Wyzwania książkowe, jak to ugryźć i czy warto

by - 13:20

Początek nowego roku to czas podsumowań, plebiscytów, zestawień, a także ambitnych planów oraz postanowień. Nie zapominamy też o wyzwaniach książkowych, a tych w blogosferze, na portalach społecznościach i w bibliotekach jest mnóstwo. Jakoś mnie to irytuje. Nie jestem zwolennikiem sprowadzania czytania do poziomu konkurencji olimpijskiej, w której odhacza się, wykreśla, przyporządkowuje i stawia na wynik. Stworzymy ligi czytelnicze? To prosta droga do komodyfikacji czytania, a ja szczerze wierzę, że ta sfera naszego życia kulturalnego skutecznie opiera się zamknięciu w tabelkowym matriksie (oczywiście nie mówię tu o zestawieniach prowadzonych przez wydawców, księgarnie czy nawet biblioteki).
W ubiegłym roku stawiano na „Przeczytaj tyle ile masz wzrostu”, w tym czuję, że hitem będzie liczba „52”. Oto krążąca w intrenecie lista z portalu popsugar.com. Bardzo popularna, wyskakuje zewsząd. Czytelnikowi nie proponuje się w niej konkretnych tytułów czy rodzajów literackich, a raczej ogólne hasła. Do przeczytania mamy cegłę z ponad pięciuset stronami, książkę autorstwa kogoś przed trzydziestką, taką ze złymi recenzjami, albo nieukończoną. Oprócz czytania konkretnych pozycji, myślę, że niemałym wyzwaniem, i prawdopodobnie większa zabawa, może być samo ich znalezienie i wybranie. A może jedna książka tygodniowo?  Tak statystycznie wychodzi w zabawie „Przeczytam 52 książki w 2015 roku”. Bez znaczenia gatunek rodzaj, grubość, rok wydania. Po prostu czytamy. Znalazłam też czytelnicze BINGO. A może coś prostego? Przeczytaj więcej w 2015 niż w 2014. Motywujące? Taki wyścig z samym sobą. Można czytać każdy gatunek, w dowolnym formacie, jedyne obostrzenie: książki powyżej stu stron.


Czy ilość jest taka ważna? Od kiedy czytanie to w ogóle WYZWANIE? Mnie kojarzy się ono niezmiennie z przyjemnością, choć przyznaję, że odkąd prowadzę bloga i przeglądam „konkurencję”, to myślę, że czytam zbyt mało i włącza się gen wstydu, nie na długo, bo po co? Tak sobie myślę, szukając dobrej strony tego typu „zabaw”, że dla osoby, która chce się mierzyć sama ze sobą, potrzebuje się dopingować, stawiać cele, to może to być jakaś forma dopalacza. Być może też, uczestnictwo sprawi, że sięgniemy po pozycje, których normalnie nie wybralibyśmy. Być może. Ale jeśli widzę, że udział  w wyzwaniach biorą zwykle … mole książkowe, to czuje pewien dysonans. Ja, na przykład, chcę czytać więcej klasyki, ale nie będę tego szufladkować, jako wyzwania, nie będę też sporządzać listy, ani tabelki, po prostu raz na jakiś czas wybiorę coś, co mam ochotę odkurzyć lub poznać. 

You May Also Like

14 komentarze

  1. Bardzo fajnie ujęłaś zjawisko czytelniczego ścigania się za wszelką cenę.
    Ja jeszcze dodałabym - ścigania w nowościach, co w efekcie daje miliony takich samych recenzji, ufff.
    Nie rywalizuję, bo nie mam szans. Wybieram to, co w danej chwili zainteresuję mnie. Często są to lektury sprzed wielu lat, ale co tam lub nie leżące na księgarskiej półce - bestsellery, cokolwiek to znaczy. Stwierdzam, że rywalizacja w tej dziedzinie nie przynosi najlepszych efektów, a jeśli, to bardzo rzadko. Dlatego idę swoim żółwim, czytelniczym krokiem :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. celna uwaga z tymi nowościami...ostatnio nie wrzuciłam kilku pozycji bo czuje ze nie ma sensu, Tyle o nich napisano i w tylu miejscach.

      Usuń
  2. Wiesz, mnie się wydaje, że wszystko zależy od nastawienia i od tego, czego potrzebujesz. Kiedyś akcje czytelnicze wydawały mi się nieciekawe i miałam bardzo podobne odczucia, co Ty w tym wpisie. Ale teraz widzę, że mogą one przynosić pewne korzyści: przede wszystkim jednak dużo zależy od tego, jaki ma się charakter. Ja np. bardzo lubię wyzwania czytelnicze (chociaż wolę chyba słowo "akcje"), zwłaszcza te zostawiające spory margines swobody.

    Lubię też to, że mogę wtedy dać upust mojej pasji tworzenia list książek (o tym myślałam pisząc, że dużo zależy od charakteru), a także to, w jaki sposób te akcje/wyzwania porządkują mi to, co czytam (co jest związane z tą moją pasją robienia list ;)). No i mnie np. akcje pomagają po sięganie do książek, po które bez tego bym zwyczajnie nie sięgnęła przez czytelnicze lenistwo :).

    No i co ja poradzę, to czytelnicze bingo wygląda tak rozkosznie kusząco :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Popieram całym sercem. Dla mnie te wyzwania są nieco bezsensowne. Jak mogę deklarować 52 książki w roku, skoro mam średnią 15 na miesiąc? I jaki jest sens czytać coś, przy czym się męczę, tylko po to, żeby zaliczyć? Przecież to nie egzamin, lecz hobby! Szkoda mi na czasu na czytanie książek na siłę, zbyt wiele jest takich, które "pożrę" dla przyjemności.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. W zeszłym roku podjąłem wyzwanie odnośnie wzrostu, ale jeszcze nie podliczyłem czy dałem radę. Na ten rok dam sobie spokój :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Z postanowieniami to jest tak, że 99% z tych, którzy dołączają do tego wydarzenia do dzisiaj nie są nawet w połowie tej jednej ksiażki, którą mieli przeczytać, a jak przeczytają, to zakończą to postanowienie na maksymalnie 5 książce. Trzeba czytać dla siebie, nie dla wydarzeń na fejsie i postanowień noworocznych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Podobno tylko 8% ludzi zrealizuje swoje postanowienia noworoczne...

      Usuń
  6. Taki nas otacza świat, że liczą się wyzwania ale nie dla siebie samego tylko takie, które można opublikować i którymi można pochwalić się przed wszystkimi. A Facebook to król "wyzwań". Nie dziwi mnie, że i książkowe się pojawiło. Kto lubi czytać robi to dla przyjemności a kto nie lubi to żadne facebookowe wyzwanie go do tego nie zmotywuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to mnie właśnie uderzyło. Jak wyścig ...

      Usuń
  7. Jest w tym sporo racji co piszesz. Ja lubię wyzwania, ale tylko niektóre - takie, które sprawiają mi frajdę albo wnoszą coś nowego. Nie widzę sensu czytania na wyścigi, zmuszania się do czytania czegoś, co nie sprawia nam przyjemności albo czytania co popadnie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cieszę się, że poruszyłaś ten wątek, sama, m. in. o tym piszę dzisiaj u siebie (http://kropkazprzecinkiem.blogspot.com/2015/01/36-zmiany-w-blogu-bez-napiecia-nadecia.html), mnie od zawsze zastanawia ten dziki pęd do dowartościowywania siebie liczbami, bo jak to inaczej nazwać? Czy jeśli w ubiegłym roku przeczytałam tylko 11 książek to jestem nie wartym uwagi i rozmowy czytelnikiem? Kurka. Można się bawić ale z głową, bardzo łatwo jest przekroczyć tę cieniutką granicę między tym, co przyjemne, a męczące i odstraszające.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak o te cienka granice chodzi właśnie...

      Usuń
  9. A ja muszę przyznać, że bardzo mi się spodobało wyzwanie Popsugar (zresztą nawet na moim blogu zamieściłam swoje własne wyzwanie czytelnicze inspirowane tym amerykańskim). Uważam, że to jest świetna motywacja, żeby sięgnąć po książki, którymi do tej pory nie byliśmy zainteresowani. Dzięki temu możemy poszerzać swoje horyzonty. Ja na przykład wcale nie szukam prostych i krótkich książek byleby tylko przeczytać jak najwięcej, czy się ścigać. Wprost przeciwnie. A w czasie szukania powieści, które spełnią różne punkty wyzwania, znalazłam wiele pozycji, które mnie zainteresowały. I wydaje mi się, że o to przede wszystkim tutaj chodzi.
    Poza tym może ono zmotywuje również do częstszego sięgania po książkę. Moim postanowieniem noworocznym było czytać więcej i jak na razie mi się udaje :).
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam sie Toba. Takie akcja to szansa na zetkniecie się z książkami, po które normalnie nie sięgamy. Mnie jednak słowo "wyzwanie" jakoś nie pasuje mi do osoby, która po prostu lubi czytać...

      Usuń

Navigation-Menus (Do Not Edit Here!)