„Malinche. Malarka słów”

by - 10:29


Był kiedyś taki sen. Sen o złocie i bogactwach, o skarbach i magicznym El Dorado. Sen ten był chciwy i bezlitosny, niszczący, mordujący. Sen władzy, dominacji i potęgi. Horror, który odebrał wszystko ludom zamieszkującym dolinę Anahuac, zburzył wielkie i piękne miasta, sprawił, że świątynie, lasy, jeziora spłynęły krwią. Przepowiednia stawała się ciałem i napełnił serca Mexików po trosze radością, po trosze lękiem. Czy oto powraca bóg-opiekun Quetzalcoatl? Wielki Upierzony Wąż, potężny i wieczny, władca idealny. Kiedyś wzięty podstępem upił się, wpadł w szał i zmusił do współżycia swoją siostrę. Po tym występku odszedł zawstydzony, umarł i rozbłysnął na niebie jako Gwiazda Poranna. Od tego momentu wszyscy oczekiwali jego powrotu. „Powrócę w roku jednej trzciny i przywrócę swoje panowanie. Nastanie wtedy czas wielkiego cierpienia ludzi.” Sen stał się jawą w XVI wieku, kiedy przybyli Hiszpanie pod wodzą Hernana Cortesa, przywódcy dzielnego, urodzonego zwycięzcy i stratega, indywidualisty bez skrupułów. To on w imieniu Karola V zagarnie ziemie, podbije ludy i zbierze daniny. Mexikowie byli głęboko wierzący i całkowicie podporządkowali swoje życie bogom. Magia odgrywała u nich kluczową rolę, a znaki na niebie i ziemi wyznaczały cykl dnia, tygodnia i życia. Los odczytywany z ziaren kukurydzy, zaćmień słońca i księżyca, komet. Magia zamknęła Indian w świecie, który poddawał się boskim wyrokom Króla Słońce. Wizja i losy świata były u Azteków na wskroś tragiczne: pierwsze słońce pożarły jaguary, drugie zmiótł wiatr, trzecie strawił ogień niebiański, czwarte zalała woda i w końcu piąte miało paść ofiarą trzęsienia ziemi. Każdy koniec pięćdziesięciodwuletniego cyklu kalendarzowego wieścił koniec świata.  Bogowie uczestniczyli w życiu ludzi. Byli groźni i zsyłali okrutne kary. Ich wizerunki napawały lekiem i obrzydzeniem. Przybycie Hiszpanów wpisało się w legendę powrotu Quetzalcoatla, tak, że stali się teules. Potężny Montezuma, władca absolutny, bóg, na którego twarz nie wolno było patrzeć, poddał się, oddał całe bogactwo, gościł najeźdźców, a do hiszpańskich skarbców płynęły rzeki turkusu, jadeitu, obsydianu oraz złota. Złoto to „ekskrementy bogów, odpady nic więcej i należą się one bogom, oddawał je więc bez żalu, w zamian za zielone, migoczące kryształki… .

Ale jak podbić te ziemie z garstką żołnierzy? Żadne arkebuzy nie rozgromią świetnie wyszkolonej, nieustraszonej armii Azteków, nie wystarczy kawaleria i artyleria – Cortés zdał sobie z tego szybko sprawę. Musiał negocjować. To siła słowa dokonała cudów, to słowo, pozwoliło mu dzielić Indian i zdobywać poparcie, podburzając przeciwko tyranii Montezumy i kładąc kres świetności Tenochtiltlan. „Bez słów, bez języka, bez mowy nie będzie przedsięwzięcia, a bez przedsięwzięcia nie będzie konkwisty”.[49] Pomocą służyli tłumacze - Gerónimo de Aguilar i Malinalli, która wywodziła się z plemienia Nahuna.  Jej matka, po śmierci ojca, wyszła ponownie za mąż, a córkę sprzedała jako niewolnicę, która została podarowana Cortesowi. Była piękna i inteligentna i mówiła językiem nahualt. Ona, ochrzczona imieniem Marina, „ta, która przybywa z morza” i Cortés, „ogień. Stała się jego językiem, jego kochanką, powiernicą, jego służącą, matką jego syna. Była między nimi głęboka przynależność. Malinalli odkrywała tajemnice magicznego świata Indian i pomagała go odczytywać. Posiadła niezwykłą broń - ”słowo koloruje pamięć”. Miała ogromną moc, mogła interpretować zdania, wypowiedzi, zmieniać dzięki temu bieg zdarzeń, ostrzegać lub zaniechać. Wielu historyków twierdzi, że to jej (i Bogu) Cortés zawdzięcza udany podbój. Książka Laury Esquivel „Malinche. Malarka słów” wydana przez wydawnictwo Znak, przybliża jej historię. Dla wielu współczesnych Meksykanów Marina symbolizuje zdradę. Ale czy interpretacja może być taka prosta? Czy niewolnik mógł wyrazić swoją opinię? Miał być przecież bezwarunkowo posłuszny swojemu panu. Ona taka była: niezłomna, niestrudzona, wierna. Od małego babka wpajała jej siłę i niezależność, o którą później cały czas walczyła. Chciała być wolna, a służba miła jej tą wolność zwrócić. Książka Esquivel próbuje przedstawić historię konkwisty z punktu widzenia Mariny i moim zdaniem zrehabilitować ją, przedstawiać wewnętrzne rozterki kobiety, jej przemyślenia, motywy działania. Być może bez niej podbój mógłby mieć znacznie krwawszy przebieg?

          Laura Esquivel kojarzy mi się z przepięknymi „Przepiórkami w płatkach róż” i to, co musze jej oddać to fakt, że potrafi malować językiem. Jej opisy są absolutnie bajkowe, plastyczne i wspaniale poetyckie, a jej metafory i porównania, momentami zaskakujące. Czytelnik wącha, smakuje, czuje krople deszczu, zanurza się w gęstwinie lasu. Styl „Malinche…” kojarzył mi się z lirycznością i kwiecistością języka charakterystyczną dla utworów Azteków. To trochę jakby ballada, a może pieśń, na pewno nie tradycyjna narracja. Prawdziwa uczta zmysłów. W najnowszej książce udało się Esquivel zbalansować historię i literaturę, choć momentami trochę sztucznie brzmiały fragmenty biograficzne na tle namalowanego z rozmachem egzotycznego obrazu. Przeskoki czasowe, sprawiały, że czułam jakby coś mi umykało, albo że narracja nie jest spójna. Dodatkowo postacie w książkach Esquivel są ulotne, są chwilami jak duchy, są odległe i miało wiarygodne.

Malinalli jawi się jako kobieta odważna, wierna, bardzo emocjonalna i uduchowiona, przeżywająca świata przez pryzmat religii i wierzeń, momentami uroczo naiwna w swoim postrzeganiu świata. Złapana w pułapce dualizmu, musi wybierać podbój albo asymilację, wolność albo życie z Cortesem, moc słów lub magię milczenia. Romantyczny wybór, bez wyjścia.

 

Laura Esquivel, „Malinche. Malarka słów”, Wydawnictwo Znak litera nova, Kraków 2013.

You May Also Like

3 komentarze

  1. Ładnie to napisałaś. Ja nie potrafiłam znaleźć słów, żeby opisać tę książkę - była jak dla mnie za bardzo mityczna, nierealna

    OdpowiedzUsuń
  2. W najnowszych Wysokich Obcasach jest artykuł o Laurze Esquivel, polecam, ciekawy (choć nie tak jak ten o Gali, żonie Daliego, ten powala!) , przeczytałam i skojarzyłam, że Ty tez pisałaś o Malinche :) Ale po Twojej recenzji mam większą ochotę na Przepiórki...

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo wynudziłam się czytając tę powieść, jedynie wątki powrotu Malinche do dzieciństwa były interesujące. Świetnie ją opisałaś.

    OdpowiedzUsuń

Navigation-Menus (Do Not Edit Here!)