Źródło Okładka jest czarno-biała. Klasycznie. Elegancko. Podoba mi się, bardzo pasuje do Marlene Dietrich. I to magnetyczne zdjęcie ...

Marlene


Źródło
Okładka jest czarno-biała. Klasycznie. Elegancko. Podoba mi się, bardzo pasuje do Marlene Dietrich. I to magnetyczne zdjęcie - siedzi bokiem, głowę ma zwróconą tyłem, ciemna sukienka odkrywa tylko fragment pleców i obłędnie zgrabną nogę. Jest piękna, tajemnicza, magnetyczna, wręcz posągowa. Epatuje kobiecością, ekstatyczną zmysłowością. Prawdziwa gwiazda, jakich dziś szukać ze świecą. Kiedy wchodziła na scenę publiczność oklaskami prowadziła ją do mikrofonu, a ona delektowała się tym momentem. „Glos Marleny ma półtorej oktawy. Jej najniższy ton odpowiada najniższemu dźwiękowi altówki. Frazuje nadzwyczajnie subtelnie: sprawia, że parlando staje się popularne, rozwija je.

Książka, jak sama mówi autorka - Angelika Kuźniak, jest reportażem, nie biografią. Przedstawiono w niej zaledwie wycinki życia Dietrich, które mają ją pokazać przede wszystkim, jako człowieka. Kto czytał “Papuszę” zna warsztat Kuźniak i wie, że ma ona niepowtarzalny styl. Porównuję go do robienia na drutach albo na szydełku, misterny, wspaniale plecie historie rozwijając kłębek wydarzeń. Ze szmat do podłóg, flakonów perfum, fragmentów wypłowiałych futer, peruk, filtrów do światła wynurza się nie posąg, a obraz człowieka pełnego sprzeczności, tak bardzo ludzkiego jak każdy z nas.  Ile po niej zostanie? Garstka popiołu i dwadzieścia pięć ton pamiątek przekazanych do berlińskiego archiwum? Każdy z tych przedmiotów jest nośnikiem legendy, prowadzi czytelnika za kulisy występów.

Źródło
Poznajemy aktorkę w wieku 60 lat. Przed nią dwa tournée po Polsce i planowany powrót na koncerty do ukochanych Niemiec, od których odwróciła się na początku dyktatury Hitlera. Całą okupację śpiewała dla amerykańskich żołnierzy, teraz ma stanąć przed publicznością, która nią gardzi, obrzuca jajkami i zarzuca zdradę. Jej, wielkiej diwie, którą uwielbia świat. Związek Marlene z ojczyną był skomplikowany, bo ona pozostała nieprzejednana w ocenie historii i postawy rodaków wobec terroru, w obliczu szaleństwa. W Polsce urzekli ją ludzie i Warszawa podniesiona z ruin. Zauroczyła ją melodia Niemena w piosence „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, duet Marek i Wacek i Zbyszek Cybulski.

Była surowa dla kochanych ludzi i samej siebie, wymagająca, perfekcyjna. Była panią samej siebie. Ona stworzyła Marlene, zamiast Marii Magdaleny, nikt inny. Dbała o wszystko w najdrobniejszych szczegółach sama: kontrakty, plany koncertów, księgowość, ustawianie świateł, odpowiednia długość kotar w hotelach, makijaż, który z czasem zabierał godziny, retusz fotografii. Na próbie o czasie, ba, dwie godziny przed spektaklem. Matka wpajała jej „(…) zasady są niepodważalne i nie podlegają dyskusji.” Zawsze gotowa, profesjonalna do bólu. W domu, ku zdziwieniu wielu, gotowała, wypiekała, szorowała kafelki. Sama. Wszystko zanotowane: kursy walut w kraju gdzie koncertuje, temperatura powietrza, kierunek wiatru. Stosy fiszek i zapisków. Pod koniec jej życia, notesy zajmowały większość sypialni, w której zamknęła się na ponad siedemnaście lat. Strzegła swojej prywatności do końca. Skrupulatnie wybierając komu udziela wywiadu i kto ją fotografuje. Umarła sama, wśród lepkich plam rozlanej whisky, fiolek po lekach, zapachu moczu. „Grób Marleny. Jest taki, jak chciała. Prosty, żołnierski.”

Kuźniak nie ocenia, maluje obraz, bardzo emocjonalny, bardzo treściwy, bardzo prawdziwy. Niby tylko dwa fragmenty z życia, a jednak powiązane misternie z dzieciństwem, wojną, rodziną. Czujemy się tak, jakbyśmy siedzieli cały czas tuż obok Dietrich. To portret bez cenzury, którą nakładała na wszystko sama aktorka. Królowa jest naga. Wychodząc ze scenicznej roli wampa i gwiazdy, okazywała się bardzo ciepłą, emocjonalną osobą, o niezłomnej energii i odwadze. Z drugiej strony miała ogromną potrzebę akceptacji, uwielbienia oraz kontroli. Być może był to jej sposób obrony. Kuźniak zrobiła kawał dobrej i rzetelnej roboty, analizując pamiątki, listy, notatki Dietrich i skrupulatnie opisując to, co stanowi ich esencję. Przedstawione na zakończenie kalendarium, to majstersztyk: zapis kolejnych lat, ale absolutnie bez sztampy, za to pełen anegdot, cytatów, ciekawostek.  Wisienka na torcie.
 

Angelika Kuźniak „Marlene” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

3 komentarze:

Długo zdobywałam t ę  książkę. Nie wiem, dlaczego przegrywałam wszystkie kolejne aukcje, albo właśnie ktoś kupował ostanie egzemplarze ...

Buszujący w kukurydzy…


Długo zdobywałam tę książkę. Nie wiem, dlaczego przegrywałam wszystkie kolejne aukcje, albo właśnie ktoś kupował ostanie egzemplarze w antykwariatach, albo zderzałam się z napisem ”produkt niedostępny”. A kiedy w końcu się udało i egzemplarz do mnie dotarł ... okładka poraziła mnie swoją tandetnością. Timoty Dalton i Emmanuelle Béart (a może Audrey Tatou?) i wiszący nad ich głowami zakrwawiony sztylet albo kosa. Nie wyglądało to zachęcająco. Cały czas myślę, co zainspirowało grafika do wyboru akurat takiej szaty graficznej, niczym Harlequin odarty z kiczowatej seksualno-romantycznej powłoczki. Ale nic to, pakuję się i jadę z główną bohaterką, Julią Dobrowolską, do Bułkowic. Miasteczko jakich wiele - dworzec, gospoda „Pod Dębem”, ratusz i jego pochodne - wieża ratuszowa, bar „Ratuszowa”. Cisza, letni spokój i rozleniwienie. Nuda, która rozbijają tylko hałaśliwi, młodzi letnicy. Aż tu pewnego dnia, wśród kukurydzy znaleziono ciało młodej dziewczyny, ciało bez głowy. „To Topielica” krzyczały dzieci, ale i dorośli drżeli, zamykając domu i chowając się przed światem. Ulice pustoszały po zmroku, tylko delikatnych ruch firanek w oknach zdradzał obecność i czujność mieszkańców. To będzie nowość dla pani detektyw Julii, która do tej pory zajmowała się drobnicą – niewierni małżonkowie, zaginieni nastolatkowie lub koty. Śledztwo w Bułkowicach ma zupełni inny kaliber - sprawa Żniwiarza to morderstwo okrutne. Julia od razu zdobywa moją sympatię. Jest bystra, pewna siebie, zorganizowana i ma wspaniale cięty język. Typ niezależnej i pragmatycznej kobiety. Pracuje z mężczyznami, policjantami, ale świetnie radzi sobie z ich docinkami, taki „chandlerowski detektyw Marlowe”. Drobna, wysportowana blondynka, psycholog z wyksztalcenia, ma wspaniały dar obserwacji i zdaje się bezbłędnie wyczuwać swoich rozmówców, ich zawahania, próby ukrycia faktów, ściemy i kłamstwa. Kobieta z blizną, intryguje, zaskakuje. Małe miasteczko, jak to małe miasteczko z pozoru „wsi spokojna”, a tuż pod warstwą lukru, wielkie bagno hipokryzji i tysiące zatajanych spraw, które uwierają od lat. Norma. Podejrzani są w zasadzie wszyscy: doktor Wawrzycki i jego córka Olga, policjant Śmiałek, ksiądz Franciszek, stara czarownica Tekla, dziennikarz Bergen, ministrant Jarosz, przystojny sierżant Duraj …. Najgorsza jest jednak ta ściana milczenia, nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Trzeba zaangażować sporą dawkę sprytu i podstępu, żeby nakłonić ludzi do mówienia i przypominania sobie. A może to po prostu urok osobisty Julii? To układanka z 10,000 puzzli. Kryminał przedni, ale jest coś jeszcze. Mniej więcej w połowie książki, wraz z pojawieniem się siostry głównej bohaterki – Eulalii- narasta napięcie…seksualne. Tak, będzie romans, albo nawet dwa, do tego dodatkowe trupy. Mistrzowskie zaskoczenie i pokręcenie historii, ze szczyptą pop kulturalnych odniesień. Bardzo przypadło mi to do gustu i myślę, że taki pomysł na poprowadzenie akcji wynika poniekąd ze starań autorki w kwestii kreacji samej siebie. Gaja Grzegorzewska chce być postrzegana jako stereotypowa blondynka, ba antyintelektualistka. Odwiedźcie jej profil na Facebook’u. Specyficzne poczucie humoru mogą odcyfrować tylko najbliżsi. Autorka zakłada maskę i zdecydowanie ucieka w błazeństwo, które może się wydawać po prostu przekombinowaniem albo, co gorsze, feministyczną (teraz także gederową) manifestacją. Nic z tych rzeczy. Pamiętajcie: poczucie humoru i trochę dystansu!

Gaja Grzegorzewska zdradziła w wywiadzie dla Wysokich Obcasów, że pomysł na tę książkę zrodził się w czasie samotnej przejażdżki rowerowej, gdy „w uszach zadzwoniła jej złowroga cisza” i napisała ją w sumie dla siebie, do szuflady. Jak dobrze, że powieść nie utknęła tam na wieki i zapoczątkowała bardzo udaną serię. W 2010 Grzegorzewska zdobyła nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepsza powieść kryminalną lub sensacyjną dla „Topielicy”. To świeża twarz polskiego kryminały i godna konkurentka dla Chmielewskiej i Krajewskiego.

Gaja Grzegorzewska „Żniwiarz” Wydawnictwo EMG, Kraków 2006










Wysokie Obcasy "Gaja Grzegorzewska - kobieta bez waty językowej", 18.02.1013


6 komentarze:

Palazzo Vecchio, Florencja Eseje Zagańczyka uwiodły mnie kompletnie. Namalowane pięknie słowem obrazy Toskanii rozłożyły się w mojej...

Głosy Toskanii


Palazzo Vecchio, Florencja
Eseje Zagańczyka uwiodły mnie kompletnie. Namalowane pięknie słowem obrazy Toskanii rozłożyły się w mojej głowie. Zapachniało cyprysami, gorzkimi pomarańczami, białymi truflami i oliwą. Poczułam promienie słońca na ciele. Totalne rozleniwienie. Jadę vespą wśród biało-żółtych murów. Małomiasteczkowa atmosfera, każdy dom wydaje się zabytkiem. W dolinach rozpościerają się winnice ze szczepami merlot lub cabernet. Idealnie. Tyle bodźców jednocześnie, a jednak czuje spokój. Widzicie ten obrazek? Wyrafinowane piękno. Ja zanurzyłam się w nim całkowicie. Szkoda, że w tym roku nie będę mogła doświadczyć tego wszystkiego na własnej skórze. A może zobaczyć to miejsce oczami kogoś innego, kto je zna, kto wie jak i gdzie patrzeć, żeby nic nie umknęło?. Giorgio De Martino to pisarz i pianista, który współpracował z Andreą Bocellim, stworzył ciekawy przewodnik – „Głosy Toskanii”. Nietypowy. Bardziej spacerownik, wspominkownik, nie do końca album, ale udana kombinacja tych trzech. Wspaniale podkreśla to, co w podróżowaniu najważniejsze: poza turystycznymi atrakcjami, otacza nas cała gama doznań, możliwości uczenia się, kolorów, muzyki, ludzi, historii, smaków. Przyjemna uczta dla oka. Pisarza wspiera Andrea Bocelli, Toskańczyk z krwi i kości, człowiek przepełniony muzyką. Sławny tenor przewija się  na kartach tej książki, gdzieś w tle, dyskretnie. Kosztujemy słodkich czereśni z Lari, śródziemnomorskiej maki, wołowiny Mucco Pisano. Siarczane spa w Termach w san Guiliano, domy wieże w Wietrznym Mieście, Perła Afrodyty, największe mokradła we Włoszech, czy pofalowane wzgórza Sieny. Lista achów i ochów jest nieskończona. „Toskania jest regionem z duszą. Nie można traktować jej wyłącznie w kategoriach geograficznych, jako miejsca, które wystarczy „zwiedzić”.”

Ponte della Maddalena
De Martino używa bardzo eleganckiego języka, w którym czuć pewne skupienie i dbałość o szczegóły, zachęcające do aktywnego odkrywania tej krainy. Czuć dbałość mieszkańców o ten zakątek, co wspaniale utwierdza mnie w przekonaniu, że przeszłość i teraźniejszość mogą współistnieć. Tekst jest napisany tak jakby autor chciał rozmawiać z czytelnikiem i jednocześnie poruszać w nim różne emocje. Dzięki wprowadzeniu cytatów sławnych osób, związanych z tym miejscem, „toskańska” magia trwa. Ten wielogłos niesie nas, odrywa od ziemi i wznosi, ku wspaniałym doznaniom.

Książka zawiera około 150 kolorowych fotografii autorstwa Giuseppe Moscato i, co ciekawe, część pochodzi z dawnych lat z prywatnego archiwum artysty. Bardzo się cieszę, że mogę kilka zaprezentować wraz z tym wpisem. Zawsze chciałam mieć post z całą masą zdjęć, a ten jest setny ...



 



Livorno

 

Giorgio De Martino „Głosy Toskanii” Wydawnictwo Olesiejuk, Ożarów Mazowiecki 2014

3 komentarze:

 Źródło Chciałabym uciec gdzieś na urlop. Tak, wiem dopiero wróciłam, ale mnie zawsze mało, północ czy południe to bez znaczenia. L...

Od Toskanii do Grochowa


Źródło
Chciałabym uciec gdzieś na urlop. Tak, wiem dopiero wróciłam, ale mnie zawsze mało, północ czy południe to bez znaczenia. Lubię być w drodze. Aby chociaż połowicznie spełnić marzenia sięgam po „Cyprysy i topole” Zagańczyka. Niepozorna książka, kryjąca cały ogrom bogactwa. To lubię. Są takie zapiski z podróży, które prowadzą w miejsca mało znane, do tego bocznymi drogami. Zapiski, które skupiają niezwykłą wiedzę, erudycję, jakiej próżno szukać w google.com czy standardowych bedekerach. Zapiski, w których najprostszy pejzaż przywołuje wspomnienia kiedyś przeczytanych mitów, obejrzanych fresków, zasłyszanych anegdot. W ten sposób budzą się do życia miejsca i ludzie zapomniani, nieodkryci. Jak u Theroux, Chatwina, Sebalda czy Stasiuka. Niespiesznie, ascetycznie, melancholijnie i z czułością, skokami po tematach. Jedni mówią, że to nudne, „czytam i czekam, aż się rozkręci”. To nie „podróże w stylu gwiazd”, a samotny skok do miejsc nieskradzionych przez nachalne migawki aparatów. Kompilacja wiedzy i ruchu. To poruszanie ramionami zegara wstecz, aby oczami wyobraźni na nowo zobaczyć budynki, ogrody i ludzi, których nie ma, z którymi historia rozprawiła się brutalnie. Pocztówki zamknięte w esejach. Zagańczyk nie sili się na wyszukany język, pisze prosto, ale pięknie. Bardzo często cytuje innych autorów: Jelińskiego, Przybylskiego, Herberta, Brodskiego, Nabokova. Zabiera z sobą w podróż mnóstwo książek, są one jak drogowskazy, jak suflerzy, jak dyskretny chór komentarzy. Można utonąć w erudycyjnych skojarzeniach, w przeplatankach doznań własnych oraz wędrujących poprzedników. Nie trzeba czytać od deski do deski, można sączyć i delektować się niczym winem. Zalecam tę formę, żeby nie czuć przesytu i przygniecenia. Tak, to już jest z podróżującym intelektualistą.

Podróż (…) jest niczym rama obrazu, wydobywa z przedstawionego świata to, co w nim najważniejsze, jest rodzajem ostatecznego sprawdzianu, do czego jesteśmy zdolni, jak zachowamy się wśród rzeczy i ludzi nieznanych.”

Żródło
Zagańczyk rusza na wyprawę śladami ulubionych malarzy i pisarzy. Pierwszą część książki poświęca głównie Włochom: Toskanii, Ferrarze, Florencji, Pizie, Wenecji, ale także Krecie, Korsyce. Najpierw wśród cieni cyprysów, pinii i etruskich urn, które nie są tylko skatalogowanymi przedmiotami, a „wizytówka zmarłych” i elementem wizji pogodnej śmierci. Później spaceruje w Asolo, znanego głównie jako miejsce zamieszkania trzech kobiet: Katarzyny Cornaro, ostatniej królowej Cypru, Eleonory Duse wielkiej aktorki i Frey Stark podróżniczki. Wchodzi na wieżę, ale nie tylko tą w Pizie, inną, mniej znaną w Donnini, i tylko dlatego, że pisał tam Chatwin? Następnie kieruje się na północ, do Inflantów, Berlina i … Byszew, okolic bliskich Iwaszkiewiczowi, których ślady można znaleźć w na przykład w „Pannach z Wilka”. Nowosolna, Skoszewy, Dobra. Dawny dwór, zamieniony na PGR, dziś zupełnie zrujnowany. To świat miniony, „ogród upadły”. Zderzenie literackich obrazów z rzeczywistością czasem przynosi smutną refleksję, czasem wzruszenie, zawsze emocje. Czytanie tych esejów jest jak włączenie przycisku pauzy. Stop świecie zatrzymaj się na sekundę, żeby przez moment zobaczyć jaki byłeś, lub jesteś piękny w najprostszych odsłonach.

 
Marek Zagańczyk „Cyprysy i topole”, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012

0 komentarze:

Olga Kirch ma trzydzieści lat. Czym się zajmuje? „ Wyręcza innych w zarabianiu pieniędzy ”. Analizuje, hedguje, kupuje, wystawia rekomend...

Płotki, rekiny i fundusze inwestycyjne


Olga Kirch ma trzydzieści lat. Czym się zajmuje? „Wyręcza innych w zarabianiu pieniędzy”. Analizuje, hedguje, kupuje, wystawia rekomendacje, sprzedaje – zarządza portfelem papierów wartościowych pewnego funduszu. Jest bardzo zdolna, ma świetne wyniki, kariera kwitnie. Owszem brakuje czasu na „normalne życie”, czytaj rodzinę. Ale chłopak vel. kochanek jest, piękne mieszkanie w kamiennicy jest, konto zasilane konkretną pensją jest. W weekendy i wakacje wypady do egzotycznych rejonów świata lub uprawianie ryzykownego hobby. Adrenalina musi być na wysokim poziomie przez cały czas. Dla niektórych: żyć nie umierać. Tylko, że Olga jest inna. Owszem pozostaje profesjonalistką, ma niezłą intuicję i umiejętności dobrego przewidywania, stąd jej wyniki, ale ma też cos jeszcze: skrupuły. Nie jest rekinem, a raczej superbohaterem w spódnicy. Ma zasady wśród, których dominuje dbałości o klienta i jego pieniądze. Ta cecha łączy ją z grubą rybą Wall Steet – Davidem Bernstein’em. Płotka i rekin w symbiozie przyzwoitości, która „pozwala im patrzeć w lustro (...) i nie brzydzić się siebie, kiedy czytam w gazetach o własnych decyzjach”.
Źródło
Świat warszawskiej finansjery być może jest tylko skromnym zapleczem dla takich gigantów jak Wall Street, Londyn czy Frankfurt, ale może stać się ciekawym narzędziem w rozgrywkach między najgrubszymi rybami. Są tu młodzi finansiści z mlekiem pod nosem, są też starzy wyjadacze, pozostałości poprzedniego systemu, bardzo sprawni w „załatwianiu”, przekupywaniu i pociąganiu za sznurki. Wszyscy próbują minimalizować ryzyko i maksymalizować zyski. Pazerność kontra etyka. Lekki spadek kursu i ogromne straty, dla jednych to tylko część matematycznego równania, dla innych dramaty życia, straty oszczędności, emerytur. Kadra zarządzająca i jej konszachty ze światem polityki i biznesu. Roszady i ustawki w czasie walnych zgromadzeń, tymczasowe sojusze, handel stanowiskami w radach nadzorczych. To jak prawdziwa jazda na kolejce górskiej z domieszką piłkarskiej „kiwki”. Raz na byku, raz na niedźwiedziu. Pęd niesamowity. Kto kogo podkopie pierwszy, kto ma w rękawie większy atut i kto zna przeciwnika lepiej. Nie ma zasad, wyciągane są wszelkie brudy, aby osiągnąć cel. Cum finis est licitus, etiam media sunt licita.
 
Źródło

Tytuł K.I.S.S, to akronim zasady „Keep it Simple Stupid”, czyli nic innego jak: ”najprostsze sposoby pozostają najlepsze”, nie kombinuj, bierz, co dają. Nie ma tu nic o zespole rockowym, ani technikach całowania, no chyba, że z samym diabłem. Literacko nie jest to z pewnością najwyższa półka, nagle pojawiający się wątek smutnego dzieciństwa, trochę dziwi w tym wszystkim, dobrze, że nie został rozwinięty. Trzeba jednak mieć niezłe umiejętności gawędziarskie, żeby ciekawie opowiadać o sprawach finansów, a tym bardziej inżynierii finansowej, czy krachu w 2008 roku, czy metodach analizy finansowej. Zasypiacie już na samą myśl? Nie znajdziecie tu nadęcia i tonu wykładowcy akademickiego, za to w całkiem niezły klimat powieści sensacyjnej. Tomasz Prusek jest publicystą Gazety Wyborczej oraz analitykiem i obserwatorem rynków kapitałowych. Czytałam kiedyś jego artykuły, z racji wykształcenia i zainteresowań. To nie jest bełkot szalonego maklera, ani żonglowanie obcobrzmiącymi słowami: model CAPM, wypukłość obligacji, kontrakt collar. Akcja trzyma w napięciu cały czas, jest groźnie, są spiski, brudne zagrywki, chwyty poniżej psa, seksistowskie zachowania, góry pieniędzy.

  
Tomasz Prusek „K.I.S.S” Wydawca Agora S.A, Warszawa 2014












Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Agora



 

0 komentarze:

Źródło Czy przytrafiło Wam się kiedyś natknąć na książkę samotnie leżącą, na przykład w pociągu, albo na ławce w parku? A może widzie...

Książkowe wymianki


Źródło
Czy przytrafiło Wam się kiedyś natknąć na książkę samotnie leżącą, na przykład w pociągu, albo na ławce w parku? A może widzieliście małe skrzynki, gabloty, czy regały na dworcach, w knajpkach, w  kinie, w parku, teatrze, przy fontannie? I czy naszła Was taka myśl – kto je tu zostawił i czy mogę sobie poczytać? Nie trzeba być takim nieśmiałym, bo właśnie o to chodzi. Czytać proszę państwa, można a nawet trzeba! Jest jeden wszakże warunek, książki przekazujemy dalej lub, w nomenklaturze bookcrossing’u, uwalniamy. Nie przywłaszczamy i nie podkradamy. Bo książka tak naprawdę żyje w rękach czytelnika. Oto ruch wyzwalania książek. Możemy zatem podzielić się tomami, tomikami, które zalegają na naszych półkach i zbierają kurz. Już kręcicie nosem? Oddać książkę molowi jest cokolwiek ciężko, ale tak z ręką na sercu, każdy ma w biblioteczce coś, co tam naprawdę leży od zawsze, nietrafiony prezent od cioci, albo dwunasty egzemplarz Grocholi, coś, co możemy wysłać dalej w świat, w myśl zasady, że „jesteśmy wielcy, przez to, czym się dzielimy”.


Źródło
Bookcrossing brzmi złowrogo i obco. Może u niektórych wywoływać podejrzane skojarzenia – „krzyżowanie książek” - obiło mi się nawet o uszy. A to nic innego jak nieodpłatna wymiana książek. Szczerze mówiąc mnie bardziej do gustu przypadły tłumaczenia „ksiązkokrążenie”, „książka w podróży”, „krążąca książka”. Jak to działa w praktyce? Bardzo prosto. Pozycję, którą postanawiamy wysłać w świat  możemy po prostu zostawić na jednej z półek bookrosingowych w autobusie, w kawiarni, w toalecie, ale możemy iść dalej i śledzić jej los. Należy w tym celu opatrzyć książkę specjalną naklejką i zarejestrować na stronie www.bookcrossing.pl. Do bookcrossing’u nie nadają się albumy, ciężkie encyklopedie, a jeśli takowe się trafiają, opiekunowi przekazują je do bibliotek, domów opieki, przedszkoli, szkół, zakładów karnych. Nic się nie marnuje. Wprawiamy książkę w ruch, oczywiście licząc na to, że inni przyłączą się do tej zabawy. Mobilna biblioteka, ale bez karty, zapisów i terminów przetrzymywania, a książka może nas sama znaleźć.


Źródło
Skąd taki pomysł? Ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, a pomysłodawcą jest informatyk, Ron Hornbaker, twórca strony bookcrossing.com, czyli jak sam mówi największej biblioteki na świecie. Niby nic takiego, ale impuls dla ruchu była tak silny, że uderzył z siłą tsunami  w inne kraje świata.

BOOKCROSSING W LICZBACH:

·        w roku 2012, według www.bookcrossing.pl., w Polsce było 20 tysięcy półek bookcrossing’owych. Lokalizacje miejsc są przeróżne, na przykład Bacówka pod Małą Rawką w Bieszczadach. Niezwykłe.

·        Według tego samego portalu w światowy ruch bookcrossing’u zaangażowało się 1 891 306 tysięcy osób ze 130 krajów.

·         uwolniono 9 741 236 książek (dane z 4 czerwca 2013), w tym Polacy 167 133 książek, co stanowi 1,61 % w skali światowej.

·         W Polsce oficjalnie zarejestrowało się 22 740 użytkowników – 1,99% w skali światowej. Myślę, że jest nas więcej, nie każdy zawraca sobie głowę formalnościami, albo ma internet.

FORMY:

1.   Wolne wypożyczalnie, pojawiające się w wybranych lokalizacjach. Książki oklejone są specjalnymi naklejkami z logo akacji. Dobrym przykładem są akcje prowadzone na dworcach kolejowych „książka w próżny”

Źródło

2.   Wiele miast organizuje wymianki. Dajmy na to mój kochany Kraków i „Drugie życie książki”. Każda taka akcja ma swój regulamin np.: książki nie mogą być zniszczone, podpisane, podarte,  wymian zwykle 1:1.

3.   Udostępniane  kody QR odsyłające do plików zawierających książki, które można pobrać za pomocą urządzenia mobilnego bezpośrednio z plakatów rozwieszonych w „Wolnych wypożyczalniach”.

4.   Akcje wszelakie, połączone z festynami, pochodami, spotkaniami autorskimi np. Czytająca Bydgoszcz, Festiwal Pięknego Czytania im. Kazimierza Hoffmana, Bydgoskie Biesiady Czytelnicze, 5 minut dla książki

5.   Oprócz wspomnianych portali, także: www.gazeta.pl/podajksiazke, http://drugiezycieksiazki.pl/, http://www.finta.pl/, http://podaj.net/ i wiele innych.

Nie bez powodu w tym miesiącu piszę właśnie o tej akcji? ruchu? filozofii? formie popularyzacji? 17 czerwca obchodzimy Ogólnopolskie Święto Uwolnionych Książek. Książki pojawiają się wszędzie, zaskakują nas, ale co najważniejsze: każdy ma do nich dostęp. Ta idea bardzo przypadła mi do gustu. Wirtualna biblioteka bez żadnych formalności, bez regałów i siedziby. Nowatorsko i ciekawie. Fakt, że przede mną jakąś pozycję czytało, choćby kilkanaście osób, przyprawia o ekscytację. Zafón pisał Każda (…) książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią.


Źródło

3 komentarze: