„Poranek tamtej niedzieli (…) pełen był cudów, dziwów i niespodzianek”, z których największą była plotka jaka obiegła miasto: król (po schadzce z pewną ladacznicą) zapragnął ujrzeć królową nagą. Dla współczesnego czytelnika niby nic takiego, ale w XVII-wiecznej Hiszpanii spowitej płaszczem Świętej Inkwizycji królewskie pragnienie zdawało się zagrażać bezpieczeństwu...
„Musisz zrozumieć, że to jedna z tych chwil (…)Takich, które zachowujesz dla siebie(…) Musisz się dobrze zastanowić ...
Nathan Milstein gra Sonatę A-dur op. 47 Beethovena zwaną
„Kreutzerowską”. Początek - wspaniale żywiołowe
solo skrzypiec przy delikatnym akompaniamencie fortepianu, później tempo opada,
aby rozbrzmieć zachwycającym presto na zakończenie.
Takie samo tempo ma nowela Lwa Tołstoja, która swój tytułu
zaczerpnęła od tego właśnie utworu. Historia dość prosta: pasażerowie pociągu rozmawiają
o małżeństwie i o sytuacji kobiety i mężczyzny. Temat ten podejmuje, siedzący z
boku siwy pan. Tak poznajemy Wasilija Pozdnyszewa. Zabójcę. Jego - w zasadzie -
monolog wypełniający resztę utworu pełen jest przemyśleń na temat ludzkiej
natury, związków, zepsucia, obyczajowości XX wieku. Oto opowieść o małżeństwie.
O początkowej słodyczy i namiętności. „Zdumiewające,
jak zupełne bywa złudzenie, że piękno jest dobrem” [33] O dzieciach i macierzyństwie.
O oddalaniu się. O tej jednej myśli, która wyzwala zazdrość, furię i prowadzi
do upadku i tragicznego finału. O godności. Prawdziwy tygiel emocjonalny.
Ponadczasowy moralitet. Jak krótkie, szarpane cięcia smyczek na strunach
skrzypiec, równie mocno dotyka nas historia Pozdnyszewa. Ostre słowa ranią. Jest surowo. Boleśnie
i oburzająco. Prawdziwie, bez zbędnego lukru i taniego usprawiedliwiania.
Lew Tołstoj, „Sonata
Kreutzerowska” Wydawnictwo Znak, Kraków 2010
Książka
wciąga mnie od pierwszych stron, jak mało która. Świetnie zarzucony haczyk. Oto
mamy śledczego Ding Gou’era, który zostaje wysłany przez prokuraturę do kopalni
Luo Sha aby przeprowadzić dochodzenie o domniemanych przypadkach kanibalizmu wśród
wysokich rangą urzędników państwowych. Alkoholandia (prowincja do której się udaje)
wita go niczym innym jak drinkami wg dewizy „…
nie wychylisz trzech kielichów, to zły będziesz jak licho!”. A później jest
tych kieliszków tylko więcej i więcej - maotai, wino Tonghuashan, piwo Qingdao
etc.. Opary alkoholu zaczynaj buchać ze stron książki i otaczać czytelnika.
Delirium. Omamy układają w głowie śledczego wizje. Co jest snem a co jawą? Im
bardziej zagłębiamy się w książkę tym bardziej intryga się rozmywa. Co jest prawdą
a co jest alkoholowym majakiem? Zanurzamy się wraz z Ding Gou’erem w otchłani chińskiej egzotyki, tak
różnej od zachodniej. Oprócz alkoholu kosztujemy zaskakująco dziwnych potraw.
Zaczynamy od lotosowego dziecka (prawdziwego?),
„smoka i feniksa w szczęśliwym połączeniu”, a kończymy na zupie z gniazd
salangany złocistej. Jakkolwiek obrzydliwe mogą wydawać się te potrawy to jedno
trzeba oddać autorowi - pisze o nich pięknie i przekracza wszelkie granice
absurdu. Dodatkowo spotykane postaci wydają się być wyjęte z albumu „Freaks,
Geeks, and Strange Girls”
Teddiego Varndella – karzeł Yu Yichi, demoniczny chłopiec to tylko jedni z wielu. Płaszczyk
surrealizmu demaskuje okrutną rzeczywistość Chin: nierówności społeczne, uprzywilejowanie
urzędników partyjnych, biedę, cenzurę.
To co
mnie ujęło w książce to jej konstrukcja. Na jednej płaszczyźnie funkcjonuje
śledztwo Ding Gou’era, listy między Mo Yanem a początkującym pisarzem Li Yidou i
opowiadania tego ostatniego. Trzy
równoległe historie o wielu wspólnych wątkach. Pytanie: która inspiruje którą? Literatura
z gatunku eksperymentalnych - kilka
planów, język potoczny wymieszany z literackim, elementy surrealizmu,
naturalizmu i oniryzmu. Dodatkowo pastisz i trawestacje sprawiają, że czytelnik
poddaje się grze prowadzonej przez autora. W historię powplatano imiona i
nazwiska prawdziwych i wyimaginowanych bohaterów. Sensacja miesza się z
kryminałem i epistołą, a wszystko to podlega dekonstrukcji. Nic innowacyjnego,
ale bez wątpienia elementy te potęgują moc książki na początku. W połowie jednak
zabawa konwencjami staje się męcząca i przysłania historię. To co wydało mi się
„Hitchcockowym otwarciem” nagle straciło moc. Zaczęłam się zastanawiać: po co
autor napisał tę książkę? Dokąd idziemy panie Mo Yan?
To moje
pierwsze spotkanie z autorem. Do przeczytania „Krainy wódki” skusiły mnie porównania
z Màrquezem i Kafką, które teraz wydają się grubą przesadą. A Literacka Nagroda
Nobla? Już dawno przestała być „literacką” a stała się „pokojową”