Już pierwszy rozdział tej książki potwierdza, że najlepsze są proste i spontaniczne decyzje: nie mogłem znaleźć pracy, przygniatał mni...



Już pierwszy rozdział tej książki potwierdza, że najlepsze są proste i spontaniczne decyzje: nie mogłem znaleźć pracy, przygniatał mnie studencki kredyt, nie miałem cierpliwości za marną kasę siedzieć od 8.00 do 16.00 - wyjeżdżam na doczepkę na Kiribati i zostaję hospodynem domowym. Atol Tarawa, może nie miał rajsko brzmiącej nazwy, ale za to na zdjęciach prezentował się turkusowo, piaszczyście, palmowo. Autor „Życia seksualnego kanibali”, J. Maarten Troost, miał nadzieję, że wraz ze swoją dziewczyną, Sylwią pracującą dla amerykańskiej organizacji pomocowej, trafią do „przysłowiowego, zamieszkałego przez życzliwych i szlachetnych tubylców tropikalnego raju o przyrodzie bujnej i łagodnej oraz krajobrazie dostarczającym inspiracji do przedsięwzięć natury podniosłej i artystycznej.” Pierwsze migawki z okien samochodu mogły to tylko potwierdzać, ale bardzo szybko marzenia zostały zmyte przez oceaniczną falę ludzkiej … sraczki. Później kolejne wyobrażenia pryskały jak bański mydlane: dieta złożona z ryb i świeżych owoców (rzeczywistość: tuńczyk co dnia, o ile był lub konserwy podsyłane przez Australijczyków, z datą ważności kilka miesięcy wstecz). Piaszczyste plaże versus sterty pieluch i piętrzących się puszek. Błogostan zagłuszany codzień przez Makarenę. Miesiące bez elektryczności albo bez słodkiej wody, albo obu. Żółtaczka, cholera i ciągła biegunka. Raj na SORze.
Autor bardzo sprawnie poprowadził nas przez historię i geografię atolu: kto i kiedy zawitał tu pierwszy, jak przebiegła brytyjska kolonizacja Południowego Pacyfiku, trochę o bitwie o Tarawę. Obok tych praczasów w pigułce, mnóstwo informacji na temat życia codziennego: niebezpieczny system „bubuti” zapobiegający kradzieży; dzieciobójstwo poprzez palenie zużytych pieluch i dlaczego Miles Davis jest lepszy niż Ochrona Justus?. Przez ponad trzysta stron autor raczy nas podróżą na fali anegdot z nieco pikantnym poczuciem humoru: jak zamówić The New Yorkera, albo ulubione CD na środek oceanu, jak wpisać adres, którego … nie ma. Brak przystosowania, do życia na atolu jest bardzo komiczny i idealnie sprawdził się, jako motyw letniej czytelniczej przygody.
Jakieś ale? Troost popadał momentami w silnie nostalgiczną nutę, przeszłość Kiribati wydawała mu się taka różowo-cukierkowa, bez złowrogiej, penetrującej i zaśmiecającej atol „cywilizacji”. Tęsknił, a jednak sam zajmował się importem nowinek. Nie oszukujmy się, nie przybył na Kiribati asymilować się, w tekście nie zagłuszał swojego protekcjonalnego tonu, chciał się ładnie opalić, przeżyć przygodę. Dobrze, że pozostał człowiekiem spoza atolu, co sprawiło, że całość wypadła bardzo zabawnie.


J. Maarten Troost „Życia seksualnego kanibali”, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2017

"Wolność, jak wszytko inne, jest relatywna" Kiedy Margaret Atwood zaczyna pisać „Opowieść Podręcznej” w 1984 roku mies...


"Wolność, jak wszytko inne, jest relatywna"

Kiedy Margaret Atwood zaczyna pisać „Opowieść Podręcznej” w 1984 roku mieszka w Berlinie Zachodnim. Rejestruje tekst odręcznie w notesach z żółtymi stronami, nie nadaje mu jeszcze tytułu, zaczytuje się w historiach science fiction, fantastyce, utopiach i dystopiach. Wokół niej pełno relacji spoza muru, ludzi zniknionych, przeszłości utraconej, złowrogiej tyranii. Ale w nowej książce nie chce popadać w tony alegoryczne, nie chce prawić kazań, nie chce kreować gry między awatarami. Ubiera więc swoją opowieść w postać kobiety, bezimiennej Podręcznej, jednej z wielu dziewczyn w czerwonych szatach („kolor krwi po którym się je poznaje”) i białych skrzydlatych czepcach.


Stany Zjednoczone po cichym zamachu stanu, który zastępuje liberalną demokrację teokratyczną dyktaturą. Do życia powołuje się Republikę Gileadu. Nie ma już Kongresu, nie ma konstytucji, jest za to patriarchalny system o XVII-wiecznych purytańskich korzeniach. Ludzie bez imion, kategoryzowani i uniformizowani: Komendanci i ich Żony, Marty, Aniołowie, Podręczne, Ciotki. Kobiety, niekobiety. Towarzysze i buntownicy z ruchu oporu. Świat publicznych egzekucji, ścian straceń i wiszących dla przykładu zwłok. Świat bez liter (przynajmniej oficjalnie), regulowany w każdej dziedzinie. Świat, w którym palą książki, w którym spaceruje się zawsze z towarzyszem. W futurystycznym państwie totalitarnym kobiety nie mogą mieć konta, pracy poza domem, zostają zredukowane do osób obecnych, gotujących i oczywiście rodzących. Płodność jest na wagę złota.
ówna bohaterka jeszcze niedawno tuliła się z mężem, głaskała ich wspólne dziecko, plotkowała z Moirą, paliła papierosy. Teraz jej życie jest w zasadzie bezwydarzeniowe, zredukowane do zakupów, jedzenia i macicy. Przydzielona bezpłodnemu małżeństwo, ma rodzić, odbywać stosunek z Komendantem na kolanach Racheli. Wszystko zaczyna się w Czerwonym Centrum. Pranie mózgu i wymazywanie przeszłości, ostre porno puszczane namiętnie jak film ostrzegawczy przypomina od czego uratował kobiety Gilead. Teraz czerwone kiecki i białe kapturki dają im nadzieję, zapewniają spokój. A szacunek? „Kiedyś” ukatrupiono, wykastrowano elektrycznymi pałkami. Ciotki opiekunki i przewodniczki po nowej rzeczywistości są czasem ślepo wierzące, albo dające upust sadystycznym skłonnościom, albo po prostu oportunistki. Trenują dziewczyny i wiedzą, że następne pokolenie Podręcznych będzie lepsze, bo wolne od pamięci.
Podobnych antyutopijnych obrazów jest w literaturze wiele - „Rok 1984” Orwella, „451 stopni Farenheita” Bradbury'ego, „Władca much” Goldinga, „Kocia kołyska” Vonneguta. Każda wywołuje przerażenie i nadzieję, że autorzy nie są jednocześnie dobrymi profetami. Książka Atwood pełna jest metafor i porównań, a brak w niej cudzysłowów pozwalających odróżnić mowę od myśli, robi się opresyjnie, a momentami nieco monotonnie i na kompletnym odczuleniu. Mimo wrażenia jakie wywiera ta rzeczywistość, strachu, że słowo stanie się ciałem, bardziej ujęły mnie dwie kwestie. Po pierwsze delikatny, ale wyraźny feminizm, pokazany przez różnorodne oblicza kobiecości, z całym bogactwem charakterów, zachowań i odczuć, z rozmyślaniami nad seksualnością i ciałem. Nic dziwnego, że kontrola takiej mocy pociąga każdy reżim. Po drugie, Atwood, (co sama potwierdziła), nie pisze książki antyreligijnej, pisze raczej o tym czym religia być nie powinna i jak nie należy jej wykorzystywać. Bardzo na tak, bo lepiej czytać.


Margaret Atwood „Opowieść Podręcznej”, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2017

Trochę świętujem zwiększoną liczbę polubień na FB, trochę lato, trochę próbujemy czegoś nowego. Niech  na blogu  zagoszczą quizy. Na...


Trochę świętujem zwiększoną liczbę polubień na FB, trochę lato, trochę próbujemy czegoś nowego. Niech na blogu zagoszczą quizy. Na początek coś prostego: pierwsze zdania znanych (naprawdę) książek. Wśród osób, które podejmą wyzwanie i w ciągu 7 dni (do godziny 24.00, 23 lipca 2017) zostawią po wpisem na blogu odpowiedzi (co najmniej pięć poprawnych), rozlosuję nagrodę książkową. Wyniki dnia następnego po zakończeniu konkursu, na fanpage'u na FB. Miłej zabawy!


1.


2.

3.


4.


5.


6.


7.




“ Kokaina sprawia, że energia cię rozsadza. Możesz stanąć w szeregu już gotowy do biegu, hej ” śpiewał Kazik Staszewski na płycie Melas...


Kokaina sprawia, że energia cię rozsadza. Możesz stanąć w szeregu już gotowy do biegu, hej” śpiewał Kazik Staszewski na płycie Melassa. Jacek, bohater „Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka, diler narkotykowy, wie na jej temat wszystko. Wie też wszystko o swoich klientach, pieści ich, zaopatruje, kiedy potrzeba kredytuje, albo łamie place i daje w ryj rękami Stryja lub Bujasa. Jacek – Mizaru, Kikazaru, Iwazaru w jednym. Jacek uciekł z Olsztyna, został słoikiem. Uciekł przed całą masą historii, które stanowiły jego własne reality show: matką, nieprzepracowaną relacją z ojcem. Teraz jest niewidzialny, wtapialny, łatwo zapomninalny, a dla czytelnika aż nadto wyrazisty. Cyniczny, izolujący się od reszty warszawskiego towarzystwa; powtarzający często, że branie to ludzki wybór, on, diler nikogo do niczego nie zmusza, jest inny. Jacek chce po prostu zarabiać, realizując w ten sposób swój skrupulatny plan wyjazdu do Argentyny. Jacek lubi uciekać. Jacek jest poza ćpającą Warszawą, poza gangsterskimi układami, poza rodzinnymi problemami. Otoczony ludźmi, którzy milczą lub komponują Wariacje Goldbergowskie. Za dnia schowany w swoim szaro-stalowym kantorku, nocą wypełza niczym dementor, choć tak naparwdę jak Rysiek Riedel tkwi w wytworzonej przez siebie wolności. Jacek jest skazany na siebie. To jego podstawowy problem. Sterylna sytuacja bycia człowiekiem cieniem zaczyna matowieć, kiedy pojawia się pewna torba z kasą i najlepszy klient wpada sypiąc swojego dostawcę, kula śniegowa rusza. Rusza wspaniałym strumieniem słów: energetycznym, zimnym, mocnym, wulgarnym i na swój sposób uwodzicielskim. O tak Żulczyk pisze drapieżnie i rozbrajaąco opowiada porównaniami. Mogłaby to być moja miłość totalna, a jest jedynie skomplikowana. Bo kiedy Jacka dogania klaustrofobia wielkiego miasta, ja rozgryzłam już zakończenie. I nie to martwi mnie najbardziej, mam raczej brak przekonania, że wiem, co właściwie autor chce przez tę historię powiedzieć. Czy jest to po prostu thiller? Czy moralitet? Czy ostrzeżnie? Być może to filozofia pisania, o której Żulczyk wspomniał w jednym z wywiadów: raczej pytać niż od(p)owiadać. 


Jakub Żulczyk „Ślepnąc od świateł”, Świat Książki, Warszawa 2014

„ Mało kto wie, że ja zapamiętuję wszystko. Ale ja naprawdę pamiętam o wszystkim. Może kiedyś gdzieś to zapiszę, na wypadek jakby na s...


Mało kto wie, że ja zapamiętuję wszystko. Ale ja naprawdę pamiętam o wszystkim. Może kiedyś gdzieś to zapiszę, na wypadek jakby na starość zaczęło mi wietrzeć z głowy. Jeśli dożyję starości. Może nawet nie dożyję studiów? Różnie może być.” Tak mówi mała Weronika, mieszkanka małopolskich Olszyn, narratorka debiutanckiej książki Gogoli „Po trochu”. Funduje nam spacer po krainie dzieciństwa nie trzymając się żadnych dat, ani chronologii, podążając za intuicją bajarza. Pamięć jako katalog biblioteczny, skompletowane fiszki wydarzeń bez lat. Przywoływacze nawiedzające nas pod wypływem zapachu, smaku, brzmienia, skojarzenia. Jajko niespodzianka - pożar Gieesu, kogel-mogel – mama, plastelina – kupa w szpitalu. Historia dziadka Lemoniady i jego tajemniczego zeszytu, winko z dymionka, Kasiorowe kury, kąpiel w pokrzywach, czy przyjaźń z Sieją. Prawie idylliczna kraina wiecznej niewinności. Zazwyczaj zapisy dzieciństwa i młodości, lata później zmieniają się w mieszankę opowieści lirycznych i wspomnień zdeformowanych, po liposukcji, mało oczywistych, czasem niepewnych. Tymczasem ta książka nie jest układanką z gotowych elementów, punktowcem z wielkiej płyty, zbiorem pomników i kreacji lat 90-tych. Cappuccino w proszku, duraleks, jajka niespodzianki, Bravo, Phil Colins z walkmana. Spacer po Olszynach z kiedyś, nie jest wywoływaniem duchów, raczej opowiadaniem ludzi, którzy byli, czasem trochę wymyśleni, trochę dopowiedzeni, czasem zaklęci w przedmiotach.
W powieści Gogoli wiata nas pieśń żałobna, która śpiewana będzie w każdym rozdziale, co najmniej raz. Bim bam. Bim bam. Koleje losu, przeszywające nieuchronnie delikatność niewinności. W każdym rozdziale kogoś żegnamy - Gogolowi mężczyźni żyją tylko do 50-tki. Bo tak już jest, że jak się człowiek boi albo nie rozumie, albo po prostu, kiedy jest mu smutno, to potrzebuje coś słodkiego na język i dużo snu. Dużo snu, żeby nie było tego, co jest naprawdę.Boże, jaka to piękna książka. Napisana językiem bezpretensjonalnym i z humorem. Każdy z nas ma w sobie tę opowieść, swoje babcie Fredzie, swoje wyprawy na porzeczki, swoje zapachy skoszonej trawy, swoje szczepione jabłonki, sionki pachnące stęchlizną, swoje strachy kryjące się w ciemności. I przede wszystkim te historie wyrosłe wraz z ludźmi, którzy byli, którzy są, którzy nas zlepili. Urywa duszę.


"Po trochu” Weronika Gologa, Wydawnictwo Książkowe Klimaty, Wrocław 2017


To mi się wysypało. Czasu głównie. Nie wiem jak to ogarnąć, więc daję sobie trzy dni na oswojenie. Tak, mogę czytać do woli, ale tak s...



To mi się wysypało. Czasu głównie. Nie wiem jak to ogarnąć, więc daję sobie trzy dni na oswojenie. Tak, mogę czytać do woli, ale tak sobie myślę, że może pójdę tam, gdzie normalnie nie chadzam. Obsypię się brokatem, zdejmę chustę, odwiedzę Haiti, a może najmniejszą wyspę Bałtyku, a może Bali w przezroczystym kajaku, posortuję bajzel tu i ówdzie, popatrzę na ładne rzeczy. Ludzie tak robią, gdy mają chwilę. Kilka linków do podpatrzenia.


PATRZ


Ładne. Instagram @felicitygleeson



🌞

W Iranie kobiety muszą zakrywać głowy w miejscach publicznych, zgodnie z zasadami wprowadzonymi w 1979 roku, po rewolucji. My Stealthy Freedom to ruch społeczny i strona internetowa, gdzie kobiety zamieszczają swoje zdjęcia bez chust. 


🌞

Podziwianie cudów w zatoce Pemuteran w przezroczystym kajaku. Pomysłowo od PUPA NUDA.





CZYTAJ

Dzieci są otoczone mnóstwem zabawek: seriami, kolekcjami czy przypadkowymi modnymi przedmiotami. Rodzicom z klasy średniej nie brakuje na nie pieniędzy. Czasami zabawek jest tak dużo, że powoduje to agresję”. Ciekawy wywiad w Gazecie Wyborczej o wychowywaniu pokolenia konsumentów.

🌞

Wydawnictwo Czarne wraz z wydawnictwem Agora zapowiadają premierę biografii Stanisława Lema na 2.08.2017. Lem. Życie nie z tej ziemi to pierwsza w Polsce biografia autora Cyberiady. Korzystając z niepublikowanych dotąd źródeł, Orliński wyjaśnia duże i małe, poważne i zabawne tajemnice z życia pisarza. Jak Lem przeżył Holokaust? Czy kiedykolwiek uwierzył w komunizm? Dlaczego w 1945 roku porzucił intratną karierę spawacza? Jak się nauczył czytać po angielsku? Co sobie kupił za honorarium z Obłoku Magellana? O co chodziło w Solaris i dlaczego Andrzej Wajda w końcu jednak nie nakręcił ekranizacji? Jak korespondencyjna przyjaźń z Philipem K. Dickiem przerodziła się w nienawiść, w wyniku której Dick wysłał słynny donos na Lema do FBI? Co łączyło Lema z Karolem Wojtyłą? Czym się różniły pierwotne wersje Fiaska, Głosu Pana i Kataru od tego, co Lem ostatecznie wysłał wydawcy? Na czym polegała współpraca Lema z opozycją demokratyczną? Jaką tajemnicę skrywa szopa na zapleczu domu pisarza? Gdzie i kiedy Lem spróbował narkotyków i jakie miał przy tym doznania? Ile waży jamnik rubensowski? Jak w PRL wyglądał zakup samochodu, domu, „New York Timesa”, wejściówki na Kasprowy Wierch, stacyjki do fiata czy marcepanowego batonika? I co to właściwie jest sztamajza?”


🌞

Hiddensee. Najmniej znana wysepka na Bałtyku. Wędrowne Motyle piszą: „Wjeżdżając do Kloster zdajemy sobie sprawę, że wjeżdżamy do wioski, w której kiedyś prawdopodobnie gromadziło się najwięcej pisarzy, poetów, malarzy niemieckich na metr kwadratowy. A na pewno Noblistów. Obok Tomasza Manna, Zygmunta Freuda, Gerharda Hauptmanna, który miał tu swój dom, w którym tworzył. Artystyczna bohema ówczesnych Prus na tyle ukochała sobie Hiddensee, że w złotych latach z Berlina przybywały pielgrzymki artystów różnych miar, czasami specjalnym statkiem.



MYŚL

Exposé Małgosi Zdanewicz z bloga oswiatykaganiec.pl: „w nowym przekroju reklama magazynu książki– że sięga po nie inteligencja. założenie dobrze znane z memów pod tytułem today a reader, tomorrow a leader czy światem rządzą ci, którzy czytają książki. cała reszta siedzi przed telewizorem. widzicie w nich coś złego? ja nie, ale podczas ostatniego literackiego sopotu dowiedziałam się, że (podobno) propagowanie czytelnictwa jako czynności elitarnej robi mu więcej szkody niż pożytku. ponieważ nie zgadzam się z tym więcej niż bardzo, postanowiłam wydać exposé w tej sprawie.”

🌞

A może seksulany brokat? "Passion Dust to specjalny brokat zamknięty w kapsułce i przeznaczony do stosowania wyłącznie w miejscach intymnych. Kapsułkę należy umieścić w waginie co najmniej godzinę przed stosunkiem. Wówczas pod wpływem ciepła i wilgoci zacznie się rozpuszczać, uwalniając brokat oraz, jak twierdzą producenci, słodki smak cukierków."


🌞

LyonelTrouillot – pisarz dzielnicy, o literaturze haitańskiej „Nie dorasta się w dzielnicach nędzy. W dzielnicach nędzy przechodzi się od dzieciństwa od razu do dorosłości. Żyjemy w świecie, w którym zapominamy o istnieniu innych. Powstaje dziś ogromna literatura autocentryczna, pisana przez autorów, którzy patrzą w lustro i widzą tylko siebie.”

🌞

A gdyby...Cinderfella 




Od Nowego Jorku, po Tasmanię, z międzylądowaniem gdzieś w Polsce C. Thrillery i sensacje, studia przyjaźni i dojrzałych miłości, lok...



Od Nowego Jorku, po Tasmanię, z międzylądowaniem gdzieś w Polsce C. Thrillery i sensacje, studia przyjaźni i dojrzałych miłości, lokalnych patriotyzmów, terroryzmu i paranoi. Nie ma, w moich wyborach, lekkich pozycji i słoneczno -letnich tematów, ulatujących gdzieś nad szeleszczącymi parawanami. Jest za to ciekawie… . Wykorzystuję trochę lipcowy i sierpniowy sezon urlopowy wydawców i sięgam również po pozycje z początku roku. #czytamlatem






Szymon Solański właśnie wyleciał z pracy w policji. Nie próbował rozkręcać ekologicznego cateringu ani bloga lajfstajlowego, wszak n...

Typical Upper Silesian house. Katowice Szopienice, Poland.

Szymon Solański właśnie wyleciał z pracy w policji. Nie próbował rozkręcać ekologicznego cateringu ani bloga lajfstajlowego, wszak nawet najlepszy stylista nie zrobi z wilka owcy. Wypadłszy z komisariatu trafił wprost do familokowej kawalerki i własnej agencji detektywistycznej. Interes się nie kręcił, nie z winy braku talentu, ale chęci. Sypiące się mailowo zlecenia, znikały gdzieś w cyberprzestrzennym niebycie. Solański wpisywał się idealnie w model prywatnego detektywa: małomówny-samotnik-abnegat. Chudy, w wymiętym szarym podkoszulku, z adoptowanym psem inwalidą u boku, szwendał się po Chorzowie w poszukiwaniu celu, a może znaku z nieba? Nie rozgaszczał się zbytnio w swoim życiu, jakby przeszedł na L4. Ciągnęły go wspomnienia, tęsknoty, grób żony, ojciec alkoholik, matka hetera. Życie wyjadał głodowymi porcjami, a ta smętność idealnie wpisywała się w jesienną śląską szarówę. Odkrycie zwłok kobiety w piwnicy familoka, podsunęło zagadkę, o którą wcale się nie prosił. Wypadek? Przypadek? Życie Marianny Biel pełen było marzeń i samotności, dokładnie takie samo jak jej mieszkanie w chorzowskim familoku – wypełnione obrazami w kolorze sepii, kurzem, aby w końcowej fazie przybrać formę samotnie schnących w łazience rajtuz. Niestety nawet śmierć nie była spektakularna i bez publiczności. Sama pod wyschniętym dżemem malinowym, pośród smrodu stęchlizny i kociego moczu, ku uciesze szczurów. Zapomniana, niewidzialna. Jej zniknięcia nikt nie zauważył? Nikt nie rejestrował komórką i nie wrzucił na FB?
W Solańskim nie było ani entuzjazmu, ani zapału, tylko miałka ciekawość. Od inicjatywy była koleżanka-dziennikarka – Róża Kwiatkowska. Razem tworzyli świetnie uzupełniający się tandem przeciwieństw, któremu przyszło się zmierzyć z trupem, historiami z przeszłości, uczuciami z liceum, owocem seksu w toalecie, pustym portfelem i kamienicą pełną ewenementów: niepodobnych bliźniaków, tajemniczego gostka z szafy, właścicieli księgarni, pasjonatki kuchni śląskiej, pryszczatej Ewy i tytułowej aktorki. Społeczny patchwork.
Książka Marty Matyszczak jest bardzo przyjemną lekką lekturą zapowiadającą serię z Solańskim i Guciem. Nie znajdziecie tutaj wychodzenia za linię, ani nawet przekraczania gatunku. Mylenie tropów? Tak, ale bez wirtuozerii Grzegorzewskiej czy Nesbø. Ciekawe jest wprowadzenie psa narratora i tropienie zabójcy z nieco niższej prespektywy, glównie zapachowej. Po prostu zabawny kryminał z czarnym humorem oraz popkulturowo - literackimi passusami. Typowa „cozy mistery” gdzieś na peryferiach, muśnięta humorem, w tym wypadku również śląską gwarą, bez drastycznych opisów, bez psychopatów, bez nadprzyrodzonych mocy i kazirodczych zapasów. Idealnie na lato.


Marta Matyszczak „Tajemnicza śmierć Marianny Biel”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2017

Okazało się, że mam je trzy: oczywiści tę polską od Universitas , hiszpańską Seix Barral i wyimki „Ona śpiewała Bolero” Muzy. Wiedz...



Okazało się, że mam je trzy: oczywiści tę polską od Universitas, hiszpańską Seix Barral i wyimki „Ona śpiewała Bolero” Muzy. Wiedziałam na co się porywam, dlatego zaczęłam w ojczystym. Każda encyklopedia pisarzy powie, że Cabrera Infante to monstrum literatury, a „Trzy pstre tygrysy” to mało-konwencjonalne dzieło, czyli z góry wiadomo, że łatwo nie będzie. W zasadzie wsiadamy na bombę modernistycznych wygibasów: intertekstualności, eklektyzmu i nieskrępowanej zabawy słowem. Zanim jednak się poddamy w przedbiegach, warto zadać sobie dwa pytania. Po pierwsze: czy aby ta książka nie jest podziwiana za to jaką nie jest, a pod drugie jak jej NIE czytać?

CZY LECI Z NAMI PILOT?
Pierwsze … osiemdziesiąt stron wciąga pospiesznie w wir słów: chwyta nas Skylla z twarzą Marcela Duchampa i wrzuca w prolog opisujący show w luksusowym klubie Tropicana. Wiele nazwisk. Poznajemy tytułowych bohaterów: trzy tygrysy z hawańskiego podwórka: Silverstre, Eribó i Arsenio Cué; słuchamy La Estrelli, a potem zalegamy na kozetce u psychiatry. Gdzieś w międzyczasie trafiamy na czarną stronę i tempo wygasa, choć nadal tańczymy rumbę (przynajmniej słyszymy muzykę). NIE. Nie traktujcie tego jak chaosu, jak zlepka luźno połączonych opowieści, które za wspólny mianownik wydają się mieć tylko miejsce akcji – Hawanę w ostatnich dniach dyktatury Batisty. Tak, mamy tu kolaż, ale nie oznacza on bajzlu. I choć to świat postmodernizmu, Cabrera Infante nie tworzy książki hermetycznej. W swoim czasie dostaniecie do ręki wszystkie klucze. Rozkoszujcie się pasjonującą nierzeczywistością szczegółu.

HAWANA BANANA
Tak, Hawana to bohater naczelny, miasto totalne, miasto oddychające wieczną nocą. Miasto wibrujące muzyką, miasto łatwych kobiet, przygodnego seksu, upojnych nocy, dobrego rumu, gorącej rumby, wibrującego swingu, czy leniwego jazzu. NIE. To nie jest miasto z przewodnika, chyba, że za taki uznamy mózg autora. Cabrera Infante, który pożegnał się z Kubą na zawsze w 1965 roku, prezentuje tutaj raczej pewną retrospekcję, reprodukcję pamięciowo-graficzną. Bardzo efektowną, plastyczną opowiedzianą wspaniałym językiem, wernakularnym, rytmicznymi, melodyjnymi. W zasadzie muzykę w mojej głowie zdominowały głosy: słowotok, cytowanie, parafrazowanie. Zapis miasta, którego od dawna już nie ma. Taka nostalgiczna rekreacja, romantyczne wspomnienie.
Roześmiałem się. Ale pomyślałem, patrząc na port, że z pewnością istnieje związek między morzem a wspomnieniem. Nie tylko dlatego, że jest szerokie, głębokie i wieczne, ale tez dlatego że przychodzi w postaci regularnych fal, identycznych i nieustannych Teraz siedziałem na tarasie i piłem piwo, i powiała bryza, wiatr od morza, gorący, który podnosi się pod wieczór, i w kolejnych uderzeniach przyszło do mnie wspomnienie tych popołudniowych podmuchów, ale było to wspomnienie totalne, bo w jednej czy dwóch sekundach przypomniałem sobie wszystkie popołudnia mojego życia (…), kiedy siedziałem w parku i czytając podnosiłem wzrok,żeby poczuć wieczór, lub kiedy opierałem się o drewniany dom i słyszałem wiatr między drzewami, lub kiedy na plaży, jedząc mango, miałem ręce poplamione żółtym sokiem, lub kiedy siedziałem przy oknie i słuchałem lekcji angielskiego, lub kiedy u wujków siedziałem w bujanym fotelu, a moje stopy nie sięgały podłogi i nowe buty ciążyły mi coraz bardziej, wszędzie tam zawsze wiała ta łagodna, ciepła i słona bryza.”

INTELEKTUALNA MASTURBACJA
Ustaliliśmy już, że głównym bohaterem książki jest miasto. Pozostali bohaterowie to raczej … głosy. W części „Debiutanci” na scenę wchodzą: wspomniani już: Silvestre, Eribó i Arsenio Cué. Dodatkowo jeszcze Codac snuje opowieść o La Estrelli, a Laura Diaz położy się na kozetce u psychiatry. Jest i Bustrófedon, o którym słuchamy, którego słowne kalambury rozgryzamy. NIE. Oczywiście nie ma tu prostych rozwiązań. Rozbijacie przecież piňatę, a nie odpakowujecie Hubę Bubę. Bohaterowie stanowią swoje własne odbicia, co może nieco umknąć w całości przyjacielskich relacji tygrysów. Nie są oni też alter ego autora, raczej … wcielają się w jego pamięci. A wszystko ku szczytnemu celowi świetnej zabawy! Puste strony, czarne strony, lustrzane odbicia wyrazów, spadające litery. Redefiniowanie, przepisywanie, wymyślanie. Tłumaczenie.

ODWOŁAM SIĘ
Nie pamiętam gdzie przeczytałam, że gdyby Borges był bitnikiem, napisałby właśnie tę powieść. A Borgesa czuć tutaj dość silnie, oprócz niego dopatrzyłam się niemal natychmiast podobieństwa do „Gry w klasy” (choć „Trzy pstre tygrysy” wydały mi się bardziej liźnięte popkulturą, poza tym: „(…) wolę Bacha od Offenbacha, słowo daje, bo on jest here, ici, tutaj w hawańskim smutku, a nie w radości parisienne.”) Prousta, Twaina, Joyce'a. Opis śmierci Trockiego rozpisany na pióra kubańskich autorów to majstersztyk. NIE. To nie kolejny „Ulisses”, to bardziej satyra menippejska, z MC zamiast mędrca, z filmowymi ujęciami i scenkami prosto z Hollywood.

A tygrysy są w końcu smutne, pstre, a może uwięzione? Powodzenia!

Guillermo Cabrera Infante „Trzy pstre tygrysy”, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2017