Szymon Solański właśnie wyleciał z pracy w policji. Nie próbował rozkręcać ekologicznego cateringu ani bloga lajfstajlowego, wszak n...

Tajemnicza Śmieć Marianny Biel

Typical Upper Silesian house. Katowice Szopienice, Poland.

Szymon Solański właśnie wyleciał z pracy w policji. Nie próbował rozkręcać ekologicznego cateringu ani bloga lajfstajlowego, wszak nawet najlepszy stylista nie zrobi z wilka owcy. Wypadłszy z komisariatu trafił wprost do familokowej kawalerki i własnej agencji detektywistycznej. Interes się nie kręcił, nie z winy braku talentu, ale chęci. Sypiące się mailowo zlecenia, znikały gdzieś w cyberprzestrzennym niebycie. Solański wpisywał się idealnie w model prywatnego detektywa: małomówny-samotnik-abnegat. Chudy, w wymiętym szarym podkoszulku, z adoptowanym psem inwalidą u boku, szwendał się po Chorzowie w poszukiwaniu celu, a może znaku z nieba? Nie rozgaszczał się zbytnio w swoim życiu, jakby przeszedł na L4. Ciągnęły go wspomnienia, tęsknoty, grób żony, ojciec alkoholik, matka hetera. Życie wyjadał głodowymi porcjami, a ta smętność idealnie wpisywała się w jesienną śląską szarówę. Odkrycie zwłok kobiety w piwnicy familoka, podsunęło zagadkę, o którą wcale się nie prosił. Wypadek? Przypadek? Życie Marianny Biel pełen było marzeń i samotności, dokładnie takie samo jak jej mieszkanie w chorzowskim familoku – wypełnione obrazami w kolorze sepii, kurzem, aby w końcowej fazie przybrać formę samotnie schnących w łazience rajtuz. Niestety nawet śmierć nie była spektakularna i bez publiczności. Sama pod wyschniętym dżemem malinowym, pośród smrodu stęchlizny i kociego moczu, ku uciesze szczurów. Zapomniana, niewidzialna. Jej zniknięcia nikt nie zauważył? Nikt nie rejestrował komórką i nie wrzucił na FB?
W Solańskim nie było ani entuzjazmu, ani zapału, tylko miałka ciekawość. Od inicjatywy była koleżanka-dziennikarka – Róża Kwiatkowska. Razem tworzyli świetnie uzupełniający się tandem przeciwieństw, któremu przyszło się zmierzyć z trupem, historiami z przeszłości, uczuciami z liceum, owocem seksu w toalecie, pustym portfelem i kamienicą pełną ewenementów: niepodobnych bliźniaków, tajemniczego gostka z szafy, właścicieli księgarni, pasjonatki kuchni śląskiej, pryszczatej Ewy i tytułowej aktorki. Społeczny patchwork.
Książka Marty Matyszczak jest bardzo przyjemną lekką lekturą zapowiadającą serię z Solańskim i Guciem. Nie znajdziecie tutaj wychodzenia za linię, ani nawet przekraczania gatunku. Mylenie tropów? Tak, ale bez wirtuozerii Grzegorzewskiej czy Nesbø. Ciekawe jest wprowadzenie psa narratora i tropienie zabójcy z nieco niższej prespektywy, glównie zapachowej. Po prostu zabawny kryminał z czarnym humorem oraz popkulturowo - literackimi passusami. Typowa „cozy mistery” gdzieś na peryferiach, muśnięta humorem, w tym wypadku również śląską gwarą, bez drastycznych opisów, bez psychopatów, bez nadprzyrodzonych mocy i kazirodczych zapasów. Idealnie na lato.


Marta Matyszczak „Tajemnicza śmierć Marianny Biel”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2017

0 komentarze:

Okazało się, że mam je trzy: oczywiści tę polską od Universitas , hiszpańską Seix Barral i wyimki „Ona śpiewała Bolero” Muzy. Wiedz...

Jak nie czytać „Trzech pstrych tygrysów” Guillermo Carbery Infante



Okazało się, że mam je trzy: oczywiści tę polską od Universitas, hiszpańską Seix Barral i wyimki „Ona śpiewała Bolero” Muzy. Wiedziałam na co się porywam, dlatego zaczęłam w ojczystym. Każda encyklopedia pisarzy powie, że Cabrera Infante to monstrum literatury, a „Trzy pstre tygrysy” to mało-konwencjonalne dzieło, czyli z góry wiadomo, że łatwo nie będzie. W zasadzie wsiadamy na bombę modernistycznych wygibasów: intertekstualności, eklektyzmu i nieskrępowanej zabawy słowem. Zanim jednak się poddamy w przedbiegach, warto zadać sobie dwa pytania. Po pierwsze: czy aby ta książka nie jest podziwiana za to jaką nie jest, a pod drugie jak jej NIE czytać?

CZY LECI Z NAMI PILOT?
Pierwsze … osiemdziesiąt stron wciąga pospiesznie w wir słów: chwyta nas Skylla z twarzą Marcela Duchampa i wrzuca w prolog opisujący show w luksusowym klubie Tropicana. Wiele nazwisk. Poznajemy tytułowych bohaterów: trzy tygrysy z hawańskiego podwórka: Silverstre, Eribó i Arsenio Cué; słuchamy La Estrelli, a potem zalegamy na kozetce u psychiatry. Gdzieś w międzyczasie trafiamy na czarną stronę i tempo wygasa, choć nadal tańczymy rumbę (przynajmniej słyszymy muzykę). NIE. Nie traktujcie tego jak chaosu, jak zlepka luźno połączonych opowieści, które za wspólny mianownik wydają się mieć tylko miejsce akcji – Hawanę w ostatnich dniach dyktatury Batisty. Tak, mamy tu kolaż, ale nie oznacza on bajzlu. I choć to świat postmodernizmu, Cabrera Infante nie tworzy książki hermetycznej. W swoim czasie dostaniecie do ręki wszystkie klucze. Rozkoszujcie się pasjonującą nierzeczywistością szczegółu.

HAWANA BANANA
Tak, Hawana to bohater naczelny, miasto totalne, miasto oddychające wieczną nocą. Miasto wibrujące muzyką, miasto łatwych kobiet, przygodnego seksu, upojnych nocy, dobrego rumu, gorącej rumby, wibrującego swingu, czy leniwego jazzu. NIE. To nie jest miasto z przewodnika, chyba, że za taki uznamy mózg autora. Cabrera Infante, który pożegnał się z Kubą na zawsze w 1965 roku, prezentuje tutaj raczej pewną retrospekcję, reprodukcję pamięciowo-graficzną. Bardzo efektowną, plastyczną opowiedzianą wspaniałym językiem, wernakularnym, rytmicznymi, melodyjnymi. W zasadzie muzykę w mojej głowie zdominowały głosy: słowotok, cytowanie, parafrazowanie. Zapis miasta, którego od dawna już nie ma. Taka nostalgiczna rekreacja, romantyczne wspomnienie.
Roześmiałem się. Ale pomyślałem, patrząc na port, że z pewnością istnieje związek między morzem a wspomnieniem. Nie tylko dlatego, że jest szerokie, głębokie i wieczne, ale tez dlatego że przychodzi w postaci regularnych fal, identycznych i nieustannych Teraz siedziałem na tarasie i piłem piwo, i powiała bryza, wiatr od morza, gorący, który podnosi się pod wieczór, i w kolejnych uderzeniach przyszło do mnie wspomnienie tych popołudniowych podmuchów, ale było to wspomnienie totalne, bo w jednej czy dwóch sekundach przypomniałem sobie wszystkie popołudnia mojego życia (…), kiedy siedziałem w parku i czytając podnosiłem wzrok,żeby poczuć wieczór, lub kiedy opierałem się o drewniany dom i słyszałem wiatr między drzewami, lub kiedy na plaży, jedząc mango, miałem ręce poplamione żółtym sokiem, lub kiedy siedziałem przy oknie i słuchałem lekcji angielskiego, lub kiedy u wujków siedziałem w bujanym fotelu, a moje stopy nie sięgały podłogi i nowe buty ciążyły mi coraz bardziej, wszędzie tam zawsze wiała ta łagodna, ciepła i słona bryza.”

INTELEKTUALNA MASTURBACJA
Ustaliliśmy już, że głównym bohaterem książki jest miasto. Pozostali bohaterowie to raczej … głosy. W części „Debiutanci” na scenę wchodzą: wspomniani już: Silvestre, Eribó i Arsenio Cué. Dodatkowo jeszcze Codac snuje opowieść o La Estrelli, a Laura Diaz położy się na kozetce u psychiatry. Jest i Bustrófedon, o którym słuchamy, którego słowne kalambury rozgryzamy. NIE. Oczywiście nie ma tu prostych rozwiązań. Rozbijacie przecież piňatę, a nie odpakowujecie Hubę Bubę. Bohaterowie stanowią swoje własne odbicia, co może nieco umknąć w całości przyjacielskich relacji tygrysów. Nie są oni też alter ego autora, raczej … wcielają się w jego pamięci. A wszystko ku szczytnemu celowi świetnej zabawy! Puste strony, czarne strony, lustrzane odbicia wyrazów, spadające litery. Redefiniowanie, przepisywanie, wymyślanie. Tłumaczenie.

ODWOŁAM SIĘ
Nie pamiętam gdzie przeczytałam, że gdyby Borges był bitnikiem, napisałby właśnie tę powieść. A Borgesa czuć tutaj dość silnie, oprócz niego dopatrzyłam się niemal natychmiast podobieństwa do „Gry w klasy” (choć „Trzy pstre tygrysy” wydały mi się bardziej liźnięte popkulturą, poza tym: „(…) wolę Bacha od Offenbacha, słowo daje, bo on jest here, ici, tutaj w hawańskim smutku, a nie w radości parisienne.”) Prousta, Twaina, Joyce'a. Opis śmierci Trockiego rozpisany na pióra kubańskich autorów to majstersztyk. NIE. To nie kolejny „Ulisses”, to bardziej satyra menippejska, z MC zamiast mędrca, z filmowymi ujęciami i scenkami prosto z Hollywood.

A tygrysy są w końcu smutne, pstre, a może uwięzione? Powodzenia!

Guillermo Cabrera Infante „Trzy pstre tygrysy”, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2017


0 komentarze:

Irytuje mnie perfekcja, a jeszcze bardziej udawana perfekcja połaczona z pozerstwem. Dzień otwierany szklanką mleka migdałowego ze sp...

Guilty pleasures


Irytuje mnie perfekcja, a jeszcze bardziej udawana perfekcja połaczona z pozerstwem. Dzień otwierany szklanką mleka migdałowego ze spiruliną, do tego lektura kolumny z The New Yorkera albo wiersz Białoszewskiego o poranku. Mus z chia, malin i amarantusa w lunchboxie do roboty; kanapka z serem w foliówce jest zbyt ordynarna, oczywista i przejedzona. Poza tym gluten. Nikt nie ma pryszczy, za to wszyscy wpieprzają catering dietetyczny (żaden z produktów nie jest opisany, tak więc z tą dietetyką to...) i pachną Diorem (chuj z mydłem), zęby białojebne i równe w przylepionych uśmiechach. Wakacje na Karaibach, albo chociaż w Pradze, gdzieś za granicą po prostu. Taki Łagów wypada naprawdę blado, pewnie dziura dla emerytów, bez neta 4G i knajpy fusion. Jak się tam odznaczyć na Facebooku?
I co tam sarkastyczna krytyka, jak człowiek robiąc niby obciachowe rzeczy, ale przynoszące mu niekłamaną przyjemność, czuje się winnym. Guilty pleasures. Kochasz RPGi, ale opowiadasz o Prouście, którego ni w ząb nie kumasz. Słuchasz trash metalu, ale koszulkę masz z Możdżerem, którego dźwięki brzmią modernistycznie, a nazwisko ma należyty PR.
Tymczasem Tołstoj mówił, że szczęście polega na przeżyciu każdego dnia tak jakby był on pierwszym dniem miesiąca miodowego i ostatnim wakacji. Także zrób coming out. Oto mój.

1. PIĄTKOWY JUBEL
Tak, w momentach kompletnego odreagowania ląduję na Pudelku. Nie tylko we freestajlowe piątki, czy soboty, czasem codziennie. Czytam o nowych ustach Edyty Górniak, marchewkowej opaleniźnie Kaczyńskiej, złotych radach Chodakowskiej, bez których w dorosłym życiu ani rusz, a nawet newsy o wizycie Trupa we Wrocławiu. Jestem dość sucha i mechaniczna w czytaniu: kolejne posty, żadnych komentarzy, a od czasu do czasu kliknę sobie gdzie kupić bluzkę Kingi Rusin.



2. WYCINANKOWE ZAKUPY
I tu lądujemy przy temacie, którego nie znoszę: zakupy ciuchów. Na samą myśl biegania po tych wszystkich sklepach, przymierzania, pocę się jak ruda mysz w uplany dzień. Dla ogólnego obrazu zarysuję tylko wielkość mojej garderoby: mieści się (wraz z butami, ale nie narciarskimi) w większej walizce. Serio. Przetestowane. Dżinsy się prują kupuję nowe, jedną parę nie sześć. Rotacja zatem nie może nawet równać się tej w tetrisie. Kto mnie zna ten wie: spodnie, T-hirty, czasem pogniecione, czasem wyciągnięte, czasem styl a la worek od ziemniaków. Tymczasem, prawie maniakalnie kupuję gazety shoppingowe, wycinam z nich zdjęcia: stylizacje, modne dodatki, niebanalne zestawienia kolorystyczne. Wszytko to spinam kolorową klamerką, a potem obczajam w necie i nabywam. Zawsze online, co prowadzi do kolejnej przyjemności, także ciuchowej!



3. I ZNOWU ZAKUPY
Jestem fanatykiem zakupów (i oglądactwa) na Zelando i showroom.pl, mam dziwne przekonanie, że zgromadzono tam wszystkie oryginalne, unikatowe pary gaci i koszulek. Po ostatniej wizycie w sieciówkach (w realu), to przekonanie jest coraz głębsze. Czaję się tylko na promocje, odznaczam, wrzucam do schowka, obserwuję, upomina się o powiadomienia o dostępności, zapisuje się na newslettery. Dostaję bólu brzucha, kiedy widzę info „ostatni egzemplarza”, wtedy wciskam KUP natychmiast. I tak codziennie, a przypomnijcie mi ile mam ciuchów? Pudełka po zakupach szybko rozbrajam, wrzucam do segregacji. Dowód winy usunięty.



3. MARTINI WSTRZĄŚNIĘTE
Seria z Jamesem Bondem jest dobra na każdy wieczór, sączy się nawet w tle kiedy pracuję, albo piszę. Oglądam ją namiętnie, głównie odcinki z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Kocham Seana Connory'ego i jego seksi profesję, ale nade wszystko akcent i głos. Kocham Jamesa, bo nie jest idealny: pali jak smok, pije jak szewc, bzyka się jak królik. Łączy w sobie dziwną przystań bezpieczeństwa, a podniecającym dreszczykiem antyrutyny. „Oh, Jaamess...”.



4. TROLLOWANIE NA KANAPIE
To przyjemność genetyczna, związana z umiejętnością zasypiania wszędzie. Zwykle przypada na noce weekendowe, kiedy to oglądam sobie jakiś film np. „Pozdrowienia z Rosji”. Sadowię się na kanapie, wiedząc już, że nic nie obejrzę i że powieki za chwile się zamkną, ale udaję że nie. Zasypiam w pokurczonej pozycji w ciągu 5 minut, bez względu na porę. Jest mi diabelnie niewygodnie, jeśli się przebudzę jestem obolała, łapią mnie skurcze itd. Zdarza się, że jestem szarpana albo wołana do przyjścia na górę i bywa, że się zwlekam, ale najczęściej po prostu przesypiam tak noc. Pozdrawiam mojego kochanego brata! On rozumie.



5. DZIWNE SMAKI
W ciąży wpieprzałam budyń z ogórkiem kiszonym. Żeby zobrazować to dokładniej: ogórek był łyżką, na której spoczywała waniliowa masa. Pycha. Robiłam to trochę z lenistwa: chciało mi się słodkiego, a natychmiast potem słonego. Postanowiłam połączyć smaki. Ale oki, można to zrzucić na karby hormonów i zachcianek. Jak już obcy opuścił moje ciało, zajadałam się stuletnim jajem (podobno czuć w nim amoniak, ja raczej żułam żelatynę koloru fioletowego), śledziem z dżemem, lodami pokrzywowymi, niegdyś parówką z miodem, pomidorami z cynamonem. Wszytko zapijam ziołami na nerki np. urosanem.







1 komentarze:

  „ Z książkami jest tak, jak z ludźmi: bardzo niewielu ma dla nas ogromne znaczenie. Reszta po prostu ginie w tłumie.” Voltaire  ...

#Dodajdokoszyka: Książkowe premiery czerwca


 Z książkami jest tak, jak z ludźmi: bardzo niewielu ma dla nas ogromne znaczenie. Reszta po prostu ginie w tłumie.”
Voltaire 

Udało mi się kolorystycznie zestawienie czerwcowych nowości, aż chce się łapać lato za ogon. Niebo męczy Dylanowski błękit, a czasem już blady lazur Lucy M.. „Gloria, gloria in excelsis Soli”. Wydawniczo też powiało sennym latem, długo kompletowałam listę, wybrzydzałam, mając wrażenie, że skończę w tym miesiącu w kryminalnym piekle. Ale udało się. Wybrałam biografię Wandy Rutkiewicz (tak bardzo czekałam na tę książkę, że chciałam ja umieścić w nowościach maja i kwietnia), kryminał ze Śląska, małżeńskie sekrety i zbrodnie, „fuszki życia”, wyprawę na Tarawę, nową Patchett, plantacje Georgii oraz punkowo-ogniowy debiut. Mieszanka o nieznanym działaniu. Spożywajcie na własną odpowiedzialność.


Miasto w ogniu”, Garth Risk Hallberg, Znak literanova
Po trochu” Weronika Gogola, Wydawnictwo Książkowe Klimaty
Siracusa” Delia Efron, Wydawnictwo W.A.B
Wanda”, Anna Kamińska, Wydawnictwo Literackie
Kolej podziemna. Czarna krew Afryki” Colson Whitehead, Wydawnictwo Albatros
Tajemnicza śmierć Marianny Biel”, Maria Matyszczak, Wydawnictwo Dolnośląskie
Życie seksualne kanibali” J. Maarten Troost, Wydawnictwo W.A.B
Pazur sprawiedliwości” Leonie Swann, Prószyński i S-ka
Dziedzictwo” Ann Patchett, Znak


1 komentarze:

„ Z wyroku bogów Syzyf musiał nieustannie toczyć pod górę głaz, który, znalazłszy się na szczycie, spadał siłą własnego ciężaru. Bogow...

„Utracony dar słonej krwi” Alistair MacLeod, czyli Syzyf w Kanadzie


Z wyroku bogów Syzyf musiał nieustannie toczyć pod górę głaz, który, znalazłszy się na szczycie, spadał siłą własnego ciężaru. Bogowie nie bez racji doszli do wniosku, że nie ma straszniejszej kary niż praca bezużyteczna i bez nadziei.
Albert Camus

Utracony dar słonej krwi” to zbiór historii nadzwyczaj prostych i przepięknie napisanych. Pakiet wyszedl spod pióra, a co tam, narodowego skarbu Kanady, u nas praktycznie nieznanego. Alistair MacLeod, który zmarł w 2014 roku, pozostawił po sobie niewiele tekstów: jedną powieść i około dwudziestu opowiadań, wszystko na przestrzeni  pięćdziesięciu lat, bez użycia komputera, bez brudnopisów. Swoje opowieści osadzał na wyspie Cape Breton i w Nowej Szkocji, w środowisku rybaków, farmerów, górników, w surowych i ponurych miasteczkach-dziurach. Silni i krzepcy zdobywcy, pogromcy bezwzględnej, szarej od koloru skał krainy. Odważani i pokorni ludzie, żyjący często w skrajnej biedzie, według nienaruszalnych zasad, w rytmie wystukiwanym przez przyrodę. Czas płynął tam w innym tempie, a słowo kompromis nie istniało. Ludzie funkcjonowali w rodzinach, gdzie jak płyty tektoniczne ścierały się ze sobą pokolenia. Dzieci pragnące z czasem odejść z miejsc ukochanych przez dziadków i zasiedziałych przez rodziców, od ról i schematów przez nich niesionych niczym kamienie, od zadań wykonywanych od lat, od bólu, rutyny i niewygody. Nowe pokolenia czujące ciężar poświęcenia przodków, łaknęły odmiennych doświadczeń, marzeń i ideałów, ale niedola wciąż nad nimi wisiała.
Pokrewieństwo i świadomość trudów losu to znaki szczególne kandyjskiej narracji. Tak jak u Crummeya (a także u kolegów zza miedzy: Hardy’ego i Hemingwaya), ten realizm, lokalny koloryt, ta przynależność do miejsca prowadzi wprost do egzystencjalnych rozważań o wolności, o wyobcowaniu, o dojrzewaniu i o wyborach. I o świadomości, bo to ona pozwała decydować o życiu, w które wlepiony jest brutalnie tragizm. W micie o Syzyfie Camus chciał zobaczyć bohatera uśmiechniętego i szczęśliwego, kiedy schodził z góry, podobnie MacLeod, rysował postaci w niewdzięcznych miejscach i rolach, ale wyzwolonych z pęta codzienności, czujące absurdalność życia, świadomie o nim decydujące, a przede wszystkim nierezygnujące.

Nie ważne, że niektóre rzeczy są trudne. Nikt nie mówił, że życie ma być łatwe. Życie trzeba przeżyć.

Powyższe zdanie, wypowiedziane przez babcię śmiertelnie chorego 26-latka w opowiadaniu „Droga do Rankin's Point” jest dla mnie esencją prozy MacLeoda. Nie wiem, co bardziej porusza prostota, kryjąca przecież oczywistą głębię, ładunek emocji, a może tak swobodnie wypowiedziana puenta. Każde opowiadanie skupiało się wokół jednego wydarzenia: sprzedaży konia, ruszenia w świat, gry w bilarda, wizyty wnuczka, powrotu syna marnotrawnego. Nie było w nich wartkiej akcji, patetycznych słów, iskrzących się efektów specjalnych, nie było nawet wielkich tragedii. Autor omijał szerokim łukiem modne i popularne zabiegi, serwował piękne pisanie, pełne emocji. Zadał sobie sporo trudu, żeby zbudować atmosferę, wprowadzić nastrój. Stara dobra szkoła pisarska.
Historie MacLeoda smakowały solą, ziemią, krwią, lodem, ale jego styl kompletnie oderwał mnie od ziemi: autentyczny i zniewalający. Do tego mieszanka liryczno-poetycka, nieco melancholijna, z przeciwwagą mrocznego autentyzmu i wyrazistych obrazów. Niebezpiecznie nieznana twórczość, którą trzeba odkryć.

Alistair MacLeod „Utracony dar słonej krwi” Wydawnictwo wiatr od Morza, Gdańsk 2017


1 komentarze:

Książki, para błękitnych kucyków, kopiasta gałka lodów, prawie wszystkowolnizm i czas spędzony wspólnie. 9.30 telefon od mamy, nazywają...

#PatrzCzytajMyśl odc.12- Dzień Dziecka, sztuka, gile i wino


Książki, para błękitnych kucyków, kopiasta gałka lodów, prawie wszystkowolnizm i czas spędzony wspólnie. 9.30 telefon od mamy, nazywającej mnie ukochanym synkiem - Dzień Dziecka na odległość. Dobrze, że mamy siebie i wieczne dziecko w środku. 

PATRZ:

Dziecięcy, ekstremalny szacunek dla auta. Ta reklama to rewelacja!


💗


10 artystów, których warto pokazać dzieciom: Przy wsparciu Karoliny ze Spotlight Kids skonstruowałyśmy dla was listę 10 artystów, których prace chciałybyśmy pokazać naszym dzieciom. Na dźwięk ich nazwisk w radiu czy telewizji i na jakąkolwiek wzmiankę o ich wystawie w prasie powinniście od razu zaopatrywać rodzinę w bilety i ruszać na wernisaż. Sprawdźcie to.”  

CZYTAJ:


O tym jak w Szwecji budzi sie w dzieciach milość do książek: “Szwedzka literatura ma wiele do zaoferowania dzieciom; wiedzą o tym nie tylko ci, którzy sami je mają, ale także wszyscy, którzy pamiętają własne dzieciństwo. Pippi Langstrumpf, Bracia Lwie Serce, mieszkańcy Bullerbyn, Pettson i jego kot Findus, Albert Albertsson (wiedzieliście, że w oryginale nazywa się on Alfons Åberg?), Babo, Lalo czy Binta znani są nie tylko małym Szwedom, ale także zyskali sobie fanów w wielu innych częściach świata. Skandynawski klimat sprzyja najwyraźniej literaturze dziecięcej. W tej sytuacji nie powinno pewnie dziwić, że bycie młodym czytelnikiem w Szwecji, a szczególnie w większym mieście takim jak Malmö, to duża przyjemność i to nie tylko ze względu na imponującą tradycję literacką."

 💗

Marcina Wilka książki z dzieciństwa. “Z roku na rok człowiek pamięta mniej. Za chwilę być może w ogóle przestanie pamiętać o tych wszystkich książkach, książeczkach i komiksach, jakie czytał za szczeniaka. Postanowiłem to uporządkować.

MYŚL:

Dziewczyny wiedzą! 


💗

Sztuczne fiołki: krótko i celnie. "Obawiając się hejtu, jaki może spotkać występujące dziś w Sejmie dzieci, przypominamy... / George Grosz (1893-1959) – niemiecki malarz, grafik i karykaturzysta, antynazista."




0 komentarze: