„ Mieszkam w Krakowie, a to znaczy, że go nie zwiedzam. […] Mieszkam w Krakowie, a to znaczy, że przechodząc koło Wawelu, myślę zazwyczaj...

Za drewnianymi bramami ...Podgórze


Mieszkam w Krakowie, a to znaczy, że go nie zwiedzam. […] Mieszkam w Krakowie, a to znaczy, że przechodząc koło Wawelu, myślę zazwyczaj o czymś innym, niekoniecznie ważniejszym. Że mijając kościół św. Andrzeja, nie zwalniam kroku, nie wzdycham, choć to przecież najpiękniejszy kościół w Krakowie. Że idąc Rynkiem nie przystaję przed kościołem Mariackim z głową ufnie zadartą w oczekiwaniu na trąbkę sygnału. Że nie ma mnie w żadnym wspaniałym turystycznym autokarze, przez którego wypucowane szyby z pewnością widać wszystko jakoś inaczej niż przez wiecznie niedomyte tramwajowe".
W. Szymborska
Kościół św. Józefa
Koniec lipca i sierpień upływają pod znakiem wolnego, żadnej pracy żadnych liczb i żadnych służbowych telefonów. Od tygodni już planuję, co będę robić. Głównie czytać, to oczywiste. Będę też leżeć na tarasie i smażyć się spokojnie na leżaku. Głowa i mózg będą myśleć o niczym albo o przesuwających się leniwie obłokach, albo o tym jak toskański upał skradł Kraków. Paznokcie są wakacyjnie błękitne. Fluo. Podobno modnie. Nie wiem, nie znam się. Ale wyglądają wesoło i ciekawie. A jak już się wyleżę, czyli po godzinie, to się poszwendam po mieście. Stęskniłam się za Krakowem. Pójdę się zgubić. Wsiąknąć gdzieś w Podgórzu albo gdzieś tam, gdzie mieszkają resztki ciszy, o ile w ogóle takie pozostały. Pójdę na spacer. Podgórze nie jest jeszcze modne. To tu była fabryka Schindlera, tu mieszkała święta Faustyna, Tadeusz Łomnicki. Tu było getto i obóz koncentracyjny. Na Placu Bohaterów Getta stoi 70 skorodowanych, pokrytych patyną krzeseł. Miejsce rozstrzeliwań i kaźni. Tramwaje przemykają z hałasem po moście Powstańców Śląskich.

Bezdomne meble, Placu Bohaterów Getta

Na placu Zgody niszczeje nieprzeliczona ilość szaf, stołów, kredensów i innych mebli, przenoszonych nie wiadomo już po raz który z miejsca na miejsce".

Tadeusza Pankiewicz "Apteka w getcie krakowskim"



Tu wzniesiono kopiec Kraka i podobno w okolicy jest geometryczny środek miasta. To ważne miejsce, tak ważne, że widać je z okien Sali Poselskiej na Wawelu. Królowie podejmując najważniejsze decyzje widzieli go i przypominali sobie zasługi swojego poprzednika. Z kopcem wiąże się zabawa ludowa, tzw. Rękawka, urządzana w pierwszy wtorek po Wielkanocy. Zgodnie z legendą, po śmierci wielkiego Kraka, postanowiono pochować go na Wzgórzu Lasoty. Mieszkańcy brali udział w usypywaniu mogiły, przynosząc ziemię w koszach, skrzyniach, a także w szerokich i bufiastych rękawach. Obecnie w Rękawkę na kopcu odbywają się pokazy walk i zwyczajów z okresu wczesnego średniowiecza. Tu też są skały Krzemionki, Wzgórze Lasoty z kościółkiem świętego Benedykta datowanym na X-XI wiek, najmniejszym w Krakowie, a za ulicą Zamojskiego, na wzgórzu rozciąga się park Bednarskiego. Tu Twardowski paktował z diabłem. Idąc Kalwaryjską a później Limanowskiego mijamy budki z butami, lodami, kwiatami, warzywami, klub sportowy Korona, lombardy, mydlarnie, fotografa, ciastkarnie, pracownie złotnicze, wszystko za 5 złotych, pieczątki, tkaniny, pasmanterie, banki, małe knajpki, magiel, naprawę lalek, parasoli. Świat małych sklepów ze wszystkim, ciucholandów i nie-sieciówek. Made in Podgórze. Za drewnianymi bramami kryją się prawdziwe perełki. Z Kazimierza uciekła tutaj kultowa Drukarnia, rozłożyła stoliki, żeby można przysiąść i popatrzeć na Wisłę. Jazz sączy się delikatnie z głośników. Tuż obok kładka i cudowne francuskie bistro Zakładka. Pyszne mule, obłędny mus czekoladowy i tarte’a tatin.

Podgórze ma specyficzny zapach i nie jest to zapach róż, bo mieszkańcy wyprowadzają tu tłumnie swoich pupili na maleńkie trawniki. Do tego woń gołębich piór i puchu i … alternatywnej energii. Stare mury kamienic, wilgotne usmarowane sprayem krzyczą kto jest kim, kto kogo kocha i kto tu rządzi. Ktoś chce to zmienić, postanowił rewitalizować fasady budynków i  zaprosił sztukę, żeby rozłożyła się muralami tu i ówdzie. Street art. Kompromis między buntowniczym aktem twórczym a kontrolowanym performance’m. To nie jest graffiti, wlepka czy szablon, nie jest to „bazgranie na ścianie”, a tym bardziej nie jest to wandalizm, bo tworzy sie je „pod patronatem”. Murale i malarstwo wielkoformatowe wywodzą się z Meksyku, gdzie miały typowo polityczny wydźwięk. Stoją za nimi takie nazwiska jak Diego Rivera, Clemente Orozco. Były to murale wykonywane tradycyjną techniką fresku, jak u renesansowych mistrzów, pędzlem i farbą.

Przypominając sobie czasy PRL’u, przez mgłę majaczą mi w głowie wielkie reklamy PKO zachęcające do oszczędzania, PEWEX’u czy Totalizatora Sportowego. Monopoliści w natarciu. Dziś murale mogę spełniać różne cele – są bez wątpienia artystyczną ekspresją, formą reklamy, edukacji. Wywołują w nas różne emocje – sprzeciw, podziw, rozbawiają, rozczulają. W Krakowie „Silva rerum”, „Triumfalna Brama Miasta” i „Grunwald” powstały, by upamiętnić różne ważne momenty w historii – 750-lecie lokacji Krakowa, zwycięstwo w bitwie pod Grunwaldem i Odsieczy Wiedeńskiej. Współczesne kapsuły czasu? W ramach festiwalu Art Boom pojawiły się też inicjatywy społecznościowe, właśnie w Podgórzu: mural Mayów, Typo Mural i Eko Mural na Zabłociu oraz powstały w ramach Festiwalu Conrada - „Robot Lema”. Zabłocie ma też mural nawiązujący do idei wolności namalowany na ścianie dawnej fabryki słodyczy  przez Mikołaja Rejsa, pod patronatem MOCAKU-u, w ramach warsztatów „Her/My/His/story”. Na Józefińskiej mural stworzył włoski artysta o pseudonimie Blu, któremu Bolonia jako pierwsza pozwoliła na „bombing”, czyli nocne malowanie ścian i graffiti. Jego „Ding dong dumb” powstało w ramach trzeciej edycji Art Boom Festiwalu. Oglądając go od strony Kazimierza można mieć wrażenie, że prezentuje ogromny kufel piwa, po którego sciankach spływa biała piana. Ale stojąc tuż przed nim od razu dostrzeżemy ogromny megafon i dzwon, stopione w jedno. Pod nim zgromadzony olbrzymi tłum ludzi, zasłuchanych, zahipnotyzowanych, oszołomionych.












Półka z książkami” na Traugutta 3a, zwieńczenie pracy uczestników warsztatów Literackie Graffiti /TYPOMURAL, w ramach akcji Strefa Wolnego Czytania. Pierwsze skojarzenie -  szafka biblioteczna gęsto wypełniona książkami, zaprojektowana tak, aby widać było tylko grzbiety książek, tylko tytuły lub nazwisk autorów, bez rysowania krawędzi czy konturów poszczególnych tomów. Mój ulubiony






Jeśli dobrze rozejrzeć się po Krakowie to takich murali jest wiele:

For god’s sake, cenzorship is everywhere” autorstwa Pikaso na świętego Wawrzyńca,

Mural #658-M-city” Dom Mehoffera na Krupniczej 56,

Barcelona”  Bartolomeo Koczenasz, róg ulic Straszewskiego i Piłsudskiego,

Smok Wawelski na Bulwarach obok hotelu Forum,

mur odgradzający stadion Wawelu od ul. Głowackiego z portretem Adama Małysza. Jego twórcą jest Jerzy 'Imp2k' Rojkowski.

Osiedle Azory, fragment obrazu Marii Jaremy z cyklu Penetracje,

Siatanisci” na Konopnickiej,

Mural Sławka ZBK Czajkowskiego „Jest spokojnie”, Karmelicka 28,

Mural na Galerii Krakowskiej projektu Justyny Posiecz-Polkowskiej.

Kraków jest pięknym miastem. Zabytki i historia przyciągają ludzi. Są jednak zakątki równie zapierające dech w piersiach, co zaniedbane. Kamieniczki w cieniu wielkiej płyty. Gołe mury, które mnie osobiście przygnębiają, nawet pomalowane na pastelowo. Czy tylko gips i nowy tynk potrafi zmienić wizerunek zaniedbanych budynków? Może uda się to sztuce? I to tej nowoczesnej.

















www.zwierciadło.pl

Fotografie:
Autorka oraz Joanna Chludzinska : Karmelicka, Azory, Półka z książkami.

0 komentarze:

Morze mruczy i uspokaja szumem. Rozmywa się na piasku, wsiąka w niego, aby odbić się od dna, wypłynąć nową falą i powrócić. Sól roztopion...

Raj, który staje się piekłem


Morze mruczy i uspokaja szumem. Rozmywa się na piasku, wsiąka w niego, aby odbić się od dna, wypłynąć nową falą i powrócić. Sól roztopiona w wodzie wysycha na skórze, potem spada i ponownie się rozpływa. Świat zamknięty spokojem i beztroską zdaje się być rajem na ziemi. Dwie rodziny, właściwie dwie kobiety – Liliane i Rozeanne. Zawsze razem, „niczym dwa identyczne ziarenka pisaku, nie do odróżnienia, (…) nawzajem się uzupełniały.” Wspólny ślub, mieszkanie obok siebie, obie rodzą synów, obie mają nieudane małżeństwa. Ich relacja jest jak symbioza, nie potrafią bez siebie żyć, podejmować decyzji, funkcjonować, są dla siebie powietrzem, zrozumieniem, wsparciem. Bez zbędnych słów. Prawdziwa przyjaźń. Czy potrafi ona zaspokoić wszystkie pragnienia? Czy gdzieś w zakamarkach raju nie czai się samotność i tajemnica? A co stanie się kiedy narodzi się miłość bulwersująca? Romans skandaliczny? No, może w naszych czasach nie jest to sytuacja, aż tak obrazoburcza. We mnie zrodziła raczej pytania: „I co dalej?”. Być może mój pragmatyzm i sceptycyzm zaczyna kwestionować sens tych uczuć. Można kwestionować sens uczuć? Miłość nie ma rozumu. Czy to jest miłość? Czy tylko wypełniacz jakiś pustek, zasklepiający się w ranach i łagodzący wypływ smutków? Jakie są granice egoizmu w miłości? Są? Młodzi chłopcy wplątują się (zostają wplątani?) w serię zdarzeń, która odmieni ich na zawsze, która tak naprawdę skrzywdzi ich samych oraz wiele innych osób.

Autorka opowiadania ”Idealne matki” to Doris Lessing, laureatka Literackiej Nagrody Nobla w 2007 roku, pisarka z ponad czterdziestoma powieściami w dorobku m.in. "Złoty notes", "Trawa śpiewa", "Znów ta miłość". „Jej (…) proza jest wyrazem kobiecych doświadczeń. Przedstawia je z pewnym dystansem, sceptycyzmem, ale też z ogniem i wizjonerską siłą.” - napisał Komitet Noblowski. Mnie zawsze ciężko czytało się jej książki. Nie da się ich tak po prostu przeczytać. Trafność obserwacji Lessing, obnażanie nawet najbezwstydniejszych pragnień i lęków odbywa się zawsze na takiej płaszczyźnie, żeby czytelnik miał przestrzeń do rozmyślań i interpretacji. Nie ma białego i czarnego, wszędzie wkrada się szarość, niejednoznaczność. Mała forma niesie ciekawy ładunek emocji i prowadzi nas do raju, który staje się piekłem.

Idealne matki? Dwie Kobiety? Babcie? Różne wydania i różne tłumaczenia tego samego tytułu opowiadania Doris Lessing „The grandmothers”.



Doris Lessing, „Idealne matki”, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2013.
 
 

 

 

0 komentarze:

Był kiedyś taki sen. Sen o złocie i bogactwach, o skarbach i magicznym El Dorado. Sen ten był chciwy i bezlitosny, niszczący, mordujący...

„Malinche. Malarka słów”



Był kiedyś taki sen. Sen o złocie i bogactwach, o skarbach i magicznym El Dorado. Sen ten był chciwy i bezlitosny, niszczący, mordujący. Sen władzy, dominacji i potęgi. Horror, który odebrał wszystko ludom zamieszkującym dolinę Anahuac, zburzył wielkie i piękne miasta, sprawił, że świątynie, lasy, jeziora spłynęły krwią. Przepowiednia stawała się ciałem i napełnił serca Mexików po trosze radością, po trosze lękiem. Czy oto powraca bóg-opiekun Quetzalcoatl? Wielki Upierzony Wąż, potężny i wieczny, władca idealny. Kiedyś wzięty podstępem upił się, wpadł w szał i zmusił do współżycia swoją siostrę. Po tym występku odszedł zawstydzony, umarł i rozbłysnął na niebie jako Gwiazda Poranna. Od tego momentu wszyscy oczekiwali jego powrotu. „Powrócę w roku jednej trzciny i przywrócę swoje panowanie. Nastanie wtedy czas wielkiego cierpienia ludzi.” Sen stał się jawą w XVI wieku, kiedy przybyli Hiszpanie pod wodzą Hernana Cortesa, przywódcy dzielnego, urodzonego zwycięzcy i stratega, indywidualisty bez skrupułów. To on w imieniu Karola V zagarnie ziemie, podbije ludy i zbierze daniny. Mexikowie byli głęboko wierzący i całkowicie podporządkowali swoje życie bogom. Magia odgrywała u nich kluczową rolę, a znaki na niebie i ziemi wyznaczały cykl dnia, tygodnia i życia. Los odczytywany z ziaren kukurydzy, zaćmień słońca i księżyca, komet. Magia zamknęła Indian w świecie, który poddawał się boskim wyrokom Króla Słońce. Wizja i losy świata były u Azteków na wskroś tragiczne: pierwsze słońce pożarły jaguary, drugie zmiótł wiatr, trzecie strawił ogień niebiański, czwarte zalała woda i w końcu piąte miało paść ofiarą trzęsienia ziemi. Każdy koniec pięćdziesięciodwuletniego cyklu kalendarzowego wieścił koniec świata.  Bogowie uczestniczyli w życiu ludzi. Byli groźni i zsyłali okrutne kary. Ich wizerunki napawały lekiem i obrzydzeniem. Przybycie Hiszpanów wpisało się w legendę powrotu Quetzalcoatla, tak, że stali się teules. Potężny Montezuma, władca absolutny, bóg, na którego twarz nie wolno było patrzeć, poddał się, oddał całe bogactwo, gościł najeźdźców, a do hiszpańskich skarbców płynęły rzeki turkusu, jadeitu, obsydianu oraz złota. Złoto to „ekskrementy bogów, odpady nic więcej i należą się one bogom, oddawał je więc bez żalu, w zamian za zielone, migoczące kryształki… .

Ale jak podbić te ziemie z garstką żołnierzy? Żadne arkebuzy nie rozgromią świetnie wyszkolonej, nieustraszonej armii Azteków, nie wystarczy kawaleria i artyleria – Cortés zdał sobie z tego szybko sprawę. Musiał negocjować. To siła słowa dokonała cudów, to słowo, pozwoliło mu dzielić Indian i zdobywać poparcie, podburzając przeciwko tyranii Montezumy i kładąc kres świetności Tenochtiltlan. „Bez słów, bez języka, bez mowy nie będzie przedsięwzięcia, a bez przedsięwzięcia nie będzie konkwisty”.[49] Pomocą służyli tłumacze - Gerónimo de Aguilar i Malinalli, która wywodziła się z plemienia Nahuna.  Jej matka, po śmierci ojca, wyszła ponownie za mąż, a córkę sprzedała jako niewolnicę, która została podarowana Cortesowi. Była piękna i inteligentna i mówiła językiem nahualt. Ona, ochrzczona imieniem Marina, „ta, która przybywa z morza” i Cortés, „ogień. Stała się jego językiem, jego kochanką, powiernicą, jego służącą, matką jego syna. Była między nimi głęboka przynależność. Malinalli odkrywała tajemnice magicznego świata Indian i pomagała go odczytywać. Posiadła niezwykłą broń - ”słowo koloruje pamięć”. Miała ogromną moc, mogła interpretować zdania, wypowiedzi, zmieniać dzięki temu bieg zdarzeń, ostrzegać lub zaniechać. Wielu historyków twierdzi, że to jej (i Bogu) Cortés zawdzięcza udany podbój. Książka Laury Esquivel „Malinche. Malarka słów” wydana przez wydawnictwo Znak, przybliża jej historię. Dla wielu współczesnych Meksykanów Marina symbolizuje zdradę. Ale czy interpretacja może być taka prosta? Czy niewolnik mógł wyrazić swoją opinię? Miał być przecież bezwarunkowo posłuszny swojemu panu. Ona taka była: niezłomna, niestrudzona, wierna. Od małego babka wpajała jej siłę i niezależność, o którą później cały czas walczyła. Chciała być wolna, a służba miła jej tą wolność zwrócić. Książka Esquivel próbuje przedstawić historię konkwisty z punktu widzenia Mariny i moim zdaniem zrehabilitować ją, przedstawiać wewnętrzne rozterki kobiety, jej przemyślenia, motywy działania. Być może bez niej podbój mógłby mieć znacznie krwawszy przebieg?

          Laura Esquivel kojarzy mi się z przepięknymi „Przepiórkami w płatkach róż” i to, co musze jej oddać to fakt, że potrafi malować językiem. Jej opisy są absolutnie bajkowe, plastyczne i wspaniale poetyckie, a jej metafory i porównania, momentami zaskakujące. Czytelnik wącha, smakuje, czuje krople deszczu, zanurza się w gęstwinie lasu. Styl „Malinche…” kojarzył mi się z lirycznością i kwiecistością języka charakterystyczną dla utworów Azteków. To trochę jakby ballada, a może pieśń, na pewno nie tradycyjna narracja. Prawdziwa uczta zmysłów. W najnowszej książce udało się Esquivel zbalansować historię i literaturę, choć momentami trochę sztucznie brzmiały fragmenty biograficzne na tle namalowanego z rozmachem egzotycznego obrazu. Przeskoki czasowe, sprawiały, że czułam jakby coś mi umykało, albo że narracja nie jest spójna. Dodatkowo postacie w książkach Esquivel są ulotne, są chwilami jak duchy, są odległe i miało wiarygodne.

Malinalli jawi się jako kobieta odważna, wierna, bardzo emocjonalna i uduchowiona, przeżywająca świata przez pryzmat religii i wierzeń, momentami uroczo naiwna w swoim postrzeganiu świata. Złapana w pułapce dualizmu, musi wybierać podbój albo asymilację, wolność albo życie z Cortesem, moc słów lub magię milczenia. Romantyczny wybór, bez wyjścia.

 

Laura Esquivel, „Malinche. Malarka słów”, Wydawnictwo Znak litera nova, Kraków 2013.

3 komentarze:

„ Wszystkie zwierzęta są równe, a niektóre równiejsze od innych ” George Orwell „Folwark zwierzęcy” Ostatnio w naszym kraju...

„Zjadanie zwierząt”


Wszystkie zwierzęta są równe, a niektóre równiejsze od innych

George Orwell „Folwark zwierzęcy”




Ostatnio w naszym kraju zawrzało. Powód – ubój rytualny. Były manifestacje, protesty zarówno zwolenników jak i przeciwników. Pojawiły się mocne słowa: mordowanie i antysemityzm. Jak dla mnie jedynym argumentem w tej całej sprawie była inwektywa i to z obu stron. Jak zwykle brak rzetelnej i pogłębionej debaty. Ale nadal się gotuje! Dlatego moja nowa recenzja będzie się wpisywać w tą tematykę idealnie. Zbieg okoliczności. „Zjadanie zwierząt” Jonathana Safrana Foer'a, autora takich bestsellerów jak choćby „Wszystko jest iluminacją” czy „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”. Tym razem żadnej fikcji literackiej. Tym razem coś na kształt reportażu. Po narodzinach syna, autor postanawia bardziej zadbać o to jak żyje i co je. Poszukuje, zbiera materiały, czyta, przeprowadza wywiady i tak rodzi sie właśnie ta pozycja, pokłosie kilku lat zgłebiania tematu przemysłowej hodowli zwierząt, nieodłącznego elementu naszej rzeczywistości. Choć Foer kilkakrotnie przymierzał się do przejścia na dietę wegetariańską, to szło mu różnie. Trochę był na tej diecie, trochę nie. Autor analizuje siebie, swoją rodzinę i jej sposób życia, jedzenia na przestrzeni czasu. Przypatruje się rynkowi amerykańskiemu i wielkim korporacjom, które "zaopatrują" tamtejsze stoły. Jestu o cierpieniu, o patogenach, o gnoju, Dobrze się stało, że taka książka jest, mną wstrząsnęło. Nie mogłam jeść dwa dni. Nie spodziewałam się tego. O wielu sprawach wiem lub, co najmniej zdaję sobie sprawę, że tak może być, ale nie myślę o tym na co dzień, na pewno nie w czasie zakupów, obiadu, grilla. I to jest przerażające.

Stosowanie chowu przemysłowego to kwestia mentalności zorientowanej na maksymalna redukcje kosztów produkcji (…)” [38]

Każdego roku z hodowli świń wywozi się około 3,5 tysiąca ton gnoju, z kurzej fermy 3 tysiące, a z tuczarni bydła 150 tysięcy.” [198]

Przemysł hodowlany powoduje emisje 40 procent więcej gazów cieplarnianych niż transport. To najważniejsza przyczyna zmiany klimatu.” [49]

„(…) do wrzątku często wrzuca się jeszcze przytomne ptaki. (…) Ponieważ do kotła z wrzącą woda trafiają umazane odchodami pióra, wśród ptaków dochodzi do zakażeń patogenami (…)”. [150]

Na potajemnym nagraniu jednej z hodowli świń w Karolinie Północnej widać, jak pracownicy biją zwierzęta, tłuką metalowymi pałkami ciężarne maciory i wpychają rozgrzane metalowe pręty w ich odbyty i pochwy” [205]

Ogłuszacz celuje wielkim pistoletem pneumatycznym pomiędzy oczy zwierzęcia. Stalowy pocisk przebija czaszkę i cofa się, zabijając lub pozbawiając zwierzę przytomności. Czasem pocisk jedynie oszałamia zwierzę, które albo pozostaje świadome, albo nagle budzi się podczas procesu „obróbki.” [260]

Autor nie poucza, nie nakazuje, nie wyszydza. Nie brnie w utopijna wizję świata, który zamieszkują wyłącznie weganie. I to jest plus tej książki - bogate spectrum kulturowe, historyczne i faktograficzne. Nie ma tu żadnej agitacji. Są wypowiedzi hodowców bydła i drobiu, członków organizacji PETA, pracowników wielkich ubojni przemysłowych, wegetarian, drobnych hodowców. Opisy metod hodowli, transportu i uboju przemysłowego są drastyczne, być może ludzie, którzy tam pracują, zobojętnieli już na cierpnie. Nie wiem. Wprowadzanie zmian w biologiczny rytm zwierząt, karmienie i faszerowanie ich lekami, hormonami, antybiotykami ma wpływ bezpośrednio na człowieka i dzieje się za jego przyzwoleniem (!). MY to w końcu ugotujemy, usmażymy, zapeklujemy, udusimy, ususzymy, przerobimy. H5N1, H1N1. Jesteśmy częścią tego procesu i procederu. Myślę, że warto wiedzieć w co się bawimy. Ile cierpnienia stoi za naszym grillowanym karczkiem, serem, miodem albo kalmarami.

Co do stylu i struktury, to książka na początku mnie drażniła - wspomnienia o babci, próba stworzenia glosariusza (?), trochę powtórzeń, jakoś nie spójnie. Momentami źle się czytało, wrażenie zbyt dosłownego tłumaczenia. Dodatkowo autor miesza formuły, nadając książce postmodernistyczny rys, może zbyt frywolnie jak na taki temat. 



Jonathana Safrana Foer, „Zjadanie zwierząt, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.

0 komentarze:

Pytasz co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną... Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno. Jednej się oczu czarnych, drugiej -...

Rzeczy ważne i ważniejsze…



Pytasz co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną...
Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno.
Jednej się oczu czarnych, drugiej - modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.

Jan Lechoń


To było przypadkowe spotkanie. Księgarnia na Królewskiej, szumnie zwana Salonem Książki. Dawno tam nie zaglądałam. Sprzedające takie sobie, za to wybór książek dość dobry i czasami zaskakujący. W moje ręce trafia Maria Wiernikowska i jej „Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela.” Od razu myślę: jakbym chciał tam być! I kupuję. Idę z Marią. Ona trochę przymuszona,  z jakimś idiotycznym kosturem (…)”[9], namówiona przez przyjaciół. Czy to nie dziwne? Jednoznacznie kojarzyła mi się zawsze z wojną, a tu książka podróżnicza? Ceniona dziennikarka i korespondentka wojenna. Zaczynała w Radio France Internacionale, później było Polskie Radio, Radio Zet, Gazeta Wyborcza, TVP. Była w Gruzji, przy ekshumacjach ciał w Bośni, w Afganistanie, Karabachu, Kosowie, Korei Północnej. Tam gdzie ”Zadyma, strajk, msza za ojczyznę. Oblężenie, pierwszy nalot, okupacja. Obozy uchodźców, czystki etniczne. Front pogrom,(…) partyzanci.” [119] Maria uprawia sport ekstremalny, nie pielgrzymuje (?). Ta myśl irytuje i gryzie na początku także autorkę, może dlatego trudno się czyta. Czuć niepewność. Po co iść? Ona? Może zostanie zakonnicą? Przecież nie wierzy ani w Boga, ani w intencje, ani w modlitwy. Francuska droga do grobu Jakuba Większego, jednego z dwunastu wybranych, ma blisko osiemset kilometrów. Osiemset tysięcy metrów na rozmyślania, medytacje, bycie z nieznajomymi wśród gór, wąwozów. Nuda. Buon camino. Jest sama, towarzyszy jej tylko monotonia, która inspiruje do przemyśleń. Własnym tempem, bo „nigdy nie będę pierwsza, nigdy nie będę ostatnia. Nie ma po co się ścigać.”[84]  Codzienny marsz, nocleg w hostelu, klasztorze lub pod gołym niebem i wbijanie pieczęci do credential. Sucha kiełbasa, ser, chleb i woda. Dzień w dzień. Ale to jednak dziennikarka i wojnę zabrała ze sobą, tą w Czeczeni, Jugosławii, Iraku. Do plecaka oprócz plastrów na pęcherze, peleryny i sandałów spakowała swoje macierzyństwo, Solidarność, stan wojenny, Orianę Fallaci, kochanków, miłości, Józefa Czapskiego i bagaż genów. Pojawiają się rozmyślania o pracy, o ciągłym poszukiwaniu drugiego człowieka, o wspomnieniach- koszmarach, jakie pozostaną w głowie na zawsze, takie drażnione cierniem rany. Maria jawi nam się jako twarda i zimna kobieta. Jej myśli są ostre jak brzytwa, boleśnie szczere. Kto lubi czytać o naszej polskiej świętoszkowatości? O narodowych uprzedzeniach i stereotypach, które czają się pod skórą każdego z nas, żeby wyjrzeć na powierzchnię od czasu do czasu? Nie ma miejsca na patos. Idziemy pod górę w żarze słońca. Wokoło skały i pagórki. Mijani ludzie. Kilkadziesiąt kilometrów i odpoczynek w domu pielgrzyma. Z czasem butny ton i sarkazm łagodnieją. Droga zmusza do wyciszenia, czy tego chcemy czy nie. San Juan de Ortega, Santo Domingo de la Calzada, Logroño, Negreira, Muxía. Może to wrzosy na Monti di Oja, może gwiazdy nad Santiago de Compostela, może architekt…coś pozwoliło skruszyć skorupę. Łza.

Nie ma tu typowej Hiszpanii z pocztówek. Nie ma zielonej Galicji, opisów urokliwych miasteczek, nie zasmakujemy tapas, nie zatańczymy w rymie flamenco. Posłuchamy za to gadatliwych Hiszpanów, zwolnimy, tak jak robi się na południu Europy, żeby celebrować piękny wieczór, dobre wino, moment i ulotność. To wyjątkowy dziennik z pielgrzymki. Bardzo osobisty. Walka ze zmęczeniem, zachwyty, sarkazm, dystans, choroby, krytyka. Plecak jaki niesiemy pełen jest wspomnień, lęków, złudzeń z przeszłości. W drodze myślimy nad istotą tego, co gromadziliśmy przez lata, a zbawienna perspektywa rzuca na wszytko nowe światło. Są przecież rzeczy ważne i ważniejsze. Zostawiamy to i owo na kamieniu, w hostelu…może przyda się komuś innemu. Diarium Marii prowokuje do spojrzenia na własną drogę, gdziekolwiek jesteśmy. „Cel jest nieważny. Droga jest ważna” [94]
 
Maria Wiernikowska, „Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela”, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2013.

0 komentarze:

Smok jest dla nas szczególną postacią, mieszkamy w końcu w Krakowie i odwiedzamy czasami jego jamę pod Wawelem. Czytając książkę Elżbiety...

„O smoku, który lubił krówki”


Smok jest dla nas szczególną postacią, mieszkamy w końcu w Krakowie i odwiedzamy czasami jego jamę pod Wawelem. Czytając książkę Elżbiety Pałasz poznałyśmy innego, wyjątkowego smoka - towarzyskiego, inteligentnego i wrażliwego. Owszem zieje ogniem, ma ostre zęby, potrafi ryknąć i jest pokaźnych rozmiarów, ale jakie ma maniery i uosobienie! Jest wegetarianinem! Zajada się warzywami i zupa dyniową, krówkami, ale takimi ciągliwymi i sączy herbatkę popołudniami. Nosi błękitny golf i buraczkowe spodnie na szelkach. Całkowicie obala mit okrutnego pożeracza dziewic. Mieszka w przytulnej pieczarze. Ceni sobie spokój, ciszę i dobrą książkę na nocnym stoliku. Niestety nie zazna długo błogostanu, bo przez jego dom przewiną się: a to stado krówek, jaszczurka Wituś, a to rozkapryszona i tupiąca nóżką królewna trzech imion: Izabella Wioletta Zuzanna, która przyciągnie ze sobą kłopoty. Kłopoty mające postać dziarskich i uzbrojonych rycerzy, a „między smokami i rycerzami toczy się odwieczna wojna (…) na pazury, kły i zianie ogniem, na miecze, dzidy i strzał(…).” [27]

Humor tryska z tej książeczki i to taki jaki dzieci lubią najbardziej – sytuacyjny: zacinający się hełm, rycerza zamka się w szafie. Jest bardzo dowcipnie. Są gry i potyczki słowne. Ale ponad wszystko jest obalanie mitów i stereotypów. Jeden po drugim upadają bajkowe schematy, oczytane i opowiedziane tysiące razy. Autorka bawi się konwencją, bo jest księżniczka i to porwana, ale na swoją własną prośbę. Do tego magiczny pocałunek, który owszem zdejmuje czar, ale z ... krówki. Dużo niespodzianek! Nowoczesna baśń, ale w bardzo sympatycznym wydaniu i mimo, że świat jaki znam ze swojego dzieciństwa stanął w niej na głowie, to jest zabawnie. Książka udowadnia, że spokój, pomysłowość, honorowe zachowanie i dobre maniery potrafią rozwiązać nawet najgroźniejsze sytuacje, bez krzyku, bez wrzasku i bez siły.

Zaskoczył mnie format książki  - A4, do tego duże litery i piękne, wyraziste i barwne ilustracje na matowym, kremowym papierze 150g/m2. Kolejna książka Wydawnictwa Bajka, która mnie oczarowała.

 

Elżbieta Pałasz, „O smoku, który lubił krówki”, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2013.

0 komentarze:

Jadę sobie tramwajem. Lato powróciło na dobre. Woda, która postanowiła nas zalać, podtopić, oblać… spłynęła. Jest ciepło. Gorąco. Upał...

Jadę sobie tramwajem…


Jadę sobie tramwajem. Lato powróciło na dobre. Woda, która postanowiła nas zalać, podtopić, oblać… spłynęła. Jest ciepło. Gorąco. Upał nie zna litości. Nawet przeciąg parzy. Skrapiam się wodą, ale ledwie woda dotknie skóry znika.
 
Nie tylko źle jest na ziemi,
w raju jest tez niewesoło:
Patrzcie - kroplami wielkiemi
pot z twarzy spływa aniołom.

Nic im się nie chce - wiadomo -
ogłupia straszliwy upał.
Nawet ów motyl z Kiplinga
w upał by także nie tupał.

Mój Boże, i Bóg Staruszek
dzień cały wodę sodową
trąbi, miotełką od muszek
machając sobie nad głową.

I małpki pomizerniały,
i szyje schudły żyrafom.
Piotr Żydów wpuszcza i robi
gafę, panie, za gafą.

Od rana aż do wieczora
anioły wzdychają, wzdychają,
pokotem leżą na łąkach
i piwem się polewają.

Opustoszały jezdnie,
a w kramach święci rozliczni
mruczą: - Uff, to już jest nie-
takt meteorologiczny.


Konstanty Ildefons Gałczyński Upał w raju

Słońce wypala piegi na mojej twarzy. Zwiewne materiały owijają ciało gdzie muszą. W tramwaju pustawo. Szkoła się skończyła. Zapanowała cisza. Tłok i ścisk wyjechały na wakacje. Co za ulga. Powietrze rozpycha się w mieście, też mu gorąco. Ale miasto latem ma swój urok, nawet jeśli jest turystyczne…bardzo.

 

Kraków cały jest w liściach,
błyszczących po letnim deszczu
- podwójnie zielonych w księżycu
i w szmaragdowej latarni,
wiszącej przy Zwierzynieckiej...

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska fragment Zielone miasto

 

Czytam i jadę. Wokół mnie też czytacze. Pani z „W imię miłości” Jodi Picoult, inna z „Szatańskimi wersetami”. Jest i mały pan, w słomkowym kapeluszu, który właśnie wyjmuje z torby „Flush’a”. Za mną siedzi „Starsza pani wnika”, „Marcowe fiołki”, „Dworek pod lipami” i kilka książek opakowanych w gazetę. Tajemniczy nieznajomi. Są też gazety. Nade mną, wokoło unoszą się słowa, myśli, wykrzyknienia, zaskoczenia. Czy muszę mówić, że czuję się cudownie ? Jeśli to nawet niezwykły, jedyny w tym momencie zbieg okoliczności, chcę krzyczeć chwilo trwaj! Cisza, nikt nie rozmawia przez komórkę. Żadnych plotek, żadnych pretensji, żadnego narzekania. Tylko turkot kół na szynach. Miarowe uderzenia. To błahe wydarzenie, na pewno nie zapisze się w annałach i nie sprawi, że ziemia zadrży. Świat idzie dalej. Tramwaj jedzie aż na Hutę, potem wraca i zabiera nowych pasażerów, żeby dowieść tam gdzie rosną Czerwone Maki. Ja wysiadam i wchodzę do innej przestrzeni, może znowu czeka na mnie niespodzianka… .

Słońce bucha żarem

Więc ptaki ukryły się w liściach

Książka w mojej torbie

Agata Olejnik
 
 
Foto:
 


0 komentarze:

Prozę Coetzee poznałam w liceum. To była „ Hańba ”. Mocne uderzenie. Przeczytałam ją raz, a potem zaraz drugi. Emocje emanujące z tej ksi...

„Dzieciństwo Jezusa”


Prozę Coetzee poznałam w liceum. To była „Hańba”. Mocne uderzenie. Przeczytałam ją raz, a potem zaraz drugi. Emocje emanujące z tej książki były tak silne, że zupełnie mnie obezwładniły i napełniły lekiem. Mądrość przekazana prostym, surowym stylem  i opis przeszywającej samotności, nieuchronności upływu czasu, który przewartościowuje nasze decyzje, postawy i wybory. Moje oczekiwania wobec „Dzieciństwo Jezusa” były zatem bardzo wysokie.

W warstwie fabularnej jest to opowieść o mężczyźnie o imieniu Simón i pięcioletnim chłopcu Dawidzie, którzy przybywają łodzią do brzegów pewnego kraju. Może jest to Hiszpania, a może Kuba. Nie wiemy. Nie wiemy też kiedy toczy się akcja, wszystko spowija mgła zapomnienia. Dlaczego właściwie byli w obozie w Belstarze? Co stało się z matką chłopca? Stare zostaje w niepamięci. Odcinamy się od przeszłości i rozpoczynamy nowe życie. „Nie jesteśmy osobami, które cierpią z powodu wspomnień” [66] Przejście. Morze Czerwone. Morze Sitowia. Jordan. Chrzest. Imiona zostają przybyszom nadane urzędowo, dostają też pokój, potem mieszkanie. Mężczyzna znajduje pracę w dokach, dobrze zarabia. Novilla to miejscowość, gdzie każdy zaczyna od nowa. „Jesteśmy tu z tego samego powodu co inni. Dostaliśmy szanse, żeby żyć, i przyjęliśmy ją. To wielka rzecz życie.” [23] Ale jakie jest to życie? Ludzi zachęca się do wyzbycia się przeszłości, uczuć i wiary. Utopijna wersja świata, gdzie dostępne jest prawie wszystko … oprócz emocji i pragnień. Zupełne odrealnienie. Spokój i ascetyczny porządek nowego miejsca jest dość przerażający. Miałam wrażenie, że to miasto duchów. Mimo, że wszyscy są mili, uczynni to czuć chłód. Widzimy ten świat oczami Simona, mężczyzny po czterdziestce, który postanawia za wszelka cenę znaleźć matkę Dawida. To bardzo emocjonalny człowiek, typ zaangażowany. Nie potrafi przyjąć punktu widzenia innych mieszkańców, że jest jak jest i jest dobrze, a skoro jest dobrze to po co to zmieniać?  Prowadzi go pożądanie. Szuka namiętności, szuka emocji w innych. Nie rozumie dlaczego ludzie wyzbyli się wszelkich pragnień, potrzeb kontaktów cielesnych i bliskości z drugim człowiekiem. On ciągle ma w pamięci resztki wspomnień, które próbuje ocalić. To jak walka z wiatrakami. Nowe życie niesie ze sobą wolność, nową tożsamość, ucieczkę przed problemami, ale Simón tego nie chce.
Centralną postacią nie jest jednak Simón, ale Dawid - inteligentny, bystry chłopiec. Dla mnie, z każdą stroną książki, coraz bardziej mroczny. Jego ciekawość świata, zmienia się stopniowo w krnąbrność, nieposłuszeństwo i bunt. Kwestionuje przyjęte prawdy, zadaje niewygodne pytania o sens człowieczeństwa, o przyczynę  i szuka odpowiedzi. Chce wskrzeszać umarłych i ratować chorych. Nie godzi się na brutalność świata i na porządek jaki nim rządzi. Widzi między wierszami. Dostrzega niewidzialne. Tak jak jego ulubiony bohater literacki, Don Kichot, ucieka w świat wyobraźni i fantazji i tak jak on (a także Simón) skazuje się na niezrozumienie i na izolację. Język. Narzędzie, które powinno uławiać porozumiewanie się, komunikację, wyrażanie uczuć,  tu jest barierą - dla Simona, ze względu na wiek, ale i dla Dawida. Malec, choć nauczył się czytać i liczyć, ukrywa ten fakt. Woli posługiwać się swoim wymyślonym językiem i znakami. Może to kaprys dziecka, a może manifest indywidualizmu?

Proza Coetzee kipi symboliką, która miesza się ze strefą realną. To na swój sposób parabola, choć nie do końca. Ewidentna paralela z biblijną historią Jezusa, choć tak naprawdę czytelnik znajdzie tyle samo podobieństw, co elementów, które takie przyporządkowanie uniemożliwiają. Crux interpretum. Autor jest przewrotny, prowokujący i obrazoburczy. Zestawia istotę kupy z istotą idei, poddaje krytyce ciężką fizyczną pracę, pokorę, nierozerwalność biologicznych więzi matki i dziecka, kwestionuje chrześcijańskie wartości. Pojawia się tu wiele pytań, ale pytań samotnych, bez odpowiedzi. Paruzja. Oto przychodzi Pan, aby zwieńczyć historię zbawienia, ale trafia do świata, gdzie nikt nie oczekuje miłosierdzia i zmycia grzechów, uczucia pokrył lód. Brzmi znajomo?

J.M. Coetzee, „Dzieciństwo Jezusa”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013

1 komentarze: