27 stycznia 1904 Drogi Oskarze , Napisałeś do mnie kochany list, na który należałoby odpowiedzieć od razu lub wcale, tymczasem upły...

Do Oscara Pollaka


27 stycznia 1904

Drogi Oskarze,

Napisałeś do mnie kochany list, na który należałoby odpowiedzieć od razu lub wcale, tymczasem upłynęły dwa tygodnie bez mej odpowiedzi, co byłoby niewybaczalne, ale mam ku temu dwa powody. Przede wszystkim chciałem napisać Ci dopiero po uważnej refleksji, ponieważ odpowiedź na Twój list wydaje mi się ważniejsza od jakiejkolwiek innej z poprzednich listów do Ciebie (niestety, nie dotarłem do tej sprawy), a po drugie przeczytałem dzienniki Hebbela (jakieś 1800 stron) jednym tchem, podczas gdy przedtem zawsze gryzłem małe kawałeczki, które były dla mnie bez smaku. Wciąż to samo, więc zacząłem czytać po kolei. Najpierw była to gra, ale wreszcie zacząłem się czuć jak jaskiniowiec, który toczy głaz przed wejściem do jaskini, początkowo dla zabawy i z nudów, ale gdy w jaskini robi się ciemno i duszno z braku powietrza, przestraszony usiłuję z ogromną energią ów głaz odepchnąć. Ale głaz stał się przez ten czas dziesięciokrotnie cięższy i człowiek musi walczyć z nim ze wszystkich sił, by wróciło światło i powietrze. Po prostu nie mogłem wziąć do ręki pióra przez ten okres. Ponieważ – kiedy bada się życie, które spiętrza się coraz wyżej bez wyłomów, tak wysokie, że ledwo można je sięgnąć polową lornetką – sumienie nie może się uspokoić. To jednak dobrze, gdy sumienie otrzymuje ciężkie rany, ponieważ staje się dzięki temu bardziej wrażliwe na każde ukłucie. Uważam, że powinniśmy czytać tylko takie książki, które nas gryzą i kłują. Jeśli książka, którą czytamy, nie zmusza nas do ciosem w głowę do obudzenia się, po cóż ją czytać ? By czytanie miało czynić nas szczęśliwymi, jak piszesz? Wielki Boże, bylibyśmy w pełni szczęśliwi, gdybyśmy nie mieli książek, a książki, które nas uszczęśliwiają, moglibyśmy pisać sami, gdyby to było konieczne. Potrzebujemy książek, które działają na nas jak nieszczęście, pogrążają nas w rozpaczy niczym śmierć osoby, która kochamy bardziej niż siebie, jak wygnanie w puszczę z dala od innych, jak samobójstwo. Książka musi być toporem dla morza zamarzniętego w naszym wnętrzu. Taka jest moja wiara. (…)
 
Twój Franz
 
 
Tłumaczenie: Rudolf Kolaczek

Korekta redakcyjna: Konrad Kurzacz

www.kafka.pl



0 komentarze:

  Harry Hole powraca i ma się lepiej! Tak bohater, bo dzielnie opiera się swojej największej słabości, jak i autor, bo „ Karaluchy ” są ...

„Tajski masaż Harrego Hole"

 
Harry Hole powraca i ma się lepiej! Tak bohater, bo dzielnie opiera się swojej największej słabości, jak i autor, bo „Karaluchy” są o wiele lepsze niż "Człowiek nietoperz"! Pięć godzin, tyle zajęło mi przeczytanie, a byłoby krócej, gdyby Marcin nie schował książki! Irytowało go moje ciągłe, wczorajsze znikanie z kryminałem pod bluzką i bunkrowanie się w łazience – „Masz coś z żołądkiem? Ciągle tam siedzisz.” Nie mogłam się oderwać! Nesbø fantastycznie prowadzi akcję. Najpierw wciąga czytelnika w opowieść, która na początku wydaje się tak banalnym rozwiązaniem kryminalnej zagadki, że aż szkoda nam autora, ale już kiedy udaje mu się nas przekonać … ciach! Odcina nitkę historii i spadamy z hukiem na ziemię – „Czytelniku jak mogłeś w to uwierzyć?!”. Kiedy akcja na chwile przystaje, okazuje się, że tam właśnie ukryto fragment klucza do rozwiązania zagadki. Miejcie się na baczności! A autor kusi dalej, ciągle wyprowadzając nas w pole i ślepe zaułki, podsuwając rozwiązanie i grając na nosie. Cudownie, lubię się tak bawić. Książkowa ciuciubabka. Napięcie utrzymane przez całą powieść i chociaż zorientowałam się KTO i mniej więcej DLACZEGO, to nie odebrało to kryminałowi napięcia. I Harry, ujmujący jak nigdy! Zaczynam go skrycie wielbić – tą jego charyzmę, nonszalancję, ten jego introwertyzm, cynizm, poczucie humoru i niedoskonałość(-ci).

Tym razem rusza do Bangkoku, aby rozwikłać zagadkę śmierci ambasadora Norwegii, Atlego Molnes, pchniętego nożem w podrzędnym motelu-burdelu. Egzotyczne miasto, które tętni, pulsuje jak żywy organizm, wypełnione dźwiękiem, hukiem, hałasem. Kilometrowe korki, zaduch, fetor, robactwo, smród i brud. A ambasadorowi zachciało się w tym klimacie łyżwiarki… . Sprawa nie wygląda dobrze, bo za wszystkim stoi nieczysta polityka i wielkie pieniądze. Każdy może mieć ochotę ukryć to i owo, mataczyć, a nawet sprawić, żeby prawda nie ujrzała światła dziennego. I kto lepiej wpasuje się w takie tło, jak nie wiecznie trzeźwiejący detektyw? Harry oficjalnie staje się figurantem i do pewnego momentu gra tak, jak mu zagrają. Sekretów i sprzeczności jest wiele: ambasador był homoseksualistą i w chwili śmierci miał przy sobie fotografię małego tajskiego chłopca w niedwuznacznej sytuacji. Tak, tak czeka nas prawdziwe bagno ludzkich dewiacji, potrzeb, siatek pedofilskich, tajskich prostytutek, uzależnień. Mroczne klimaty, aż cierpnie skóra. A pan ambasador to przyjaciel premiera i członek Chrześcijańskiej Partii Ludowej. Skandal murowany. Galeria podejrzanych świetnie namalowana – żona, córka ambasadora, tajne służby, współpracownicy, sukcesorzy, wierzyciele (bo pan ambasador lubił sobie pograć). Jest w czym wybierać!

Czy można przeczytać tą część pominąwszy pierwszą? Myślę, że tak. Ja lubię po kolei. Sprawy kryminalne są odrębne, ale opowieść o życiu Harrego i o nim samym, dawkowana jest w każdym tomie, w tle.

To nie jest jeszcze to czego oczekiwałam, ale myślę, że zmierzamy ku ideałowi. Ta część jest faktycznie jak tajski masaż, momentami akupresura jest tak silna, że z bólu ciskamy zęby, momentami autor rozciąga nasz mózg i zmusza do gimnastyki, a to wszystko pośród orientalnych zapachów i stęchlizny. Podobno z każdym tomem serii jest lepiej, więc bardzo się cieszę, bo właśnie zakupiłam „Czerwone gardło”. Ktoś w komentarzach poradził mi dawkować sobie te kryminały, obawiam się, że nie będę potrafiła. Mój apetyt rośnie.

 Jo Nesbø, „Karaluchy”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013


 
 

0 komentarze:

Czy zastanawialiście się kiedyś jaki skład chemiczny maja łzy? Encyklopedia podaje, że to głównie woda, trochę soli, białek i substancji ...

„Chemia łez”


Czy zastanawialiście się kiedyś jaki skład chemiczny maja łzy? Encyklopedia podaje, że to głównie woda, trochę soli, białek i substancji bakteriobójczych. A podobno łzy różnią się składem chemicznym i smakiem w zależności od odczuwanych emocji. Mogą być słodkie, gorzkie, słone, bolesne, radosne, smakować lękiem, obojętnością, smutkiem. Cała paleta emocji zaklęta w drobnej kropli spływającej po policzku. Niezwykłe. I łzami właśnie od pierwszych stron spływa najnowsza powieść jednego z najwybitniejszych pisarzy australijskich, Petera Careya, dwukrotnego laureata Nagrody Bookera.

Umarł, a mnie nikt nic nie powiedział”. Poznajemy Catherine w dniu, w którym jej kochanek Matthew Tindall odchodzi z tego świata. Po trzynastu latach zostaje sama. Sama w kompletnej ciszy, którą przerywa tylko angielski deszcz uderzający w szyby. Nikt nie wypełnia już chwil, zostaje pustka, w której płacz niesie się echem. Nie może przeżywać tej śmierci inaczej jak w samotności, była przecież tą drugą. Nie może iść na pogrzeb, ani głośno wyrazić tego, co czuje, nie ma się komu zwierzyć. Sama. Swoje życie oparła na jednej kotwicy, a okręt zatonął. Sama i te przeklęte wspomnienia. Jakie to musi być bolesne! Dlatego pije, bierze lorazepam i wciąga kreski kokainy. Ból pozostaje niemy i skryty. Catherine jest kobietą samodzielną, trochę zadziorną, trochę zagubioną. Naukowiec, umysł ścisły – „Jak mógł umrzeć?” pyta. Dobrze, że jest praca, też pomaga się znieczulić. Niestety, nie może się na niej skupić, bo włamuje się do skrzynki ukochanego i czyta maile jakie do siebie pisali, kasując je jeden po drugim, a każde „usuń” tnie skórę jak ostrze. Małe światełko w tunelu pojawia się, kiedy jeden ze współpracowników, wtajemniczony w ich romans, podsuwa kobiecie do renowacji i poskładania niezwykłą maszynę. Zaczyna się gra. Catherine jest horolożką, zajmuje się przywracaniem do życia starych zegarów i maszyn. Tym razem nie będzie to zegar, a mechanizm pochodzący z XIX wieku, niby kaczka, a może łabędź. Urządzenie iście magiczne, bo ptak poruszał się, pływał, chwytała rzucane na wodę ziarna, jadł je i wydalał. Prawdziwe cudeńko. Twórcą pierwotnej koncepcji, z 1738 roku, był Francuz Jacques de Vaucanson. Sto lat później jego plany wpadły w ręce niejakiego Henrego Brandlinga, ułożonego, pragmatycznego człowieka, który postawania zamówić rekonstrukcje owej kaczki dla śmiertelnie chorego syna. Zaczyna wierzyć, że ta „zabawka” to jedyna nadzieja na uzdrowienie dziecka i trzymał się jej kurczowo. Aby ziścić swoje marzenia udaje się do Niemiec w poszukiwaniu mechanika, a słyszał, że najwybitniejsi mieszkają w okolicach Karlsruhe. To, co go tam spotka wydaje się trochę  jak z bajki braci Grimm: tajemnicza wyprawa, równie tajemniczy ludzie, zjawy, naukowcy, geniusze, porwania. Wszystko na pograniczu absurdu, radykalizmu i upiornych pasji. Są najrozmaitsze maszyny i urządzenia samoliczące, mechaniczny Chrystus, który rozkłada ręce w geście błogosławieństwa, a potem padając na ziemie śmieje się. Dzieje się wiele rzeczy, których nie da się logicznie wyjaśnić i pojąć. Brandling wydaje się być więziony, ubezwłasnowolniony, osaczony, ale ciągle czeka na kaczkę. Wszystko skrupulatnie spisuje w dziennikach, które czyta Catherine. Dwie samotności, dwa cierpienia. Równoległe, choć rozdzielone wiekami. Ona też składa ptaka: poleruje szklane rurki, koła zębate, tysiące części. Element po elemencie. Spokojnie, racjonalnie, aż do pojawienia się asystentki, młodej Amandy. Catherine pracuje, Amanda doszukuje się drugiego dna, mistycyzmu, jakby łabędź niósł jakieś ukryte przesłanie. Narasta uczucie niepokoju, nieuchronności katastrofy, jakiegoś końca brutalnego i wszechogarniającego. Czy da się przewidzieć nieprzewidywalne? „Od lat wierzyłam w to, że konstruowanie zegarów jest w stanie ukoić każdy zamęt w duszy i sercu. Tak mocno w to wierzyłam i tak bardzo się myliłam”.

Po stracie, odejściu bliskich lub w obliczu ich rychłej śmierci, ilu z nas nie chciałoby móc cudownie uzdrawiać, wskrzesić ukochanej osoby. Iluż z nas nie chciało by mieć takiej mocy, aby cofnąć czas, przywrócić życie, jak w historii Łazarza, a może Pigmaliona? Być Bogiem, na moment. Cóż, wiemy, że nawet najgenialniejsza maszyna życia nie zastąpi, bo dusza … . Nie posądzajmy jednak autora o taki truizm. Bo nie o duszę w tej książce chodzi, bo można ją czytać w różny sposób: jako dwie ciekawe historie ludzi, których życie legło w gruzach i pogrążyło się w chaosie, albo jak medytacje o życiu, albo jak traktat o ślepej fascynacji techniką i nauką. Illud aspicis non vides. Z czasem zaczynamy się orientować, że bierzemy udział w grze. Ktoś przejmuje kontrolę. Boski plan. Theatrum mundi. Peter Carey jest wielkim pisarzem, a ta powieść jest jak obraz Rothki – nieprzenikniona, bo zbyt wiele tu płaszczyzn, zbyt wiele wymiarów, niejednoznaczności. Genialnie. Wielka literatura.
 
 


Peter Carey ”Chemia łez”, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2013

 

0 komentarze:

To książka niepozorna. Sto pięćdziesiąt siedem stron. Wymiary 20x13 cm, a komentarz z tyłu głosi: „ Opowieść mieszcząca w sobie ca...

„Goodbye Vietnam ...”





To książka niepozorna. Sto pięćdziesiąt siedem stron. Wymiary 20x13 cm, a komentarz z tyłu głosi: „Opowieść mieszcząca w sobie całą wielkość życia.” Śmiała obietnica. Okładka oblana jest czernią, która stopniowo przechodzi w granat, indygo. Z mroku wyłania się dryfująca w świetle księżyca łódź z lodu, z wbitymi trzema kruchymi i delikatnymi sadzonkami ryżu. Wewnętrzną stronę okładki wyściełano zdjęciem głuptaków na skalistym wybrzeżu wyspy Bonaventura niedaleko Quebecku. I jeszcze ten tytuł, prawdziwa enigma ”Ru” - nie jest to imię, ani nazwa miejsca, ale: w języku francuskim „źródło” lub „upływ czasu, łez”, a w wietnamskim „kołysanka”. Po przeczytaniu pomyślę jak fantastycznie te trzy znaczenia oddają różne wymiary książki autorstwa Kim Thúy. To debiut i od razu nadmienię, że dla mnie udany, zapowiedź ogromnego talentu.

Zaczynam czytać i już na wstępie kolejna niespodzianka, bo zaskakuje sposób pisania. Przewracam kartkę: czy to jakiś prolog? Nie chodzi o styl autorki, ale o formę. Jest tu ponad sto obrazków ze słów. Niektórzy mogą odebrać je jako wiersze pisane prozą, rzadko który przekracza stronę. Całość stworzy impresjonistyczny obraz, doskonale oddający momenty, chwile ulotne, zmysłowe i nastrój. I o ile impresjonizm nie penetrował powierzchni codzienności, to Kim Thúy wręcz przeciwnie i to z różnych punktów widzenia – dziecka, córki, kuzynki, mamy, żony, Wietnamki, Kanadyjki. Pierwszoosobowy narrator, Nguyen An Tinh, której imię znaczy “spokojne wnętrze”, niesentymentalnie prowadzi nas przez ludzkie dramaty i radości. Bez upiększania, bez patosu z pełną godnością. To historia inspirowana przeżyciami autorki. Ale nie znajdziemy tu typowej biograficznej marszruty. Chronologia została złamana, a wręcz połamana. Imiona, nazwiska, daty, przyczyny są nie ważne. Jedynie słowa spinają poszczególne obrazki, tak, że ostatnie stają się pierwszymi. Wizualne wskazówki, slajdy, zapachy łączą poszczególne fragmenty. Mniej dokumentu więcej wyobraźni. Krok do przodu, krok do tyłu. Kołysanie w rytmie wspomnień, które sięgają lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy jako zaledwie dziesięcioletnia dziewczynka musiała uciekać z Wietnamu, po zdobyciu jego południowej  części przez komunistów. Dotychczas spokojne życie, i to mimo szalejącej wojny (co za paradoks!), zostaje w jednej chwili przerwane. Dom w Sajgonie podzielono na kilka maleńkich mieszkań, skonfiskowano (zinwentaryzowano) cały majątek. Skończyła się gra w tenisa i magdalenki. Rodzina dołączyła do tysięcy boat people. Łódź nr KG0338, taka przepustka do bezpieczniejszego świata. Kilka desek połączonych, aby przewieść tłum uciekinierów. Najpierw do Malezji, do obozu uchodźców, gdzie zamieszkają w skleconej prowizorycznie chatce, co dzień zapadającej się coraz głębiej w glinie. Obóz kloacznych zapachów, starych ryb, świerzbu i roju robaków. I ten pozorny spokój, że nikt nikogo nie zastrzeli ani nie zreedukuje w obozie. A jednak, człowiek i w takich warunkach organizuje sobie życie: zbiera deszczówkę, prowadzi lekcje angielskiego, zawiera przyjaźnie. „(...) myślałam, że wojna i pokój to antonimy. A przecież żyłam w pokoju, kiedy  Wietnam był w ogniu, wojnę zaś poznałam dopiero wtedy, gdy Wietnam odłożył już broń.” Ta podróż ma uratować i odmienić jej życie. I tak się dzieje, choć nie będzie tu cudownego ocalenia ani boskiej interwencji. To początek nowej drogi dla osoby, która staje pomiędzy dwoma tak skrajnie różnymi kulturami, której tożsamość się rozwidla, którą dominująca matka popycha na skraj, bo ma ambicje i konkretne oczekiwania wobec dzieci. Ciężko jest przystosować się do nowego świata, w którym dotykanie głowy nie jest obrazą, są inne ubrania w zależności od pory roku, a ryż jemy widelcem. Wspaniale narysowana złożoność akulturacji poprzez najdrobniejsze anegdoty wynikające z różnic kulturowych, aż po moment kiedy nie jest się już Wietnamką, bo utraciło się swoją kruchość, ale nie jest się też członkiem „narodu quebeckiego”. Kim jestem?

Nie jest to proza idealna. Czytelnik natknie się na fragmenty, które usypiają, które w tej powieści są zbędne, choć bez wątpienia poruszają tematy ważne - turystyka seksualna, los dzieci narodzonych w następstwie szalonych nocy z  amerykańskimi żołnierzami. Po prostu nie przystają do osobistego tonu i do pierwszoosobowej narracji. Autorka wypływa na zbyt szerokie wody, zupełnie niepotrzebnie. Książka jest wspaniale poetycka i zbyteczny jest tu reportaż.

Czy jest tu zatem cała wielkość życia? Dla mnie nie, ale zapewne jakaś jego znacząca część. Ta książka to przede wszystkim obserwacja i atmosfera, dla czytelnika kontemplacja. Nie będę tutaj wypisywać truizmów, że wojna jest zła i że ta książka to tego kolejne świadectwo. To nie jest głos pacyfistyczny w żadnej dyskusji. To pamiętnik. Historia jakich wiele, a jakie najczęściej pozostają nieopowiedziane, niewypowiedziane.
 


Kim Thúy „Ru”, Wydawnictwo Drzewo Babel, Warszawa 2012

0 komentarze:

„… będziecie mieszkać w namiotach przez całe życie, abyście długo żyli na ziemi, na której jesteście wędrowcami.”   Bruce Chatwin to ...

„Anatomia niepokoju”


„… będziecie mieszkać w namiotach przez całe życie, abyście długo żyli na ziemi, na której jesteście wędrowcami.”
 

Bruce Chatwin to wyjątkowy człowiek i wspaniały pisarz, mówi się, że jeden z bardziej wpływowych twórców naszych czasów. Pochodził z Sheffield w Anglii, jako nastolatek rozpoczął pracę w domu aukcyjnym Sotheby’s specjalizując się w antykach i malarstwie impresjonistów, potem miał przelotny romans z archeologią, pracował jako dziennikarz w „The Sunday Times”. Podróżnik i pisarz. Gwiazda pozostająca jednocześnie zagadką. Żonaty dwadzieścia trzy lata, zniewieściały, humorzasty, szukający samotności, uciekający w romanse z mężczyznami. Zmarł młodo, w wieku czterdziestu ośmiu lat, w wyniku obniżonej odporności organizmu. Jego życie naznaczył polimorficzny wręcz nomadyzm. Mając ojca w marynarce wojennej, mały Bruce pomieszkiwał z mamą u krewnych i przyjaciół, później zafascynował się atlasami i wymyślaniem niezwykłych historii, czym skazał się na wykluczenie z grupy przez inne dzieci. Zaczął wierzyć, że ludzie mają „wewnętrzną potrzebę czy instynkt migracyjny, który wraz ze zmianami pór roku zmusza (…) do pokonywania wielkich przestrzeni.” Ta myśl zdominowała cały wydany pośmiertnie zbiór pod tytułem „Anatomia niepokoju”.

Chatwin poszukuje źródeł nomadyzmu, tego impulsu, tego magnesu, który każe nam opuszczać dom, co więcej, który sprawia, że nie chcemy się nigdzie zadomowić. Jego twórczość to kombinacja doświadczenia, mitu, mistyfikacji i poszukiwań. A ta książka, to kolekcja niepublikowanych wcześniej esejów, szkiców z podróży, opowiadań, recenzji i rozważań. Dla kogoś, kto spotyka Chatwina po raz pierwszy to dobra lektura. Taka próbka twórczości. Pięć części, kolejność czytania nie ma znaczenia. Wsiadamy do wybranego przedziału i ruszamy. W pierwszej, osobistej, pisze o swoim życiu i metodzie pisarskiej. W drugiej jest cykl opowiadań z pogranicza beletrystyki i reportażu, gdzie, jak u Borgesa, historia splata się z wyobrażeniem. Przebrnęłam szybko niesiona na skrzydłach lekkiego pióra Chatwina. Cudnie. „Mleko” zachwyca zmysłowością i subtelnością, a fragment o Timbuktu obnaża mit i tajemnicę miasta, brutalnie. Wprowadzenie alter ego autora wzmaga przyjemność lektury. Trzecia część to jakby szkic książki, którą chciał napisać o nomadyzmie, ustosunkować się do myśli Pascala „o człowieku niezdolnym spokojnie usiedzieć w pokoju”. Dużo tu rozważań o kulturze i cywilizacji, o tym jak się ścierają i oddziałują na siebie. Czas na odpoczynek w podróży. Kartki odwracam się coraz wolniej, więcej czasu potrzeba, żeby pomyśleć, co autor miał na myśli. Rozpraszam się. Jak dla mnie za dużo cytatów, odwołań, przemyślenia czasami płytkie, ale może to tylko taki szkic, burza myśli? Coś jakby uwiera. Czwarta część to recenzje, a piąta rozważania o sztuce. Recenzja biografii Roberta Louisa Stevensona jak dla mnie niezwykła, jakby Chatwin pisał ją na nowo, jakby pisał o sobie, bo emanuje z niej empatia. Uderza wspaniały dar obserwacji pisarza, umiejętność analitycznego myślenia i skrupulatność.

Trudno tą książkę jednoznacznie zakwalifikować. Od najbardziej oddalonych i najmniej znanych miejsc na świecie, poprzez sztukę, po rozważania natury antropologiczno-filozoficznej. Wszystko opowiadane z literacką wrażliwością, daleką od typowej podróżniczej narracji. Czuć głód wędrówki, bo chociaż pisarz znalazła miejsce, w którym „może powiesić kapelusz” to wysuwa kolejne argumenty, wspierające nomadyczny tryb życia. Czuć niepokój. I chociaż jest inteligentnie, błyskotliwie i bezpretensjonalnie, choć widać wspaniały talent do snucia opowieści i potwierdzenie, że wielka narracja wciąż jest obecna, to książka jest nierówna, a teksty nie trzymają wspólnego poziomu. Być może w innym kontekście łatwiej byłoby niektóre z nich odczytać i nie nudzić się.

 Bruce Chatwin “Anatomia niepokoju” , Świat Książki, Warszawa 2012

 

0 komentarze:

Mały troll Maciupek to sympatyczny płochliwy stwór. Ze swoimi krótkimi, postrzępionymi włoskami, w ciemnym płaszczu i za małych butach na...

Tove Jansson i Maciupek


Mały troll Maciupek to sympatyczny płochliwy stwór. Ze swoimi krótkimi, postrzępionymi włoskami, w ciemnym płaszczu i za małych butach na lekkim obcasie, wygląda przyjaźnie. Mieszka sam i żyje w … strachu: przed ciemnością, przed Buką, Paszczakami, szmerami, piskami. Wieczorami oświetla cały dom lampami, żeby czuć się bezpiecznie. Nie ma go kto pocieszyć, nie ma kto przytulić. Pewnego dnia mając dość lęku, rusza w drogę, z wielką torbą. Spotyka mnóstwo stworzeń, bawiących się i spędzających miło czas, ale jest zbyt nieśmiały, żeby podejść do nich. Tak więc omija go przejażdżka wozem z Filifionką, bryczką z Homkami, pyszny placek malinowy, karuzela. Jak pokonać  strach, który mieszka w środku? Jak wyjść zza kamienia i nie kryć się w lesie? Wszytko zmienia tajemniczy list w butelce znaleziony nad brzegiem morza, „bo świat zupełnie się zmienia, nawet gdy jesteś strachliwy: jeśli masz kogoś pocieszyć, wszystko staje się możliwe”. Ten list to ważny motyw, bo po pierwsze: to właśnie list od pewnego chłopca, który ogromnie bał się świata, stał się inspiracją do stworzenia tej książki, a po drugie: z listem wiąże się czekające na czytelnika zdanie.

Kto pocieszy Maciupka?” należy do mniej znanych w twórczości Tove Jansson. Została wydana w 1960 roku. Premiera polska miała miejsce w 1980 roku nakładem Naszej Księgarni w przekładzie prozą Teresy Chłapowskiej. Na wznowienie zdecydowało się Wydawnicatwo EneDueRabe. Co za strzał w dziesiątkę! Najnowsze wydanie napisane jest wierszem (tak jak oryginał) w przekładzie Ewu Kozyry-Pawlak. Rymy wprawdzie gdzieniegdzie szwankują, ale nieznacznie. Książka jest prawdziwą perełką – duży format, twarda oprawa, całostronicowe ilustracje samej Tove cudownie oddają klimat strachu przed Buką, radości, samotności. Sam tekst jest starannie wykaligrafowany, jakby odręcznie pisany. Piątka z plusem. To jest druga po „Co było potem?” (recenzja wkrótce) książka obrazkowa Tove Jansson opublikowana przez EneDueRabe, a w zapowiedziach „Niebezpieczna podróż”. Ja traktuje te książki jako wstęp do czytania z Lilką Muminków, bo pojawiają się tu Mimbla, Włoczykij, Mała Mi. Dobrze ich poznać wcześniej.


Tove Jansson, „Kto pocieszy Maciupka?”,  Wydawnictwo EneDueRabe, Gdańsk 2013

0 komentarze:

Kiedy pomyślę o literaturze norweskiej pierwsze nazwiska jakie przychodzą mi na myśl to Henrik Ibsen, Jostein Gaarder, Åsne Seierstad i ...

Nietoperz, Harry i upiór z otchłani, czyli w oparach aborygeńskich mitów


Kiedy pomyślę o literaturze norweskiej pierwsze nazwiska jakie przychodzą mi na myśl to Henrik Ibsen, Jostein Gaarder, Åsne Seierstad i jeszcze Thor Heyerdahl (tak, tu już naprawdę przekopuje swoją pamięć, ale podróżnik też pisał książki). Dość marnie. Spośród norweskich noblistów nie potrafię wymienić żadnego. Ale ostatnio literatura skandynawska przeżywa renesans, głównie za sprawą kryminałów, ale może to przyczółek jakiejś poważniejszej fali. Od lat 70-tych kiedy Wydawnictwo Poznańskie wydało serię skandynawską, nie przypominam sobie takiego boom’u. Ludzie wprost oszaleli na ich punkcie i jednym tchem wymieniają Mankell’a, Larssona, Johana Theorina, Läckberg, Kallentofta, Karin Fossum i gwiazdę gwiazd  - Jo Nesbø. Na jego temat słyszałam same peany: że fenomen, że najlepszy, że połyka się tom za tomem. Kim jest człowiek, którego twórczości jeszcze nie znam? Na jego oficjalnej stronie zdjęcie w kapturze. Spogląda na mnie dość przystojny mężczyzna, przypomina jeńca wojennego, może to przez tą szczupłość. Mówi o sobie, że pochodzi z rodziny czytaczy i opowiadaczy historii. Sportowiec z pasji i ekonomista z przypadku. Pracownik korporacji, który pewnego dnia poczuł wypalenie i na sześć miesięcy uciekł do Australii, tam narodził się Harry Hole.

Harry, Harry. Policjant, alkoholik, abnegat. Lekko odpychający w sposobie bycia, co tylko przyciąga kobiety. Momentami opanowany, skupiony, dociekliwy, aby w ciągu ułamka sekundy przeistoczyć się w awanturnika i szaleńca. Przeszedł w życiu swoje. Przez swoją brawurę zabił człowieka. Teraz rusza do Sidney, aby rozwikłać morderstwo Inger Holter, byłej prezenterki telewizyjnej. Dziewczyna została zgwałcona, uduszona i zrzucona z urwiska, zaś wszelkie ślady starannie ukryte. Morderstwo na tle seksualnym? Zbrodnia doskonała? Harremu partneruje Andrew Kensington. Dziwny typ, niby chcę go polubić, ale coś mnie powstrzymuje. Wydaje się poczciwy i sympatyczny. Człowiek zagadka, ale taki, który raczej irytuje, skrywa swoje demony i wypuszcza je stopniowo na światło dzienne. W końcu zaskakuje i budzi współczucie.

Akcja rozkręca się powoli, a ścisłej mówiąc bardzo leniwie. Ruszamy na ulice Sidney, a także mniejszych australijskich miasteczek, w świat podejrzanych typków, klubów ze striptizem, narkomanów, prostytutek, alkoholu, nielegalnego boksu, a nade wszytko ludzkich tajemnic i sekretów. Kryminał lekko depresyjny. Różowo nie jest kochani! Im bardziej zgłębiamy się w lekturę tym atmosfera bardziej gęstnieje. Długie dialogi bohaterów, historia Australii i mity Aborygenów mocno oplatają fabułę i mają nakierowywać Harrego na rozwiązanie zagadki. I to jest akurat gorszy pomysł autora, zionie sztucznością. To się Nesbø powysilał. Nawet całość podzielono na trzy części o tajemniczo brzmiących tytułach. Już w pewnym momencie myślałam, że zmierzamy ku rozwiązaniu, za którym stoi jakiś duch, upiór, mara, czyli science fiction. Zaczynałam czuć rozczarowanie - skąd ten zachwyt ludzi? Przecież śledztwo nie porusza się na przód, co więcej: nie ma o nim mowy, to znaczy majaczy gdzieś w tle, ale tle skąpanym w poważnej mgle. Kiedy w pewnym momencie Harry przechyla szklaneczkę whisky, rozpoczyna się oniryczna część książki. Narkotyczny bal. I tak właśnie jest z tą pozycją...czytelnik ocknie się wtedy, kiedy z letargu przebudzi się Harry. Najpierw zespół nagłej zmiany strefy czasowej, potem Jim Beam, a potem kwas. Część książki czytamy w zawieszeniu. Nie można jednak tego kryminału skreślać, a autorowi zarzucać nieudolność i porażkę. Nesbø buduje napięcie bardzo umiejętnie, bo wtedy kiedy chcemy sobie ziewnąć, on dodaje nowy smaczek i od razu nabieramy chęci czytania. A bliżej końca zaczyna się prawdziwe przyspieszenie, aż chce się nielegalnie zajrzeć na ostatnia stronę, żeby nie tyle wiedzieć kto, ale głównie dlaczego. Czy to faktycznie seryjny morderca?

Resumując pierwsza część przygód może zniechęcić, bo fabuła nie porywa. Plusem są za to bohaterowie i na ich przykładzie ukazana dwoistość ludzkiej natury. Harry mnie zaintrygował, nie jest to wprawdzie postać genialna, ale ciekawi mnie co z nim będzie i jak poradzi sobie ze swoimi traumami. Dlatego zakupiłam kolejne części ...
 

Jo Nesbø, „Człowiek nietoperz”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2012

0 komentarze: