman Capote sprzedał prawa do ekranizacji „Śniadanie Tiffany'ego” za 65 tys dolarów i pluł sobie potem w brodę. Nie ze względu na ma...

Jak Audrey Hepburn i mała czarna zmieniały Hollywood

Truman Capote sprzedał prawa do ekranizacji „Śniadanie Tiffany'ego” za 65 tys dolarów i pluł sobie potem w brodę. Nie ze względu na marną kasę, ale dlatego, że powstały film był daleki od jego wyobrażeń. Capote nie pochwalał wyboru Hepburn, bo w roli Holly widział Marilyn Monroe. Nie pochwalał romantycznego i ckliwego zakończenia, a po premierze przyznał się bez ogródek do torsji jakie miał na widok tej komedii. Chciał gorzkości swojej celulozowej historii, nie słodkiej walentynki.
"Śniadanie u Tiffany'ego"

Tymczasem twórcy natrudzili się niemało. Musieli znaleźć reżysera, musieli przekonać Hepburn, aby dla odmiany zagrała dziwkę, nie księżniczkę. Blake Edwards błagał na kolanach wytwórnię, aby nie obsadzała George'a Pepparda w roli Paul'a. Trzeba było zaprosić dziesiątki kotów na casting i obsadzić co najmniej kilka identycznych w roli Kota. O mało co nie wyrzucono na śmietnik oskarowego „Moon River”, a trzynastominutową scenę slapstickowej imprezy kręcono tydzień.
Książka Sama Wassona „Piąta Aleja, piąta rano” opowiada o kulisach powstania kultowego filmu z Audrey Hepburn w roli głównej. Ta historia choć sama w sobie ciekawa, najeżona anegdotami, cytatami, historyjkami z planu, napędza drugą: o zmianach, o tym co film ten zapowiadał i przełamywał, o końcu pewnej ery w Hollywood. Żeby uzmysłowić sobie jakie piruety musiało odstawiać studio Paramount Pictures', aby ekranizacja doszła do skutku, trzeba przenieść się do lat 60-tych ubiegłego wieku i zrozumieć jak amerykański przemysł filmowy funkcjonował pod anielską i cnotliwą maską z uśmiechem Doris Day. Tu właśnie pojawiał się problem z tekstem Capote, bo ten opowiadał o prostytutce i to ekscentrycznej i pełnej dezynwoltury, totalnie nieskrępowanej. Dodatkowo autor opisywał (i zdaje się przyklaskiwał) kradzieży, narratorem był gejem, ukochany głównej bohaterki, utrzymankiem innej. Amerykańska cenzura nie mogła tego znieść, groziła palcem, wykreślała i wycinała. Przed scenarzystą Georgem Axelrodem stanęło niemałe wyzwanie, bo jak przemycić treści i podteksty? Jak nazwać seks seksem i pozwolić dwóm obcym sobie ludziom spać w jednym łóżko.
Link
Film był rewolucją. Wprowadzał nowy typ bohaterek. Zmieniał sposób w jaki postrzegało się w tamtych czasach singielki i … seks, a ten za sprawą czarującej Holly przestał być domeną złych i stygmatyzowanych zdzir. Aseksualne Hollywood, którego symbolem była Doris, odchodziło do lamusa, Holly przyniosła niepokorną frywolność i akceptowalny kobiecy indywidualizm.


Sam Wasson „Piąta Aleja, piąta rano”, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2014

1 komentarze:

Pan Wonka,  w skórze Johny'ego Deepa,  wydał się Lilce lekko przerażający, ale jego książkową wersję pokochała istną ciekawością. Obra...

Najpierw była książka: czytamy Roalda Dahla

Pan Wonka, w skórze Johny'ego Deepa, wydał się Lilce lekko przerażający, ale jego książkową wersję pokochała istną ciekawością. Obraz jaki namalował się w jej głowie przestawiała kogoś na kształt klauna, momentami kapryśnego, z niebywałym urokiem osobistym, charyzmą i swawolnością. Wlepiała we mnie swoje szaro-niebieskie oczy, a ja mknęłam po stronach powieści lekko i z gracją niczym Maja Plisiecka w tańcu łabędzia. Nie mówiłam Lilce, że zanim dojechałam do domu przeczytałam już książkę w autobusie. 


rys. Quentin Blake

„Charlie i fabryka czekolady”, czyli historia o całkiem zwykłym chłopcu, do którego pewnego dnia uśmiechnęło się szczęście, a właściwie złoty kawałek papieru. Z małej, biednej chatki, w której mieszkał z szóstką dorosłych (z których czworo miało w sumie ponad trzysta sześćdziesiąt lat), wybrał się na spacer swojego życia. Wszystko to za sprawą tajemniczego, acz genialnego Pana Willy'ego Wonki. Kimże był ten człowiek, centrum wszechświata (historii) Dahla? Można go traktować jako lekko zdziwaczałego, zmanierowanego, żeby nie napisać szurniętego psychotycznego cukiernika, która za nic ma teorie chemii, fizyki i … zdrowego rozsądku. Niektórzy scenarzyści poszli o krok dalej, nadając mu maniakalny, a nawet manipulatorski charakterek, a jeszcze inni skrajnie dziecięcy, momentami idealnie upiorny uśmieszek, a i odrobinę protekcjonalizmu. Moim zdaniem próżno kopać i interpretować, próżno też zawierzać wizjom scenarzystów i reżyserów, Wonka to po prostu geniusz, to artysta, ekscentryczny twórca i stwórca. Pewnego dnia, ów koryfeusz postanowił zaprosić pięciu szczęśliwców do swojej fabryki. Miejsce to pozostawało od lat tajemnicą. Odgrodzone od świata wielką bramą, otwierało swe podwoje tylko dla opuszczających je słodyczy, budziło ciekawość wśród mieszkańców miasta. I tak oto pewien miłośnik czekolady, mistrzyni żucia gumy, dziewczynka, która miała wszystko, pasjonat telewizji oraz malec, który nie miał nic, spotkają się, aby odkryć miejsce o jakim nie śniło żadne z nich.


rys. Quentin Blake  (via King &McGaw)
Książka jest genialna. Porywa opisem świata tak fantastycznego, przestronnego dla pomysłu, unikalnego, że naprawdę chce się wierzyć w jego istnienie. Rzeki czekolady, jadalna trwa, toffi na porost włosów, posiłek z gumy do żucia, wznoszące napoje z bąbelkami, zlizywane tapety oraz cukierki, które nie są okrągłe, a wyglądają.
Ale cały mój zachwyt nad książką Dahla wynika głównie z podziwu dla wyważenia. Wyważenie między szalonym światem fantazji i magicznego polotu, a brutalnymi i gorzkimi tematami czerpanymi z szarej rzeczywistości. Cała prawda na temat charakterów małych bohaterów, ich zachowań i postaw, wyśpiewywana mało subtelnie przez Umpa-Lumpasów jest lustrem tej gorszej strony świata. Dlatego gdy książka Dahla ukazała się w latach 70-tych, uważana była za zbyt krytyczną w stosunku do dorosłych oraz pełną przemocy. Tak, w tej książce dzieci czeka kara, sroga i bezlitosna, zero politycznej poprawności. Tak, obrywa się też bezkrytycznym rodzicom.





0 komentarze: