Wyć mi się chciało, bo majowy weekend stracony. Pocieszę się skrawkami, śpiąc dłużej co drugi dzień. Do tego znowu jestem w transie, może znacie to uczucie, kiedy łapiecie zajawkę i chcecie przekopać, przeczytać WSZYSTKO na jakiś temat. Natychmiast mam objawy syndromy sztokholmskiego: już nie mogę, a chcę. Dziś o...
Najcelniejszą jednozdaniową recenzję „Pierwszego Bandziora” napisał w Magazynie Książki Juliusz Kurkiewicz: „(…) to ...
„Kobiety w kąpieli” to historia dwóch sióstr: Tiao i Fan. Dzięki długim retrospekcjom podglądamy trzydzieści lat ich ...
Ostatnio więcej czytam niż piszę. Głód tekstów przyćmił chęć zapisywania ... w Wordzie. Bazgrzę w dużym czerwonym ...
O Krisztinie Tóth nie wiedziałam nic, chciałam po prostu przeczytać koniecznie coś z literatury węgierskiej. Na siłę normalnie. Sięgnęłam po „Linie kodu kreskowego” i spodziewałam się książki poetyckiej, być może nawet mocno melancholijnej (jak na węgierską duszę przystało). W poszczególne piętnaście historia wpadłam w biegu, niczym do osobówki relacji Kraków-Tarnów. Życie już tam toczyło się niespiesznie, ale ja szybko, z pomocą szczegółów i zapisków uważnych stawałam się częścią tego świata. Stałam się obserwatorem rozumiejącym i czytającym z mapy wydarzeń przeróżnych, jakie odcisnęły swe znaki na ciele kobiet. Od dzieciństwa, pierwszych miłości, rozczarowań, start, wyprowadzek, zmian, opuszczeń. Organizmy żeńskie wstawione w rzeczywistość splecioną z chwil, z momentów przedzieranych brutalnie jak kartki papieru na znak niezależnego od wszystkiego końca. Trochę jak łańcuch nieustannych śmierci i narodzin jak codex rescriptus.
Moje ulubione opowiadanie „Baba Jaga patrzy” wybrałam przez niepewność i niepokój jaką wytwarzało. Napięcie, które doprowadziło do rozstania pewnej pary, nie podało powodów. Zwykle milczyło lub wymyślało. Miłość wygasła, a potem trzeba było odciąć pępowinę przeszłości, usystematyzować świat na nowo. „Trzeba wygarnąć popiół, trzeba wyjąć wszystko, co się spaliło, żeby w wystygłym ciele znów mógł zapłonąć ogień. Klęczę, grzebiąc głęboko (…)”.
Tóth waży słowa, nie czepi się patosu i emocjonalnego rozmemłania. Idzie po ścieżce subtelnej prostoty i delikatności, po stronie chłodu, ale bez wymuszonej innowacyjności. Nie odczuwam przymusu rozgrzebywania słów, odniesień, interpretowania tytułów rozdziałów. Nie nurzam się w postkoministycznych traumach, ani melodramatach. Słowa padają dokładnie takie jakie powinny i wtedy kiedy powinny. Nic przypadkowego. Wszystko współgra w zadziwiającej grze komizmu i tragizmu, introwertycznej surowości nabuzowanej emocją. Poprzez ulotne momenty, do wielkich tematów.
Krisztina Tóth „Linie kodu kreskowego. Piętnaście historii”, Wydawnictwo Książkowe Klimaty, Wrocław 2017
O Krisztinie Tóth nie wiedziałam nic, chciałam po prostu przeczytać koniecznie coś z literatury węgierskiej. Na siłę normalnie. Sięgnęłam po „Linie kodu kreskowego” i spodziewałam się książki poetyckiej, być może nawet mocno melancholijnej (jak na węgierską duszę przystało). W poszczególne piętnaście historia wpadłam w biegu, niczym do osobówki relacji Kraków-Tarnów. Życie już tam toczyło się niespiesznie, ale ja szybko, z pomocą szczegółów i zapisków uważnych stawałam się częścią tego świata. Stałam się obserwatorem rozumiejącym i czytającym z mapy wydarzeń przeróżnych, jakie odcisnęły swe znaki na ciele kobiet. Od dzieciństwa, pierwszych miłości, rozczarowań, start, wyprowadzek, zmian, opuszczeń. Organizmy żeńskie wstawione w rzeczywistość splecioną z chwil, z momentów przedzieranych brutalnie jak kartki papieru na znak niezależnego od wszystkiego końca. Trochę jak łańcuch nieustannych śmierci i narodzin jak codex rescriptus.
Moje ulubione opowiadanie „Baba Jaga patrzy” wybrałam przez niepewność i niepokój jaką wytwarzało. Napięcie, które doprowadziło do rozstania pewnej pary, nie podało powodów. Zwykle milczyło lub wymyślało. Miłość wygasła, a potem trzeba było odciąć pępowinę przeszłości, usystematyzować świat na nowo. „Trzeba wygarnąć popiół, trzeba wyjąć wszystko, co się spaliło, żeby w wystygłym ciele znów mógł zapłonąć ogień. Klęczę, grzebiąc głęboko (…)”.
Tóth waży słowa, nie czepi się patosu i emocjonalnego rozmemłania. Idzie po ścieżce subtelnej prostoty i delikatności, po stronie chłodu, ale bez wymuszonej innowacyjności. Nie odczuwam przymusu rozgrzebywania słów, odniesień, interpretowania tytułów rozdziałów. Nie nurzam się w postkoministycznych traumach, ani melodramatach. Słowa padają dokładnie takie jakie powinny i wtedy kiedy powinny. Nic przypadkowego. Wszystko współgra w zadziwiającej grze komizmu i tragizmu, introwertycznej surowości nabuzowanej emocją. Poprzez ulotne momenty, do wielkich tematów.
Krisztina Tóth „Linie kodu kreskowego. Piętnaście historii”, Wydawnictwo Książkowe Klimaty, Wrocław 2017
Mało mnie tutaj ostatnio. Krążę po orbicie pewnych frustracji, niespełnionych oczekiwań, poszukiwań. Za pracę i ...