Pages

wtorek, 12 lutego 2019

Demony w brokacie




Najpierw umarł tata. Potem urodziło się dziecko. Kupiliśmy dom. Pracowałam sześć lat wirtualnie. Przestałam się malować. Całymi dniami nosiłam piżamę. Wszystko mnie wkurwiało, ale gorsze było chyba to, że nic nie cieszyło. Mam chore nerki, genetycznie, za kilka lat przestana działać. Muszę mieć przeszczep. Rozumiecie, ja już to wiem. Jeśli myślicie sobie: “Boję się śmierci” [choć nic mi nie dolega], ogarnijcie strach ludzi, którzy żyją ze świadomością końca o wysokim prawdopodobieństwie. Przeszłam terapię, podobno to była nieprzeżyta żałoba i lęk przed śmiercią. Oki, są rzeczy, na które nie mamy wpływu; trzeba jak mantrę powtarzać codziennie i będzie dobrze (?). Nie wszytko da się kontrolować. Wyluzuj. Żyj dalej. The party is on …

W depresji czujesz przepastną samotność. Z oddali dochodzą do Ciebie głosy – masz wszytko, on gotuje, masz samochód, zdrowe, mądre dziecko. Wyjesz. Krzyczysz i ranisz się do krwi. Po cichu. I te głosy ze świata obok. To foch, wymyślanie, kryzys wieku średniego, zwracasz na siebie uwagę. Uspokój się. Jesteś egoistką, skupiasz się na sobie. Skup się na rodzinie, a będzie lepiej. Dziadziejesz. Ja sobie cicho mowię, że może jestem leniwa?

Uderzasz głową o ścianę. Krzyczysz. Cisza. No, tylko te myśli w Twojej głowie.

Nowa praca okazuje się z czasem koszmarem. Stres, z którym zwykle dobrze żyjesz i który daje ci przyjemnego kopa motywacyjnego, teraz sprawia łomot. Chcesz zachować balans praca-dom, ale nie idzie. Podtapiasz się coraz częściej.

Przestajesz spać. Wymyślasz choroby. Jedną już masz [na zawsze], a jak pojawi się inna to dopiero będzie. Szukasz raka. Wszyscy go mają. Programujesz przyszłość. Przestajesz spać w nocy. Zmęczenie dopada cie w okolicach szóstej rano, kiedy trzeba już ogarniać życie. Jedziesz na adrenalinie. Potrafisz tak. Jesz jeden jogurt dziennie. Nie czujesz głodu. Kłęby myśli, czarnych, smolistych, ciężkich. Miesiąc, dwa. Jesteś cieniem.

Spoglądasz w lustro. Siwy odrost. Zero makijażu. Jakieś włoski na brodzie. Zakładasz okulary i idziesz dalej. Masz to w sumie w dupie. Wygląd nie jest najważniejszy. Ale w duchu wstydzisz się zapuszczenia. Nie masz siły się teraz fiokować. Rezygnujesz z tego, co lubisz. Ograniczasz znajomych. Nie lubię ludzi, myślisz. “Piekło to inni” [Sartre]. Ograniczasz wychodzenie z domu i spotkania. “My się już wybawiliśmy w liceum”, “Wszystko robimy we trójkę, nie mamy innych potrzeb”, “Film obejrzę na Netflixie, po co iść do kina”. Ograniczasz to, co lubiłaś. Nie podróżujesz, oglądasz zdjęcia znajomych z Jordanii i płaczesz. Nie jeździsz na nartach, to drogi sport, a kredyt sam się nie spłaci. Ciuchy kupujesz tylko w necie, za duże? Trudno, zakryją tłuszcz. Przestajesz grać w squasha. Przestajesz biegać. Choć dawało ci to radość.

Chciałabyś się ogarnąć. Coś zrobić. Masz pomysły i plany. Mówisz o tym głośno, ludzie klaszczą. Nie ma siły na realizację, boisz się. Nikt ci nie pomaga, jeśli sama sobie nie pomożesz. Życie wydaje się być czynnością mechaniczną: wstajesz, karmisz dziecko, biegniesz do szkoły, do biura, wracasz do domu, o 17.00 zakładasz piżamę i leżysz. Coś czytasz, oglądasz seriale, piszesz bloga [coraz mniej]. Światła w tunelu nie widać. Plany nie wydostają się poza Twoją głowę. Nie ma mocy, inspiracji, nie ma flow.

Znowu terapia, bo jest już źle. Idę tam i mówię, że nie daję rady, że potrzebuję pomocy. “Czy ma Pani myśli samobójcze?”. Nie, jestem tchórzem, mam dziecko, nie mogłabym. A kiedy smutek cię przygniata, chcesz zasnąć na zawsze. Myślisz o tym. Po cichu. Sama.

Terapia to mocna weryfikacja tych, co wokół ciebie i tego, co w twoim życiu najważniejsze. W nocy lęki kołaczą się po głowie, łapiesz za rękę najbliższą i dostajesz krzykiem w twarz. “Ile to będzie trwało?” Weryfikacja jest dla mnie bardzo bolesna. Wszędzie znaki zapytania. Najbliżsi wiedzą, z czym się zmagam, ale przepracować muszę sama. Decyzje, które mogą zmienić wszytko, muszę podjąć sama.

Nie chciałam brać leków. Bałam się ich równie mocno jak otwartej, głębokiej wody. Kiedy nerki wysiądą, trzeba będzie brać garściami, żeby przeżyć. Patrzyłam na pudełka uspokajaczy i myślałam dam radę sama. Były już takie zwiechy i dałam radę. SAMA. Ale leki przynoszą wyczekany sen. To jakiś sukces.

W nowym roku pojawiło się na moment światełko. Fatamorgana. Zniknęła szybko, ale dala mi motywacja do wyjścia ze skorupy. Okulary na soczewki. Konturówka, tusz. Farbowanie włosów. Tysiąc dwieście wydane na ciuchy. Czyli da się. Można zamaskować demony.

Wyciągniecie ręki po pomoc nie przyszło mi trudno, ale sam proces jest ciężki. Potrafię już głęboko oddychać, napięcie jest mniejsze, tylko emocje sięgają zenitu. Intelektualnie wszytko wiem, mogę każdemu doradzić. Emocjonalnie nie wiem nic.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz