Myślę że nie mogłam sobie wyobrazić lepszej lektury na wakacjach. Po “Kobiecie dość doskonalej” miałam swoje oczekiwania i ogromny apetyt n...

Tekstem w twarz, czyli nowa Kubryńska

Myślę że nie mogłam sobie wyobrazić lepszej lektury na wakacjach. Po “Kobiecie dość doskonalej” miałam swoje oczekiwania i ogromny apetyt na pokaźną dawkę śmiechu, na literacką charyzmę, słowną odwagę tekstu oraz trafność bezkompromisowego ostrza krytycznego pióra pisarki. Jak widać cały panteon marzeń. Dobrze się złożyło trafiłam na dorosłą Małą Mi, która upominała się o swoją wolność, z niemałym tupetem.

Całość: Łyk Kultury



Sylwia Kubryńska „Furia mać!” , Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2016




0 komentarze:

Jeśli ktoś twierdził, że położone na zachodnim brzegu Balatonu Keszthely było nudnawe, miał po części rację. Kiedy przyjechaliśmy popołudn...

Keszthley – villa regia

Jeśli ktoś twierdził, że położone na zachodnim brzegu Balatonu Keszthely było nudnawe, miał po części rację. Kiedy przyjechaliśmy popołudniem w niedzielę, wyglądało na opustoszałe. Kręciliśmy przez chwilę w maleńkich uliczkach, aby wreszcie odnaleźć nasz pensjonat – Golden Yacca Vendégház. Wyglądał ciekawie. Stary budynek, z wysokimi białymi oknami, porośnięty winoroślem. Obok niego druga willa, równie stara, ale cudownie klimatyczna. To dawało przedsmak klimatu najstarszego miasta nad Balatonem i podróżny do XIX wieku. Po kilku minutach zjawiła się miła właścicielka z pięknym uśmiechem. Nie mówiła po angielsku, więc Marcin ponownie przejął pałeczkę. Ogarnęliśmy się szybko i ruszyliśmy na rekonesans. Okazało się, że do jeziora mamy rzut beretem. Przeszliśmy przez leżący tuż obok pensjonatu Park Helikon, równie stary i równie zarośnięty pnącym się bluszczem jak większość domów w okolicy, i już byliśmy na deptaku prowadzącym do plaży miejskiej. Plaża, to tak naprawdę dość skromy pasek żółtego piachu, otoczony trawiastym wybiegiem. Były leżaki, łazienki, jedzenie, kajaki, rowery wodne. Tuż obok znajdowało się kąpielisko Szigetfürdő powstałe w 1964 roku. Budynek starego domu zdrojowego został odrestaurowany jakieś siedem lat temu i wygląda imponująco. Woda w Balatonie była mętna, jak przystało na zbiornik błotny. W tej okolicy można urządzać prawdziwe wyprawy w głąb jeziora, bo płycizny ciągnęły się nawet do pół kilometra od linii brzegowej.

foto. Agata Olejnik

foto Agata Olejnik

foto Agata Olejnik

foto Agata Olejnik

Kąpielisko Szigetfürdő, foto Agata Olejnik

Balaton, foto Agata Olejnik

Na deptaku zrobiło się głośno, trochę jarmarcznie. Lila oczywiście natychmiast dostrzegła na straganach coś co koniecznie musiała mieć, ale szybki ruch strategiczny w kierunku lodów, uratował nasz portfel z opresji. Nasz wybawca to Thai Fagyi, czyli lody inaczej. Masa rozlewana jest na metalowej oziębianej płycie, do niej dodawane są wybrane dodatki - wybieraliśmy mix oczywiście Túró Rudi (!) i truskawki – wszystko szatkowane tasakiem, zwijane w ruloniki; do tego tona bitej śmietany, posypka, słodka rurka i … staliśmy znowu nad brzegiem wody. Przyjemnie rozwiewało się gorące powietrze. Czas znowu zwolnił. Łodzie sunęły po wodzie dość leniwie, łabędzie wypatrywały okruchów. Było przyjemnie.

