To jest recenzja książki nietypowej jak na ten blog. Nie wiem w zasadzie jak ją zakwalifikować – poradnik? biografia? Może po prostu hist...

Podróż do świata ultramaratonów


To jest recenzja książki nietypowej jak na ten blog. Nie wiem w zasadzie jak ją zakwalifikować – poradnik? biografia? Może po prostu historia. Historia wielkiego sportowca i człowieka – Scotta Jurka. „Jedz i biegaj. Niezwykła podróż do świata ultramaratonów i zdrowego odżywiania”. Czemu sięgnęłam po tą pozycję ? To proste. Też biegam. W zasadzie zaczynam, a zaczynałam już kilkakrotnie. Niestety poddawałam się. Brakowało mi motywacji. Tym razem jest inaczej, a przynajmniej taką mam nadzieję. Mam partnera biegowego, który pomaga. Wzięłam udział w biegach masowych, a to daje mobilizację i siłę. Mam cel – półmaraton w przyszłym roku. Ale jak to jest przebiec ultramaraton? Dystans powyżej 42 kilometrów 195 metrów ? Każdy kto biega, wie jakie to wspaniałe uczucie pokonać długi dystans, na przekór własnym słabościom, kiedy czujemy, że mimo ogromnych chęci, nogi nie chcą nas nieść, mięśnie domagają się odpoczynku, w głowie krzyczy do nas ta jedna myśl - ”Nie dam rady!”. A jak się uda, satysfakcja jest ogromna, a głód kolejnych biegów coraz większy. Później, codziennie kiedy wybiega się na trasę, to uczucie lekkości, kiedy umysł jest wolny od wszelkich myśli. Tylko Ty i dystans. Stan ducha po piątym, dziesiątym, piętnastym kilometrze to absolutny spokój, mimo tego, że ciało krzyczy z bólu. Doświadczasz wycieńczenia, załamania, poznajesz siebie. Przekraczasz granicę. Uśmiechasz się. Niemożliwe jest w zasięgu ręki.

Książka Jurka jest niezwykłą historią prawdziwej i szczerej miłości do biegania. Od trudnego dzieciństwa, naznaczonego chorobą matki i biedą, poprzez sportowe początki (dalekie, nota bene, od ultramaratonów), coraz bardziej wymagające treningi, aż do sukcesu, zwycięstw i bicia rekordów. Książka daje ogromną motywację. Czytając ją chciałam wybiec na pole i gnać przed siebie jak najszybciej potrafię, z uśmiechem na ustach. Są tu opisy karkołomnych tras – stu trzydziestu pięciu mil (!) przez  Dolinę Śmierci, stu mil w biegu Western States i etapów przygotowawczych w skrajnych warunkach. Dla przeciętnego człowieka czysta abstrakcja. Dwieście sześćdziesiąt sześć kilometrów poniżej dwudziestu czterech godzin! Biegnąc! Przyznaję, że nie potrafię sobie wyobrazić ani tak długiej trasy, ani tym bardziej przebiegnięcia jej.

Mózg mi płonął. Ciało palił żywy ogień. Dolina Śmierci położyła mnie na patelni i postanowiła usmażyć. Chłopcy z mojej ekipy kazali mi wstawać, mówili, że dam radę (…). Ale ja ich prawie nie słyszałem, bo byłem zajęty wymiotowaniem. (…) Temperatura wynosiła czterdzieści wysysających duszę, spalających na popiół stopni Celsjusza. (…) Właśnie przebiegłem ponad sto dwadzieścia kilometrów tam, gdzie dawniej ludzie umierali, idąc piechota, a zostało mi do pokonania jeszcze blisko sto pięć. „ [15]
 
Ta książka przynosi opis zmagań z samym sobą, ciałem, losem, myślami, sprzętem, ambicjami. Pokonywanie kilometra za kilometrem, dniem i nocą, ściganie się z Indianami z plemienia Tarahumara. Jest i zwątpienie, przesyt. Zawsze wiedziałam, że siła człowieka tkwi w jego umyśle. To tam rodzą się wszystkie nasze zwątpienia, nasze bóle, problemy, ale też nasze zwycięstwa. Motywacja jaka płynie z tej książki, inspiruje do własnych poszukiwań biegowych, do odkrywania własnych ścieżek. Bo wszystko zaczyna się od chęci zrobienia czegoś ciekawego. Jeśli ktoś  zastanawia się teraz "po co przebiec taki dystans?", znajdzie tu swoją odpowiedź.

Pojawia się także tematyka weganizmu, na szczęście bez żadnej agitacji, ale z rozsądkiem. Jurek poszukiwał tej drogi dość długo i na tych poszukiwaniach się skupia. Ja też jestem na tym etapie, więc książka stała mi się bliska i z tego powodu. Nie ma tu opisu diety wegańskiej, sposobu bilansowania i substytucji białka zwierzęcego, filozofii, choć pojawiają się ciekawe rozważania oraz przepisy.

Książkę pochłonęłam w dwa dni. Nie jest to wielka literatura. Ale nie ma w niej banału i tanich porad w stylu „każdy potrafi”,"wystarczy uwierzyć". Nie ma planów treningowych, za to jest tu wiele prostych mądrości bardzo rozsądnego i dociekliwego człowieka. To historia o dojrzewaniu i poznawaniu siebie, o przyjaźniach, które pozwalają nam uwierzyć na nowo, potrafią zbesztać, ale zawsze dodać sił.

 Bieganie pomogło mi zdefiniować samego siebie jako sportowca. Doprowadziło do perfekcji moja dyscyplinę i sile i pchnęło mnie ku zdrowszemu, dającemu więcej przyjemności odżywianiu się. Determinacja w dążeniu do celu w ostatecznym rozrachunku przyniosła mi cos najwspanialszego: zdolność zapomnienia, poczucie istnienia wyłącznie w teraźniejszości, umiejętność docenienia doskonałości każdej chwili.” [199]


Scott Jurek, Steve Friedman, „Jedz i biegaj. Niezwykła podróż do świata ultramaratonów i zdrowego odżywiania”, Galaktyka, Łódź 2012.

1 komentarze:

Cafeterie Chic To moje miejsce we Wrocławiu, gdzie lubię pobyć, pospacerować, wypić herbatę, pójść do kościoła, poczytać książki. Mie...

Ostrów Tumski- Wrocław

Cafeterie Chic

To moje miejsce we Wrocławiu, gdzie lubię pobyć, pospacerować, wypić herbatę, pójść do kościoła, poczytać książki. Miejsce bardzo popularne, a jednak ciche. Tylko ptakom wypada głośno ćwierkać. Tramwaje szumią w oddali. Odra toczy wody. Tu jest kolebka miasta, tu wszystko się zaczęło w 1000 roku. Ostrów Tumski - wyspa tylko z nazwy. Staropolski „ostrów” to właśnie mała wyspa na rzece. Turyści nieśmiało pstrykają zdjęcia. Tu i ówdzie śmiech albo głos przewodnika. Chociaż burza wisi nad głową, wilgotność przekracza polskie normy, to jest przyjemnie. Chłodno. Wieże i mury kościołów dają cień. Jest święty Jan Chrzciciel, święci Piotr i Paweł, leciwy i surowy święty Idzi, święty Bartłomiej i święty Marcin. Można spędzić godziny w ich objęciach, zostawić szum za sobą i zostać z echem butów siostry Szarytki i chrząknięciami starszych pań. Zapach wilgoci i drewna, przetykany kadzidłem. Drogocenna wonna żywica spalana przez wieki zżyła się z murami. Igły świerków, sosen, jałowca oraz oman, arcydzięgiel czy werbena pospolita. Mieszanka woni palonych roślin i mijających stuleci. Nierówne ściany, o kamienistej teksturze –epitafia sufragana Balthasara, księdza Milika i Bonaventury Hahna. Barokowe figury, z dziwnymi uśmiechami na twarzy, kurczące się po ciężarem dekoracji. Cierpią? Radują się? Milczą, choć widziały niejedno. Bóg przyjmuje wszystkich w swoim domu, niektórzy zostają tu na wieki, jak biskup Przecław. Bóg jest miłosierny, ale człowiek w swej małości powinien być czujny. Przypomina o tym Kaplica Elektorska, bo nawet Anioły zostały strącone. Alegorie czterech rzeczy ostatecznych – śmierci, sądu, piekła i nieba przerażają. Modlitwy mkną do nieba po strzelistych iglicach. Nikt nie leje wody, tylko święty Jan, ale on ma taką pracę… .
kosciół pw. św Piotra i Pawła

Kościół na kościele. Pierwszy, drugi, trzeci, katedra, archikatedra. Dosłownie. Pod ziemią także. Fragmenty dawnych murów, przytłoczone kolejnymi. Można z nich wyczytać intencje architektów i zmiany planów. Miał być kościół, ale dokopano się do korzenia w kształcie krzyża. To znak! Kiedyś człowiek widział wszystkie znaki, wyraźnie, współczesny o nich zapomina, po prostu betonuje, gdzie może. Znak podzielił kościół na dwa: dolny i górny. Odtąd święty Bartłomiej dźwiga krzyż.

Można usnąć w tej ciszy tak jak pewien chłop tęskniący za swoja zmarłą żoną i jej wyśmienitymi kluskami śląskimi. Przyśniła mu się, a kiedy się obudził mógł cieszyć się miską świeżych klusek. Jedną chciał zostawić sobie na pamiątkę tego cudu, ale ta stoczyła się z łyżki i skamieniała na łuku, który łączy świętego Idziego  z domem kapituły. Tak powstała Brama Kluszczana. Działy się tu cuda!

W ogrodach biskupich kwietnie lawenda. Trawniki wymuskane, żadne źdźbło nie śmie podrosnąć pierwsze. Na murach bezczelnie rozkłada się bluszcz, leniwie puszczając kaskady liści dające cień i wytchnienie, którego szukamy dziś wszyscy.





Zdjęcia autorki.

1 komentarze:

Mam taka ulubioną czynność. Planowanie. Oglądam mapy, zdjęcia, przewodniki. Marzę o tym, gdzie kiedyś pojadę, albo gdzie jeszcze wrócę. W...

„Stary Express Patagoński”


Mam taka ulubioną czynność. Planowanie. Oglądam mapy, zdjęcia, przewodniki. Marzę o tym, gdzie kiedyś pojadę, albo gdzie jeszcze wrócę. Wspominam. Wyszukuję możliwe sposoby dotarcia do celu, co można zobaczyć po drodze. Oglądam hostele, hotele, namioty. Sprawdzam ofert linii lotniczych. Marzy mi się Brazylia i Nowa Zelandia. Jerozolima i Alaska. Pekin i Buenos Aires. Tyle tajemniczych miejsc, tylu ciekawych ludzi. Palec krąży po mapie. Przystaje to tu, to tam. Plan wyprawy układa się w całość. Wypełniają go migawki widziane w telewizji: ośnieżona góra Cooka, ruchliwa Avenida de Mayo, Kopuła na Skale, wulkan Castle zimą. Rośnie też stos książek podróżniczych i albumów. One dodatkowo rozbudzają moją wyobraźnię. Na ile zawarte w nich historie są prawdą? Jak fantastycznie, musi być zobaczyć to na własne oczy! Teksty i obrazy determinują pragnienia.

W ostatnich latach ukazało się mnóstwo książek podróżniczych. Ciężko zliczyć. Każdy jest teraz podróżnikiem (a na dodatek pisarzem). „Moje Indie”, „Romans z Turcją” „Blondynka tu”, „Blondynka tam”. Czy nawet najbardziej ekstremalne wyprawy proszą się o popełnianie książek? Czym obecnie jest dobra literatura podróżnicza? Jakie są dla tego gatunku pozycje ważne i niezbędne? Kto jest sztandarowym przedstawicielem, a kto epigonem?

Podróże w księgarni zaprowadziły mnie na spotkanie z Paul’em Theroux. Człowiekiem od pociągów – z Wielkiej Brytanii do Japonii i z powrotem, z Kairu do Cape Town, poprzez Chiny, z Bostonu do Esquel. Jego książki są jak żadne inne. To opowieści o tym, co jest pomiędzy. O podróży samej w sobie, o „pokonywaniu przestrzeni”. „Stary Express patagoński” prowadzi nas trasą bostońskiego metra, pociągu Lone Star, wzdłuż szlaku Chisholma, którym pędzono bydło, Azteckiego Orła, Pocisku Balboa, Gwiazdy, aż do Patagonii. Autor prześledził mapy i odnalazła ten szlak. Postanowił pojechać, nie polecieć. „Podróż lotnicza jest bardzo prosta, irytująca i zawsze wzbudza niepokój. Przypomina wizytę u dentysty; nawet fotele są podobne.”[12] Pakuje jedną walizkę, kilka książek, ciepły sweter i nieprzemakalne buty. Nie ma nic do roboty. Opisze to co zobaczy za oknem i to co spotkał wysiadając na małych, brudnych, nieznanych stacyjkach. Będzie czytał lokalną prasę, w tym listy do redakcji, żeby dowiedzieć się więcej o mieszkańcach. Skrywa cel swojej podróży. Udaje nauczyciela geografii. Po prostu nie chce zapeszać. Na mapie wybiera te miejscowości, które zostały zapisane grubszą czcionką, do innych trafia przypadkiem. Nie ma przewodnika – czasem po prostu pójdzie za kimś, aby wybrać hotel, czasem podąży za muzyką, za tłumem. Czasem pociąg stoi kilka dni, bo woda podmywa tory. Walczy z choroba wysokościową. Włóczy się po poboczu.

Książka Theroux pokazuje kontrasty. Sam autor jest pełen sprzeczności. Cyniczny, bezwzględny w swoich ocenach, bez ogródek i zahamowań mówi to, co myśli. Z drugiej strony tęskni za ludźmi, łaknie ich towarzystwa, próbuje nawiązywać znajomości. Czuje się samotny, ale chętnie omija ludzi lub ich do siebie zniechęca irytująco-zaczepnymi pytaniami. Jest szorstki, ale też romantyczny. Jest jak świat mijany za oknami pociągu – sprzeczny. Przejeżdża przez biedę i skrajne bogactwo, styka się z pobożnością i świeckością. Przez wyschnięte pola i urodzajne plantacje kawy. Spotyka rdzennych mieszkańców i „przyjezdnych”, którzy nie chcą się asymilować, nie znają historii, języka, kultury miejsca, w którym żyją latami. Wisienką na torcie jest spotkanie z Borgesem, ociemniałym i leciwym, ale wciąż niezwykle bystrym. Prawdziwa gratka. Ich rozmowy o literaturze są niezwykłe. "Iść ulicą Buenos Aires z Borgesem to było jak iść przez Aleksandrię z Kawafisem albo przez Lahore z Kiplingiem. Miasto należało do Borgesa, który przyczynił się do jego wymyślenia"[493].

Wszystko w tej książce jest ulotne. Nie trwa długo, ale jest niespieszne. Nikt tu nie szuka związku na zawsze - ani podróżnik, ani miejsca. Przemieszczamy się. Taka jest idea podróży. Theroux serwuje nam trzeźwą ocenę, pozbawioną zbytecznego banału. Pisze o tym czego oczekuje, co widzi, dopiero w tle serwuje nam historię i ciekawostki. Czuć ogromną chęć i przyjemność podróżowania. I choć wyprawa ta odbyła się pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, to niczego to książce nie ujmuje, wręcz przeciwnie nadaje jej ciekawy posmak.

 


Paul Theroux, „Stary Express Patagoński. Pociagiem przez Ameryki”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

 

0 komentarze:

Nieśmiałość. Każdy nosi ją w sobie. Melania i Melchior też, może nawet mają jej więcej niż przeciętna świnka. Ona próbuje ukryć i schowa...

„O Melanii, Melchiorze i Panu Przypadku”


Nieśmiałość. Każdy nosi ją w sobie. Melania i Melchior też, może nawet mają jej więcej niż przeciętna świnka. Ona próbuje ukryć i schować bojaźliwość „pod wielkim kapeluszem i ciemnymi okularami”. Niezły pomysł, zakrywamy się i już nie widać naszych emocji, leków i słabości. Wiem co mówię, mam trzydzieści pięć lat i jestem mistrzem w dziedzinie skrywania. Ukrycie pozwala zbudować nowy obraz siebie, głównie dla innych i wtedy się dzieje – „uchodzimy w okolicy za zarozumiałych”. Wszyscy widzą to, co chcesz. Wcale nie próbują zajrzeć głębiej. Sprytna sztuczka! Tylko samotność narasta. Są też tacy, który nie potrafią ukryć nieśmiałości. Czerwień zalewa ich policzki przy każdej okazji. Uszy płoną, a słowa grzęzną w gardle. A jeśli nagle zupełnie przypadkiem dwie nieśmiałości się spotkają? Przecież są nieśmiałe! Nie potrafią pewnych rzeczy wypowiedzieć głośno. Dobrze, że nie trzeba wszystkiego mówić i dobrze, że jest Pan Przypadek. To on sprawia niespodzianki i aranżuje spotkania. Naprawdę on? Możliwe, bo chociaż serce wali w piersi … pojawia się odwaga. A kiedy jest się z kimś, to nieśmiałość rozkłada się na dwoje, nie sumuje się. Matematyka nie działa na emocje.

Bardzo ładnie opowiedziana historia i pięknie zilustrowana przez Pawła Pawlaka. Pokrzepi nawet najbardziej nieśmiałych. Dużo rozmawiam z moją córeczką o emocjach, widzę, że uczy się ich nazw i jak sobie z nimi radzić. Cieszę się kiedy potrafi powiedzieć, co czuje, a przecież ma dopiero dwa latka. Takie pozycje książkowe znacznie ułatwiają tłumaczenie i wyjaśnianie świata. Polecam!


Rozmowa z ilustratorem: http://ilustrada.pl/pawel-pawlak/
 
 
 
Roksana Jędrzejewska-Wróbel , „O Melanii, Melchiorze i Panu Przypadku”, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2013.
 

0 komentarze:

Delikatne dźwięki i kontralt Beth Gibbons. „ All mine ”. Ciężki, smutny klimat idealny na angielską pogodę - pada albo będzie padało. S...

Bristol po godzinach


Delikatne dźwięki i kontralt Beth Gibbons. „All mine”. Ciężki, smutny klimat idealny na angielską pogodę - pada albo będzie padało. Samochód sunie po wąskich uliczkach Bristolu. W oddali, nad rzeką Avon majaczy most. Piękny, wiszący most Clifton. Świadek historii miasta i … pierwszych skoków na bungee pod koniec lat 70tych. Dziecko Isambarda Kingdoma Brunela, nowatora inżynierii XIX wieku, człowieka wizjonera. Siedemdziesiąt pięć metrów wysokości powyżej poziomu wody. Dwie wieże, każda pnie się w górę na dwadzieścia sześć metrów. Liczne samobójstwa. W dole dziki wąwóz rzeki Avon. Spaceruję tam długo, siadam na trawie przy Kamerze Obscura. Patrzę na przejeżdżające auta. W oddali biel Clifton Village. Eleganckiej, ekskluzywnej, zielonej dzielnicy z pięknymi butikami, eklektycznymi restauracjami. Dostojne gregoriańskie budynki na Royal York Crescent stoją w idealnej harmonii z niezależnymi sklepikami, kafejkami. Dwa kilometry kwadratowe Bristolu w stylu vintage, którym czas nadał szlachetność. W słuchawkach sączy się „Glorybox”. Słońce nieśmiało wygląda zza chmur, podkreślając kolory ścian drobnych sklepików. Zamykam oczy. Sączę jabłecznik w The Coronation Tap. Spokój i cisza. Odrętwienie z przyjemności. Błogość. I pomyśleć, że dziesięć wieków temu był tu „tylko” warowny zamek. Chluba i chwała Normanów. Kiedyś miasto handlowe, obecnie ważny ośrodek naukowy i artystyczny. Schodząc ulicą Parkową do dzielnicy portowej mijam „Ostatnią księgarnię”, raj z książkami za dwa funty, żadnych nowości ani bestsellerów, ale jest wszystko od Philipa Rotha po Williama Burroughsa.

Numb”. Postanawiam zabłądzić. Trafiam do St George's Bristol. Wygląda jak muzeum. Osnuty bluszczem i rozkwitającymi magnoliami. Zaczyna kropić deszcz. Wsłuchuje się w koncert trip hopowych dźwięków i mżawki. Jakby brzmiały w tej hali koncernowej? To tu można usłyszeć przecież Wagnera i Massive Attack, Philipa Glassa i drum basowe Bristol Sound. To, co było i to co jest. Scena undergroundowa i offowa jest tu bardzo popularna: groove acid jazz, dub reggae, art rap, drum n’ bass.

Wspinam się uliczkami. Do Brandon Hill Park, w którego centrum stoi 30-metrowa Wieża Cabota. Pokonuję kilkadziesiąt stopni wąskim korytarzem, serce kołacze, klaustrofobia wywołuje zawrót głowy. Wdrapałam się. Mogę podziwiać piękną panoramę miasta. Cabot był genueńczykiem, ale osiadł w Bristolu w 1484 roku i przyjął imię John. To on sprawił, że Brytyjczycy rościli sobie prawa do terenów Ameryki Północnej, bowiem w pięć lat po Kolumbie dotarł do Nowej Funlandii i Labradoru. Pomyśleć, że garstka ludzi wypływa drewnianym statkiem i mierzy się z ogromem oceanu, bezkresem, płynąć w nicość ... . Po tylu wiekach pozostaje duma. Historia Cabota była pierwszą jaką usłyszałam w Bristolu, a człowiek, który ją opowiadał był przejęty faktem, że tak niewielu ją zna.

Serce miasta. „Wandering stars” . Tuż przy rzece Avon. Restauracje, puby, galeryjki wyrastają jak grzyby po deszczu. Tu stacjonuje SS Great Britain, liniowiec zbudowany w 1843 roku. Największy statek transoceaniczny na świecie, kursujący na trasie Liverpool-Nowy Jork, a potem Liverpool-Melbourne. Pierwszy statek napędzanym śrubą, regularnie przez dwadzieścia sześć lat pokonujący trasę między Starym i Nowym Światem. Uległ uszkodzeniu w 1886 roku, niedaleko Przylądka Horn. Spacer wzdłuż rzeki w deszczu jest romantyczny. Nawet samotny. Idę wolno. „Anglik spaceruje, nie biegnie”. Można schować się w @ Bristol, interaktywnym centrum nauki, sztuki, planetarium i doświadczyć tornada, albo wpaść do „M Shed”. Można się po prostu poszwędać. Tak właśnie lubię. Nieskrepowanie i bez konkretnego planu. Bristol przespacerowany.

 Sour Sour Times”. Jest też stare miasto z kipiącym życiem rynkiem Świętego Mikołaja. Uliczki pokryte kocimi łbami. Jest tu ponad sto zabytków klasy pierwszej. List jest długa – Katedra Bristolska, Kościół St. Mary Redcliff, gregoriańskie kamieniczki przy Queens Square. Najstarszy i najdłużej działająca scena teatralna Bristol Old Vic z 1743 roku. A po drugiej stronie miasta, Nelson Street, żadnych zabytków, na murach krzyczy prawdziwa galeria sztuki muralowej. Kontrast. Kolor. Fluorescencyjnie, aż drapie w oczy.

I tym właśnie Bristol skradł moje serce – stare i nowe funkcjonuje obok siebie w niezwykłej harmonii. „United”. „Każde miasto to ma”, mógłby powiedzieć ktoś. Ma. Ale tutaj symbioza osiągnęła mistrzostwo. Tradycyjne korzenie, trochę angielskiej sztywności i architektoniczny indywidualizm razem. Miasto mostów, łódek, balonów, Brunel i Bankeys. Pięknie, kulturalnie i naukowo. To tu urodzili się Wallace i Grommit autorstwa mistrza plasteliny, Nicka Parka. Wyobrażam sobie jak mówią dialektem bristolskim, Brizzle (lub Bristle). Istna gratka dla filologów! Ratyzacja kompletna! "Area" staje się “areawl", zaś "cereal" staje się "cereawl". To oczywiście nadaje smaku całemu pobytowi, a w bezpośrednim kontakcie, może wywołać kaskadowy śmiech lub grobową ciszę - z bezsilności, z kompletnego niezrozumienia.


 Zdjęcia autorki.

0 komentarze:

Książka. Kilka, kilkadziesiąt, kilkaset karek pokrytych literami, znakami interpunkcyjnymi i diakrytycznymi, pauzami, akcentami i abre...

„Slow reading”



Książka. Kilka, kilkadziesiąt, kilkaset karek pokrytych literami, znakami interpunkcyjnymi i diakrytycznymi, pauzami, akcentami i abrewiaturami. Tajemniczy kod zamknięty w okładce, który możemy przeczytać kiedy chcemy i jak chcemy. Zaczynamy. Każdy z pewnością ma swój własny rytuał. Ja zaczynam od … wąchania, to mój najostrzej i najlepiej rozwinięty zmysł. Otwieram książkę, zamykam oczy, przyciągam zapach druku. Czasem spotykam nowy, ciepły papier zdjęty prosto z drukarki, taki bez skazy, idealny. Czasem kartki przeleżały już swoje, nasiąknęły czasem, kilkoma właścicielami, rosołem, brudnym kciukiem. Ktoś podkreślił jakieś linijki tekstu, zagiął róg, zostawił w środku bilet albo zasuszył kwiat. Jedni od razu „biegną” na ostatnią stronę. Czytanie od końca. I mnie się zdarza. Mówi się, że to odzieranie książki z tajemnicy, a może wręcz przeciwnie? Czy znając koniec nie jesteśmy bardziej ciekawi co będzie w środku ? Pochłaniamy książki od deski do deski, wybieramy rozdziały według klucza (własnego lub narzuconego), przeskakujemy opisy, dialogi.

Czytanie. Czym jest ? Pozornie prostą czynnością, angażującą nasz mózg i oczy. Jeśli ktoś myśli, że wzrok po prostu ślizga się po tekście, wiersz za wierszem to jest w błędzie. Louis Émile Javal, dziewiętnastowieczny francuski okulista, zajmował się badaniem ruchów oka w trakcie czytania i doszedł do wniosku, że porusza się ono skokami i czyta w czasie tzw. fiksacji, wtedy, kiedy się zatrzymuje. Oczy osoby czytającej przez około 60 minut są w bezruchu 56 minut, w czasie, których następuje spostrzeganie informacji i przekazanie jej do mózgu. Jednocześnie oko, w ciągu sekundy, może wykonać maksymalnie pięć zatrzymań. Wniosek jest taki, że szybkość czytania zależy od tego, jaka ilość informacji będzie zauważona w momencie przerwy fiksacyjnej. Skomplikowane?? A jakże! Do tego dochodzi jeszcze rozumienie tekstu - słów, zdań i połączeń wyrazów, kontekstu. Książki nie są przecież niezależne od innych pozycji i od świata, w którym żyjemy Nasz mózg dekoduje szyfr. Kluczową rolę odgrywa koncentracja, umiejętność skupienia, „obejmowania wzrokiem” dużych ilości tekstu, pamięć itd.. Można ćwiczyć tę umiejętność, jeśli ma to poprawić jakość, czemu nie? Nie chodzi przecież o prędkość, choć kursów szybkiego czytania też nie brakuje.

I tu pojawia się termin slow reading, który nie jest tworem XXI wieku a XIX. W 1886 Nietzsche napisał w „Świcie” (tłumaczenie własne): Oprócz tego,  ja i moja książka lubimy powolność. Nie na próżno jestem filologiem – choć może jestem jeszcze dodatkowo – nauczycielem wolnego czytania. Nawet zacząłem pisać wolno. Teraz, to nie tylko mój zwyczaj, ale mój wybór- być może zboczone upodobanie –nie pisać nic, co doprowadzi do rozpaczy tych, którzy się spieszą”

To część całego ruchu slow, który w swojej książce In Praise of Slow” opisał Carl Honoré. Nie bierzmy tego dosłownie. Czytać wolno, nie znaczy w nieskończoność, ale ze zrozumieniem, zaangażowaniem i koncentracją, tak, aby faktycznie rozkoszować się tą czynnością i samym tekstem. Czy to możliwe w czasach, które żyją z szybkości ? Możliwe. Nie chodzi przecież o to, żeby odcinać się internetu czy e-booków, technologia jest i pcha nasz świat na przód, ani tego nie unikniemy ani nie zahamujemy. Szybkie łącze to klucz w mojej pracy. Poza tym, sama mieszkam w wielkim mieście, które uwielbiam,  razem z jego ruchem, jego zmiennością, to że się „dzieje”. Czytanie traktuję jako enklawę ciszy i skupienia. Choć kocham papierowe książki i nie wyobrażam sobie świata bez nich, to przyjmuje czytniki e-booków, czytam gazety w sieci, nie mówiąc już o blogach. Chodzi o to, aby robić wszystko o odpowiedniej porze i w odpowiednim czasie, żeby prędkość nie była celem samym w sobie. Chodzi o trudną sztukę koncentracji w otaczającym nas zamęcie, bo żeby czytać oko musi się zatrzymać … .

    



www.szybkieczytanie.info

0 komentarze:

  Lato jakby o nas zapomniało. Ciągle leje, siąpi, mży i grzmi. Weekend czerwcowy upłyną wprawdzie na wędrówkach po Gorcach, ale wieczo...

„O znaczkach, tajemnicach i chemii”

 
Lato jakby o nas zapomniało. Ciągle leje, siąpi, mży i grzmi. Weekend czerwcowy upłyną wprawdzie na wędrówkach po Gorcach, ale wieczornego grilla zamieniłam na filiżankę zielonej herbaty, ciepły pled i dobry kryminał. Nie narzekam, bo deszczowa pogoda wybitnie sprzyjała czytaniu książki Alana Bradleya. Atmosfera powieści jest obłędna, a krople deszczu za oknem tylko ją potęgowały.

 Anglia. Posiadłość Buckshaw, położona w malowniczej okolicy rzeki i lasów, gdzieś na obrzeżach małego miasteczka Bishop's Lane. Lata pięćdziesiąte. Dopiero zakończyła się wojna, ale ciągle ją słychać, czuć w rozmowach, w sposobie myślenia, we wspomnieniach. Życie mieszkańców zdaje się toczyć swoim powolnym rytmem. Mamy tu oryginalne typy ludzkie, starą pannę, dobrotliwego księdza, mroczną bibliotekarkę oraz wszechobecne tajemnice. Zestaw idealny dobrego angielskiego kryminału. Poznajemy czteroosobową rodzinę de Luce – ojca stale przesiadującego w gabinecie, zatopionego w klaserach i znaczkach oraz jego trzy córki. Najmłodsza Flavia, główna bohaterka, jest jedenastoletnią dziewczynką, znaczenie dojrzalszą niż wskazywałby jej wiek. Inteligentna i bardzo elokwentna, a przy tym oryginalna. Pochłaniają ją eksperymenty chemiczne, które mają na celu głównie uprzykrzyć życie starszym siostrom, o szekspirowskich imionach Ofelia i Dafne. Wybitny talent chemiczny odziedziczyła po wuju Tarze. Niezwykłe zainteresowania tak młodej osoby koncentrują się na truciznach. Jej pokój wypełniają probówki, retorty, mieszadła, palniki, kwasy i zasady. Mama Flavii, Harriet, zginęła w tragicznym wypadku w górach tuz po jej urodzeniu. Dziewczynka jest samotna, choć wspaniale organizuje sobie czas. Nie bawi się z rówieśnikami i nie ma przyjaciół, no może poza równie oryginalnym Doggerem – ogrodnikiem, kierowcą i bodyguardem w jednej osobie.

Pewnego dnia w tym sielskim miejscu pojawiają się zwłoki. Pojawiają się w ogórkach. To wydarzenie budzi duchy przeszłości. Rezolutna Flavia zaintrygowana tajemnicami, najpierw mimowolnie łączy poszczególne elementy układanki, później jej detektywistyczne są celowe i mają uratować ojca. Próbuję rozwikłać zagadkę, wspierając przy tym niezbyt bystrego inspektora Hewitta. Będzie mrocznie z garścią naukowych ciekawostek, odniesień do kultury i literatury brytyjskiej. Pojawi się sam król Jerzy VI i tajemniczy bekasik.

Czyta się fantastycznie. Wartka akcja opowiadana ustami samej Flavii, błyskotliwie i z humorem. To, co jest także niezwykłe w tej książce to fakt, że napisał ją Kanadyjczyk i trzeba mu oddać - realia angielskie oddał wspaniale. To nie jest Harry Potter. Magię i różdżkę zastępuje bystry umysł, spostrzegawczość i upór. To nie jest Stephanie Meyer. Nie ma tu nadprzyrodzonych sił i wampirów. To bardziej styl Marthy Grimes i inspektora Jury’ego. Literatura młodzieżowa, ale któż nie chciałby ponownie zobaczyć świata oczami dziecka ? Polecam! Ukazało się pięć części.



Alan Bradley, „The Sweetness at the Bottom of the Pie” The Orion Publishing Group, London 2009.

polskie wydanie: Alan Bradley,  “Zatrute ciasteczko”, Wydawnicwto Vesper 2010
 

0 komentarze: