Uwielbiam książkę „Gdzie jest Waldo?” ale znalezienie jej w Polsce w rozsądnej cenie graniczy z cudem. To historyjka uroczego chłopca w czerwono – białej czapce i koszulce w paski. Najpierw był serial animowany i na jego podstawie powstała książka Martina Handforda, w której poszukujemy Waldo w tłumie innych...
Piasek. Maleńkie ziarenka sączące się ze szpar wprost do
naszych ust, oczu, uszu. Ciągły delikatny szum spływających zewsząd drobinek. Niegroźnie
wyglądające cząsteczki wpadają do wody, do jedzenia, zabierają każdą wolną powierzchnię
łapczywie i bezlitośnie, otaczając nas ze wszystkich stron. Żeby przetrwać
trzeba nieustannie kopać i odgarniać. A chcieliśmy tylko spędzić kilka dni
urlopu i odkryć nowego owada. Zapisać swoje imię na kartach encyklopedii to by było coś! Ale
nic z tego. „ziarna mineralne o średnicy 0.1 -2 milimetrów” zdominują życie i
nadadzą mu nowy sens. Przy naszym nazwisku odnotują ”uznany za zaginionego”.
Kto odnotuje? Nie wiadomo. Ktoś. A gdzie jesteśmy? Dokładnie też nie wiadomo.
Gdzieś na pewno. „Zamieszkaliśmy” w małym zagłębieniu pośród diun. Dobrowolnie?
Nie. Pozwolono nam przenocować w domu kobiety. Jakiej? Jakiejś. Tej z wydm. To
miał być tylko nocleg. Wzbiera w nas bunt. Jak to? Czemu?
Kto śmiał? Dlaczego kobieta tak po prostu odgarnia ten piach!! Bardziej zajmuje
ją to, że ziarenka penetrują bezlitośnie dom niż to, że ktoś nas siłą
przetrzymuje. Krzyk rozpaczy. Absurd. Ogłupiający śmiech. Tysiące pytań.
Rozliczne rozmowy z samym sobą. Oho!
Stajemy się filozofami! Niezliczone próby wywołania buntu u współlokatorki.
Bezowocnie. Cisza. Szelest piasku. Podrażnione oczy. Ziarenka między zębami. W
pachwinach. Miedzy placami stóp. Zgroza. Codziennie przesypywanie, wysypywanie,
zamiatanie kilogramów drobinek. Kolejny bunt. Próba ucieczki. Sznurkowa drabina
staje się synonimem wolności. Porażka. I znowu piasek. Rutyna. Mechaniczna
praca. Piasek jest naszą czasoprzestrzenią odkształcalną, zamienialną,
niszczoną. Po pewnym czasie kolejne dni przynoszą tylko bierność.
Obojętność. Wstajemy, przemywamy zapiaszczone oczy i zabieramy się do odgarniania.
Zniewoleni. Tak musi być…widocznie. Przystajemy na tą całą absurdalną sytuację.
Trudno. Jak pojedyncze ziarenko piasku jesteśmy słabi. Kim jesteśmy? Nikkim
Jumpeijem. Józefem K.. Winstonem Smithem.
„Kobiet z wydm” to ciekawe studium zniewolenia. Od buntu do całkowitego konformizmu. Co czuje człowiek kiedy odbiera mu się możliwość wyboru? Czym jest wolność? Czy uświadamiamy sobie jej wartość gdy ją stracimy? Kōbō Abe stawia raczej pytania, mnoży je a nie podsuwa odpowiedzi. Piasek choć bez wątpienia symbolizuje zniewolenie to może także utożsamiać wolność - przecież porusza się swobodnie, dociera gdzie chce. Względność. Wszytko zależy od punktu widzenia i nic nie jest takie oczywiste. Powieść zawiera elementy paradokumentu. Już na początku czytamy w notatkach urzędowych, że happy-endu nie będzie ale to wcale nie odbiera książce aury tajemniczości ani napięcia. Utwór perełka. Zgrzytający w zębach piasek pozostaje na długie tygodnie a nawet przypomina o sobie po latach.
„Kobiet z wydm” to ciekawe studium zniewolenia. Od buntu do całkowitego konformizmu. Co czuje człowiek kiedy odbiera mu się możliwość wyboru? Czym jest wolność? Czy uświadamiamy sobie jej wartość gdy ją stracimy? Kōbō Abe stawia raczej pytania, mnoży je a nie podsuwa odpowiedzi. Piasek choć bez wątpienia symbolizuje zniewolenie to może także utożsamiać wolność - przecież porusza się swobodnie, dociera gdzie chce. Względność. Wszytko zależy od punktu widzenia i nic nie jest takie oczywiste. Powieść zawiera elementy paradokumentu. Już na początku czytamy w notatkach urzędowych, że happy-endu nie będzie ale to wcale nie odbiera książce aury tajemniczości ani napięcia. Utwór perełka. Zgrzytający w zębach piasek pozostaje na długie tygodnie a nawet przypomina o sobie po latach.
Siedemnastowieczny Londyn. Zatłoczony, pełen chorób,
ludzi umierających na dżumę czy gruźlicę.
Wszechobecny bród i bieda. Pożary i wojna domowa. Kraj pod rządami
purytanów, którzy dążą do przywrócenia Kościołowi anglikańskiemu czystości
doktrynalnej w duchu kalwinizmu i oczyszczenia go z resztek katolicyzmu i „papistowskich
przesądów” [31]. Żąda się całkowitego i dosłownego podporządkowania się Słowu Bożemu
oraz czystości moralnej w każdej dziedzinie życia. ”Religio purissima”. Potępia się wszelkie rozrywki, uciechy i ozdoby w
kościołach.
Na tym surowym tle Jeanette Winterson maluje postać Psiary
i jej syna Jordana. Ona - kobieta o kaczym
nosie, krzaczastych brwiach, zepsutych zębach (choć niewiele ich już zostało), rozsiewająca
zapach mułu. Z łatwością podrzuca słonia i wyłupia oczy purytanom. On, jako
dziecko wyłowiony w zbutwiałym worku z rzeki, przygarnięty i wychowany przez Psiarę,
w wieku dziewiętnastu lat zaciągnął się na statek i wyrusza w podróż. Cała książka
jest pełna przedziwnych historii i
spotkań, a każda wyprawa jest początkiem kolejnej. Spacery w mieście słów, unoszące
się domy bez podłóg i ścian. Jedenaście tańczących księżniczek i ta dwunasta,
która się wymknęła, w zasadzie wciąż się wymyka. Angielski realizm magiczny. Jest
baśniowo i prawdziwie. Mitycznie i brutalnie. Wszystko co napotykamy zdaje się być
tylko subiektywnym wrażeniem bohaterów. I na koniec przeskok w czasie – ona chemiczka
badająca stan środowiska i walcząca samotnie z systemem, on marynarz. Historie nie
mające ze sobą nic wspólnego? Pozornie tylko bo ostatecznie splatają się one w spójną
całość.
Niewiele ponad sto osiemdziesiąt stron a tyle tematów do przemyślenia.
Miłość. Ta ulotna, ta zakazana, ta wieczna i ta która zabija. Stosunki matki i
syna. Poszukiwanie siebie i samoakceptacja. Próby znalezienia lepszego „ja” porównywane
do procesu szczepienia drzewa. Walka ciała
i umysłu. I wreszcie czas i przestrzeń. W rozczłonkowanej narracji i
nielinearnej akcji czas zdaje się być względny. „Przyszłość, teraźniejszość i przeszłość
istnieją tylko w naszych umysłach; z oddalenia ich kontury zacierają się i
nikną” [184]. Solipsyzm emanuje z tej książki. To czego doświadczasz jest częścią
twojego umysłu i ciebie. I jeszcze to wszechogarniające uczucie samotności –
fizycznej i emocjonalnej. Samotności, która aż boli. Piękna książka. Zachwycająca
mądrością i przenikliwością. Może oburzyć i zniesmaczyć ale na długo pozostaje
w pamięci.

Jeanette Winterson „Płeć wiśni” Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2002
Arystoteles uważał, że każdy byt ma duszę, która nadaje mu jedność. To entelechia, ontologiczny początek wewnętrznego ...