Balaton, foto Agata Olejnik

Plaża miejska, foto Agata Olejnik

foto Agata Olejnik

Poszliśmy się trochę powłóczyć i skręcając w kilka przypadkowych uliczek szukaliśmy Kossuth Lajos utca. To, jak podawał przewodnik główna ulica, gdzie skupiło się życie miasta. Rozczaruje Was, tam też mieszkała cisza i co najwyżej żar. Fő tér główny plac miasta, wymoszczony kocimi łbami, odnowiony i faktycznie robiący wrażenie. Mieścił się tam Ratusz, kolumna Świętej Trójcy oraz dawny kościół franciszkański. Na tle niebieskiego nieba, nie skażonego chmurami wygląda to fantastycznie. Wokoło pojedynczy spacerowicze. Sunąc dalej do Kossuth Lajos utca, faktycznie wzrasta liczba ludzi na metr kwadratowy. Tu i ówdzie wyskakiwały restauracje, kafejki i muzea. Co tylko chcecie: Muzeum Cadillaca, Muzeum Marcepana, Muzeum Balatonu, Muzeum Lalek, Muzeum Folwarku Georgikon, Muzeum Radia i Telewizji, Muzeum Erotyczne. Prawdziwa muzealna mekka!

Park Helikon, foto Agata Olejnik



Dotarliśmy do barokowej rezydencji Festeticsów. To ważne nazwisko w historii miasta, bo okolica zawdzięcza mu rozkwit i sławę. Festeticsowie byli potężnym rodem magnatów, coś na miarę Szechenych. György Festetics założył pierwszą rolniczą szkołę zawodową w Europie oraz kąpielisko termalne w pobliskim Héviz. Organizował w swej posiadłości Festiwal Literacki Helikon. Pal ufundował szkołę, Kristóf szpital. Rodzina była właścicielem ogromnej posiadłości na wzgórzu, posiadłości, która z czasem rozrosła się do ogromnej rezydencji, liczącej ponad 100 pokoi, w tym ogromna bibliotekę (sto tysięcy woluminów) i enotekę. A wokoło imponujący ogród, stajnie. To czwarty największy pałac na Węgrzech. Mnóstwo tego, przepych może onieśmielać, zwłaszcza pośród tej ciszy, jest jak krzyk, choć nie upiorny.




Schodziliśmy ponownie nad wodę. Już bardzo zmęczeni. Szukaliśmy jakiegoś sklepu z warzywami i owocami. I akurat zgubiliśmy się, to znaczy ja na pewno, zupełnie straciłam orientację i upierałam się, żeby skręcać w lewo. Marcin trzymał azymut, bo udało nam się wrócić do domu i tu okazało się, że raj ma pewną skazę: komarową. Tak, nudno, ale nam to pasuje.

0 komentarze:

Kiedy Ali Pasza, wódz Turków zobaczyła zamek w Egerze, powiedział podobno:„ Ta licha owczarnia nie zdoła powstrzymać mego wojska ”. Jakże ...

Eger- wino i Turcy

Kiedy Ali Pasza, wódz Turków zobaczyła zamek w Egerze, powiedział podobno:„Ta licha owczarnia nie zdoła powstrzymać mego wojska”. Jakże musiał być rozczarowany i wkurzony kiedy jego żołnierze polewani gorącą wodą, smołą, dostawali cięgi od garstki (może garści) liczącej 2100 Węgrów, w tym kobiet i dzieci. Przez czterdzieści dni, Madziarzy, popijając rzekomo byczą krew, która dawała im nadludzkie siły, stawiali opór pięćdziesiąt razy większej armii tureckiej. To nic, że wino pojawiło się w tym rejonie dopiero sto lat później, legendom wolno marzyć. To nic również, że jakieś czterdzieści cztery lata później Arabowie ponowienie spróbowali szczęścia i praktycznie zrównali miasto z ziemią. Bohaterska obrona stała się wydarzeniem na miarę obrony Częstochowy, co więcej ma również odpowiednik naszego „Potopu” autorstwa Gézy Gárdonyiego (pochowanego w zamku) pod tyłem „Gwiazdy Egeru”. Mieliśmy niesamowite szczęście, że mogliśmy na żywo (!) obejrzeć jedną z potyczek. Trafiliśmy na z sierpniowy festiwal, wchodzimy na dziedziniec, a tam István Dobó, na balkonie przyjmuje uroczystą przysięgę od załogi zamku. Lila nie chciała wyjść, mimo że nie rozumiała słowa. Za moment te były już zupełnie zbędne, bo horda Turków atakowała Madziarów. Krew się lała, trup ścielił się gęsto, pięciolatka była wniebowzięta. Zrobiło się bardzo niebezpiecznie.

foto Agata Olejnik


foto Agata Olejnik

foto Agata Olejnik

Bertalan Székely, Kobiety Egeru

Kiedy historia już się wyszumiała poszliśmy na spacer. Z murów zamku roztaczał się cudowny widok. Promienie zachodzącego słońca łapały resztkami sił dachy kamienic i czarowały kolory. Lila wdrapała się na armatę i wykrzykiwała coś w quasi-węgierskim. Zamek został mocno zrekonstruowany, udało się przetrwać tylko fragmentom murów i pałacowi biskupiemu. Zwiedzić można tez kazamaty.

Zamek w Egerze, foto Agata Olejnik

Eger, foto.Agata Olejnik


Zamek królował nad miastem, które kąpało się w barkowych perełkach, słoneczno-żółtych barwach oraz rubinowym trunku. Nie mieliśmy szczegółowej mapy ani planu zwiedzania. Daliśmy się prowadzić małym uliczkom. Było bardzo kameralnie. Tu i ówdzie wyskakiwały polskie napisy, przypominające o gimnazjum, o węgiersko-polskiej przyjaźni i historii. Dotarliśmy na główny plac miasta - Dobó-tér, gdzie od razu wzrok przyciąg pomnik wodza oraz przepiękny kościół Minorytów. Wokoło bardzo gwarnie. Dzieci szalały w fontannie. Węgierski mieszał się z coraz bardziej wyraźnym polskim. Siedliśmy w jednej z restauracji, Marcin wybrał gulasz, Lilka po raz kolejny węgierski rosół, a ja danie wegetariańskie: kluseczki nokedli z serem i … skwarkami. Po obiedzie skierowaliśmy się do minaretu, obok którego niegdyś wznosił się też meczet. 40-metrowa wieża umożliwiła jeszcze inne spojrzenie na starówkę. Wprawne oko szybko zauważyło, że budowlę wieńczył … krzyż.

foto. Agata Olejnik

foto. Agata Olejnik

foto Agata Olejnik

foto. Agata Olejnik

Minaret, foto. Agata Olejnik

Zwiedziliśmy Bazylikę świętego Jana. Monumentalny budynek, z monumentalnymi posągami węgierskich świętych królów – Stefana, Władysława oraz apostołów Piotra i Pawła. Ciekawe zestawienie.
Bazylika św. Jana, foto Agata Olejnik

foto. Agata Olejnik

Na koniec zostawiliśmy sobie, położoną na zachodnich obrzeżach Dolinę Pięknej Pani, czyli słynne egerskie piwniczki. Według etnografa Frenca Bakó nazwa miejsca pochodziła od węgierskiej pogańskiej bogini miłości podobnej Wenus. Bardzo kameralnie i dość pusto, znaczy spodziewałam się tłumów turystów. A tu wino praktycznie tylko dla nas. Wapienny tuf, który tworzył miejscowe zbocza był dość łatwy w formowaniu, a do tego pozwalał na utrzymanie stałej temperatury 10-15 stopni przez cały rok. Idealne do leżakowania! Dla win oczywiście. Mając w głowie słowa Goethego, że „życie jest zbyt krótkie by pić złe wino”, wznoszę kieliszek Ottonel Muskotály. Pół-słodko.




1 komentarze:

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że każdy dzień naszych wakacji był udany i każdy kończył się wzdychaniem, że było pięknie, że warto i … szk...

Góry zdradliwe, czy co kryją pokryte bukami wzniesienia

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że każdy dzień naszych wakacji był udany i każdy kończył się wzdychaniem, że było pięknie, że warto i … szkoda tylko, że doba nie jest elastyczna, żeby ogarnąć wszystkie atrakcje. Każdego ranka witał nas widok porośniętych bukami wzgórz. Serio, nawet w toalecie przez okno można było kontemplować ten spokój zielonych, niekończących się zboczy. Wyglądały łagodnie i osiągalnie, wszystkie przewodniki trąbiły, że to góry naszym Beskidom podobne. Zgadzam się, z wierzchu całkiem podobne, niskie o znacznych przewyższeniach. Zbudowane głównie z wapnienia, zaskakują bogactwem form skalnych, ilością jaskiń (ponad 1000) i rozległością na około 1400km2. Ale te góry to istne oszustki, choć wydają się skromne, brutalnie zaskakują pewnego siebie turystę, głównie … nazwijmy to nieustanną falistością oraz bogactwem jarów i lejów. Przygotujcie się na ostre podejścia. Kiedy już widzicie przerzedzenie koron drzew i skrawek nieba i w duchu cieszycie się na koniec, wiedzcie, że z pewnością to tylko chwilowa przerwa w stromiźnie. Górski rollercoaster.

Dolina Szalajki, Foto Agata Olejnik

Punktem wypadowym stała się dolina Szalajki, do której dowiozła nas kolejka wąskotorowa z Szilvásvárad, niewielkiej miejscowość słynącej z hodowli koni rasy lipicany, znanych z gracji i inteligencji. Po krótkiej przejażdżce znaleźliśmy się w bajecznej krainie, pomyślałam sobie, że jeśli te rejony zobaczył legendarny wódz węgierski Arpad, nic dziwnego, że postanowił je zagarnąć. O ile wcześniej byliśmy w Narnii, teraz z pewnością trafiliśmy tam gdzie matka natura postanowiła schować światło w czystej postaci. Widoki jak z obrazów Wiliama Turnera, a na każdej fotografii portret krajobrazu. Mnóstwo przestrzeni tuż u podnóża zalesionych gór. Szumiąca woda, spływająca po ogromnych kamieniach albo skalnych schodach, wygląda niczym welon. Miejscami cudownie szmaragdowa, dzięki węglanowi wapnia, rozpryskiwała się białą kaskadą. Chemia nie jest może mega romantyczna, ale jakże upiększa świat.

foto Agata Olejnik

Ruszyliśmy zgodnie ze wskazaniami mapy. Do góry. Szybko okazało się, że na podobny plan wpadło mnóstwo osób. Wejście odbywało się po kamiennych schodach. Nie było łatwo, dość ślisko. Momentami staliśmy w ...kolejce. Lilka wciąż przypominała nam jak bardzo nie lubi się z barierkami (upadek ze skarpy w Skalnym Mieście w Boże Ciało) więc szła dość mozolnie. Dotarliśmy do jaskini o charakterystycznym, trójkątnym wejściu. Znaleziono tu na początku ubiegłego wieku szczątki ludzi neolitycznych oraz kanibali. Miejsce faktycznie przepastne.


Pozostawało pytanie, gdzie droga na szczyt? A ta została z jakiś powodów ukryta. Wypatrzyliśmy znak na drzewie, ale mała scieżynka, zamulona błotem i jakaś taka stromawa, nie wyglądała na szlak. Marcin wybrał się na zwiad, ale ludzie kręcili nosami, zwłaszcza ze przeprowadzał zwiad z pięciolatkiem. Ruszamy. Droga nie zachęcała. Mokro. Powalone drzewa, pełno gałęzi. Czy to szlak na szczyt Istállós-kő? „Kő” znaczy kamień, a wokół nas błoto, przez które brniemy nieufnie. Postanawiamy dać sobie jeszcze kilka metrów i jeśli tak będzie cały czas, odpuszczamy. I dzięki Bogu nagle zrobiło się sucho, zostawiliśmy za sobą obrazek jakby po nawałnicy. Dalej było lepiej i … bezludnie. Tylko drzewa i my. Droga ciągnęła się pod górę, raczej niedelikatnie. Marcin w koronach drzew widzi prześwity nieba. „To łagodne góry, zaraz szczyt” mówił, ale do końca były jeszcze dwie godziny. Dwie godziny ciągłego wspinania się i krótkiego odpoczywania przy schodzeniu ze zboczy do dolinek. Spacerowe jo-jo. Tak, były myśli żeby odpuścić. Jeszcze pięć metrów i wracamy. Ani żywej duszy, a ja zastanawiałam się czy są tu niedźwiedzie. Tak nagle i naiwnie … bo głucho, a człowiek w życiowym miejskim biegu, przyzwyczajony, że ciągle coś się dzieje. No przecież nie można sobie od tak iść, w stronę nieba?! Szczyt sam w sobie nie powalił, choć w sumie czy musi być to komercyjne show? Musi nas nakarmić? Rozbawić i wynagrodzić trudy? Ten nic nie musi, był bardzo skromy, nawet nie pozwalał cieszyć się bajecznym widokiem okolicy. Był płaski, strzeżony przez buki i dęby. Nie porywał, ale nasza satysfakcja była ogromna. Istna wspinaczka interwałowa! 
 
Droga na szczyt, foto Agata Olejnik

Szczyt Istallosko, foto Agata Olejnik

Droga ze szczytu, foto Agata Olejnik

Schodziliśmy w świetnych humorach, z kijami w dłoniach (Lila swój nazwała „badzior”). Fotografowaliśmy wszystkie żuki, które Lilka wypatrzy. Czasami szliśmy w kucki, żeby nie sturlać się. „Nie ma co szarżować” przypominała Lilka - „zejścia są trudniejsze”. O mamo, ona nas czasem słucha! Rozochoceni tym schodzeniem, ominęliśmy zjazd wąskotorówką i szliśmy na nogach do auta. Zmęczeni i głodni. Dzięki temu mogliśmy podziwiać Jezioro Pstrąga i Skalne Źródło, cudne wywierzysko, gdzie woda z niewielkiej jaskini spływała wprost do zbiornika. W rankingu najfajniejszych dni tych wakacji, Szilvásvárad zwyciężyło bezapelacyjnie.

foto Agata Olejnik

foto Agata Olejnik

Skalne Źródło, foto Agata Olejnik

foto Agata Olejnik

foto Agata Olejnik

1 komentarze:

Kolejny dzień okazał się deszczowo-pochmurny z domieszką chłodu, ale takiego jak na Węgry przystało, czyli 23 stopnie. Plan rezerwowy na t...

Lillafüred – przepraszam czy to Narnia?

Kolejny dzień okazał się deszczowo-pochmurny z domieszką chłodu, ale takiego jak na Węgry przystało, czyli 23 stopnie. Plan rezerwowy na tę okazję krył się w grotach, w termach w Miszkolcu, ale jakoś nas tam nie ciągnęło. Jechaliśmy już w tym kierunku, a trasę sponsorowało słowo „zobaczymy”, co w naszym rodzinnym kodzie znaczy „raczej nic z tego”. Rozumiecie sami ...te góry. Lilkę trudno było przekonać, ale kiedy usłyszała nazwę miejsca, w które jedziemy – Lillafüred – szybko zmieniła zdanie. Do tej pory zastanawiam się, co też podpowiedziała jej wyobraźnia.
Okolice, w które się wybraliśmy miały wiele wspólnego z pewną Lilą, a jeszcze więcej z jej mężem, ministrem rolnictwa Węgier, który dla ukochanej wybudował ten kurort. Bajkowe miejsce, położone w dolinie rzeki Szinwa, otoczone grubym szalem drzew bukowych, zachwyciło nas od pierwszego wejrzenia. Nie wiem sama, czy to te barwy tak nasycone, czy to te odcienie zieleni multiplikowane na tysiące sposobów, ale miałam wrażenie bycia w świecie zupełnie nierealnym, w bajce, albo nieprzeniknionej iluzji. Trudno uwierzyć, że niegdyś w tej okolicy dominowały kuźnie i huty.



Najpierw hotel, ni to neorenesansowy zamek, zalegający dumnie na wzniesieniu tuż nad wspaniale szmaragdowym jeziorem Hámori. Przepraszam, czy to Narnia? Koniec świata? A może po prostu Szwajcaria? Tę drugą opcję kontemplował już sławny poeta węgierski Sándor Petőfi. Doznaję cudownego przeniesienia w przestrzeni tak jak on. Wokoło hotelu rozciągają się kamienne tarasy pełne niezwykłych niespodzianek (przewodnik podpowiada mi ze to „wiszące ogrody”, ale chyba wolę moją nazwę). Pierwsze zaskoczenie to wodospad Alsó-vizesés, dwudziestometrowy, najwyższy na Węgrzech. Nie całkiem naturalnej wysokości, lekko sztucznie podwyższony, ale piękna nie można mu odmówić. Mijamy bukszpanowe labirynty, kwiatowe dywany i dochodzimy do jaskini Anny- niewielkiego, około 600-metrowego, zagłębienia w wapiennych skałach kryjącego wiekowe skamieliny roślinne: mchy, korzenie drzew, liście.







Nieco wyżej, na północ od hotelu znajduje się jaskinia świętego Stefana. Legenda mówi, że odkrył ją pies, który do niej wpadł. W odróżnieniu od małej jaskini Anny, w tej pełno jest form naciekowych, tutaj też znaleziono narzędzia z epoki kamienia.
Idziemy dalej, trochę po omacku. W zasadzie cały ten dzień był jednym wielkim spacerem. Mijamy znaki, które jednak nic nam nie mówią, aż trafiamy na park linowy, plac zabaw. Przemiła pani, pięknym angielskim radzi nam iść dalej i wjechać wyciągiem na górę. Tak też robimy. Ludzi jest sporo, jednak cisza poraża. Wokoło dominują zalesione wzniesienia. Znajdujemy wyciąg krzesełkowy, który zbierze nas trzysta trzydzieści trzy metry w górę. Kupujemy bilety. W jedna stronę; maluch nie protestuje. Postanawiamy zejść. Jest przyjemnie stromo. Cudownie drzewiasto. Totalnie cicho.
 „Gdy w blasku siedzę na górskim upłazie-
wczesnego lata
wiew lekki jak wieczerzy ciepły dech
tu do mnie wzalata.
Serce do ciszy przyzwyczajam.”
József Atilla „Oda” Antologia poezji węgierskiej, PIW, Warszawa 1975r.







Zatrzymujemy się w parku linowym. Lilka już uzbraja się w kask i karabińczyki, rusza w swoją trasę. Choć na pierwszy rzut oka łatwa, wymaga niezłej zręczności i uwagi. Przeszkody z beczek wydają się żartem, ale mniejszym kiedy musimy się wypinać i wpinać, stojąc na linie. Jest i część dla starszych oraz fanów zjazdów na linie. Po drugiej stronie ulicy czeka na nas bardzo ładny, plac zabaw, w którym można zagrać w szachy wielkości naszego pięciolatka.




W drodze powtórnej zatrzymujemy się na obrzeżach Miszkolca w zamku Diósgyőr, popularnego prezentu zaręczynowego kilku królowych.









0 komentarze: