Trochę świętujem zwiększoną liczbę polubień na FB, trochę lato, trochę próbujemy czegoś nowego. Niech  na blogu  zagoszczą quizy. Na...


Trochę świętujem zwiększoną liczbę polubień na FB, trochę lato, trochę próbujemy czegoś nowego. Niech na blogu zagoszczą quizy. Na początek coś prostego: pierwsze zdania znanych (naprawdę) książek. Wśród osób, które podejmą wyzwanie i w ciągu 7 dni (do godziny 24.00, 23 lipca 2017) zostawią po wpisem na blogu odpowiedzi (co najmniej pięć poprawnych), rozlosuję nagrodę książkową. Wyniki dnia następnego po zakończeniu konkursu, na fanpage'u na FB. Miłej zabawy!


1.


2.

3.


4.


5.


6.


7.




“ Kokaina sprawia, że energia cię rozsadza. Możesz stanąć w szeregu już gotowy do biegu, hej ” śpiewał Kazik Staszewski na płycie Melas...


Kokaina sprawia, że energia cię rozsadza. Możesz stanąć w szeregu już gotowy do biegu, hej” śpiewał Kazik Staszewski na płycie Melassa. Jacek, bohater „Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka, diler narkotykowy, wie na jej temat wszystko. Wie też wszystko o swoich klientach, pieści ich, zaopatruje, kiedy potrzeba kredytuje, albo łamie place i daje w ryj rękami Stryja lub Bujasa. Jacek – Mizaru, Kikazaru, Iwazaru w jednym. Jacek uciekł z Olsztyna, został słoikiem. Uciekł przed całą masą historii, które stanowiły jego własne reality show: matką, nieprzepracowaną relacją z ojcem. Teraz jest niewidzialny, wtapialny, łatwo zapomninalny, a dla czytelnika aż nadto wyrazisty. Cyniczny, izolujący się od reszty warszawskiego towarzystwa; powtarzający często, że branie to ludzki wybór, on, diler nikogo do niczego nie zmusza, jest inny. Jacek chce po prostu zarabiać, realizując w ten sposób swój skrupulatny plan wyjazdu do Argentyny. Jacek lubi uciekać. Jacek jest poza ćpającą Warszawą, poza gangsterskimi układami, poza rodzinnymi problemami. Otoczony ludźmi, którzy milczą lub komponują Wariacje Goldbergowskie. Za dnia schowany w swoim szaro-stalowym kantorku, nocą wypełza niczym dementor, choć tak naparwdę jak Rysiek Riedel tkwi w wytworzonej przez siebie wolności. Jacek jest skazany na siebie. To jego podstawowy problem. Sterylna sytuacja bycia człowiekiem cieniem zaczyna matowieć, kiedy pojawia się pewna torba z kasą i najlepszy klient wpada sypiąc swojego dostawcę, kula śniegowa rusza. Rusza wspaniałym strumieniem słów: energetycznym, zimnym, mocnym, wulgarnym i na swój sposób uwodzicielskim. O tak Żulczyk pisze drapieżnie i rozbrajaąco opowiada porównaniami. Mogłaby to być moja miłość totalna, a jest jedynie skomplikowana. Bo kiedy Jacka dogania klaustrofobia wielkiego miasta, ja rozgryzłam już zakończenie. I nie to martwi mnie najbardziej, mam raczej brak przekonania, że wiem, co właściwie autor chce przez tę historię powiedzieć. Czy jest to po prostu thiller? Czy moralitet? Czy ostrzeżnie? Być może to filozofia pisania, o której Żulczyk wspomniał w jednym z wywiadów: raczej pytać niż od(p)owiadać. 


Jakub Żulczyk „Ślepnąc od świateł”, Świat Książki, Warszawa 2014

„ Mało kto wie, że ja zapamiętuję wszystko. Ale ja naprawdę pamiętam o wszystkim. Może kiedyś gdzieś to zapiszę, na wypadek jakby na s...


Mało kto wie, że ja zapamiętuję wszystko. Ale ja naprawdę pamiętam o wszystkim. Może kiedyś gdzieś to zapiszę, na wypadek jakby na starość zaczęło mi wietrzeć z głowy. Jeśli dożyję starości. Może nawet nie dożyję studiów? Różnie może być.” Tak mówi mała Weronika, mieszkanka małopolskich Olszyn, narratorka debiutanckiej książki Gogoli „Po trochu”. Funduje nam spacer po krainie dzieciństwa nie trzymając się żadnych dat, ani chronologii, podążając za intuicją bajarza. Pamięć jako katalog biblioteczny, skompletowane fiszki wydarzeń bez lat. Przywoływacze nawiedzające nas pod wypływem zapachu, smaku, brzmienia, skojarzenia. Jajko niespodzianka - pożar Gieesu, kogel-mogel – mama, plastelina – kupa w szpitalu. Historia dziadka Lemoniady i jego tajemniczego zeszytu, winko z dymionka, Kasiorowe kury, kąpiel w pokrzywach, czy przyjaźń z Sieją. Prawie idylliczna kraina wiecznej niewinności. Zazwyczaj zapisy dzieciństwa i młodości, lata później zmieniają się w mieszankę opowieści lirycznych i wspomnień zdeformowanych, po liposukcji, mało oczywistych, czasem niepewnych. Tymczasem ta książka nie jest układanką z gotowych elementów, punktowcem z wielkiej płyty, zbiorem pomników i kreacji lat 90-tych. Cappuccino w proszku, duraleks, jajka niespodzianki, Bravo, Phil Colins z walkmana. Spacer po Olszynach z kiedyś, nie jest wywoływaniem duchów, raczej opowiadaniem ludzi, którzy byli, czasem trochę wymyśleni, trochę dopowiedzeni, czasem zaklęci w przedmiotach.
W powieści Gogoli wiata nas pieśń żałobna, która śpiewana będzie w każdym rozdziale, co najmniej raz. Bim bam. Bim bam. Koleje losu, przeszywające nieuchronnie delikatność niewinności. W każdym rozdziale kogoś żegnamy - Gogolowi mężczyźni żyją tylko do 50-tki. Bo tak już jest, że jak się człowiek boi albo nie rozumie, albo po prostu, kiedy jest mu smutno, to potrzebuje coś słodkiego na język i dużo snu. Dużo snu, żeby nie było tego, co jest naprawdę.Boże, jaka to piękna książka. Napisana językiem bezpretensjonalnym i z humorem. Każdy z nas ma w sobie tę opowieść, swoje babcie Fredzie, swoje wyprawy na porzeczki, swoje zapachy skoszonej trawy, swoje szczepione jabłonki, sionki pachnące stęchlizną, swoje strachy kryjące się w ciemności. I przede wszystkim te historie wyrosłe wraz z ludźmi, którzy byli, którzy są, którzy nas zlepili. Urywa duszę.


"Po trochu” Weronika Gologa, Wydawnictwo Książkowe Klimaty, Wrocław 2017


To mi się wysypało. Czasu głównie. Nie wiem jak to ogarnąć, więc daję sobie trzy dni na oswojenie. Tak, mogę czytać do woli, ale tak s...



To mi się wysypało. Czasu głównie. Nie wiem jak to ogarnąć, więc daję sobie trzy dni na oswojenie. Tak, mogę czytać do woli, ale tak sobie myślę, że może pójdę tam, gdzie normalnie nie chadzam. Obsypię się brokatem, zdejmę chustę, odwiedzę Haiti, a może najmniejszą wyspę Bałtyku, a może Bali w przezroczystym kajaku, posortuję bajzel tu i ówdzie, popatrzę na ładne rzeczy. Ludzie tak robią, gdy mają chwilę. Kilka linków do podpatrzenia.


PATRZ


Ładne. Instagram @felicitygleeson



🌞

W Iranie kobiety muszą zakrywać głowy w miejscach publicznych, zgodnie z zasadami wprowadzonymi w 1979 roku, po rewolucji. My Stealthy Freedom to ruch społeczny i strona internetowa, gdzie kobiety zamieszczają swoje zdjęcia bez chust. 


🌞

Podziwianie cudów w zatoce Pemuteran w przezroczystym kajaku. Pomysłowo od PUPA NUDA.





CZYTAJ

Dzieci są otoczone mnóstwem zabawek: seriami, kolekcjami czy przypadkowymi modnymi przedmiotami. Rodzicom z klasy średniej nie brakuje na nie pieniędzy. Czasami zabawek jest tak dużo, że powoduje to agresję”. Ciekawy wywiad w Gazecie Wyborczej o wychowywaniu pokolenia konsumentów.

🌞

Wydawnictwo Czarne wraz z wydawnictwem Agora zapowiadają premierę biografii Stanisława Lema na 2.08.2017. Lem. Życie nie z tej ziemi to pierwsza w Polsce biografia autora Cyberiady. Korzystając z niepublikowanych dotąd źródeł, Orliński wyjaśnia duże i małe, poważne i zabawne tajemnice z życia pisarza. Jak Lem przeżył Holokaust? Czy kiedykolwiek uwierzył w komunizm? Dlaczego w 1945 roku porzucił intratną karierę spawacza? Jak się nauczył czytać po angielsku? Co sobie kupił za honorarium z Obłoku Magellana? O co chodziło w Solaris i dlaczego Andrzej Wajda w końcu jednak nie nakręcił ekranizacji? Jak korespondencyjna przyjaźń z Philipem K. Dickiem przerodziła się w nienawiść, w wyniku której Dick wysłał słynny donos na Lema do FBI? Co łączyło Lema z Karolem Wojtyłą? Czym się różniły pierwotne wersje Fiaska, Głosu Pana i Kataru od tego, co Lem ostatecznie wysłał wydawcy? Na czym polegała współpraca Lema z opozycją demokratyczną? Jaką tajemnicę skrywa szopa na zapleczu domu pisarza? Gdzie i kiedy Lem spróbował narkotyków i jakie miał przy tym doznania? Ile waży jamnik rubensowski? Jak w PRL wyglądał zakup samochodu, domu, „New York Timesa”, wejściówki na Kasprowy Wierch, stacyjki do fiata czy marcepanowego batonika? I co to właściwie jest sztamajza?”


🌞

Hiddensee. Najmniej znana wysepka na Bałtyku. Wędrowne Motyle piszą: „Wjeżdżając do Kloster zdajemy sobie sprawę, że wjeżdżamy do wioski, w której kiedyś prawdopodobnie gromadziło się najwięcej pisarzy, poetów, malarzy niemieckich na metr kwadratowy. A na pewno Noblistów. Obok Tomasza Manna, Zygmunta Freuda, Gerharda Hauptmanna, który miał tu swój dom, w którym tworzył. Artystyczna bohema ówczesnych Prus na tyle ukochała sobie Hiddensee, że w złotych latach z Berlina przybywały pielgrzymki artystów różnych miar, czasami specjalnym statkiem.



MYŚL

Exposé Małgosi Zdanewicz z bloga oswiatykaganiec.pl: „w nowym przekroju reklama magazynu książki– że sięga po nie inteligencja. założenie dobrze znane z memów pod tytułem today a reader, tomorrow a leader czy światem rządzą ci, którzy czytają książki. cała reszta siedzi przed telewizorem. widzicie w nich coś złego? ja nie, ale podczas ostatniego literackiego sopotu dowiedziałam się, że (podobno) propagowanie czytelnictwa jako czynności elitarnej robi mu więcej szkody niż pożytku. ponieważ nie zgadzam się z tym więcej niż bardzo, postanowiłam wydać exposé w tej sprawie.”

🌞

A może seksulany brokat? "Passion Dust to specjalny brokat zamknięty w kapsułce i przeznaczony do stosowania wyłącznie w miejscach intymnych. Kapsułkę należy umieścić w waginie co najmniej godzinę przed stosunkiem. Wówczas pod wpływem ciepła i wilgoci zacznie się rozpuszczać, uwalniając brokat oraz, jak twierdzą producenci, słodki smak cukierków."


🌞

LyonelTrouillot – pisarz dzielnicy, o literaturze haitańskiej „Nie dorasta się w dzielnicach nędzy. W dzielnicach nędzy przechodzi się od dzieciństwa od razu do dorosłości. Żyjemy w świecie, w którym zapominamy o istnieniu innych. Powstaje dziś ogromna literatura autocentryczna, pisana przez autorów, którzy patrzą w lustro i widzą tylko siebie.”

🌞

A gdyby...Cinderfella 




Od Nowego Jorku, po Tasmanię, z międzylądowaniem gdzieś w Polsce C. Thrillery i sensacje, studia przyjaźni i dojrzałych miłości, lok...



Od Nowego Jorku, po Tasmanię, z międzylądowaniem gdzieś w Polsce C. Thrillery i sensacje, studia przyjaźni i dojrzałych miłości, lokalnych patriotyzmów, terroryzmu i paranoi. Nie ma, w moich wyborach, lekkich pozycji i słoneczno -letnich tematów, ulatujących gdzieś nad szeleszczącymi parawanami. Jest za to ciekawie… . Wykorzystuję trochę lipcowy i sierpniowy sezon urlopowy wydawców i sięgam również po pozycje z początku roku. #czytamlatem






Szymon Solański właśnie wyleciał z pracy w policji. Nie próbował rozkręcać ekologicznego cateringu ani bloga lajfstajlowego, wszak n...

Typical Upper Silesian house. Katowice Szopienice, Poland.

Szymon Solański właśnie wyleciał z pracy w policji. Nie próbował rozkręcać ekologicznego cateringu ani bloga lajfstajlowego, wszak nawet najlepszy stylista nie zrobi z wilka owcy. Wypadłszy z komisariatu trafił wprost do familokowej kawalerki i własnej agencji detektywistycznej. Interes się nie kręcił, nie z winy braku talentu, ale chęci. Sypiące się mailowo zlecenia, znikały gdzieś w cyberprzestrzennym niebycie. Solański wpisywał się idealnie w model prywatnego detektywa: małomówny-samotnik-abnegat. Chudy, w wymiętym szarym podkoszulku, z adoptowanym psem inwalidą u boku, szwendał się po Chorzowie w poszukiwaniu celu, a może znaku z nieba? Nie rozgaszczał się zbytnio w swoim życiu, jakby przeszedł na L4. Ciągnęły go wspomnienia, tęsknoty, grób żony, ojciec alkoholik, matka hetera. Życie wyjadał głodowymi porcjami, a ta smętność idealnie wpisywała się w jesienną śląską szarówę. Odkrycie zwłok kobiety w piwnicy familoka, podsunęło zagadkę, o którą wcale się nie prosił. Wypadek? Przypadek? Życie Marianny Biel pełen było marzeń i samotności, dokładnie takie samo jak jej mieszkanie w chorzowskim familoku – wypełnione obrazami w kolorze sepii, kurzem, aby w końcowej fazie przybrać formę samotnie schnących w łazience rajtuz. Niestety nawet śmierć nie była spektakularna i bez publiczności. Sama pod wyschniętym dżemem malinowym, pośród smrodu stęchlizny i kociego moczu, ku uciesze szczurów. Zapomniana, niewidzialna. Jej zniknięcia nikt nie zauważył? Nikt nie rejestrował komórką i nie wrzucił na FB?
W Solańskim nie było ani entuzjazmu, ani zapału, tylko miałka ciekawość. Od inicjatywy była koleżanka-dziennikarka – Róża Kwiatkowska. Razem tworzyli świetnie uzupełniający się tandem przeciwieństw, któremu przyszło się zmierzyć z trupem, historiami z przeszłości, uczuciami z liceum, owocem seksu w toalecie, pustym portfelem i kamienicą pełną ewenementów: niepodobnych bliźniaków, tajemniczego gostka z szafy, właścicieli księgarni, pasjonatki kuchni śląskiej, pryszczatej Ewy i tytułowej aktorki. Społeczny patchwork.
Książka Marty Matyszczak jest bardzo przyjemną lekką lekturą zapowiadającą serię z Solańskim i Guciem. Nie znajdziecie tutaj wychodzenia za linię, ani nawet przekraczania gatunku. Mylenie tropów? Tak, ale bez wirtuozerii Grzegorzewskiej czy Nesbø. Ciekawe jest wprowadzenie psa narratora i tropienie zabójcy z nieco niższej prespektywy, glównie zapachowej. Po prostu zabawny kryminał z czarnym humorem oraz popkulturowo - literackimi passusami. Typowa „cozy mistery” gdzieś na peryferiach, muśnięta humorem, w tym wypadku również śląską gwarą, bez drastycznych opisów, bez psychopatów, bez nadprzyrodzonych mocy i kazirodczych zapasów. Idealnie na lato.


Marta Matyszczak „Tajemnicza śmierć Marianny Biel”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2017

Okazało się, że mam je trzy: oczywiści tę polską od Universitas , hiszpańską Seix Barral i wyimki „Ona śpiewała Bolero” Muzy. Wiedz...



Okazało się, że mam je trzy: oczywiści tę polską od Universitas, hiszpańską Seix Barral i wyimki „Ona śpiewała Bolero” Muzy. Wiedziałam na co się porywam, dlatego zaczęłam w ojczystym. Każda encyklopedia pisarzy powie, że Cabrera Infante to monstrum literatury, a „Trzy pstre tygrysy” to mało-konwencjonalne dzieło, czyli z góry wiadomo, że łatwo nie będzie. W zasadzie wsiadamy na bombę modernistycznych wygibasów: intertekstualności, eklektyzmu i nieskrępowanej zabawy słowem. Zanim jednak się poddamy w przedbiegach, warto zadać sobie dwa pytania. Po pierwsze: czy aby ta książka nie jest podziwiana za to jaką nie jest, a pod drugie jak jej NIE czytać?

CZY LECI Z NAMI PILOT?
Pierwsze … osiemdziesiąt stron wciąga pospiesznie w wir słów: chwyta nas Skylla z twarzą Marcela Duchampa i wrzuca w prolog opisujący show w luksusowym klubie Tropicana. Wiele nazwisk. Poznajemy tytułowych bohaterów: trzy tygrysy z hawańskiego podwórka: Silverstre, Eribó i Arsenio Cué; słuchamy La Estrelli, a potem zalegamy na kozetce u psychiatry. Gdzieś w międzyczasie trafiamy na czarną stronę i tempo wygasa, choć nadal tańczymy rumbę (przynajmniej słyszymy muzykę). NIE. Nie traktujcie tego jak chaosu, jak zlepka luźno połączonych opowieści, które za wspólny mianownik wydają się mieć tylko miejsce akcji – Hawanę w ostatnich dniach dyktatury Batisty. Tak, mamy tu kolaż, ale nie oznacza on bajzlu. I choć to świat postmodernizmu, Cabrera Infante nie tworzy książki hermetycznej. W swoim czasie dostaniecie do ręki wszystkie klucze. Rozkoszujcie się pasjonującą nierzeczywistością szczegółu.

HAWANA BANANA
Tak, Hawana to bohater naczelny, miasto totalne, miasto oddychające wieczną nocą. Miasto wibrujące muzyką, miasto łatwych kobiet, przygodnego seksu, upojnych nocy, dobrego rumu, gorącej rumby, wibrującego swingu, czy leniwego jazzu. NIE. To nie jest miasto z przewodnika, chyba, że za taki uznamy mózg autora. Cabrera Infante, który pożegnał się z Kubą na zawsze w 1965 roku, prezentuje tutaj raczej pewną retrospekcję, reprodukcję pamięciowo-graficzną. Bardzo efektowną, plastyczną opowiedzianą wspaniałym językiem, wernakularnym, rytmicznymi, melodyjnymi. W zasadzie muzykę w mojej głowie zdominowały głosy: słowotok, cytowanie, parafrazowanie. Zapis miasta, którego od dawna już nie ma. Taka nostalgiczna rekreacja, romantyczne wspomnienie.
Roześmiałem się. Ale pomyślałem, patrząc na port, że z pewnością istnieje związek między morzem a wspomnieniem. Nie tylko dlatego, że jest szerokie, głębokie i wieczne, ale tez dlatego że przychodzi w postaci regularnych fal, identycznych i nieustannych Teraz siedziałem na tarasie i piłem piwo, i powiała bryza, wiatr od morza, gorący, który podnosi się pod wieczór, i w kolejnych uderzeniach przyszło do mnie wspomnienie tych popołudniowych podmuchów, ale było to wspomnienie totalne, bo w jednej czy dwóch sekundach przypomniałem sobie wszystkie popołudnia mojego życia (…), kiedy siedziałem w parku i czytając podnosiłem wzrok,żeby poczuć wieczór, lub kiedy opierałem się o drewniany dom i słyszałem wiatr między drzewami, lub kiedy na plaży, jedząc mango, miałem ręce poplamione żółtym sokiem, lub kiedy siedziałem przy oknie i słuchałem lekcji angielskiego, lub kiedy u wujków siedziałem w bujanym fotelu, a moje stopy nie sięgały podłogi i nowe buty ciążyły mi coraz bardziej, wszędzie tam zawsze wiała ta łagodna, ciepła i słona bryza.”

INTELEKTUALNA MASTURBACJA
Ustaliliśmy już, że głównym bohaterem książki jest miasto. Pozostali bohaterowie to raczej … głosy. W części „Debiutanci” na scenę wchodzą: wspomniani już: Silvestre, Eribó i Arsenio Cué. Dodatkowo jeszcze Codac snuje opowieść o La Estrelli, a Laura Diaz położy się na kozetce u psychiatry. Jest i Bustrófedon, o którym słuchamy, którego słowne kalambury rozgryzamy. NIE. Oczywiście nie ma tu prostych rozwiązań. Rozbijacie przecież piňatę, a nie odpakowujecie Hubę Bubę. Bohaterowie stanowią swoje własne odbicia, co może nieco umknąć w całości przyjacielskich relacji tygrysów. Nie są oni też alter ego autora, raczej … wcielają się w jego pamięci. A wszystko ku szczytnemu celowi świetnej zabawy! Puste strony, czarne strony, lustrzane odbicia wyrazów, spadające litery. Redefiniowanie, przepisywanie, wymyślanie. Tłumaczenie.

ODWOŁAM SIĘ
Nie pamiętam gdzie przeczytałam, że gdyby Borges był bitnikiem, napisałby właśnie tę powieść. A Borgesa czuć tutaj dość silnie, oprócz niego dopatrzyłam się niemal natychmiast podobieństwa do „Gry w klasy” (choć „Trzy pstre tygrysy” wydały mi się bardziej liźnięte popkulturą, poza tym: „(…) wolę Bacha od Offenbacha, słowo daje, bo on jest here, ici, tutaj w hawańskim smutku, a nie w radości parisienne.”) Prousta, Twaina, Joyce'a. Opis śmierci Trockiego rozpisany na pióra kubańskich autorów to majstersztyk. NIE. To nie kolejny „Ulisses”, to bardziej satyra menippejska, z MC zamiast mędrca, z filmowymi ujęciami i scenkami prosto z Hollywood.

A tygrysy są w końcu smutne, pstre, a może uwięzione? Powodzenia!

Guillermo Cabrera Infante „Trzy pstre tygrysy”, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2017


Irytuje mnie perfekcja, a jeszcze bardziej udawana perfekcja połaczona z pozerstwem. Dzień otwierany szklanką mleka migdałowego ze sp...


Irytuje mnie perfekcja, a jeszcze bardziej udawana perfekcja połaczona z pozerstwem. Dzień otwierany szklanką mleka migdałowego ze spiruliną, do tego lektura kolumny z The New Yorkera albo wiersz Białoszewskiego o poranku. Mus z chia, malin i amarantusa w lunchboxie do roboty; kanapka z serem w foliówce jest zbyt ordynarna, oczywista i przejedzona. Poza tym gluten. Nikt nie ma pryszczy, za to wszyscy wpieprzają catering dietetyczny (żaden z produktów nie jest opisany, tak więc z tą dietetyką to...) i pachną Diorem (chuj z mydłem), zęby białojebne i równe w przylepionych uśmiechach. Wakacje na Karaibach, albo chociaż w Pradze, gdzieś za granicą po prostu. Taki Łagów wypada naprawdę blado, pewnie dziura dla emerytów, bez neta 4G i knajpy fusion. Jak się tam odznaczyć na Facebooku?
I co tam sarkastyczna krytyka, jak człowiek robiąc niby obciachowe rzeczy, ale przynoszące mu niekłamaną przyjemność, czuje się winnym. Guilty pleasures. Kochasz RPGi, ale opowiadasz o Prouście, którego ni w ząb nie kumasz. Słuchasz trash metalu, ale koszulkę masz z Możdżerem, którego dźwięki brzmią modernistycznie, a nazwisko ma należyty PR.
Tymczasem Tołstoj mówił, że szczęście polega na przeżyciu każdego dnia tak jakby był on pierwszym dniem miesiąca miodowego i ostatnim wakacji. Także zrób coming out. Oto mój.

1. PIĄTKOWY JUBEL
Tak, w momentach kompletnego odreagowania ląduję na Pudelku. Nie tylko we freestajlowe piątki, czy soboty, czasem codziennie. Czytam o nowych ustach Edyty Górniak, marchewkowej opaleniźnie Kaczyńskiej, złotych radach Chodakowskiej, bez których w dorosłym życiu ani rusz, a nawet newsy o wizycie Trupa we Wrocławiu. Jestem dość sucha i mechaniczna w czytaniu: kolejne posty, żadnych komentarzy, a od czasu do czasu kliknę sobie gdzie kupić bluzkę Kingi Rusin.



2. WYCINANKOWE ZAKUPY
I tu lądujemy przy temacie, którego nie znoszę: zakupy ciuchów. Na samą myśl biegania po tych wszystkich sklepach, przymierzania, pocę się jak ruda mysz w uplany dzień. Dla ogólnego obrazu zarysuję tylko wielkość mojej garderoby: mieści się (wraz z butami, ale nie narciarskimi) w większej walizce. Serio. Przetestowane. Dżinsy się prują kupuję nowe, jedną parę nie sześć. Rotacja zatem nie może nawet równać się tej w tetrisie. Kto mnie zna ten wie: spodnie, T-hirty, czasem pogniecione, czasem wyciągnięte, czasem styl a la worek od ziemniaków. Tymczasem, prawie maniakalnie kupuję gazety shoppingowe, wycinam z nich zdjęcia: stylizacje, modne dodatki, niebanalne zestawienia kolorystyczne. Wszytko to spinam kolorową klamerką, a potem obczajam w necie i nabywam. Zawsze online, co prowadzi do kolejnej przyjemności, także ciuchowej!



3. I ZNOWU ZAKUPY
Jestem fanatykiem zakupów (i oglądactwa) na Zelando i showroom.pl, mam dziwne przekonanie, że zgromadzono tam wszystkie oryginalne, unikatowe pary gaci i koszulek. Po ostatniej wizycie w sieciówkach (w realu), to przekonanie jest coraz głębsze. Czaję się tylko na promocje, odznaczam, wrzucam do schowka, obserwuję, upomina się o powiadomienia o dostępności, zapisuje się na newslettery. Dostaję bólu brzucha, kiedy widzę info „ostatni egzemplarza”, wtedy wciskam KUP natychmiast. I tak codziennie, a przypomnijcie mi ile mam ciuchów? Pudełka po zakupach szybko rozbrajam, wrzucam do segregacji. Dowód winy usunięty.



3. MARTINI WSTRZĄŚNIĘTE
Seria z Jamesem Bondem jest dobra na każdy wieczór, sączy się nawet w tle kiedy pracuję, albo piszę. Oglądam ją namiętnie, głównie odcinki z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Kocham Seana Connory'ego i jego seksi profesję, ale nade wszystko akcent i głos. Kocham Jamesa, bo nie jest idealny: pali jak smok, pije jak szewc, bzyka się jak królik. Łączy w sobie dziwną przystań bezpieczeństwa, a podniecającym dreszczykiem antyrutyny. „Oh, Jaamess...”.



4. TROLLOWANIE NA KANAPIE
To przyjemność genetyczna, związana z umiejętnością zasypiania wszędzie. Zwykle przypada na noce weekendowe, kiedy to oglądam sobie jakiś film np. „Pozdrowienia z Rosji”. Sadowię się na kanapie, wiedząc już, że nic nie obejrzę i że powieki za chwile się zamkną, ale udaję że nie. Zasypiam w pokurczonej pozycji w ciągu 5 minut, bez względu na porę. Jest mi diabelnie niewygodnie, jeśli się przebudzę jestem obolała, łapią mnie skurcze itd. Zdarza się, że jestem szarpana albo wołana do przyjścia na górę i bywa, że się zwlekam, ale najczęściej po prostu przesypiam tak noc. Pozdrawiam mojego kochanego brata! On rozumie.



5. DZIWNE SMAKI
W ciąży wpieprzałam budyń z ogórkiem kiszonym. Żeby zobrazować to dokładniej: ogórek był łyżką, na której spoczywała waniliowa masa. Pycha. Robiłam to trochę z lenistwa: chciało mi się słodkiego, a natychmiast potem słonego. Postanowiłam połączyć smaki. Ale oki, można to zrzucić na karby hormonów i zachcianek. Jak już obcy opuścił moje ciało, zajadałam się stuletnim jajem (podobno czuć w nim amoniak, ja raczej żułam żelatynę koloru fioletowego), śledziem z dżemem, lodami pokrzywowymi, niegdyś parówką z miodem, pomidorami z cynamonem. Wszytko zapijam ziołami na nerki np. urosanem.







  „ Z książkami jest tak, jak z ludźmi: bardzo niewielu ma dla nas ogromne znaczenie. Reszta po prostu ginie w tłumie.” Voltaire  ...


 Z książkami jest tak, jak z ludźmi: bardzo niewielu ma dla nas ogromne znaczenie. Reszta po prostu ginie w tłumie.”
Voltaire 

Udało mi się kolorystycznie zestawienie czerwcowych nowości, aż chce się łapać lato za ogon. Niebo męczy Dylanowski błękit, a czasem już blady lazur Lucy M.. „Gloria, gloria in excelsis Soli”. Wydawniczo też powiało sennym latem, długo kompletowałam listę, wybrzydzałam, mając wrażenie, że skończę w tym miesiącu w kryminalnym piekle. Ale udało się. Wybrałam biografię Wandy Rutkiewicz (tak bardzo czekałam na tę książkę, że chciałam ja umieścić w nowościach maja i kwietnia), kryminał ze Śląska, małżeńskie sekrety i zbrodnie, „fuszki życia”, wyprawę na Tarawę, nową Patchett, plantacje Georgii oraz punkowo-ogniowy debiut. Mieszanka o nieznanym działaniu. Spożywajcie na własną odpowiedzialność.


Miasto w ogniu”, Garth Risk Hallberg, Znak literanova
Po trochu” Weronika Gogola, Wydawnictwo Książkowe Klimaty
Siracusa” Delia Efron, Wydawnictwo W.A.B
Wanda”, Anna Kamińska, Wydawnictwo Literackie
Kolej podziemna. Czarna krew Afryki” Colson Whitehead, Wydawnictwo Albatros
Tajemnicza śmierć Marianny Biel”, Maria Matyszczak, Wydawnictwo Dolnośląskie
Życie seksualne kanibali” J. Maarten Troost, Wydawnictwo W.A.B
Pazur sprawiedliwości” Leonie Swann, Prószyński i S-ka
Dziedzictwo” Ann Patchett, Znak